Jak wikingowie przybyli chłopcy z One Direction i bez waszych kobiet nie wrócą.

„Jednokierunkowcy” to zespół utworzony przez uczestników brytyjskiej edycji „Bożyszcza” (a nie, to jednak był „MaX Factor”), którzy zaprezentowali swoje umiejętności przed jurorami osobno, ale poodpadali w eliminacjach jak guziki od koszuli, w której biust mieści się tylko przy wydechu, w związku z czym postanowili być do bani razem.

Oczywiście, do logicznej konkluzji, by przejść przez eliminacje jak meksykańscy imigranci przez amerykańską granicę (w kupie) nie doszli oni sami – to jeden z jurorów, Simon Cow(b)ell, zasugerował każdemu z nich, by powrócił do programu oknem, skoro wyrzucono go drzwiami, obchodząc przy tym zasady jak zdyskwalifikowani, nienawidzący się nawzajem łyżwiarze w komedii „Ostrza Chwały”, którzy postanowili wystąpić jako… para.

Jak powiedział, tak uczynili – wystąpili jako zespół i… okazało się, że przelanie pięciu niedostatecznie dobrych zup do jednego garnka dało w efekcie zupę, którą można śmiało rodzinie królewskiej z szampanem i kawiorem podać – tacy dobrzy byli…

Jurorzy nie mieli serca odrzucać całego zespołu tylko dlatego, że część jego członków fałszowała, jak tylko potrafiła, by pozostali – poprzez kontrast – wydawali się śpiewać lepiej, niż kiedykolwiek będą w stanie.

W ten sposób narodził się zespół, którego członkowie – nie chcąc być oskarżeni o to, że uwodzą komplementami mocno nieletnie odbiorczynie ich muzyki (a szczególnie te, które pewności siebie mają tyle, co Polska kopalni kryptonitu), by opchnąć więcej płyt – stanowczo zaprzeczają, jakoby w ogóle interesowały ich dziewczyny.

Mogą temu jednak zaprzeczać tylko swoim zachowaniem, bowiem ich wydawca nalegał na to, by dali swoim fankom możliwość fantazjowania na ich temat, a nie byłoby to możliwe, gdyby byli na łańcuchu związku, z którego sam Fenrir nie zdołałby się zerwać lub byli z innego powodu niedostępni.

Z tego powodu muszą podczas wywiadów mówić o swoich dziewczynach, od których ich fanki mogą ich w swoich urojeniach „uratować”, np. zamykając przeręble w zamarzniętym jeziorze, zanim zdążą się one z nich wydostać (ale to tylko kwestia czasu, nim nauczą się od fanek Justina Biebera wysyłania do tych, które uważają za swoje rywalki kartek świątecznych z groźbami i życzeniami śmierci [poprawka: za późno…]).

Wiedz, że namierzyłem cię po danych osobowych, które w magiczny sposób pozyskałem z gróźb w komentarzach na YouTube i zgłosiłem cię na cyberpolicję. Kawaleria Cyberii już po ciebie jedzie. Konsekwencje już nigdy nie będą takie same!

Jeśli chodzi o partnerki, jakie sobie wybrali, przypomina mi to zabawę w wolne krzesło. Harry tak nie chciał być ostatnim singlem w zespole, że znienacka (przypomnijcie mi, bym sprawdził, czy „nienacek” to nie czasem staropolskie określenie dla „d…y”) wyciągnął składany taboret turystyczny w postaci 14 lat od niego starszej partnerki (dziennikarki), przez co tytuł „ostatniego na placu boju” („Last Man Standing” lub „Ten, którego przy wybieraniu zawodników do drużyn na zajęciach z wychowania fizycznego zawsze ‚wybierają’ na samym końcu”) przypadł Niallowi (nie, nie wiem, który to jest. Możecie już przestać wysyłać mi swoje gołębie pocztowe z tym pytaniem. Nie mieszczą mi się już w piekarniku!). Nie nacieszył się nim jednak długo – kryptopedofilce, z którą był Harry znudził się on (Harry, nie – Niall) na tydzień przed swymi 18. urodzinami (czyżby zakazany owoc stracił swój smak? A to ci dopiero zaskoczenie!).

Bardziej zaskoczony był już chyba tylko Mark z „The Room”. Za każdym razem, gdy dziewczyna jego przyjaciela proponowała mu, by się z nią za jego plecami przespał, był tym tak zaskoczony, jak za pierwszym razem – pomimo tego, że za każdym razem się na to godził (jak zauważył Nostalgia Critic).

Harry jednak nie ustaje w poszukiwaniach kobiety ze swoich marzeń zadań tekstowych z podstawówki („Teraz mam dwa razy więcej lat niż ty, gdy ja byłam w twoim wieku…”) i ostatnio zawłóczył się na audycję w stacji radiowej, by pokazać (tak, pokazać!) wielki plakat z paradującą w stroju kąpielowym Kim Kardashian (której intelekt – głęboki jak odbytnica lalki Garbie – mogliśmy podziwiać w części pierwszej „abrakadabry”) z dołączoną do niego karteczką z napisem: „A może byś tak do mnie zadzwoniła?”

A może byś tak jej jeszcze swój numer telefonu napisał (żeby mogła go z pisków flamastra po papierze odszyfrować), rebusie jeden?

Może wysłałaby ci chociaż faks na komórkę, a tak…?

{Nie żeby mnie to obchodziło… jeśli o mnie chodzi, to równie dobrze mogliby powpadać między nachodzące na siebie płyty tektoniczne, a i tak spędziłbym pierwsze doby akcji poszukiwawczej na oglądaniu powtórek odcinków serialu „Kości”}.

Eryk nie wiedział jeszcze, że środek jeziora to nie jest miejsce, z którego powraca się po wyjawieniu swojej orientacji dziewczynie, której narobiło się wielkich nadziei.

Choć ich zachowanie daje osobom darzącym ich sympatią podobną do tej, jaką cieszą się choroby weneryczne argument przemawiający przeciwko temu, że są „heterosami” (i to tak wielki jak działo w Junon City), ich miłośniczki odpierają te zarzuty, argumentując to tym, że mają dziewczyny z krwi i kości (i pewnie już niedługo – silikonu). Jest to jednak argument równie skuteczny, co granat, który odbił się pod nogi rzucającego, bo dowodzi tego, że orientacja i uroda członków zespołu ma większe znaczenie dla odbioru ich muzyki przez fanki, niż chciałyby one przed sobą przyznać (człowiek musiałby być upośledzony w stopniu uprawniającym go do uczestnictwa w politycznej paraolimpiadzie w unijnym parlamencie, by myśleć, że zespół sprzedałby równie wiele nagrań, gdyby jego członkowie urodą ustępowali tylko trochę kokatryksom i byli w wieku, który każe sądzić, że swoje osiemnastki świętowali w czasach, gdy najstarszych sekwoi jeszcze na świecie nie było).

Niektóre z nich rozpaczliwie próbują odrzucić ten granat, pytając: „Jeśli nawet są gejami, to jaki ma to związek z ich muzyką i czemu was to w ogóle obchodzi?”, a to może się dla nich skończyć jedynie wybuchem, po którym ich twarze będą wyglądały, jakby sobie parówki (nie, nie te co myślisz) nad wylotem komina hutniczego robiły.

Elton nigdy nie nauczył się poddawać w wątpliwość pierwszych odpowiedzi Gagi, więc był jedynym, który myślał, że wygląda tak, bo rzuciła się w pogoń za najnowszym krzykiem mody (tak naprawdę, Gaga nigdy nie pozwoliłaby zarzynanej modzie nawet krzyknąć, a co dopiero jej uciec), a nie dlatego, że zamroczona prochami nie zauważyła, że ciągnie „kokainę” z worka odkurzacza.

Obchodzi mnie to dlatego, że wykorzystują „ziomansowanie” („Bromance„), czyli ogrzewanie sobie dłoni o tyłek kolegi czy też prostowanie jego genitaliów jak krawata – jako strategii marketingowej (nie mówiąc już o tym, że są to teraz osoby publiczne, od których zależy, czy moja hipotetyczna córka wyrośnie na zakonnicę, czy na latarnicę). A jeśli zamierzasz się oburzać, że przecież nie ma w tym nic zdrożnego, to miej się na baczności, bo zanim się obejrzysz, a zaczniesz wychodzić z pełnymi torbami z sex-shopu dla katolików (wszystko, do czego dodasz określenie „katolicki” brzmi od razu lepiej, nawet jeśli jest to ośrodek planowania rodziny [jak na zachodzie określa się kliniki aborcyjne]).

Choć domyślenie się tego, że ich „ziomansowanie” jest sztuczką marketingową nie wymaga zdolności umysłowych pozwalających liczby długie jak kolejki w PRL-u w pamięci dzielić… jest coś, co może cię zaskoczyć równie bardzo jak obudzenie się w rakiecie, która jest na najlepszej drodze na Plutona (zakładając oczywiście, że w okolicach roku 2000 byłeś w wieku, z którego pamiętasz tak wiele, jakbyś przez cały ten okres próbował się piciem przed czekającą cię operacją „unieprzytomnić” lub byłeś w okresie życia, w którym matka natura wybiła ci twój pierwszy zestaw zębów [sądząc po ich jakości – z Pierdonki]).

Miałem dziś najgorszy koszmar w życiu – śniło mi się, że zabrakło mi zębów, które mogłaby mi wyrwać.

Jestem przekonany, że to, w jaki sposób dotykają się przed obiektywami kamer i aparatów (zupełnie, jakby zaufanie do siebie nawzajem sprawdzali, próbując określić, czy portfele chowają w kieszeni na zadku [dobrze], czy między jądrami [niedobrze]) jest odrobinę łagodniejszą wersją strategii, jaką z piorunującą skutecznością przyjęto w przypadku teledysku do piosenki „Ja Soszła S Uma” zespołu t.A.T.u., w którym przedstawiono dwie urodziwe wokalistki, całujące się ze sobą w przemoczonych od deszczu mundurkach szkolnych w wersji ze spódniczką mini (jakiś geniusz marketingu pomyślał, że nikt nie zorientuje się, że podaje się za wynalazcę marketingowego koła, ponieważ osoby, do których kierowana jest muzyka „Sun Collection” prędzej przypomną sobie swoje poprzednie wcielenie niż sposób, w jaki sławę zdobyły cy… to znaczy, „tatuszki nierozłączki”).

W każdym razie, słuchając „What Makes You Beautiful” – bardziej z obowiązku apatyka (jeśli chcę być profesjonalistą pośród apatyków, muszę wiedzieć jak najwięcej o tym, co już nie mogłoby mnie obchodzić mniej) niż dla wrażeń (już prędzej poszedłbym sobie popływać w stojącej cysternie betoniarki, niż słuchał ich dla przyjemności) – doszedłem do wniosku, że członkowie „Own Neglection” potrafią lepiej zagrać tych, którzy są nieszczęśliwymi ofiarami biologicznej gry w butelkę (bo muszą całować facetów) niż uczucia do dziewczyn, bo zachwyt nad urodą i pociąg do panienki, jaki wyrazili w „(M)what Makes You Beautiful” zabrzmiał tak szczerze, jak troska o moją potencję, jaką wyrażają „niezjajomi” (z początku była to tylko literówka, ale ponieważ to słowo pasuje do tematyki wiadomości, postanowiłem zachować oryginalną pisownię) w e-mailach, jakie otrzymuję z całego świata.

{a tak na marginesie… gdy sprawdzam wiadomości, które moja skrzynka pocztowa – jak zazdrosna dziewczyna – umieszcza w folderach, w których ich najpewniej nie przeczytam, dowiaduję się, że pieniądze wisi mi FBI czy ONZ, w związku z czym koniecznie chcą mi je oddać. Miło jest wiedzieć, że sumy, które mi są winni w teorii czynią mnie jednym z najbogatszych ludzi świata}.

Romney nie sądził, że „monety” uczynią go bardziej szczerym w kwestii „wartości rodzinnych”, aniżeliby sobie tego życzył…

Patrząc na to jednak z drugiej strony… jeśli nastoletnie dziewczyny naprawdę mają potrzebę fantazjowania na temat tego, że „chłopczęta” z „Gone Erection” w ogóle obchodzi to, czy i w jakim systemie słonecznym bądź na jakiej gałęzi klasyfikacji biologicznej się urodziły, to jakim byłbym człowiekiem pół-nocnym elfem, gdybym im tego odmówił?

W końcu z ciepłym słowem jest jak z mlekiem – jeśli ktoś naprawdę potrzebuje mleka, to jest mu to obojętne, czy mleko pochodzi od krowy, czy od kozy, która przed chwilą stary tapczan wpier…iła…

Ruch „Occupy” (czyt. „Okupaj”) przeniósł się na pastwiska, gdzie ofiary rabunkowej polityki rolnej postanowiły przełamać krowią obojętność decydentów na ul. Wiejskiej i – nie przebierając w słowach i środkach – przypomnieć im o tym, jak chora jest sytuacja rozwścieczonych krów w całym kraju.

{Nie powinna więc dziwić popularność niemieckiej strony internetowej, gdzie osoby, które nie czuły się z tym jak z otrzymaniem życzeń urodzinowych na pogrzebie, mogły dostać automatycznie wygenerowany komplement. Niestety, nie mogę podać adresu strony, bo nie mogę go znaleźć w podręczniku do niemieckiego, w którym – jak mi się wydaje – go widziałem.

Zresztą, byłem na tej stronie wiele lat temu i już wtedy działała ona jak demokracja pod zaborami (czego przyczyną mogło być to, że używałem wówczas przeglądarki, która chciała mnie przyprawić o zawał, otwierając się dopiero wtedy, gdy zdążyłem zapomnieć nie tylko po co ją otwierałem, ale i o tym, że ją w ogóle otwierałem. Jeżeli jakimś cudem podejrzewałem, że istnieje dla niej alternatywa, to prawdopodobnie myślałem, że będę musiał ją sobie złożyć sam jak system operacyjny Linux). Udało mi się jednak znaleźć angielski odpowiednik tej strony.

Sprawdzając ją, utwierdziłem się w przekonaniu, że nawet komplementy z głębi komputera wydają się bardziej szczere niż to, co chłopczęta z „Bun Disfashion” śpiewają dziewczynie zakochanej w betonie, piachu i glebie (bo tak się do ziemi uśmiecha) i odwracającej głowę na widok osób wchodzących do pomieszczenia (najwyraźniej mają gęby jak trufle), bo komputer nie wie, co mówi i nie ma żadnego interesu w tym, by mi czadzić, kadzić czy jak to tam się nazywa…}.

Zastanawiam się, dlaczego odnoszę nieodparte wrażenie, że powinienem tym razem dokładnie przeczytać warunki korzystania z serwisu… Ach, do diabła z tym – co może mi grozić ze strony nawigacji satelitarnej i serwisu pogodowego?

Najwyraźniej powodu, by kadzić swoim fankom nie mają również członkowie „One Fixation”, bo znani są z tego, że oceniają swoje fanki po urodzie” (w skali od 1 do 10) w ich obecności (ich skalę ocen opublikował magazyn). Jeśli uważają, że „szpecisz im krajobraz” to powiedzą, że masz „świetną osobowość” lub „że nie jesteś obrazą dla oczu” (niezależnie od tego, jak bardzo będą próbowali z siebie robić aniołów, nigdy nie pozbędą się plamy, jaką pozostawił moment prawdy, gdy Harry na wizji szepnął zwycięzcy X Factora do ucha: „Pomyśl sobie, ile ci…k będziesz teraz miał”. W pełni zasługują sobie na fanki pokroju tych, które rozbiły obozy w ogródku jednego z nich [no dobra, pod jego domem] i wsuwają karteczki z wiadomościami pod jego drzwiami o północy).

Pomiędzy „Od Przedszkola do Idola” a „eX Tractor”.

A skoro jesteśmy już przy kadzeniu… „One Dyslection” na szczęście nie jest zespołem, którego członkowie śpiewają na tyle źle, że musiałbym płukać swoje uszy dziesięcioma minutami Anette Olzon śpiewającej „kwiczące świnie”, a już na pewno nie śpiewają na tyle okropnie, by zniżyć się do używania Autotune’a (dźwiękowego odpowiednika Photoshopa). Gdyby go używali, to musiałbym przez cały miesiąc przepłukiwać uszy muzyką znacznie brutalniejszą od tej, którą grał zespół The Berzerker (a ciężko przebić brutalnością dźwięku zespół, który łączył industrial metal, death metal, noise, grindcore i ekstremalne gatunki muzyki elektronicznej jak gabba czy speedcore. Jedynym, co do tej pory zdołało to osiągnąć jest pogłośniony szum telewizora bez sygnału), by uciszyć głos Zimosa, autotune’ującego alfonsa z Saints Row 3 w mojej głowie.

A przynajmniej tak myślałem do czasu, gdy tego, co napisałem powyżej nie przeczytała osoba, która najwyraźniej chciała na własne oczy zobaczyć, jak idę do ojca i mówię mu: „Pie…yć twoje Euro – na innym kanale leci mój ulubiony szum! Przełączaj!”, bo zasugerowała mi, abym sprawdził, czy są oni na pewno tacy wolni od zakusów diabła noszącego imię „Ałtotiun” i czy za jego sprawą nie chowają swoich aureoli jak niewierny małżonek pierścionka do portfela (mała rada – jeśli nie chcecie wywołać ogólnej wesołości, pisząc z ludźmi z zagranicy mówiącymi po angielsku, nie zapominajcie na aureolę mówić „halo” [czyt. hej-loł] lub ostatecznie „aureole”, bo „aureola” w pierwszej kolejności skojarzy im się ze słowem „areola”, oznaczającym otoczkę sutka).

Legenda, jakiej nawet nawet najstarsze elfy nie pamiętają, głosi, że jeśli przez godzinę będziesz się temu podpisowi uważnie przyglądał, to na powyższym obrazku zobaczysz jak jedna dziewczyna bawi się piersiami drugiej, z czym kojarzyłby się milionom graczy tytuł serii „Halo”, gdyby w języku angielskim nie funkcjonowało inne słowo  dla aureoli.

Niezależnie od tego, jak bardzo mam teraz ochotę rzucić w nią fortepianem za to, że dodała mi roboty, nasypując ziemi do dołu, jaki dla nich kopię, muszę przyznać jej rację – podkład wokalny faktycznie „wyklepano” i „zaszpachlowano” „Autotuningiem” (szczególnie w „S(h)ave You Tonight”). Wydaje mi się jednak, że nie wiedząc, na co zwracać uwagę podczas słuchania ich albumu, usłyszeć to są w stanie jedynie ci, którzy jednocześnie potrafią odbierać częstotliwości, na jakich swoje ryki godowe „nadają” wieloryby (jeśli to potrafisz, to gratuluję – myślę, że zrobisz na swoim nowo odkrytym talencie do przechwytywania wielorybich „SMS-ów” prawdziwą fortunę).

Poznać to, że nie poprawiali głównych wokali z obsesyjnym perfekcjonizmem podmiotu lirycznego piosenki „Prototyp” zespołu Eisbrecher (nowoczesnego odpowiednika doktora Frankensteina, który buduje ideał kobiety, składając go z najlepszych części poszczególnych kobiet) możesz po tym, że zostawili partię Liama na samym początku utworu „More Than Diss/This”, gdzie jego głos jest na granicy załamania się jak most, który czasy Majów pamięta.

Definicja talentu: stworzyć utwór, który jest zarówno emocjonalny, jak i energiczny, melancholijny, jak i podniosły, dynamiczny, jak i melodyjny, oryginalny, jak i przystępny, motywujący, jak i poruszający, nie wydając z siebie ani jednego słowa.

A skoro jesteśmy już przy temacie śpiewu…

Są pytania, na które odpowiedzieć jest równie ciężko, co na niektóre z pytań filozoraptora, pomimo tego, że wymagają jedynie odpowiedzi „tak” lub „nie”. Jednym z nich jest pytanie: „Czy ten ktoś potrafi śpiewać, czy może stworzył dla siebie rynek pośród osób, które jeszcze nie wiedzą, że są masochistami (szkoda, bo wiedzieliby przynajmniej, gdzie wymarzonych partnerów szukać – większość z nas nie ma takiego luksusu) albo są bardzo wybredne, jeśli chodzi o powód, z jakiego mogłyby się wepchnąć przed kolejkę do gabinetu doktor Śmierci (popełnić samobójstwo)?”.

Na świecie funkcjonuje sofizmat (czyli popularne, ale nijak nie przystające do rzeczywistości przekonanie, jak np. to, że świat jest płaski jak krocze Kena [lalki] czy to, że można stracić parę kilogramów pomiędzy zamówieniem stroju w mniejszym rozmiarze niż się ma a jego dostawą do domu), że wystarczy mieć ładny głos, by „ładnie śpiewać”. Jeśli przez „ładnie śpiewać” rozumiesz „śpiewać ładnym głosem i nie fałszować” to w porządku – chłopczęta z „Home Dissection” potrafią jedno, jak i drugie, ale to jeszcze nie wystarczy, aby móc powiedzieć o nich, że potrafią śpiewać na poziomie artystów, których talentu wokalnego nikt o dodatnim ilorazie inteligencji nie odważy się zakwestionować, o czym – jak mam nadzieję (bo szkoda mi marnować nabojów do FN P90 TR) – za moment sam się przekonasz.

Słuchając po latach utworów z dzieciństwa, pomyślałem sobie, że pop można porównać do słodyczy: ich konsumpcja daje uczucie przyjemności, ale nie mają one wartości odżywczych (głębi i treści) posiłków, w których dobrze smakuje to, co jest organizmowi potrzebne.

Poziomu umiejętności wokalnych nie mierzę na podstawie tego, jak wiele osób udało się wykonawcom na swój „talent” nabrać, bo gdybym tak chciał w ten sposób poziom umiejętności innych wykonawców mierzyć, większość z nich odpadłoby na pytaniu: „czy śpiewasz w sposób, który sprawia, że cała twoja rodzina zupełnie nagle decyduje się urządzić sobie grilla, pomimo tego, że na zewnątrz niepodzielnie panuje mróz jak w pojemniku z ciekłym azotem; szaleje burza śnieżna, jaką widziano jedynie przed wynalezieniem podatków; sypie gradem tak wielkim, jak implanty króliczków Playboy’a i na dodatek zanosi się na huragan o sile sugerującej, że zerwał się on z łańcucha grawitacji Jowisza?”).

Piosenka zespołu Covenant („Theremin”) nauczyła mnie, że dosyć prosta muzyka elektroniczna (a dokładniej Electro Body Music) może mieć głęboki tekst i nie musi być nudna, jeśli jej autor wie, jakie dźwięki wybrać.

A więc… skoro ustaliliśmy, że nie śpiewają jak laserowy theremin, któremu brakuje „klawiszy”, w następnej kolejności musimy zadać sobie pytanie, czy potrafią oni „grać” na swoim głosie jak na instrumencie – czy są w stanie go zmieniać jak ubrania, modulować go jak np. Christian Älvestam (nie chodzi mi tylko o to, ile oktaw ma jego głos, ale też o to, że potrafi płynnie przechodzić między różnej głębokości niskimi i wysokimi growlami a czystym „normalnym” i wysokim wokalem, śpiewać w różnych stylach i to zarówno energicznie, jak i emocjonalnie. Jego głos jest równie wszechstronny, co scyzoryk „na każdą okazję” wynaleziony przez paranoika).

Czy ci z „Gun Detection” ciągną jedną nutę jak psa za ogon, czy też zmieniają ton piosenek, styl wokalny, barwę i wysokość głosu? Choć nie chce mi to przejść przez gardło, w tej kategorii wypadli lepiej niż Unheilig na swoim ostatnim albumie, gdzie mistrzowskie połączenie oryginalnego, energicznego, skocznego i głębokiego (no, może pomijając piosenki pokroju „Mona Lisa”) Neue Deutsche Haerte zastąpiono monotonnymi, pół-mówionymi, ledwo się rymującymi i ckliwymi balladami, które w dodatku pozbawione są emocjonalności czy melancholijnej podniosłości utworów „An Deiner Seite” czy „Astronaut”.

…a teraz jedyne, co w jego piosenkach po „Astronaucie” zostało to kosmiczny dystans…

Chociaż mam różne powody, dla których o tym piszę, tym głównym  jest ten, że chciałem pokazać, iż w przeciwieństwie do zagorzałych fanatyków „Wander Erection” potrafię być obiektywnie krytyczny wobec zespołów, za które gotów byłbym polec w wojnie na komentarze.

{Dlatego też miałem ochotę zacisnąć szczęki na rozpędzonej pile tarczowej, gdy usłyszałem, jak monotonny stał się wokal Charlotte Wessels z zespołu Delain i jak pozbawione wyobraźni są riffy na ich najnowszym albumie, „We Are The Others”, w porównaniu z tymi na „April Rain” i „Lucidity” (nawet jej „oryginalnie” brzmiące podciąganie końcówek słów w jednym z ich lepszych utworów, „Get The Devil Out Of Me”, podejrzanie przypomina sposób, w jaki końcówki słów podciąga Emilie Autumn w „Let The Record Show”, co jest o tyle pogrążające, że nawet internauci mają problem z określeniem, kto jeszcze śpiewa jak ona). Po raz pierwszy zaczęły mi również przeszkadzać teksty ich piosenek – tak ograniczonego słownictwa jak w „Babylon” spodziewałbym się po Terminal Choice, ale nie po nich (co nie zmienia faktu, że uważam starszego Terminal Choice za arcyboga industrial-metalu)}.

Zostawmy jednak pornograficzny poziom inwencji wokalnej Charlotte Wessels i zastanówmy się, czy ci z „Fun Deflection” potrafią modelować głos z łatwością (i kreatywnością), z jaką przeciętne dziecko powołuje do życia światy z plasteliny w swoich rękach.

Napisałbym, że braku obiektywizmu nie można zarzucić kotu, ale odnoszę wrażenie, że ten kot pamięta więcej ze swojego poprzedniego wcielenia, niż mogłoby się wydawać…

Zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa istnieje całkiem spora szansa, że jeśli popełnisz samobójstwo, to odrodzisz się w Chinach lub w ekonomicznym zwieraczu Afryki. Rachunek prawdopodobieństwa mówi również, że im więcej „podwykonawców” w swoim umyśle do „budowy” tekstu zatrudniasz, tym większa jest szansa na to, że jeden z nich będzie chciał z procesu budowy zrobić speedrun („przejść” budowę jak grę komputerową w rekordowo krótkim czasie), np. opierając ocenę zdolności wokalnych „Run Diversion” na podstawie jedynie dwóch utworów.

Przyszedł jednak moment inspekcji „budowlanej” (odsłuchanie całego albumu „Up All Night”), w którym uświadomiłem sobie, że mało brakowało, a na pytanie dotyczące ich zdolności wokalnych odpowiedziałbym: „Nie [potrafią tego] tak dobrze, jak większość innych wykonawców, ale dają rady” (co jest jak szóstka dla ucznia, który zamiast sprawdzianu z matematyki oddał zapis nutowy dzwonka Nokii), czym zatwierdziłbym budynek, który z ziemią zrównać może nawet wibrujące po rurach pierdnięcie. To był dla mnie sygnał, że muszę przepier…lać swój czas efektywniej.

Gdyby od tego zależała zasobność skarbu państwa, troszczyłby się również o to, by „seryjny samobójca” regularnie odwiedzał ludzi próbujących zobowiązać Polaków (pod rygorem osadzenia w więzieniu) do przyjmowania szczepionek groźniejszych od chorób, przed którymi miały one chronić.

Celowo ignorowałem melodię podczas przesłuchiwania ich „(f)a(i)lbumu”, by  skupić się – jak potwornie powolny morderca z ekstremalnie nieskuteczną bronią na swojej ofierze – tylko i wyłącznie na tym, jak śpiewają i znaleźć moment, w którym mógłbym powiedzieć: „O, tutaj zakręcił głosem jak lassem, a tutaj ‚zaswingował’!'”, ale takich momentów nie było wiele. Odniosłem wrażenie, że potrafią oscylować jedynie między różnymi odcieniami wysokiego śpiewu (często „wyrzucanego” z płuc z siłą, z jaką przerzucano przez okno bandytów w westernach), śpiewem tak miękkim jak patelnie „topniejące” w rękach Anety Florczyk (rekordzistki Guinnessa w zawijaniu patelni w rulon w 2008 roku [tu możesz zobaczyć nagranie tego dokonania]), a śpiewem powolnym i głębokim, jakby się lada moment ze słowami „nikt mnie nie kocha…” i z parkometrem przywiązanym do szyi z mostu rzucić mieli (nie, nie mam pojęcia, dlaczego z parkometrem. Czy ktoś kiedykolwiek samobójców zrozumie?).

Gdyby jednak nie potrafili zmieniać wokalnych biegów, ich smutne piosenki (bardziej dla antyfanów – z powodu samego ich istnienia – niż dla fanów), takie jak „Moments” czy „Taken” brzmiałyby równie niepoważnie, co piosenka „SWAT Makes You Beautiful” (albo jej – zamieszczona poniżej – parodia), więc myślę, że jeśli grzecznie obiecają unikać sięgania po raz wykorzystane sztuczki wokalne jak pomysłu pobiegnięcia ze sztafetą przez pole minowe (a jeśli obietnicy nie dotrzymają, sam ich przez to pole pogonię), to można ich do następnego etapu dopuścić.

„Hej, właśnie cię porwałem i wiem, że to szalone, ale jestem Jigsaw z „Piły” i masz „czypieńdziesiąt”, by obejrzeć teledysk w oryginale, więc pospiesz się może.”

Dobrze… czas zadać sobie następne pytanie…
Czy potrafią tym, o czym śpiewają i tym, w jaki sposób o tym śpiewają budzić głębokie, autentyczne emocje w odbiorcach? Nie chodzi mi o to, czy potrafią sprawić, by ich fani podniecali się samym faktem, że śpiewają czy tym, jak pięknie śpiewają tak bardzo, jak Leonard i Sheldon z „Teorii Wielkiego Podrywu” podniecali się zabawkami w fabrycznym stanie.

Chodzi mi o to, czy są w stanie przekonująco i w poruszający sposób śpiewać o czymś, co dotyczy ich odbiorców równie bardzo, co mnie prawo górnicze wyspy Ducie. Mam na myśli to, czy potrafią śpiewać – nie wiem – o dzieciach żyjących w krajach, których największym towarem eksportowym jest przemoc oraz nielegalni imigranci (i głodujących tak bardzo, że „ich” tasiemce zawiązują sobie „szyje” w pętle i wieszają się z rozpaczy) – tak, by przekonać kogoś, kto nie jest zaślepiony ich (to znaczy, członków) urodą czy charyzmą do tego, by z miejsca sprzedał absolutnie wszystko, co ma na sobie, a pieniądze ze sprzedaży przeznaczył na pomoc humanitarną dla tych dzieciaków (i zanim zapytasz – nie, ten sceptyk nie może mieć na tyle „plastelinowego” serca, by postanowić to zrobić, ledwie tylko otworzą usta).

{Żeby nie pozostawić tego bez przykładu… Tak naprawdę to większy ze mnie kapitan łodzi podwodnej niż szczególnie wielki fan Michaela Jacksona, ale jedno odsłuchanie „They Don’t Care About Us” z interpretacją i opisem okoliczności powstania utworu wystarczyło, by poruszyć mnie jak trzęsienie ziemi, dla którego zabrakło skali Richtera i zobaczyć to, o czym on śpiewał oczami jego emocji}.

W tym kontekście słowa Honoré de Balzaca („Człowiek mniej jest nieszczęśliwy, gdy nie jest nieszczęśliwy sam”) nabierają zupełnie nowego znaczenia.

Dopóki nie usłyszę, jak z przejęciem śpiewają na rzecz ofiar wybuchu wulkanu na Antarktydzie czy fal tsunami na Księżycu, dopóty nie będę przekonany, że działanie ich piosenek nie opiera się na manipulowaniu odbiorców i sztuczkach marketingowych (w tym miejscu mówię całkowicie poważnie – mam wiedzę i doświadczenie w reklamie, więc wiem, jak działa przemawianie do potrzeb i pragnień wspólnych dla osób z określonej grupy docelowej i potrafię wyczuć tego rodzaju manipulację jak głodny niedźwiedź twojego bąka z drugiego końca lasu [dobrze, myślę, że w tym miejscu mogę opuścić hamulec powagi. Zapnij pasy – jedziemy z górki się intelektualnie rozbić!]).

Jak już pisałem, nie jestem przekonany, czy są oni w stanie dotrzeć do emocji odbiorców, nie pomagając sobie przy tym dynamitem wizerunku, koparką marketingu czy odwiertem egoistycznej manipulacji (tak, podlizywanie się dziewczynom, które mają tak wiele pewności siebie [albo inteligencji], co przeciętna polska wieś głowic nuklearnych wyłącznie po to, by kupiły więcej tarcz do szlifierki krążków jest niskie i egoistyczne – tak niskie i egoistyczne, jak udawanie kobiet w grach MMORPG, by rozkochać w sobie męskich graczy i dostawać od nich darmowe, wysokiej jakości przedmioty [a potem jeden z drugim naśmiewają się z tego, jakie to z kobiet bezwzględne materialistki, nie to co faceci…]), ale możesz powiedzieć, że zarzucam „Rwanda Faction” to, co większość artystów robi od czasów, jakich najtrzeźwiejsi górale nie pamiętają,  czyli przemawianie do „wspólnych mianowników” jak potrzeba akceptacji, potrzeba miłości, potrzeba poradzenia sobie z rozczarowaniem lub poczuciem porażki, potrzeba nakopania do czterech liter odpowiedzialnym za zepsucie ulubionych seriali, zespołów, tytułów (tak, Activision i Electronic Arts, do was mówię!) tak mocno, że litery po drodze pogubią itp.

Gorzej, jeśli nie ma d…y, do której można byłoby mu nakopać, jest do tego stopnia martwy intelektualnie, że absolutnie nic go nie rusza i nie obchodzi, ciągle czegoś od was chce i dostaje tego na tyle dużo, że uparcie nie chce odejść…

Choć z jednej strony wytrąciłeś floret argumentu z mojej dłoni, z drugiej – musisz się przygotować na to, że… [łup!] …zrobię ci taką szkołę rodzenia, że ci głos do sześciu oktaw podskoczy.

A teraz, gdy z przeszywającego bólu zwijasz się na ziemi do pozycji, jaką przybrałeś w czasach, gdy sam organizm twojej matki zdawał się jeszcze nie wiedzieć, czy będziesz miał strzałkę czy plusa na końcu swojego symbolu płci, pozwól, że ci coś powiem – jeśli odbierzesz innym wokalistom możliwość pociągania za emocjonalne sznurki swoimi tekstami, to ich obecność na scenie nadal będzie nie tylko uzasadniona, ale i pożądana, np. dzięki temu, że potrafią wywoływać emocje w odbiorcach nawet, jeśli śpiewają „o niczym” (jak System of a Down); śpiewają gościnnie liczbę wersów możliwie najbliższą zeru; śpiewają w języku tak niezrozumiałym i obcym, jakby go z elementarza wyłowionego z największych głębin Atlantydy wygrzebano czy nawet bez słów (poziom mojego wykształcenia muzycznego nie pozwala mi się posługiwać terminami muzycznymi bardziej zrozumiałymi od pojęć astrologicznych, ale wystarczy, jeśli będziesz wiedział, że sposób, w jaki śpiewa się bez słów przypomina artystyczne ziewanie).

Jeśli chodzi o tych z „Con Deception”… niech ci już będzie – sprawdźmy, czy można im pozwolić na to, by spróbowali się utrzymać na kolejnym poziomie. Następne pytanie brzmi: „Czy potrafią śpiewać z emocjami w głosie?”

W tym miejscu zaczynają się schody tak wysokie, jak te, z których musiał spaść Pitbull, by napisać jeden z tekstów do swoich piosenek.

Zaraz… czy chcesz przez to powiedzieć, że ludzie nie opłakiwali rozpadu zespołu technical death metalowego Iniquity, wysyłając komentarze z cyber-zniczami, gdy zamieściłem post z tekstem piosenki do „Bullet’s Breath?”

Możesz uważać, że powyższe pytanie to poprzednie pytanie, które próbowałem przebrać w inne słowa, ale na tyle nieudolnie, że treść poprzedniego pytania prześwitywała przez nie jak przez erotyczną bieliznę – ale z ręką w nocniku (a nie, to jednak „z ręką na sercu” miało być – pomyliłem idiomy) zapewniam cię, że mylisz się tak bardzo jak saper z daltonizmem. Emocjonalne śpiewanie to nic innego jak wokalne aktorstwo.

Jestem pewien, że potrafisz powiedzieć, kiedy aktor(ka) nie gra autentycznie. Wiesz tak samo dobrze, jak ja, że jeśli określona osoba nie potrafi grać, to może wykrzywiać swoją twarz jak wrak samochodu w prasie do paczkowania złomu; mówić głosem sugerującym, że chce sobie jednocześnie ziewnąć; łkać, jakby ją ktoś struną bałałajki udusić próbował; wymachiwać rękoma jak kompletnie zad…cony dyrygent; mrużyć zapłakane oczy, jakby prosto w Słońce patrzyła – ile tylko chce, ale nigdy nie przekona żadnego z nas, że tak zachowuje się ktoś, kogo gra – w tym przypadku osoba w głębokiej rozpaczy (w tym momencie aż chciałoby się zawołać: „You are tearing me apart, Lisa!” [„Rozdzierasz mi serce, Lisa!”]).

W życiu już tak bywa, że nawet jeśli nabierzesz „jaj” (kwadrat), by miłość jej wyznać, to przekonasz się, że jej nie zadowolisz, bo czeka na faceta z rozmiarem (prostokąt), jaki oko cieszy, lecz seks uniemożliwia.

Jeżeli ktoś będzie chciał się przeprawić przez rzekę mojej niemal paranoicznej nieufności i dotrzeć do moich emocji, będzie musiał zrobić coś więcej niż tylko podnieść głos, by przekonać mnie, że jest tak rozwścieczony jak facet, który zawisnął jądrami na drucie kolczastym.

Podobnie będzie potrzebował czegoś więcej niż opuszczenia głosu i mówienia powoli, by przekonać mnie, że jest tak przybity, jak facet, który dowiedział się, że jest tak „umiejętny”, że jego dziewczyna regularnie zdradzała go z kaktusem („kuktasem”, jak powiedziałby Ferdek ze „Świata Według Kiepskich”). A już na pewno nie wystarczy, że ucieknie się do śpiewu z vibrato („Przygotuj się, dowcipy z wibratorami nadchodzą” – powiedziałby „Ned” z „Gry o Tron”), bym uwierzył, że śpiewa tak emocjonalnie, jakby przed chwilą dowiedział się, że najbliższe kilkadziesiąt wcieleń spędzi w największych piekłach na świecie (poczynając od tego, do którego nie chciał wysłać pieniędzy ze sprzedaży tego, co miał na sobie [Karma to jednak s…a – jeśli nie zabierze ci ostatniej pary majtek w tym życiu, to sprawi, że będziesz chodził goły w następnym]).

A więc dobrze… Teraz, gdy już to sobie wyjaśniliśmy, czas ocenić, jacy z nich „emocjonalni striptizerzy” (pozwólcie, że nie będę oceniał, jacy z nich „fizyczni” striptizerzy – jeśli szukacie powodu, by sobie oczy zabetonować, to w obrazach Google znajdziecie ku temu o cały ćwiercilion powodów za dużo. Nie wiem, kto te zdjęcia robił, ale odnoszę wrażenie, że członkowie „Cone Fixation” są męskim odpowiednikiem „cór babilonu” z nk.pl czy fotka.pl, które robią sobie zdjęcia w strojach tak skąpych, że bieda byłaby z nich chusteczki do nosa uszyć, zupełnie jakby miały alergię na ubrania tak poważną, że potrzeba je za każdym razem na sygnale helikopterem do szpitala wozić).

Nigdy nie będziesz tak nagi (nawet wtedy, gdy zrzucisz z siebie wszystko i zgolisz ostatni włos na ciele, by uprawiać seks na oczach milionów ludzi), jak wtedy, gdy otworzysz się przed kimś do tego stopnia, że odsłonisz przed nim swoje najgłębsze myśli, lęki, marzenia, pragnienia i historię przeglądarki. To dopiero jest nagość!

W „More Than Tits” Liam uderzył w emocjonalną strunę, gdy zaśpiewał „Gdy do twych drzwi podchodzę, moja głowa zwraca się ku podłodze, bo nie mogę ci w oczy spojrzeć i powiedzieć, że…” (zaraz ktoś pewnie znajdzie do tego stosowny – najpewniej związany w jakiś sposób z homokulturą – rym, lecz machnę już na to ręką i ogonem…), ale nawet małpy wciskające przypadkowe klawisze maszyny do pisania mają szansę jak 1 do 26 na napisanie pierwszej (poprawnej) litery „Hamleta”, więc to nie jest znowu osiągnięcie godne pomnika.

Jedyna rada, przed której udzieleniem nie powstrzymuje mnie moja apatia i lenistwo, to ta, że powinien podczas śpiewania częściej myśleć o tym kimś, o kim myślał, gdy śpiewał powyższe wersy – nawet jeśli było to jego ukochane zwierzątko domowe (np. egzotyczny ptak jak… jak… nie wiem, heterodaktyl?). A jeśli chodzi o to, jak śpiewała reszta zespołu, to oczami wyobraźni widziałem ich „emocjonalnie” powykrzywiane twarze (zastanawiająco podobne do twarzy rodzących kobiet), ręce podniesione tak, jakby hantle ponad klatkę piersiową podnieść usiłowali lub żyłkę mordercy od swojej krtani odciągnąć próbowali – i głowy, którymi kręcili w spowolnionym tempie, jakby się z pewnej myśli otrząsnąć chcieli lub w to, co usłyszeli, uwierzyć nie mogli (nie wiem, co chcieli przez to osiągnąć, ale nie pomogło. Równie dobrze mogliby nagrać dżingiel do reklamy pasty do tyłka – efekt byłby równie „emocjonalny”).

Często jeśli chcę określić emocjonalność utworu na dany temat, porównuję go z piosenkami innych wykonawców na ten sam temat, a w przypadku piosenki „Moments” są to wspomnienia związane z dziewczyną, z którą się rozstają (sądząc po tym, co pokazali w teledysku do „What Makes Your Booty Full” – z tą samą dziewczyną. Najwyraźniej grupowe zalecanie się do jednej kobiety lub żonglowanie przez nią związkami z pięcioma facetami naraz jest na porządku dziennym w świecie teledysków do piosenek boysbandów).

„Kochanie, muszę ci coś wyznać – mam inną kobietę.”

Słuchanie „Moments” zespołu „Lone Defecation” nie przyniosło mi uczucia nostalgii, melancholii (no, może trochę sam tekst – bez śpiewu i muzyki) jak np. „Memories” Within Temptation, „Memories” Namnambulu, „Memory” (cover) w wykonaniu zespołu Epica, „Old” Assemblage 23, „Further” VNV Nation, „It’s Over” Legenda Aurea, „Tallulah” Sonata Arctica, „Wish You Were Here” Within Temptation czy inne utwory związane z pamięcią i wspomnieniami – „Amnesia” Mind.In.A.Box i mówiona część „Song of Myself” zespołu Nightwish.

Oczywiście, poziom trudności określenia tego, jak emocjonalny jest określony utwór spada do poziomu umiejętności, jakich potrzeba do wypier…lenia się na schodach przy rozwiązanych sznurowadłach, jeśli oceniany utwór jest próbą odcinania kuponów od cudzej pracy i sukcesu (określenie „cover” powinno być zarezerwowane dla tych zespołów, które są równie lub bardziej uzdolnione od oryginalnych wykonawców).

Nieszczęśliwy przypadek rzut kością sprawił, że „One Beer Faction” postanowiło zabrać się za przeróbkę „Forever Young” Alphaville. Nie czuję się zaślubiony temu zespołowi, więc nie będę się tutaj rozwodził – utwór jest w takim samym stopniu emocjonalny, w jakim szambo jest atrakcją turystyczną.

Piosenka została ogołocona z emocji z dokładnością, z jaką z mięsa rozbierają swoje ofiary piranie i zaśpiewana w sposób tak omdlewająco słodki jak zapach lilii (które – jeśli wierzyć niepotwierdzonym informacjom, jakie posiadam – w ciepłych i zamkniętych pomieszczeniach śmierdzą pielęgniarkom jak świeży trup, co jest o tyle ironiczne, że spośród wszystkich możliwych kwiatów na świecie ludzie uparcie przynosili do szpitala właśnie je). Nie mówiąc już o tym, że styl w jakim śpiewali był tak jednolity, jak kolor plasteliny zgniecionej w kulę o jeden raz za dużo.

Ten tenor w pół minuty sprawił, że się popłakałem… ze śmiechu!

Chociaż miłośnicy „Wand Erection” mogą mieć odmienne zdanie na ten temat, nie sądzę, by śpiewali oni z autentyczną emocjonalnością, jaką słychać w głosie chociażby Adele (piszę to mimo tego, że jestem tak daleko od bycia jej fanem, jak japońska dziewczyna od zostania papieżycą prawosławnych). Chociaż z jednej strony może to zależeć od gustu (czy też jego braku), z drugiej – jest tak wiele innych zespołów, do których czuję tyle sympatii, co do przerośniętych jaszczurek, które kopnęły w kalendarz miliony lat przed moimi narodzinami, a które (zespoły, nie – dinozaury) w moim przekonaniu potrafią emocjonalnie śpiewać o wspomnieniach (czy nawet rzeczach, które obchodzą mnie równie bardzo, jak to, jakiej pasty do tyłka używasz [żartuję – polecam pastę firmy HoleGate]) znacznie lepiej niż „One Dirty Action”.

{Jak najbardziej może jednak dojść do tego, że określona piosenka stanie się dla ciebie emocjonalną fotografią, jeśli słuchasz jej w okresie, w którym rozstałeś się z ważną dla ciebie osobą tak, że równie dobrze mogłaby polecieć na jeden z księżyców Plutona [np. Hydrę] i nie wracać czy też takim, w którym przeżywasz stan zakochania głębszy niż komin wulkaniczny. Jesteś wówczas skłonny przypisywać piosence większe znaczenie niż w sytuacji, gdy utwór nie odzwierciedla i nie przypomina ci o żadnych ważnych wydarzeniach życiowych (np. możliwe, że dla przyszłych pokoleń będzie to druga Pierwsza Komunia, jaką wymyślił dla nich dział marketingowy Kościoła). Ja słuchałem „Martyr” zespołu Soilwork w starych, dobrych czasach, gdy współpracowałem z ekipą budowlaną, która posiadała talent komediowy na poziomie profesjonalnego zespołu kabaretowego. Dzięki niej zapamiętałem, jaki dokładnie rok wtedy był}.

Niezależnie od tego, jak bardzo chciałbym móc to powiedzieć o piosenkach, które dla mnie są emocjonalnymi fotografiami, nie jestem przekonany, czy (a jeśli tak, to na ile) osobista wartość utworu podnosi jego obiektywną wartość (nawet jeśli wiem, że niejeden artysta chciałby tak myśleć… mieć poczucie, że warto było urodzić się dla stworzenia tego dzieła, bo w jakiś sposób zmieniło życie jego odbiorców na lepsze lub chociaż pozwoliło je lepiej znieść – i to nawet, jeśli jego muzyka jest tak niszowa, że o jej istnieniu wie tylko twoja babcia z Kazachstanu czy ciężka w odbiorze, że zrozumieć i docenić mogą ją jedynie ci, którzy mają za sobą długie lata „przekablowywania” swoich połączeń neuronalnych [czy pisze się ktoś z was może na słuchanie metalu, w którym chodzi o to, by grać jak najpowolniej? Funeral doom metalu w wykonaniu grupy Ahab? Nie? Tak myślałem. Nie wiecie, co tracicie…])}.

„Nie oceniaj pochopnie” – mówi reklama. Myślę, że nie macie się o co martwić – ciężko jest oceniać pochopnie coś, przy czym zasypia się do rana, a czego się po obudzeniu nie pamięta, bo umysł wyparł to jak traumę.

Możesz uważać, że nie jestem obiektywny w swojej ocenie tego, czy określony wykonawca potrafi śpiewać emocjonalnie, czy też śpiewa z emocjonalnością syntetyzatora głosu odczytującego teksty z filmu pornograficznego – ponieważ wybieram na przykład tych, do których mam anielską sympatię  i tych, których głos podoba mi się na tyle, by chcieć go „usłyszeć” na własnym pogrzebie, a nawet się po drugiej stronie życia z takim głosem w gardle obudzić (tzn. taki głos mieć, a nie żeby mi ktoś sztuczne oddychanie robił, jednocześnie przy tym śpiewając). Przysięgam jednak na honor cynika, że taki zaślepiony to jeszcze (jeszcze!) nie jestem.

Zanim usłyszałem „Amnesia”, wiedziałem o istnieniu Mind.In.A.Box tyle, co przeorysza o istnieniu punktu G i to właśnie ten utwór sprawił, że muzykę tego wykonawcy pokochałem jak falę endorfin przetaczającą się przez krew (mała ciekawostka: dowiedz się, do kogo należy głos [kobiecy], który słychać w utworach tego wykonawcy – może cię to zaskoczyć). Natomiast jedyny utwór, Altarii, jaki mi się dotąd naprawdę podoba to „Unchain the Rain” (szczególnie w bardzo udanym połączeniu z filmem z gry Warhammer: Mark of Chaos, który zamieściłem poniżej). W reszcie ich piosenek nie podoba mi się albo sposób, w jaki ich wokalista śpiewa, albo jego głos, albo jedno i drugie.

Zwróć uwagę na to, jak słowa piosenki świetnie dopasowane są do akcji filmu, np. „Bo nikt nie potrafi uśmierzyć twojego bólu tak, jak ja”, gdy dowódca traci przytomność od niespodziewanego uderzenia.

Nie chcę się już nawet wypowiadać na temat tego, jakim (z początku) wielkim zawodem był album I:Scintilli „Dying and Falling” w porównaniu z albumami „The Approach” i „Optics” (na którym każdy ich utwór był doskonały). W końcu udało mi się parę z nich polubić, ale żaden nie zbliżył się do sztandarów emocjonalnej muzyki, jakimi były utwory „Capsella” (szczególnie fragment: „Czy uciekamy się do logiki, czy też ślepo podążamy za miłością?”) i „Translate”.

Chciałbym móc powiedzieć „Zostawmy jednak ten temat jak śmieci na orbicie i zastanówmy się, czy są oni w stanie zdobyć kolejne szczyty umiejętności wokalnych”, ale biorąc pod uwagę to, co napisałem do tej pory, wydaje mi się to równie celowe, co mierzenie siły mezocyklonu (który – nie wiedzieć czemu – słownik podkreśla jako błąd) w hektarach; wyższy poziom zarezerwowany jest dla tych, którzy potrafią „dosięgnąć” ponadprzeciętnej (dla śpiewaków, a nie dla tych, którzy śpiewają pod prysznicem na poziomie, który sąsiadom każe sądzić, że ich dom jest nawiedzony) ilości oktaw lub chociaż nieprzeciętnie wysokich bądź niskich oktaw.

Nawet jeśli opuszczę dla nich poprzeczkę skali głosu z poziomu King Diamonda (który – z tego, co wiem – potrafi uderzyć zarówno w bardzo wysokie krzyki, jak i głębokie growle [oraz swobodnie pomiędzy nimi przechodzić]) do poziomu czterech oktaw, jakie przypisuje się Bruce’owi Dickinsonowi z Iron Maiden (zobacz załączony film na YouTube, na którym podporządkowano fragmenty piosenek nutom, jakie potrafi zaśpiewać), to i tak wyje…ią się z tyczką przy rozbiegu…

{Jak możesz się domyślić, do fana Iron Maiden jest mi tak bardzo daleko, jak do szczytu 25-kilometrowej góry Olympus Mons na Marsie. Nie znaczy to jednak, że nie potrafię docenić talentu Bruce’a Dickinsona do wspinania się na wokalne ośmiotysięczniki}.

Jeśli dokładnie przyjrzysz się temu obrazkowi, to po piętnastu minutach – dokładnie nad rysunkiem metalowca, który tuż przed utonięciem pokazuje „rogi” na znak tego, że umiera za swój ukochany gatunek muzyczny – zobaczysz radę, abyś zawsze pamiętał, że przerośnięte ego zabije twój talent.

Jeśli natomiast będziesz próbował mi powiedzieć, że umiejętności wokalne członków „Sun Diffraction” mogą utknąć na poziomie półtorej czy dwóch oktaw (czy ile tam osiągają – sieć dziwnie na ten temat milczy) jak kot na drzewie i że „oni nie muszą, bo są jeszcze młodzi”, to pozwól, że zadam ci jedno zasadnicze pytanie:

Jeśli Nicole Scherzinger przez kilkanaście lat musiała w najwyższe nuty niczym mnich szaolin w ścianę uderzać, by sobie nazwisko wyrobić, to…

…co do jasnej pestylencji One Direction w ogóle robi na scenie?!

Nie, poważnie pytam. Czy tak się teraz robi? Nagradza sławą i bogactwem amatorów jak pokojowym Noblem „na zachętę” zbrodniarzy wojennych?

Jak rozpoznać talent w zespole? Szukaj tej z najmniejszym dekoltem.

{Dowód na to, że nimi są dostaniemy wówczas, gdy żaden z nich nie zrobi kariery solowej (szczególnie po tym, jak ich odbiorcy z nich wyrosną) szybciej od ich woźnego… jak to się zresztą w przypadku większości grup chłopięcych stało [najbardziej jest mi ich woźnych żal; cała reszta może się w szafie do Narnii zatrzasnąć i nie wracać]}.

Jeśli nie chcesz, żeby twoja odpowiedź zabrzmiała jak odpowiedź kogoś, kogo tryby w mózgu spotykają się raz na zaćmienie, prześpij się z tym, co chcesz powiedzieć, a zobaczysz świat w zupełnie innym świetle (przyciemnianych szyb karawanu, jeśli przed pójściem spać nałykasz się „dropsów” na receptę, czując, że twoje życie straciło sens, bo nie możesz wymyślić inteligentnej riposty). Słyszałem też, że nie bycie idiotą pomaga – powinieneś kiedyś spróbować!

…ale nie takimi, jak ci, którzy nigdy żadnego internetowego sporu nie wygrali, a nie poddają się tylko dlatego, że w swoich urojeniach myślą, że to oni z tych wszystkich sporów wyszli zwycięsko.

I żeby nie było jak z tymi, co sobie fajerwerki z tyłków odpalają, a następnie pozywają producentów o to, że nie napisali, że to szkodliwe dla zdrowia i życiu zagraża – ostrzegam, że nie mam zamiaru nawet przed chwilę pomiędzy jednym uderzeniem serca a drugim słuchać porównań „Hunt Erection” do artystów, których geniusz objawił się w wieku, w którym człowieka bardziej podniecały zielone żołnierzyki zastygłe w pozach sugerujących, że zasnęli w cemencie niż kobiece przedpiersia śródpiersia „przypiersia” (jeśli ci tak wesoło, to sam spróbuj stworzyć liczbę mnogą od liczby mnogiej piersi), ani tym bardziej o tym, że są tak rewolucyjni, że trzęsą muzyczną dzielnią silniej niż Kopernik (który – jak wiadomo – był taki „gangsta”, że samemu Słońcu i Ziemi kazał tańczyć, jak im zagra).

Gdyby naprawdę byli tacy rewolucyjni i innowacyjni, to nie musieliby sobie rozpoznawalnego na całym świecie symbolu Beatlesów przywłaszczać… (co z drugiej strony nie jest takie złe, bo nie ma prawa się dla nich dobrze skończyć; to tak, jakby kawalerzyści Krzyżaków oddziałom Jagiełły chorągwie zapier…lili i się z nimi dla żartów kosztem wroga obnosić poczęli – tylko po to, by pod ostrzałem własnych łuczników z siodeł pospadać).

Jeśli nie rozumiesz, na czym polega przywłaszczenie sobie ukochanego przez innych symbolu, pozwól, że ci to wyjaśnię. Wyobraź sobie, że kochasz książkę autora x. Teraz wyobraź sobie, że jestem wydawcą i kupię pełne prawa do tej książki i postanowię, że jako jej autor widniała będzie niezwykle sławna osoba, której z całego serca i słusznego powodu nienawidzisz. Gdy zakończę kampanię marketingową i sprzedam miliony kopii na całym świecie, miliardy ludzi już na zawsze będą przypisywać autorstwo twojej ukochanej książki tej osobie i ją z nią kojarzyć (jak np. prace Nietzschego z faszyzmem czy „Helter Skelter” Beatlesów z zabójcą m.in. żony Romana Polańskiego, Charlesem Mansonem).

{Jeśli uważasz, że to problem równie poważny, co groźby odpalenia głowic jądrowych przez Watykan lub przypadki tak odosobnione jak dzieworództwo pośród mężczyzn, to co powiesz na to, że już całe rzesze cymbałów uważają, że to Nirvana zrobiła cover (tak, cover!) piosenki „Smells Like Teen Spirit” Miley Cyrus? Że Freddie Mercury tytuł piosenki „Somebody to Love” Justinowi Bieberowi zachachmęcił? Że to Michael Jackson od Justina Biebera strój i styl odpatrzył? Przykłady mogę mnożyć jak Matka Natura sposoby na to, by się nas pozbyć (całe szczęście, że niektóre sposoby nie przypadły jej do gustu, jak np. gejzery, które strzelają osiem kilometrów do góry ciekłym azotem i umieściła je z dala od nas, bo aż na Trytonie, księżycu Neptuna).

A jeśli nadal jesteś do tego przekonany jak do leczenia hemoroidów kąpielami w szambie, to nagraj swoją własną piosenkę, a obiecuję ci, że będzie to pierwszy utwór, jaki mój zespół grający depresyjny poczerniały brutalny i techniczny folkowy industrial-death metal „pokryje” (czyż to nie zabawne, że angielskie słowo dla „robienia przeróbek” dzieli znaczenie z „parzeniem zwierząt” [pkt. 29]? W ten sposób możesz jednocześnie określić piosenkę przeróbką, jak i wyrazić swoją opinię o tym, że autor przeróbki się z nią [za długo i nieumiejętnie] piep…ył aż w końcu piep…ył zrobienie jej dobrze). Narobię wokół tej piosenki takiego medialnego szumu, że cały świat dowie się, iż napisałeś ją ty, ty, właśnie ty! (Pomyśl tylko – gdy się o tym moherowe berety dowiedzą, będą za tobą po całym mieście z granatami Chrystusa [foliowymi woreczkami ze święconą wodą] latać! Czyż to nie wspaniałe? Byłbyś pierwszym, któremu spełni się marzenie każdego, kto się reklam „efektu Axe” naoglądał – o tym, by być kimś, za kim kobiety się – dosłownie – uganiają!}.

Koleś powinien się modlić, że nie jest mugolem i po rozpędzeniu się w tą ścianę wyląduje w Hogwarcie, a nie na bloku operacyjnym…

Żeby jednak nie było, że nie policzyłem im punktu, jaki dzielił ich od wyższej oceny czy też dyskwalifikuję ich z powodu sprzecznego z tym, jakiego każdy się domyśla, podaję kryteria, na jakich wyłożyli się jak poszczepienny narkoleptyk na schodach.

Poziom ponad „Shun Affection” zajmują ci, którzy przez większość swego życia utrzymali karierę niemal tak wielką jak grzyb z Oregonu i zatrzymali przy sobie fanów w liczbie, jaka zawstydziłaby nawet armię Imperium Rzymskiego, jaką zgromadziło w alternatywnym wymiarze, w którym nigdy się nie rozpadło.

Na jeszcze trudniej dostępnych szczytach pozostawili swoje flagi ci, którzy są w stanie „wydziergać z nut” utwory przemawiające do wielu pokoleń, jak np. Madonna (jest to tym trudniejsze, że ludzie w wieku „ja wiem lepiej!” najczęściej nie chcą słuchać tego, czego słuchali ich rodzice).

Nad nimi „urzędują” ci, którzy tworzą muzykę, która bez „megafonu” marketingu (lub chociaż bez jego większej pomocy) przemawia do milionów ludzi na całym świecie (co świadczy o tym, że jest ponadkulturowa) i to niezależnie od tego, czy z reguły wbijają głowami niewidzialne gwoździe do muzyki metalowej czy kołyszą się jak boje na morzu do muzyki tanecznej (do głowy przychodzi mi Yanni – bo komu jeszcze pozwolono grać w miejscach o statusie miejsc niemal świętych?).

Niech zgadnę… album nazywa się „The B(r)e(a)st Of”?

Na jeszcze bardziej niegościnnych półkach skalnych zasiadają ci, którzy tworzą muzykę do tego stopnia nieśmiertelną, że usłyszysz ją jeszcze z ust ludzi zamarzających w ciemnościach, jakie zapadną, gdy Słońce w końcu wyzionie swoje ostatnie opary paliwa (chyba, że jakiś zespół zdąży na ostatnią chwilę stworzyć hita na poziomie niższym od „disco polo, że ja pier…olo”).

A na najwyższych szczytach swoje pustelnie mają ci artyści, którzy zmieniają świadomość narodów lub nawet całej ludzkości, a przez to – historię świata.

Jak widzisz, chłopczęta z „Run Misdirection” mają przed sobą długą i stromą drogę na szczyt, z której mogą jedynie spaść…

Jeśli masz prawdziwy talent, zrobisz światową karierę, grając nawet połączenie gatunków odległych jak jądra Słońca i gwiazdy w galaktyce A1689-zD1 (13 miliardów lat świetlnych).

Ciężko mi jest natomiast wypowiadać się o muzyce, jaką „tworzą”, bowiem nie od dziś wiadomo, że nawet największe gwiazdy popu czy R&B nie piszą słów i nie komponują piosenek, pod którymi się podpisują (na końcu artykułu jest lista autorów „ich” największych hitów). Koncernami muzycznymi musiałoby kierować stado szympansów, by pompowały ciężkie pieniądze w marketing muzyki, jaką największy amator byłby w stanie „zagwizdać odbytem” nawet, gdy nie potrafi stwierdzić, po której stronie rzeczywistości się obudził. A to, że produkują muzykę dostosowaną do osób, których gust muzyczny nie jest jeszcze w pełni rozwinięty? To materiał na epilog wiktoriańskiej powieści (w których szczegółowo i obszernie opisywano, co działo się z bohaterami utworu nawet wiele, wiele lat po zakończeniu fabuły).

Ponieważ słucham więcej gatunków muzycznych niż osoba, która wychowała się na muzyce w mediach masowych (i nigdy nie wykroczyła poza to, co one promowały) jest w stanie wymienić, odnalazłem się niemal na każdym poziomie muzycznego elitaryzmu (a przynajmniej według jakichś Rosjan).

Oczywiście, jeśli jesteś jeszcze w wieku, gdy przez twój organizm przetacza się hormonalne tornado (lub cię to dopiero czeka), to zapewne chcesz o sobie myśleć jako o osobie, której gust jest w pełni rozwinięty i się już nigdy nie zmieni (co do tego możesz mieć rację, ale tylko i wyłącznie w przypadku, gdy zamierzasz zatrzymać się na poziomie dresiarza), ale tak naprawdę twój gust będzie się zmieniał dopóty, dopóki zmieniał się będzie twój mózg, a wraz z nim twoja osobowość i tożsamość… i dopóki będziesz otwarty na muzykę, o której istnieniu komercyjne media nie chcą, abyś wiedział (wyłączając może „Grającą Szafę” w radiu Kraków, gdzie ostatnio usłyszałem „Age of Shadows” zespołu Ayreon, „San Sebastian” zespołu Sonata Arctica, Creek Mary’s Blood zespołu Nightwish czy nawet jedną z piosenek zespołu Stratovarius [linki prowadzą do utworów, które mają największe szanse przypaść ci do gustu]). A jeśli mi nie wierzysz, zobacz listę gatunków metalu i gatunków muzycznych (w tym trzecim linku jest ich ponoć ponad 1500) i przekonaj się, jak wiele z nich rozpoznajesz.

Jeśli jesteś w stanie wymienić kilkadziesiąt gatunków to na pewno nie dlatego, że ich określenia usłyszałeś w radiu czy telewizji. Możesz powiedzieć, że media promują tylko to, co jest popularne, ale tak naprawdę to media decydują o tym, co jest „popularne” (a „popularne” jest to, co za ciężkie pieniądze promują wielkie koncerny muzyczne, nawet jeśli jest to nielegalne).

„Jeśli pewnego dnia każdy z nas pójdzie do więzienia za pobieranie muzyki, to mam nadzieję, że porozdzielają nas według  gatunku muzycznego.”

„Inna forma payoli stosowana przez przemysł nagraniowy opiera się na luce prawnej, która pozwala opłacić osoby trzecie lub niezależnych promotorów muzycznych, by udali się do stacji radiowych, by „promować” w nich „swoje” piosenki. Oferując stacjom radiowym „pieniądze na promocję” ludzie ci pomagają piosenkom ich klientów, wytwórni nagraniowych, znaleźć się na listach przebojów stacji radiowych w całym kraju.”

Myślałeś, że obecność niezależnych artystów w mediach masowych to znak, że nastąpiło zwarcie między neuronami decydentów w przemyśle muzycznym i dopuścili do tego, by nastąpiły długo wyczekiwane przemiany w branży? Taaa, jasne… takiego ogóra! Nawet muzyczny kopciuszek, Lana Del Rey, okazał się w końcu Pinokiem z nosem jak stąd do dna supermasywnej czarnej dziury w centrum naszej galaktyki albo tej, w której politycy mają twoje problemy – co w sumie na jedno wychodzi…

Między niebytem a piekłem.

I w tym miejscu chciałbym poruszyć temat tego, dlaczego zespoły pokroju  „jednowymiarowych” (1D = 1-dimensional = „jednodymensjonalni”), spotykają się z nienawiścią równie dysproporcjonalną, jak nienawiść, z jaką Adolf Hycler „rozbierał z ciała” Polaków, Żydów i Romów w obozach koncentracyjnych (nie napisałem „równie wielką”, bo to byłaby równie wielka przesada, jak grożenie  Rebecce Black śmiercią i życzenie jej, by zrobiła sobie coś, co na stałe wyłączy ją z szanownego grona konsumentów tlenu [nawet, jeśli uważam, że jej „Friday” jest piątym, muzycznym jeźdźcem apokalipsy]).

(Po lewej: bezpieczeństwo. Po prawej: śmierć).
„Nie możesz się zdecydować, Rebecco Black? Chętnie ci w tym pomożemy”

Początkowo ten artykuł miał być tak cyniczny i złośliwy, jak poprzedni, ale szukając do niego materiałów natrafiłem na wiadomości o tym, że dwie fanki (jedna „Wonder Erection” a druga Justina „Bimbera”) popełniły samobójstwo za sprawą nienawistnych komentarzy, jakie otrzymały od kogoś, komu fałdy mózgowe najwyraźniej trzeba dłutem wybijać, skoro nie wie, gdzie leży granica pomiędzy złośliwą krytyką a psychologicznym sadyzmem.

Sam byłem przez wiele lat tyranizowany przez szkolnych osiłków (z powodu, jaki trafnie określił Varis Lux w komentarzu z 17.04.2012 do prezentacji o roli introwertyzmu, choć „oficjalnie” chodziło o fizyczną odmienność jak np. piegi), więc nie mam zamiaru czegoś takiego tolerować i życzę tym osiłkom, którzy nie nabrali i nie mają zamiaru nabrać rozumu, aby znalazł się ktoś silniejszy od nich i zaplótł ich jelita w korale analne, a następnie wywlókł je na zewnątrz przez jeden z otworów w ich ciele i wepchnął w następny tylko po to, by wyciągnąć je kolejnym – tak, by nie wiedzieli, którym otworem się wys…ać.

Chcę, aby dokładnie taki obraz mieli w głowie, zanim podniosą rękę (lub słowną rękę) na słabszego i to bez żadnego zrozumiałego powodu (z powodów, których nie bardzo mogę opisać, nie muszę tego życzyć żadnemu z moich dręczycieli. Sądzę jednak, że zdążyli oni dojrzeć i zmądrzeć. Ci, którzy już w tamtych czasach nie zostali dotkliwie przez los doświadczeni, zostali przez niego ciężko dotknięci wiele lat później. Karma jest jednak s…ą, jak głosi przekazywana z połączenia na połączenie internetowa mądrość).

To jest powód, dla którego postanowiłem zakończyć ten artykuł nie ciosem w słaby punkt (można rzec, w jądra samego ego), ale komentarzem społecznym… co prawda równie niepoważnym komentarzem społecznym, ale jednak…

A więc dobrze… skoro „lekcję organizacyjną” mamy już za sobą, powróćmy do tematu dzisiejszej lekcji, a mianowicie do nienawiści, jaką cieszą się (no, może nie oni) artystyczni przestępcy.

Żebyście tylko wiedzieli, czego słuchałem, zanim zostałem pobłogosławiony stałym dostępem do sieci… to są utwory, których posłucham z satysfakcją jeden raz na jakiś czas, ale które wstydziłbym się sam przed sobą na liście odtwarzania umieścić.

Określenie „artystyczny przestępca” nie znalazło się tutaj przypadkowo (nie zostało, na przykład, wyrwane z kontekstu przez tornado redagowania i nie wylądowało na miedzy tego akapitu) i nie zostało przeze mnie użyte równie bezmyślnie, co słowo „dosłownie” („literally”) przez siostry Kardashian („mam dosłownie motyle w brzuchu„). „Artystyczny przestępca” to człowiek, który uchodzi za „artystę”, chociaż sprzedaje wszystko inne (urodę, ciało, charyzmę, głupotę, obraźliwość itp.) tylko nie swoją muzykę (bo nie ma ona najmniejszego prawa konkurować z owocem prawdziwego talentu) i czerpie korzyści ze sławy lub pieniędzy, które należą się jej jak rządowi Gwaledu… Gwadelupy wpływy z twoich podatków.

Jeśli będziesz chciał mnie przekonać, że to, czego słucham jest „złe”, będziesz potrzebował argumentu mocniejszego od tego, że to jest „łomot” i „darcie mordy”. Pierwszy świadczy o tym, że nigdy nie słyszałeś o progresywnym, neoklasycznym czy symfonicznym metalu, a drugi – że nie wiesz o zespołach metalowych, w których śpiewają kobiety i to wyłącznie melodyjnym głosem.

Ale to nie jedyne przestępstwo, jakie „artystyczny przestępca” ma na swoim sumieniu. Podobnie jak włamywacz (teraz już wiesz, czemu w języku angielskim przebicie się do jakiejś branży określa się tym samym słowem, co włamanie się do cudzego domu), „artystyczny przestępca” – w poszukiwaniu tego, co ma materialną wartość i wartość dla społeczeństwa (symbol statusu) – niszczy to, co nie przedstawia dla niego żadnej wartości.

Ten pierwszy strąca z półki kunsztownie wykonane zestawy porcelanowych naczyń, a ten drugi (wespół z naśladowcami, których pojawienie się jest tak pewne, jak obłożenie podatkiem oddychania w ramach walki z nadmierną emisją dwutlenku węgla) przyczynia się do upadku rynku muzycznego, a razem z nim muzyki, którą można nawet podczas Sądu Ostatecznego z czystym sercem sztuką nazwać i zespołów grających taką muzykę (dla wielu ludzi zaskoczeniem jest to, że mniej lub bardziej sławni muzycy nie zarabiają na życie śpiewając czy grając, a pracując na etacie w supermarkecie czy fabryce, przez co fani bardziej wyrafinowanej muzyki muszą na nowy album nieraz jak na wybór nowego papieża czekać [a nie, czekaj… to zabrzmiało źle]), na czym gust społeczeństwa  wychodzi jak Majowie na turnusie „szalikowców chrześcijaństwa”, znanych również pod określeniem hiszpańskich konkwistadorów.

Powiedzmy, że nie zadzierając z fanami, dla których zespół jest religią i którzy nie są w wieku, z którego można wyrosnąć, troszczę się o grupę docelową, która będzie istniała jeszcze długo po tym, jak po „One Injection” pozostanie jedynie wpis w kronice parafialnej…

Możesz się, oczywiście, spierać o to, czy gust muzyczny naszych rodaków jest wynikiem systematycznej indoktrynacji przez przemysł nagraniowy i media („Nie będziesz miał cudzych gatunków muzycznych przede mną”, „Nie pożądaj muzyki bliźniego swego” itd.), czy też „fabrycznie” wybrakowany (ponieważ ich matki piły podczas ich „produkcji”), ale… ciężko jest zaprzeczyć temu, że gust muzyczny rozwija się w wieku, w którym od wpływu mediów uciec jest ciężej niż przed szarżującym hipopotamem (które – w przeciwieństwie do tego, co się powszechnie o nich sądzi – są agresywne jak skrzyżowanie efy piaskowej z nawalonym dresiarzem na ustawce, szybkie jak japońskie pociągi i zabijają rocznie więcej ludzi niż krokodyle [a krokodyle potrafią jednym dziabnięciem na pół przegryźć]).

Nawet jeśli człowiek postanowi wziąć to, na jakiej muzyce się wychowa w swoje ręce, będzie pod ciągłą presją ze strony rówieśni(a)ków, którzy będą patrzeć na niego jak na jaskiniowca, który co dopiero nie załatwiać się pod siebie się nauczył, ponieważ nie słucha modnych „żartystów” jak Nicki Minaj[lepszezajęli] i jej filozoficznych wywodów – tak głębokich, że musi je powtarzać jak zdarta płyta, by na pewno każdy je dobrze zrozumiał (jak np. „jesteś głupia dziwcza”).

Moment, w którym nachodzi cię myśl, że dodanie piosenek Justina Biebera czy Rebecci Black do listy odtwarzania jednak nie było najlepszym pomysłem.

Zazwyczaj, jeśli rzucisz pierwszy kamień w gust czy opinię kogoś zbyt młodego lub głupiego, by wiedzieć, z czego można być dumnym, a co powinno się jak najprędzej między płyty tektoniczne zaraz za dziewczynami z Double Take czy Jenną Rose wrzucić (mówię tutaj o cymbałach, którzy mają czelność nazywać muzykę „One Defection” „rewolucyjną” i porównywać ich zespół do Beatlesów, jednocześnie bagatelizując ich osiągnięcia i podważając znaczenie dla rozwoju muzyki tych drugich), spotykasz się z reakcją równie racjonalną, co strzelanie z katapulty czołgami.

Pierwszy argument, jaki od nich usłyszysz ma ci w założeniu zamknąć usta tak szybko, jak drzwi przed akwizytorami wiary, jednak jest on do tego stopnia przewidywalny, że wydaje się być zaczerpnięty z chrześcijańskiego bingo. Jest to stare, dobre oskarżenie o zazdrość.

Zdaję sobie sprawę z tego, że istnieją ludzie, którzy zazdroszczą pieniędzy i rozgłosu tym, którzy dorobili się ich na odstawianiu chałtury i sami nie mieliby większych oporów przed praktykowaniem sztuki na „odwal się”, gdyby tylko mogli na tym zarobić duże pieniądze, ale dla tych, którzy mają jakiekolwiek artystyczne standardy i choć minimum ludzkiej przyzwoitości zazdroszczenie niezasłużonej sławy/bogactwa jest jak zazdroszczenie królowi skrólwysynowi dopalaczy tego, że dorobił się, sprzedając coś, po czym ludzie zachowywali się jak berserkerowie na grzybach.

Jeśli jednak jesteś jednym z tych, którzy mu tego zazdroszczą, to zrób nam wszystkim przysługę i kopnij od nas hipopotama, gdy jakiegoś spotkasz… (mogę ci zagwarantować, że będzie to największy adrenalinowy orgazm, jakiego w życiu doświadczysz).

„Poprzez białe drogi, z mrozem za pan brat
pędzą moje sanie, szybkie niby wiatr,
więc spier…laj z mojej drogi,
jeśli chcesz pożyć jeszcze kilka lat.”

Jeśli chodzi jednak o myśl, że można zazdrościć komuś talentu, jednocześnie nie znajdując upodobania w jego pracach lub wręcz nie widząc w nich wartości, jest ona dla mnie równie zrozumiała, co obliczenia z mechaniki kwantowej napisane w japońskim języku Braille’a. Jeszcze zrozumiałbym to, że pragniesz i fantazjujesz o tym, że śpiewasz głosem ulubione(go/j) wokalist(y/ki), nawet jeśli różni was płeć… ale żeby dorosły człowiek zazdrościł komuś, kto – w jego oczach – jest mistrzem w stylu, który mu się osobiście nie podoba lub go zupełnie nie interesuje? Nie… nie… to mógł wymyślić jedynie ktoś, kogo ojciec w betoniarce do snu kołysał.

Możesz powiedzieć, że skoro zazdrosnym można być tylko o twórczość kogoś, kogo uważa się za lepszego od siebie, a oni są lepszymi piosenkarzami niż ja, to muszę zazdrościć im umiejętności. Tylko że ja – jak i każdy człowiek, komu zdrowo w głowie „trybi” – jestem bardzo wybredny pod względem tego, komu zazdrościć. Chciałbym umieć growlować jak Christian Älvestam (zespołów, w których śpiewa[ł] jest więcej niż urzędowych imion, jakie ma Akon), gruntować jak Mark Jansen (Epica), Sander Gommans (After Forever), Morten Veland (Sirenia), Anders Jacobsson (Draconian), Sean Farber (były Daath) czy Claudio Ravinale (Disarmonia Mundi); śpiewać jak Tom Shear (Assemblage 23) czy Ronan Harris (VNV Nation) i pisać teksty jak Nagash (Kovenant), Ronan Harris (VNV Nation), Tony Kakko (Sonata Arctica), Tom Shear (Assemblage 23) czy Anders Jacobsson (Draconian) i to nawet jeśli będę musiał się „dziesiętnaście” razy odrodzić, by ich poziom osiągnąć.

Sam kiedyś nie rozumiałem, jak można lubić grunty, ale w końcu trafiłem na „Aegis” grupy Theatre of Tragedy, gdzie występują jedne z najbardziej łagodnych i przystępnych gruntów, jakie znam. Potem słuchałem stopniowo coraz ostrzejszych gruntów, aż w końcu się do nich przyzwyczaiłem. Po czasie okazało się też, że moja awersja do gruntów wynikała z tego, że po prostu nie przepadam za Tristanią.

Nie wiem jak wy, ale ja tam nie widzę nic, co by chociaż odlegle przypominało cokolwiek związanego z One Direction. Myślę, że ci, którzy nie kryją się ze swoją antypatią do „Down Distraction” też mają zupełnie inne obiekty konstruktywnej („Będę ćwiczył dotąd, aż stanę się tak dobry, że to oni będą mnie o to prosić, by móc otwierać moje koncerty!”) lub destrukcyjnej zazdrości („Jedynym, co mam z Małego Księcia jest to, że na mojej planecie jest miejsce tylko dla jednej osoby o tak wielkich umiejętnościach i jestem nią sam! Ja i tylko ja! I nie spocznę, dopóki nie zrównam ich reputacji z dnem oceanu, by ich już nikt nigdy więcej nie słuchał! A potem powiem, że to moje piosenki i oni mi je ukradli! I to ja przejdę do historii!”), niż się ich fanatycznym wyznawcom wydaje.

Oczywiście, jak najbardziej można zazdrościć danemu wykonawcy sukcesu, jednocześnie uważając, że jest on niezasłużony, bo samemu stworzyłoby się coś tak dalece lepszego, jakby z kuźni samego Hefajstosa to podprowadzono, ale tutaj wchodzimy już na grząski grunt sprawiedliwości społecznej, który chętnie poruszę za moment…

Jestem wojownikiem walczącym o miłość i sprawiedliwość pomiędzy gatunkami muzycznymi. Miłość nie może jednak istnieć bez sprawiedliwości, więc póki nie dostanę sprawiedliwości, z miłością możecie się pożegnać. Jesteście tak zaślepieni tym, co kochacie, że potrzebujecie kogoś, kto spojrzy na to odpowiedniej perspektywy… z dystansu!

Miłośnicy muzyki, do jakiej decydenci w największych firmach nagraniowych nie podeszliby bez „Malleus Maleficarum” (elementarza inkwizytorów [wiesz, „Ala ma kota, więc ‚she’s a witch! Burn her!‚” i te sprawy) w ręku i jaka nie jest promowana przez media masowe, są na taką niesprawiedliwość wyczuleni jak syreny na fałszowanie (przynajmniej jedna rzecz, na jaką może się przydać piosenka „Hot Problems” Double Take).

Postaw się na ich miejscu (nie, nie tego – ten to stanął na środku drogi jak debil, żeby go jakiś TIR potrącił) i zastanów się nad następującą sytuacją – oto istnieje muzyk, który potrafi:

a) Grać na instrumencie w sposób, jaki Apollinowi kazałby rzucić swoją lirą ze złości, frustracji i zazdrości tak mocno, że przeleciałaby ona kosmos w poprzek i rąbnęłaby go w tył głowy;

b)Śpiewać w sposób, który syreny popchnęłyby do tego, by wyczołgać się na brzeg, aby być choć trochę bliżej źródła głosu;

c)Komponować partie dla całej orkiestry filharmonicznej, nie odchodząc od gry w League of Legends czy World of Warcraft…

…w przeciwieństwie do Leeroy’a Jenkinsa, który odszedł od komputera, gdy jego drużyna długo i ostrożnie orkiestrowała plany natarcia na grupę ciężkich wrogów, a po powrocie z od razu ruszył do ataku, nie czekając na pozostałych, czym przyniósł im wszystkim zgubę. Dzięki temu stał się synonimem (m.in.) bezmyślnego robienia czegoś, co kończy się epickich rozmiarów porażką, której koszt i konsekwencje ponoszą inni.

A jednak media nie mają „jajmniejszego” zamiaru pozwolić ludziom go odkryć, bo w ich przekonaniu bezpieczniejsze jest promowanie „pół-tworów” jak ten, który Nicki Minaj[szczaładobutów] w całości poświęciła na oskarżanie tej, którą dissuje o to, że jest „głupią dziwczą”, chociaż sama w teledysku wygląda jak krzyżówka tirówki z piniatą, a którego teledysk jest celową próbą zyskania rozgłosu w sposób, w jaki niechcący rozgłos zyskał jeden z odcinków Pokémona – przez doprowadzenie widzów do napadu epilepsji [chciałbym móc napisać, że żartuję…]).

„…ale najgorsze ma dopiero nadejść” („…but the worst is yet to come”), jak zapewne powiedziałby Morten Veland, gdybym nie sprawdził poprawności tego, co usłyszałem w jego partii w „The Path to Decay” w tekście piosenki i nie okazało się, że tak naprawdę ubolewał tylko nad tym, że światło dzienne już dawno zgasło, a nowy poranek jeszcze nie nadszedł. Co jest więc najgorsze? To, że tak samo mało jak od mediów dostajemy, tak samo dużo od nas chcą, na siłę próbując nam sprzedać muzyczny obornik ze stajni wielkich koncernów nagraniowych.

Czas spojrzeć prawdzie w oczy – dla nas to obornik. I nie uważamy tak, bo taka opinia jest popularna; popularne jest również popełnianie samobójstwa (mówi się, że rocznie samobójstwo popełnia milion osób na świecie, a samych prób samobójczych jest 10-20 mln), a jednak żadne z nas się nigdzie w najbliższym czasie nie wybiera. Co więcej, jestem pewien, że w miarę przypływu lat i doświadczenia coraz bardziej miażdżąca większość wołających „1D forever!” do nas dołączy i już „forever” będzie w szeregach armii muzycznych nieumarłych, za jakich nas uważacie, kroczyć.

Jeżeli czytając komentarze pod nagraniami z piosenkami metalowymi na YouTube natkniesz się na jedno z wielu pytań o to, co jest sekretem naszych sąsiadów z północy, który czyni ich bogami metalu, pokaż im to…

Czy chcę przez to powiedzieć, że muzyka „Gone Predilection” jest – patrząc na to obiektywnie  –  badziewna, a ci, do których jest skierowana nie mają prawa jej lubić? Oczywiście, że mają, ale nie w tym leży problem! Problem jest w tym, że ich muzyka jest kierowana metodą shotguna do absolutnie każdego w nadziei, że „a nuż do kogoś trafi?” (czerwony pasek pod ich nagraniami na YouTube to najlepszy dowód na to, ilu „trafiło” po tym, jak je usłyszeli).

To, jak działa na ludzi metoda shotguna można porównać do sytuacji, gdy zupełnie nagle zaczynasz dostawać oferty dla prostytutek (jeśli jesteś kobietą) albo gdy ludzie w twoim otoczeniu z niezrozumiałego powodu zaczęli ci mówić, że oto dowiedzieli się o istnieniu leku na impotencję, który – jak sądzą – jest dokładnie tym, czego ci trzeba i który koniecznie musisz wypróbować (i są przy tym tak uporczywi, jak telemarketerzy, którzy nie potrafią ludzkiej uprzejmości od uległości i niezdecydowania odróżnić). Mówię tutaj o przypadkach, gdy dostajesz takie propozycje pomimo tego, że nie sprzedajesz biletów do swojej pochwy, a penis potrafisz sam postawić prosto jak armatę.

Sam nie wiem, czym jestem bardziej zaskoczony – tym, że „koncerty” zespołów metalowych na YouTube otwiera Nicki Minaj czy to, że ponad 3/4 użytkowników YouTube nie ma zainstalowanego dodatku AdBlock Plus, który całkowicie eliminuje reklamy z tego serwisu, na które tak narzekają.

Jaki pan, taki fan.

Ci, którzy określonego muzyka cenią za to, że potrafi grać na instrumencie tak dobrze, jakby najsłynniejsi kompozytorzy w dziejach postanowili się „hurtem” w jego ciele odrodzić lub określonego śpiewaka za to, że śpiewa tak, jakby zamiast głosu miał radio nastawione na częstotliwości na jakich nadają anioły – mogą tylko przyglądać się temu, co przez następne lata będzie formować gust młodych pokoleń z taką zgrozą, z jaką patrzyliby na rozprzestrzenianie się wirusa zdolnego zrównać populację świata z populacją Polski (tą, jaka przetrwa skrytoludobójczą politykę obecnego rządu – zagłodzić bezrobociem, odebrać dom za bezcen podatkiem katastralnym, zamęczyć pracą przed osiągnięciem emerytury, zadusić protesty ustawą o zgromadzeniach itp.).

Oczywiście, niektórzy z nas nie są w stanie bezczynnie przyglądać się temu, jak wirus pustoszy rynek muzyczny z talentu i próbują zwalczać epidemię, atakując ogniska infekcji jak np. popularne blogi na temat tych zespołów i ich autorów, próbując „leczyć” zainfekowanych krytyką i ośmieszaniem czy profilaktycznie ostrzegać potencjalne, nieświadome zagrożenia ofiary. Zwykle jednak prowadzi to do sytuacji, w których oczywiste staje się znaczenie jednej z zasad internetu mówiącej o tym, że im bardziej czegoś nienawidzisz, tym silniejsze się to staje.

Ja to nazywam metodą wejścia z gó…em na bucie w mokry beton. Tak, jak deszcz wykruszy i wypłucze beton z obornikiem, zostawiając odcisk buta w betonie nietkniętym, tak złośliwy żart przestanie być śmieszny i pójdzie w zapomnienie, pozostawiając po sobie ślad w pamięci o tym, kogo dotyczył.

Walka z tym wirusem przypomina rozpaczliwą próbę powstrzymania golema przed zatłuczeniem całej twojej, nieświadomej zagrożenia rodziny poprzez uczepienie się jego rękawa, z czego on sobie zupełnie nic nie robi, uparcie prąc w ich kierunku…

Jeśli chodzi o zainfekowanych, to nie każdy miłośnik „One Desertion” sprawia, że mam ochotę rzucić się w ich tłum z ogromnym gniazdem rozwścieczonych szerszeni. Problem mam z tymi, którzy zachowują się jak kopnięte hipopotamy nawet nie w stosunku do antyfanów, ale do fanów, którzy w ogóle śmieją mieć inną opinię na ten sam temat (np. co Bella ze „Zmierzchu” powinna wybrać – seks z wampirem i nekrofilię czy seks z wilkołakiem i zoofilię).

Biorąc udział w życiu międzynarodowej społeczności artystów i miłośników sztuki (owa strona ma siedzibę w Stanach Zjednoczonych), miałem – jako jeden z nielicznych w Polsce – szansę obserwować początki nastającego za oceanem szaleństwa, jakie ze sobą przyniósł „Zmierzch” Stephenie Meyer. Widząc to, co się tam wyprawia, wiedziałem, że prędzej czy później dotrze to do Polski i nie mogłem na to nic poradzić – tylko patrzeć i czekać jak na radioaktywną chmurę w „Ostatnim Brzegu”, która przyjdzie nas wszystkich zabić (jeśli chodzi o Stany, to niejednokrotnie jedynym sposobem na uniknięcie śmierci z rąk psychofanek „Zmierzchu” było uprzednie zabicie swojego gustu [patrz: punkt drugi listy]).

Ja się mu tam nie dziwię. Gdybym miał fanki, które zapędziłyby mnie na środek ruchliwej ulicy, nieomal doprowadzając do mojej śmierci, to też spier…łbym przed nimi na drzewo, co sił w nogach.

Jeśli chcesz wiedzieć, dlaczego z atakami ze strony ludzi żywiących do One Direction sympatię, jaką cieszy się Elżbieta Batory (jak jednak wielu historyków i znawców tematu uważa – niesłusznie) spotykają się bardziej umiarkowani fani One Direction, to mam dla ciebie odpowiedź.

To dlatego, że udostępniając ich teledyski i fotografie (które nawet nie próbują udawać, że są zabawne) np. na agregatorach treści („stronach z obrazkami”) odwalają za marketingowców brudną robotę i pozwalają w ten sposób koncernom gigantyczne sumy na reklamie oszczędzać (o co im przecież od samego początku chodziło. Po to w końcu wymyślono marketing wirusowy), często o tym nawet nie wiedząc… co stawia ich po stronie koncernów, które miłośników bardziej ambitnej muzyki napawają nienawiścią i gniewem tak silnym, że mogliby gołymi rękoma mury przebijać (a to z powodu tego, że zabijają muzykę stawiając swoim żartystom poprzeczkę na poziomie dna bagna i obniżając w ten sposób standardy na rynku).

Ale nie tylko… fani oceniani są również na podstawie tego, co robią ich głupi i szaleni/niepoczytalni pobratymcy. To trochę jak z Rumunami, których ocenia się na podstawie tego, co w Polsce robią ich samozwańczy ambasadorowie – szalbierze, szubrawcy i kryminaliści (człowiek skłania się do tego, by myśleć, że to „normalni” Rumuni, których bieda i patologia w ich kraju zepchnęła na drogę przestępstwa i że takich, jak oni jest w ich ojczystym kraju pełno – co jest, oczywiście, nieprawdą. Jeśli się jednak z tym nie zgadzasz, to otwórz okno i zawołaj z całej siły, że chcesz, by oceniali cię po troglodytach, którzy pierwsi do Wlk. Brytanii zwiali, gdy granice Europy otwarto).

„Jedziemy cię wypier…lić.”

Fanom „Ułan Detection” nie pomaga to, że nie zwracają się przeciwko czarnym owcom w swoim stadzie. Nie wiem jak inni, ale ja z miłą chęcią zobaczyłbym pomysłowe podpisy pod muzycznymi wersjami memu „I don’t want to live on this planet anymore” w rodzaju: „Jestem fanką One Direction i uważam, że tego kto to napisał [np. aroganckie porównanie do 1D] powinno się zamknąć w kontenerze z wodą i zmusić do tego, by pozostał pod jej powierzchnią, jeśli nie chce słuchać pogłośnionego do granic możliwości, najgorszego na świecie dubstepu do czasu, aż ponownie zanurzy głowę”.

Dla innych z kolei fani „One Direction” są jak świadkowie Jehowy – niezależnie od tego, jacy są mili i przyjaźni, ich nadrzędnym celem pozostaje  promowanie swojego ulubionego zespołu i prędzej obetną sobie paznokcie piłą spalinową niż przepuszczą okazję, by o nich „poganinowi” wspomnieć.

Dla jeszcze innych są częścią problemu, wobec którego są bezsilni i jego symbolem (ucieleśnieniem), na którym mogą zogniskować i wyładować swój gniew i frustrację z powodu tego problemu. Księża mogliby z ambony ostro jechać po mordercach, porywaczach czy podpalaczach, ale wiedząc, że mają oni głęboko w d…ie to, co społeczeństwo o nich myśli albo mogliby im jeszcze krzywdę zrobić (jak Red John z „Mentalisty”, który zabił rodzinę bohatera za to, że go „ośmieszył” na wizji) skupiają ludzi przeciwko kozłowi ofiarnemu – tym, którzy im nic nie zrobią i którzy nie są prawdziwym problemem (np. gejom i lesbijkom), bo przed prawdziwymi problemami to ludzie w kościele schronienia szukają, a nie żeby im jeszcze ksiądz o nich na mszy przypominał).

Niezależnie od tego, co teraz czujesz i myślisz, za parę lat przypomnisz sobie rysunek z królikami przy marchewkach i uświadomisz sobie, że kupując płyty czy bilety na ich koncerty, płaciłeś (a przynajmniej służyłeś jako żywy banner reklamowy [np. jeśli jest 10 000 ludzi, którzy tylko o nich słyszeli, to gazety już mają rynek, na który mogą sprzedać artykuł o nich, przy okazji poszerzając rynek o następnych odbiorców i tak w kółko) za indoktrynację kolejnych młodych pokoleń muzyką nowych grup, które media i korporacje – niczym w piosence „Prototyp” zespołu Eisbrecher – złożyły z najbardziej pożądanych cech poza talentem, którego – podobnie jak duszy – niczym zastąpić się nie da.

Jeszcze zanim odejdziesz, pozwól, że cię coś zapytam. Czy widzisz ten przycisk udostępniania na Facebooku pod tym wpisem? Jeśli tak, to bardzo Cię o to proszę, abyś udostępnił ten tekst swoim znajomym. Tobie zajmie to naprawdę kilka sekund, a dla przyszłości tego bloga ma ogromne znaczenie. Nie przejmuj się, że „i tak nikt nie kliknie”, bo samo uświadomienie, że taki blog w ogóle istnieje jest bardzo cenne. Ja wiem, że to działa.

Jeśli nie masz konta na Facebooku lub z innego powodu jest to utrudnione, to serdecznie proszę Cię o to, abyś udostępnił to gdziekolwiek masz założone konto, np. na nk.pl, jakimkolwiek (mikro/mini)blogu (Pinger, Twitter, Tumblr), na jakimkolwiek forum z działem różne/hyde park lub innym odpowiednim działem. Nawet umieszczenie adresu bloga w opisie Gadu Gadu się liczy:) Oczywiście, nie chcę prosić o zbyt wiele i wystarczy, jeśli zrobisz tylko jedną z tych rzeczy.

Ja jestem dla waszych znajomych obcy i bardziej ufają oni waszej ocenie. Ja zaś nie chcę nikomu spamować. 

Jeszcze raz bardzo was o to proszę i z góry serdecznie dziękuję za pomoc. 

Edit: z całego serca dziękuję za dotychczasową pomoc. Jesteście naprawdę niesamowici! Pozdrawiam was serdecznie!

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 12. lipca 2012, 17:04 Rabka-Zdrój.

Reklamy