Archive for Czerwiec, 2013


Ostatnio zwróciłem uwagę na pewien komentarz pod analizą fabuły gry „Bioshock Infinite” (która – swoją drogą – bardzo mi się spodobała, gdyż jest to jedna z tych, które skłoniły mnie do zadumy nad kwestiami, które poruszała. W tym przypadku była to, między innymi, wolność wyboru), w którym autor skrytykował to, że fabuła ma rzekomo wiele nieścisłości i to takich, których albo nie wymienił, albo były one określone dosyć ogólnie („skoro ktoś się bierze za tematykę światów równoległych, a nie umie tego robić, nie powinien się za to zabierać”).

Do tej pory nie myślałem, że będzie to dla mnie aż taki problem (tym bardziej, że uważam ludzi, którzy czepiają się o coś, przeciwko czemu nie mają argumentów albo mają takie właśnie mętne, ogólnikowe argumenty uważam za idiotów, których nie warto słuchać i którymi nie warto się przejmować). Choć z jednej strony mój problem z tym może wynikać z tego, że do krytyki Bioshocka podchodzę zbyt emocjonalnie, z drugiej… nie miałem takiego problemu z fabułą gry Heavy Rain.

Ona mi się również bardzo mi się podoba, ale tam było widać te luki i nieścisłości w fabule gołym okiem (były one jednak w dużej mierze zrozumiałe – wiele z nich wynikało z cięć i zmian, jakim ją na późnym etapie rozwoju poddano, np. początkowo każdy z czterech bohaterów mógł okazać się mordercą dzieci, wokół którego fabuła się kręci). Chociaż uznawałem zasadność krytyki, nie przeszkadzało mi to w tym, by fabułę nadal lubić.

Nie mam problemu z fabułą, bo wiem, że twórcy i w tym przypadku byli niewolnikami opowieści i jakoś musieli sprawić, by wydarzenia w grze prowadziły do z góry ustalonego zakończenia, jednocześnie w miarę logicznie wiążąc się ze sobą. I musieli to zrobić w ograniczonym czasie.

Problem w tym, że dla niektórych ludzi te wydarzenia nie były wystarczająco logiczne. Jak jednak wiadomo, nie jest sztuką zauważyć niedociągnięcia po fakcie – sztuką jest zaproponować alternatywne rozwiązanie, które nie tylko będzie dobre (np. równie emocjonalne), ale również nie będzie wymagało zmiany każdego z następujących i logicznie wynikających z tego rozwiązania wydarzenia składającego się na opowieść.

Jest to problem, który zna każdy, kto podjął się pisania np. powieści i komu zależało, by utrzymać jako taki standard pisania. To jest przyczyną odwiecznego dylematu, czy męczyć się z poprawianiem na bieżąco, czy napisać szkic całości najpierw i ryzykować tym, że gdzieś po drodze coś zmienimy, co sprawi, że całe kilkadziesiąt późniejszych stron pójdzie do zmiany albo – co gorsza – do kosza.

Komuś, kto nigdy się na poważnie za pisanie nie brał wydaje się, że kreatywnie pisać jest równie łatwo jak pisać komentarz w sieci, którego nikt nie ocenia. Pisanie opowieści to ciężka i bardzo trudna praca. Dlaczego? Pozwól, że porównam to do domku z kart: fundament jeszcze w miarę łatwo ułożyć, ale wraz z układaniem każdego kolejnego poziomu coraz więcej rzeczy musi się zgadzać z tym, na czym się to opiera (czyli co było napisane poprzednio) i bardzo szybko możesz odkryć, że aby utrzymać równowagę, wszystko musi się zgadzać ze wszystkim (dosłownie!). Człowiek ma problem z myśleniem nad więcej niż trzema rzeczami jednocześnie, a co dopiero ze śledzeniem tego, jak każdy z poprzednich elementów wpływa na ten opracowywany obecne i jak ten obecny wpłynie na te przyszłe.

Druga rzecz to ta, że nie bez powodu istnieje pojęcie „zawieszenie niewiary” (suspension of disbelief), którego wymaga czytanie książki czy oglądanie filmu. To już problem czytelnika, że jest taki „anal” (jak się w angielskim mówi o osobach przesadnie analizujących i drobiazgowych) i nie potrafi na chwilę zawiesić swojego niedowierzania, by czerpać przyjemność ze śledzenia danej opowieści.

Nie mam nic przeciwko krytyce, gdy jest ona zwykłym (i zasadnym) stwierdzeniem faktu, jednak wiele komentarzy pozostawionych przez takich mądrali na kilometr śmierdzi nadmuchanym ego i chęcią pokazania, jacy to oni są spostrzegawczy, inteligentni i w ogóle niezależnie myślący oraz gardzący tym, co podoba się wszystkim – normalnie szczyt hipsterstwa!

Co więcej, wielu zdaje się mieć pretensje do całego świata, że są pod względem zanurzania się opowieści upośledzeni i zamiast czerpać przyjemność ze śledzenia jej, jedyne o czym potrafią myśleć to odpowiednik tego, że Mona Lisa nie ma brwi…

Jestem całkowicie pewien, że większość z nich nie potrafiłaby napisać dobrej opowieści. Nawet jeśli to, co napiszą będzie logiczne i spójne, nie znaczy to, że będzie to ciekawe czy emocjonalne i w stylu, który sprawiałby, że chciałoby się to czytać.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 5 Czerwca 2013, 10:10, Rabka-Zdrój.

Reklamy

Przyszedł mi ostatnio do głowy pomysł, by na świstkach papieru zapisywać każde usprawiedliwienie (choćby nawet było to „nie teraz!”), jakie znajdę dla tego, by nie robić czegoś, co chcę zrobić (co nie znaczy, że mi się to robić chce, np. przez nakład pracy) lub co zrobić muszę i każdą z tych karteczek wrzucać do jednego pojemnika. Zapisuję też szkodliwe przekonania i mechanizmy, na korzystaniu z których się łapię, np. odkładanie czegoś na później, aż będzie za późno i obiecywanie sobie, że jutro z samego rana to zrobię, popadając w ten sam mechanizm). Pomysł polegał na tym, że po pewnym czasie zrobiłoby mi się niedobrze na widok tego, ile czasu, energii i nerwów poświęciłem na odkładanie tego, co miałem zrobić, chociaż w tym czasie już bym to dawno zrobił. Zakładałem też, że zrobi mi się niedobrze na samą myśl o napisaniu kolejnej karteczki.

Teraz, gdy przetestowałem tą metodę, mogę powiedzieć, że faktycznie tak działa, choć z początku byłem tak zafascynowany tym, jak wiele się dzięki tej technice uczę o sobie i swoim sposobie myślenia, że o mało się od niej nie uzależniłem, preferując wypisywanie wymówek niż pracę, do której miało mnie to zmotywować.  Na szczęście łatwo mi było sobie z tym poradzić, bo kiedy już zapisałem usprawiedliwienie, mój umysł nie miał odwagi wykorzystać go ponownie. Dlaczego więc to robi w normalnych warunkach? Bo korzystamy z nich i zapominamy o nich natychmiast, by nie naruszyły one naszego obrazu siebie jako człowieka np. pracowitego. Gdy się z tym skonfrontujemy, nie mamy już możliwości, by temu zaprzeczać i by uciekać przed tym, co mieliśmy zrobić. Doszło teraz do tego, że mojemu umysłowi skończyły się wymówki, to zaczął rozpaczliwie sięgać po „bo nie chce mi się” i „bo tak!”. Takie też zapisuję, bo one potrafią być bardzo niebezpieczne. Szczególnie „bo tak”, albowiem jest to wymówka, która dzięki swej ogólności nie daje nam powodu ani do tego, by ją odrzucać, ani do tego, by czuć się winnym z powodu korzystania z niej.

Jeśli pojawia się jakaś motywująca myśl, to zapisuję ją sobie na przyszłość, a jeśli jest naprawdę dobra, przyklejam sobie karteczkę z nią do monitora (ty możesz je przyklejać tam, gdzie będziesz często na nie patrzył).

Pomysł jest oparty na technice, jaką kiedyś widziałem na filmach, gdzie ludzie umieszczali w skarbonce pewne drobne sumy za każdym razem, gdy ulegli nawykowi, który próbowali przezwyciężyć.

Jest to naprawdę świetny sposób na poznanie samego siebie, jeśli oczywiście masz na tyle odwagi i szczerości wobec siebie, by np. przyznać się przed sobą, jak przez całe lata się okłamywałeś (i ile mógłbyś zrobić czy osiągnąć, gdybyś wiedział o tym wcześniej). To jednak fascynujące, gdy widzisz, jakie mentalne śmieci wydobywa to z twojej nieświadomości. I dopiero gdy zostanie to wydobyte, nie będzie mogło zostać wykorzystane przeciwko tobie (chyba, że przerwiesz korzystanie z tej techniki i pozwolisz usprawiedliwieniom nadal działać w tle) i pozwoli zapełnić luki po tych szkodliwych mechanizmach czymś naprawdę konstruktywnym.

Bardziej niesamowite jest jednak to, że gdy zabieramy znad naszej energii bat wymówek, dotychczas tłumiona energia zaczyna się uwalniać. Okazuje się, że to było błędne koło – nie mamy energii, by cokolwiek zacząć, bo przyzwyczailiśmy się do tego, że nasz umysł pogania ją batem z miejsca na miejsce (np. każąc jej czekać i czekać i czekać tak długo, aż nadchodzi noc, gdy nie mamy już co z nią zrobić, obiecując nam po tym, że „jutro będziemy pracować od samego rana”, tylko po to, by zrobić to samo. Nie mamy energii, bo męczymy się odkładaniem zarówno jej, jak i tego, co mamy zrobić na później, nie zauważając, że ją po drodze rozpraszamy a to na zrobienie sobie jedzenia, a to na oglądanie stron z humorem, a to na porządkowanie rzeczy w pokoju (czego normalnie nam się chce robić i z czego nie ma aż tak wielkiego pożytku).

Jeśli zdołamy tą energię uwolnić, nasz umysł może znowu próbować ją okiełznać, kusząc nas tym, byśmy najpierw zrobili coś przyjemnego albo mało ważnego, albo nie wymagającego większego wysiłku. Gdy jednak to nie zadziała, a umysłowi braknie argumentów na to, by nic nie robić, zacznie się wydzielać adrenalina, bo zostaniemy wówczas dosłownie postawieni pod ścianą i będziemy mieć wybór tylko i wyłącznie pomiędzy walką a ucieczką (zrobić to, co odkładaliśmy i mieć spokój czy odkładać to, co nieuniknione i rujnować sobie przy tym dobry obraz siebie, który tak przyjemnie łechta nasze ego). Jeśli zdecydujesz się walczyć, możesz odkryć, że ta nowa motywacja i przepływ energii to naprawdę świetne uczucie.

Jeśli twój umysł będzie cię zniechęcał tym, jak dużo jest do zrobienia i jak dużo czasu to zajmie, to sięgnij po technikę chunkingu, czyli rozbijania czaso- i pracochłonnych zadań na pomniejsze etapy. Jeśli zaś powie ci, że w tą godzinę czy pół godziny, jakie sobie na zrobienie tego dasz, nic nie zrobisz, to pomyśl sobie, że najtrudniej jest zacząć i pokonać początkowe zniecierpliwienie i chęć do tego, by to jednak rzucić i zająć się czymś innym. Pomyśl sobie, że to tylko godzina czy pół (możesz sobie ustawić budzik, by zadzwonił po danym czasie) i tylko tyle musisz przetrwać, bo jak już wpadniesz w rytm, nie będziesz chciał przerywać tego, co robisz tak szybko, wiedząc jak dużo czasu i sił kosztowało cię zmuszenie się do tego, by w ogóle zacząć.

Obie powyższe techniki wykorzystuję sam od wielu lat i to z powodzeniem.

To, co w tej technice jest istotne jest to, że opiera się ona na rozprawianiu się z wymówkami w momencie, gdy się pojawiają. Próbowałem podczas pracy z porannymi stronami, opisanymi w książce „The Artist’s Way” („Droga Artysty”) Julii Cameron „na zimno” przypominać sobie, z jakich to w przeszłości wymówek i szkodliwych przekonań korzystałem, ale sądząc po zawartości mojego woreczka z wymówkami, nie wyłapałem w ten sposób wszystkich. Możliwe, że umysłowi wydawały się one niedorzeczne dopóki nie zaczął z nich korzystać w przypływie desperacji.

Pamiętajcie tylko, by nie wykorzystywać tej techniki do motywowania się do rzeczy, do których naprawdę nie powinniście się motywować, bo w przypływie adrenaliny łatwo zrobić coś głupiego, szkodliwego czy coś, co przysporzy wam wrogów, a to, że dzięki adrenalinie przestaniecie widzieć konsekwencje nie znaczy, że was one nie spotkają.

Ja tu piszę o czymś pokroju zmotywowania się do napisania magisterki a nie pokonania naturalnych oporów przed wyrolowaniem własnej rodziny z jej części testamentu (no chyba, że rodzina to obiektywnie rzecz biorąc banda bydlaków) 🙂

Hej, widzisz te przyciski udostępniania pod spodem? Bardzo Cię proszę, udostępnij ten tekst czy to na Facebooku czy na Twitterze – zarówno jeśli sądzisz, że komuś pomoże, jak i wtedy, gdy myślisz, że i tak nikt go nie przeczyta (sam fakt, że ludzie zobaczą, że taki blog jak mój istnieje jest ogromnie pomocny i decyduje o przyszłości tego bloga). To tylko jedno czy dwa kliknięcia i zajmie ci tylko parę sekund. Z góry bardzo, ale to bardzo dziękuję.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 8 Czerwca 2013, 18:43, Rabka-Zdrój.

%d blogerów lubi to: