Category: Przemyślenia


Nie lubię ludzi.

Tak, wreszcie to powiedziałem. I czuję się z tym świetnie.

Niby wiedziałem to od dawna, ale wielu wokół (dziwnym trafem byli to sami ekstrawertycy) przekonywali mnie, że myślę tak tylko dlatego, że ich unikam.

Pomyślałem, że może i tak było, więc w końcu im uwierzyłem.

Choć nie do końca byli w błędzie (zdołałem trafić na takie osoby, z którymi się dobrze dogadywałem), fakt pozostał faktem. Nie lubię ludzi.

Nie, nie na tyle, by dziabać nożem obcych w centrum handlowym jak ostatnio gość w galerii Vivo w Stalowej Woli, czy strzelać do nich jak inny typ w Stanach Zjednoczonych w… w… *rzucam lotką w tarczę z dotychczasowymi lokacjami* w trakcie koncertu country w Las Vegas.

Wiem, że nie jestem idealny i ta świadomość sprawia, że gdziekolwiek się znajduję, staram się pozostawić za sobą jak najmniej złych wspomnień.

Jestem dyplomatyczny, idę na kompromisy i chętnie pomagam. Nie wywołuję konfliktów i sumiennie wykonuję swoje obowiązki (na ile potrafię). Staram się być uczciwy (co nie zawsze się udaje, jak choćby wtedy, gdy szef narzuca ci podejrzane praktyki typu omijanie kasy fiskalnej przy zakupach pewnych produktów). Uczciwość to cecha, którą pielęgnowałem od najmłodszych lat, widząc, że jedna z osób z mojej rodziny ma do niej zbyt „otwarte” podejście.

Mimo to w ciągu ostatniego roku nie spotkało mnie w dziedzinie relacji międzyludzkich w pracy nic poza samymi rozczarowaniami.

Jestem osobą typu „wejść i wyjść”. Nie mieszam się w cudze sprawy. Szczególnie, jeśli nikomu nie dzieje się poważniejsza krzywda. Jesteśmy w końcu ludźmi dorosłymi i każdy odpowiada za siebie. Ja robię tak, by żyć w zgodzie z własnym sumieniem, bo w ciągu życia dostałem wystarczająco dużo dowodów na to, że to, jak postępujemy – dobrze czy źle – zawsze do nas wraca. [Jak wówczas, gdy osoba z mojej rodziny postanowiła oszczędzić pieniędzy na dokładaniu się do wspólnych rachunków i te oszczędzone pieniądze straciła przez to, że okradziono samochód pod jej opieką, dostała mandat za wyciek oleju, a szef jej nie wypłacił].

Pomimo tego nie dane mi było w spokoju pracować, bo zostałem zaplątany w intrygi polityczne wewnątrz każdej z trzech firm, w których ostatnio byłem zatrudniony. Jak zwykle było to podejście „co złego, to na nowego”.

W jednej próbowano mnie wrobić w braki w kasie, którym nie zawiniłem (tylko ostatni debil kradłby z własnej kasy, za której rozliczenie odpowiada), a w drugiej – już pierwszego dnia podpuszczano mnie, bym w zasięgu kamer poczęstował się towarem firmy, bo „wszyscy tak robią” (odmawiałem wielokrotnie, ale i tak wciśnięto mi jeden z wyrobów do rąk). Ostatecznie zrezygnowałem z tej drugiej pracy po trzech dniach, bo  szefostwo oczekiwało, że po tym czasie będę umiał tyle, co doświadczony pracownik. Współpracownicy przedstawili mu moje zasługi tak, jakbym przez całą zmianę tylko się plątał.

Tak, jak to widzę, problem polegał na konflikcie interesów szefów i pracowników. Szefom zależało, by moja pomoc skróciła czas pracy współpracowników. Gdybym przyspieszył proces o choćby godzinę, oszczędziliby miesięcznie ok. 400 zł na każdym z nich. Im to jednak najwyraźniej nie było w smak, więc próbowali się mnie pozbyć. Tym bardziej, że był to system „jak skończysz wcześniej, to wyjdziesz wcześniej”. Nie doszłoby to tego, gdyby pracowali obowiązkowo osiem godzin i płacono im za osiem godzin bez względu na to, o której się wyrobią. W tym, że pracownicy robili mniej niż osiem godzin był cel. Pracodawcy często proszą pracowników, by zostali dłużej, ponad normowany czas, by uniknąć płacenia im jak komuś na pełnym etacie. I tak właśnie miałem w poprzedniej pracy, gdzie obsługiwałem kasę.

Być może każdy tak ma. Znosi pracę, której nie lubi z zaciśniętymi zębami, bo musi. Bo ma kredyt i dzieci na utrzymaniu.

Mnie jednak kazało się to zastanowić nad czymś, co nurtowało mnie od dawna. Motyw, który poruszył film animowany „Ralf Demolka” i „Księga Życia”. Pierwszy mówi o tym, że nie możesz zmienić tego, kim jesteś, więc czemu nie wykorzystać tego, co masz i czym jesteś jak najlepiej? Drugi mówi o odwadze do bycia sobą w obliczu presji spełniania oczekiwań otoczenia.

Gdzie kończy się odgrywanie obcej mi roli? Czy moje życie będzie aż do samego końca polegało na poświęcaniu się dla innych? Czy znajdę kiedyś odwagę, by być sobą? Żyć jako artysta?

W tym punkcie życia wydaje mi się, że jedynym wyborem, jaki mam jest wybór pomiędzy pracą dla kogoś, gdzie będę znosił dalsze nadużycia, a własną firmą, do czego nie mam absolutnie żadnego przygotowania. Nie mam nawet poczucia własnej wartości i wiary we własne siły, bo to odebrały mi lata szkolne, gdy znęcali się nade mną psychicznie, emocjonalnie, a i nieraz fizycznie równieśnicy z klasy. Tak samo, jak w przypadku ludzi w wyżej wymienionych miejscach pracy nie rozumiem, co budziło ich niechęć. Owszem, nie byłem towarzyski, ale też nikomu nie wchodziłem w drogę, po cichu skupiając się na własnych zainteresowaniach.

I właśnie teraz, gdy moja sytuacja finansowa przyciska mnie, bym zaczął szukać kolejnego zajęcia, które najpewniej tylko pogłębi moją depresję, zaczynam się zastanawiać: a jeśli moim losem jest iść po linii najmniejszego oporu? Może zamiast próbować sił w czymś, w czym nie mam doświadczenia i do czego się najwyraźniej nie nadaję, może czas rozważyć wykorzystanie talentów, z którymi się urodziłem? Nawet, jeśli nie są praktyczne czy dochodowe?

Dlatego też zacząłem pracować nad swoją obecnością w mediach społecznościowych, swoją bazą marketingową. Nie dlatego, że mam produkt do sprzedania, ale dlatego, że chcę wreszcie uwierzyć, że potrafię wzbudzić zainteresowanie tym, co mam do zaoferowania. Że jestem lepszy w tym, co robię, niż chcę przed sobą przyznać (mimo licznych uzdolnień nie wydaje mi się, bym w czymkolwiek był naprawdę dobry).

Dopiero wtedy, gdy tę bazę zbuduję, będę miał na tyle pewności siebie, by założyć własną działalność i sprzedawać to, co mam światu do zaoferowania.

Mam jednak świadomość, że to może być kolejny sposób, w jaki adrenalina wydzielana na myśl o chodzeniu za pracą i znoszeniu odmów skłania mnie do ucieczki w przyjemności i nierealne wyobrażenia. Obawiam się tego, ale z drugiej strony – ile można się bać? Obawiałem się zmian całe życie. Być może teraz nadszedł czas, by w końcu stawić im czoła.

Na moich warunkach.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 6 Listopad 2017, 00:00, Rabka-Zdrój.

Reklamy

…tuż przed zrobieniem czegoś, co wedle wszelkiego prawdopodobieństwa może pójść tylko okropnie źle, a co lekceważysz, wmawiając sobie, że będziesz szczególnie ostrożny – tylko po to, by przekonać się, że faktycznie poszło to okropnie źle.

10 Listopad 2015, 23:09, Rabka-Zdrój

Bardzo często śmierć w mojej rodzinie czy w kręgu moich znajomych poprzedzają swego rodzaju znaki dane przez los.

Czasem łapię się na tym, że rozpoznaję je jako takie znaki, zanim ten ktoś umrze, a czasem – dopiero, gdy jest po wszystkim.

Najczęściej te znaki mają charakter odpowiadający charakterowi czy osobowości danej osoby. Dla przykładu: zanim zmarł kuzyn mojej matki, w radiu zaczęło grać „You’re in the Army Now” („Teraz jesteś w wojsku”) Status Quo. Samo w sobie to nic nadzwyczajnego, bo tą piosenkę często w tej stacji puszczają. Znaczenia jednak nabiera to, że sam tytuł ściśle wiązał się z losem kuzyna matki, który właśnie będąc w wojsku nabawił się choroby, która towarzyszyła mu przez resztę życia i wskutek której po wielu latach zmarł.

Co więcej, radio w połowie piosenki na długą chwilę po prostu przestało grać.

Zamilkło.

Zaledwie parę tygodni zwróciłem uwagę na to, że paląc w piecu, położyłem dwie długie szczapy drewna na wiadrze tak, że przypominały znak krzyża. Nawet podzieliłem się z tym odkryciem z rodziną, więc może ona nawet poświadczyć, że tak było.

I co się okazało? Zaledwie trzy dni później dowiedzieliśmy się, że kuzyn ojca – kościelny – spiesząc się na mszę, przewrócił się na rowerze i uderzył głową w kamień. Niedługo potem zmarł.

Czy swój wypadek zlekceważył, czy też został zignorowany przez lekarza – nie wiem.

Pamiętam również, że zostałem poproszony przez matkę, by kupić kartkę na święta Bożego Narodzenia, bo chciała ją wysłać do rodziny w Tenczynie koło Lubnia (w Małopolsce).

Czy to ja wybrałem kartkę, czy też wybrała ją dla mnie sprzedawczyni nie pamiętam. Ważne było to, że była czarna.

Na parę dni przed świętami wydarzył się wypadek samochodowy, w którym zginęła moja ciotka.

Należała właśnie do rodziny mieszkającej w Tenczynie. W tym samym domu, do którego wysłaliśmy kartkę.

Pewnie zdążyłbym zapomnieć o tym, jak wyglądała, gdyby nie to, że moja babka a matka mojej matki na pogrzebie mi o tym przypomniała.

Nie robiła tego z jakimś wielkim wyrzutem, ale jednak widziała związek między jednym a drugim.

Były oczywiście inne znaki, jak to, że bardzo jej zależało, bym nie odwoływał korepetycji dla jej syna danego dnia, bo miałaby pretekst, by do nas przyjechać. Był to oczywiście ostatni raz, gdy moja matka widziała ją żywą.

Również dzień wypadku był szczególny, bo ciotka wręcz wybłagała u szefowej to, by pozwoliła jej wyjechać do Polski (pracowała za granicą) akurat w ten dzień. Szefowa bardzo się opierała, ale w końcu jednak uległa.

W poście „Dlaczego pokonując życiowe przepaści zyskujemy poczucie celowości życia?” opisałem przypadek, gdzie na kilka godzin przed samobójstwem bliskiej osoby mojej bratowej i kolegi z klasy mojego ojca, czy to niechcący, czy też intuicyjnie zjechałem z niepowiązanego tematu, o którym wtedy pisałem na aluzje do samobójstwa, wieszania się i Judasza.

Miało to o tyle wielkie znaczenie, że ta osoba się powiesiła.

Nie zawsze jednak takie znaki były przyjemne (to znaczy, nigdy nie są, ale rzadko kiedy sprawiają wrażenie złośliwego Poltergeista). Niedługo przed tym, gdy powiesił się przyjaciel moich rodziców, krewny mojego byłego pracodawcy i przyjaciela oraz ojciec moich dobrych kolegów z dzieciństwa, straciłem ulubiony kubek z kalendarzem.

Straciłem go w nie-byle-jaki sposób.

Otóż, siedziałem w swoim pokoju, przy biurku ustawionym bokiem do kuchni, gdy nagle usłyszałem huk. Popatrzyłem w  tamtą stronę i zobaczyłem jego odłamki na podłodze.

Nie miał prawa spaść przez moją czy czyjąkolwiek nieostrożność, bo mam alergię na ludzi kładących naczynia na samym skraju stołów czy innych wysokich powierzchni. Na pewno bym dopilnował, by tak nie stał.

Nikogo też w kuchni nie było. Wiem, bo nie mam w pokoju drzwi. Wiedziałbym, gdyby ktoś tam był.

Światło było zgaszone, więc nie uszłoby mojej uwadze, gdyby ktoś je włączył.

Tak czy inaczej, natychmiast wstałem i poszedłem sprawdzić, co się stało. Myślałem, że to może koty, które wówczas mieszkały w naszym domu buszowały po barku, na którym ten kubek stał.

Okazało się, że nie. Gdy włączyłem światło, okazało się, że oba w tym czasie spały.

To, że kubek został strącony z takim gniewem odpowiadało temu, że przez wywołany rakiem alkoholizm zrobił się agresywny i w końcu został wyrzucony z domu.

Nie był to jednak jedyny znak.

Tuż przed jego śmiercią zobaczyłem go po drugiej stronie ulicy, tuż przed jego domem, gdy wracałem ze szkoły. Szedł w przeciwnym kierunku.

Później dowiedziałem się, że to nie mógł być on, bo w tym czasie zaginął.

Jak to więc możliwe, że go w tym czasie widziałem?

Możliwe, że to był tzw. „zwiastun”. Projekcja osoby zmarłej w miejscu, w której jej nie powinno być.

To samo przydarzyło się mojej matce, gdy wracała ze szkoły. Nie wiedziała, że w czasie, gdy była w szkole zmarła jej ukochana babka. Zdziwiło ją jednak to, że spotkała babkę kilometr od domu, bo jej babka była w tym czasie praktycznie sparaliżowana.

Zwiastuny często mają to do siebie, że się nie odzywają, a tuż po ich spotkaniu nie potrafimy nawet OGÓLNIE powiedzieć, w co były ubrane. Ani jakiego koloru były, ani z jakiego materiału je wykonano – nic. Zupełnie, jakby te osoby były wytworem wyobraźni.

Co innego, gdybym tylko przelotnie spojrzał na tamtego samobójcę. Ale tak nie było. Patrzyłem się w jego kierunku dopóki się nie minęliśmy – przez długą chwilę.

Ciekawy przypadek stanowi mój wuj. W chwili, gdy zmarł jego ojciec był na wyjeździe. Wrócił cały roztrzęsiony. Twierdził, że jego ojciec stanął mu na środku drogi i że go potrącił. Wyszedł z samochodu, by go szukać, ale nie znalazł śladu jego ciała. Dopiero w domu dowiedział się, że jego ojciec od kilku godzin nie żyje – zmarł w domu na raka skóry (czerniaka).

Pamiętam również pewien pół-sen. Zaczęło się od tego, że nagle, przed północą, niespodziewanie spadła jakość łącza internetowego i napięcie prądu. Nie mogłem już siedzieć w Internecie, więc poszedłem spać.

Sen, jaki przyszedł tamtej nocy był dziwny. Nawet do końca nie wiem, czy to był sen. Widziałem sam siebie w miejscu, w którym leżałem. Do dziś pamiętam każdy szczegół. Zacząłem słyszeć dźwięki dochodzące z drzwi na parterze. Zamykania i otwierania, zamykania i otwierania. Zrobiło mi się bardzo nieswojo, ale usłyszałem w głowie, że nie powinienem się bać i że gdy nie będę schodził na dół (spałem na piętrze), nic mi nie będzie. Więc posłuchałem.

To, co przemawia za tym, że to był sen to fakt, że nie będąc na dole, wiedziałem jak wygląda osoba, która nas „odwiedziła”. Nie nie do końca ją wówczas rozpoznałem (choć miałem pewne podejrzenia), ale gdy nazajutrz opowiedziałem matce, jak wyglądała, jednoznacznie rozpoznała w nim starego elektryka S., bardzo dobrego przyjaciela mojego ojca. S. zmarł kilka lat wcześniej, o ile dobrze pamiętam.

Tak czy inaczej, widziałem, że przyszedł ojca ostrzec przed jeżdżeniem samochodem w tych dniach.

Czy faktycznie – po cichu – zastosował się do tego ostrzeżenia, czy po prostu miał szczęście i nie uległ żadnemu wypadkowi – nie wiem. Nie pamiętam nawet, czy musiał w tamtym czasie gdzieś jeździć. Ważne jest to, że ostrzeżenie okazało się dotyczyć całego naszego domu. Zaledwie parę dni później wydarzył się wypadek samochodowy, w którym zginęła siostra chłopaka, z którym chodziłem do klasy w podstawówce, kolega z klasy mojego brata, a kuzyn sąsiada i bardzo dobrego przyjaciela (przyjaciela z dzieciństwa) został poważnie ranny (ale przeżył).

Ja wiem, ja wiem – dla kogoś, kto nigdy podobnych przeżyć nie miał, może się to wszystko wydawać wyssane z palca.

Co bym jednak nie powiedział i tak tych osób nie przekonam.

Jedyny sposób, by to zweryfikować to doświadczyć tego na własnej skórze, ale tego akurat nikomu nie życzę.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 8 Listopad 2015, godz. 00:18, Rabka-Zdrój.

Z ciekawości zapytałem kiedyś ludzi śledzących mój inny blog, czy zauważyli taką zależność.

Jak można się domyślić, większość nie zwracała na to uwagi i nie potrafiła powiedzieć, czy w ich życiu tak jest.

Było jednak sporo osób, które czuły, że ich dobre dni są zawsze kosztem następnego.

Nie mówię tutaj o przypadkach, gdzie człowiek mniej lub bardziej świadomie kompensuje sobie odpoczynkiem i przyjemnościami obowiązki, o których wie, że będzie musiał następnego dnia wykonać – albo sytuacje, w których będzie musiał uczestniczyć.

Choć nawet wtedy, gdy człowiek świadomie kompensuje sobie to, co go jutro czeka, życie zdaje się człowiekowi sprzyjać i to w dziedzinach, które są poza jego kontrolą. Na przykład ludzie wydają się wtedy bardziej życzliwi – tak wobec nas, jak i siebie nawzajem.

Głównie chodzi mi jednak o sytuacje, gdy los kompensuje nam zawczasu niespodziewany natłok pracy albo problemy i konflikty, których nie byliśmy w stanie przewidzieć.

Obserwuję tą zależność od kilku lat i nie przypominam sobie, kiedy ostatnio miałem dobry dzień „za nic”.

Owszem, nieraz „odpłata” przychodziła nie po dniu, a po dwóch (czy trzech, jeśli akurat był weekend), ale zawsze jednak następowała.

I zawsze były to trudności na tyle poważne, że od razu można było stwierdzić, że to właśnie o nie chodziło.

Gdybym bowiem liczył, że przez głupie uderzenie się palcem w nogę krzesła czy utratę kilku linijek tekstu w edytorze tekstu przez awarię prądu pula nieszczęść na dany dzień się wyczerpie, czekałaby mnie bardzo niemiła niespodzianka.

Kusi mnie, by podać przykład sprzed kilku miesięcy, gdzie na kilka godzin przed kryzysem powiedziałem osobie, której też ten kryzys dotyczył, że spodziewam się, iż następny dzień będzie ciężki, bo ten był podejrzanie udany. Jednak dotyczy to – powiedzmy – projektu grupowego, w którym brały udział osoby, które mam w znajomych na Facebooku, więc nie chciałbym rozdrapywać starych ran.

Mam jednak inny. Miałem taki właśnie dobry dzień, gdy skończyłem poprawiać część pierwszego rozdziału mojej powieści. Był to czas, gdy pisałem w bardzo pretensjonalny sposób – zdaniami wielokrotnie złożonymi, zbyt pokrętnymi, zbyt pompatycznymi i zbyt długimi. Ale wtedy o tym jeszcze nie wiedziałem. Uważałem, że to literatura awangardowa, nowatorska, więc na swój sposób genialna. Podałem więc link do tekstu na pewnym forum literackim w nadziei na opinie.

I wtedy tekstem zainteresowała się analizatornia.

To taki blog, który w bardzo złośliwy sposób pastwi się nad stylem, językiem, logiką, treścią opowiadań publikowanych w Internecie.

Tak więc opisali mój.

Bolało.

Po wielu miesiącach niepisania doszedłem jednak do wniosku, że analizatorzy mieli rację. Nie wiem, czy i jak szybko doszedłbym do tego wniosku, gdybym nie miał już kilkunastu przeczytanych poradników pisarskich na koncie (żeby nie było – to nie one nauczyły mnie tak pisać. Raczej popadłem w przekonanie o tym, że awangardowość automatycznie robi z ciebie literackiego geniusza. Mimo tego, że właśnie przed tym ostrzegał bodaj sam Dean Koontz w swoim poradniku. A ostrzegał dlatego, że sam się za takiego uważał, dopóki pewna redaktorka go nie wyprostowała).

Ogólnie opisana powyżej teoria kompensacji wpisuje się w powiedzenie, że „fortuna kołem się toczy”, ale tutaj czas pomiędzy byciem „na wozie” a „pod wozem” jest skrócony. Ponadto, podkreślona jest rola amortyzowania niepomyślnych wydarzeń przez te pomyślne.

Widać to na przykładzie sytuacji Marka Jensena, głowy zespołu Epica, który na swoim profilu na Facebooku napisał, że nie wie, czy się cieszyć z tego, że ukończył prace nad nowym albumem („The Quantum Enigma”), gdy jednocześnie zmarła mu bardzo bliska osoba.

Ale wracając do tego, co napisałem wcześniej…

Z jednej strony zazdroszczę tym, którzy potrafią korzystać z dobrego dnia bez obaw o jutro. A z drugiej… mając świadomość, że w taki dzień, na jaki się jutrzejszy zapowiada, niewiele zrobię, moja produktywność w ten dobry dzień wzrasta wielokrotnie.

Jednak gorzka świadomość, że następny dzień najpewniej nie będzie przyjemny pozostaje i nie pozwala się tym dobrym dniem tak naprawdę cieszyć. Jedyne co pozostaje, to zająć się czymś, co się lubi robić i choć na chwilę zapomnieć.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 25 Październik 2015, 18:25,  Rabka-Zdrój.

(Końcówka tekstu, linki, zdjęcia z podpisami w trakcie opracowywania).

Ostatnio w sieci zaroiło się od propagandy zniechęcającej do zasilania kasą Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy jak chytrych bab z Radomia przy wykolejonym transporcie i to wszystko z powodu tego, co pan Owsiak śmiał (śmiał!) powiedzieć na temat eutanazji w przeprowadzonym z nim wywiadzie.

Być może zasiliłbym grono osób, którym najwyraźniej opinie wystarczy rozdawać na kserokopiach, by uznali je za swoje, oburzonych z powodu tego, że Owsiak miał czelność nie trzymać się scenariusza, jaki w swoich głowach dla niego napisali i śmiał głosić jakieś bezbożne opinie… może stałbym się jedną z tych bezmyślnych owiec, gdybym zobaczył jego słowa zanim zobaczyłem nagłówki głoszące, że „Owsiak jest za eutanazją”.

Jestem jednak świadom tego, że media zachowują się jak trolle internetowe i formułują nagłówki tak, by zwrócić uwagę, zaszokować czy wetknąć kij w emocjonalne mrowisko i jeszcze zamieszać jak gar grochówki i tego, że to nie pierwszy raz, gdy w ruch poszedł mechanizm, który odkrył już Nietzsche (jeśli osoba A nie robi nic, a osoba B udziela się charytatywnie, to zamiast ruszyć sadło i samemu zacząć udzielać się charytatywnie, osoba A zaczyna umniejszać osiągnięcia osoby B, podkopywać jej reputację w kręgu znajomych, twierdząc np. że na pewno część pieniędzy bierze dla siebie, że na pewno finansuje sektę, do której należy), postanowiłem z oceną poczekać.

Czy słusznie? Owsiak sprostował w wywiadzie dla TVN, że nie jest za eutanazją i w odpowiedzi na list otwarty od parlamentarzystów w przekonujący sposób pisał o sytuacji osób starszych i schorowanych w tym kraju, którą jego wypowiedź była zmotywowana. Oczywiście, możesz powiedzieć, że to zostało napisane przez specjalistę od PR-u i jeśli tak myślisz, to cię nie winię. Ja sam tego nie wiem. Mógł to napisać, by chronić interes swojej fundacji, a tym samym osób, których życie od niej zależy. Czy można go za to winić?

Nie piszę tego, ponieważ jestem jakimś fanatykiem WOŚP-u. Nigdy nie chodziłem z puszką na darowizny, bo raz, że nie mam do tego odpowiedniej osobowości, a dwa, że mam specyficzne połączenie fobii społecznej i paranoi (o której pisałem tutaj, w rozdziale z opinią na temat mojego pierwszego tekstu na tym blogu), która każe mi sądzić, że praktycznie wszystko, co zrobię po raz pierwszy zakończy się moją śmiercią, wypadkiem, bijatyką, atakiem (dzikich) zwierząt lub – w tym przypadku – pobiciem i obrabowaniem. Nie mam też środków, które pozwoliłyby mi tą akcję jakoś znacząco wesprzeć (co nie znaczy, że tego nie chcę). Nie jestem też fanem tego, co wyprawia na Woodstocku, ale skoro dorosłe osoby dobrowolnie marnują sobie życie czy zdrowie, by uratować cudze, to kto im tego zabroni?
Myślę, że to wszystko czyni moją opinię na ten temat dosyć obiektywną.

W każdym razie… sądzę, że jego pogląd na eutanazję bierze się z tego samego, co w ogóle skłoniło go do rozpoczęcia całej tej akcji pomagania chorym dzieciom – tego, że nie mógł patrzeć na ich cierpienie. On doskonale wie, że nie każdą chorobę można „poprawić po Matce Naturze” i nieraz można tylko dużym kosztem (cierpienia) opóźniać to, co nieuniknione.

Powiedzmy sobie tak szczerze – mało kto z nas ma powołanie i wrażliwość Matki Teresy i dlatego mamy skłonność do tego, by projektować nasz własny (mniej lub bardziej uświadomiony) cynizm na innych („No, bo skoro nawet pielęgniarki po latach pracy ogarnia totalna znieczulica, to jak on może przez dwadzieścia lat utrzymywać taką wrażliwość na cierpienie innych i to nic z tego nie mając? Na pewno musi coś brać dla siebie!”). Poprzez cynizm rozumiem oczywiście to, co głosi jedna z jego definicji – „niewiarę w szczerość cudzych ideałów”, np. bezinteresowności.

Z tym jest jak z rodzicami i podręcznikami szkolnymi. Większość rodziców jest przekonana, że jeśli ich dzieci kupują podręczniki od nauczyciela, to albo za nie przepłacają, albo musi on z tego jakiś zysk. I trudno w to nie uwierzyć. Problem w tym, że gdy odbywałem praktyki w gimnazjum osobiście widziałem jak do mojego mentora przyjechał przedstawiciel czy to wydawnictwa, czy też księgarni i próbował go wrobić w kupienie konkretnego podręcznika do niemieckiego dla swoich klas (nawet nie próbował go złapać gdzieś pod klasą tylko otwarcie załatwiał swoje biznesy w pełnym ludzi pokoju nauczycielskim) i mentor odmówił dokładnie z tego powodu – że rodzice będą myśleć, że on je sprzedaje, bo na tym zarabia (nie mówię, może gdzieś tak było czy jest, ale nie sądzę, by były to pieniądze na tyle duże, by ten proceder kontynuować, pomimo ciągłego użerania się z rozjuszonym tłumem rodziców).

[Poza tym, można z dużą dozą pewności przypuszczać, że zysk z każdej sprzedanej książki jest dosyć marginalny. Ciężko mi więc wyobrazić sobie, że przedstawiciel płacił każdemu nauczycielowi łapówkę w opłacalnej wysokości, by jego firma zarobiła na każdej książce po kilka złotych – tym bardziej, jeśli nauczyciel nie uczy wielkiej liczby klas, a te klasy mają stosunkowo niewielką liczbę uczniów].

Rozliczenia finansowe z każdej akcji WOŚP-u można znaleźć na jej oficjalnej stronie internetowej, ale to nie przeszkadza baranom bezmyślnie powtarzać za resztą stada oskarżenia o branie pieniędzy dla siebie. Czytałem nawet blog barana, który nie miał się do czego przyczepić to doczepił się do tego, jaką dużą część banneru reklamującego tegoroczną akcję WOŚP zajmują logo sponsorów. To nie WOŚP o tym decyduje (a przynajmniej doświadczenie w reklamie każe mi tak sądzić). Biznes to biznes i sponsor płaci za reklamę, a nie za to, by odbiorca omiótł banner wzrokiem i zignorował logo jego firmy jak mały druk na plakacie filmowym (no, bo powiedzmy sobie szczerze – kto to czyta?).

Ten bloger twierdzi, iż po raz pierwszy od 1991 roku nie dołoży do tego ani złotówki z powodu tego, co Owsiak powiedział o eutanazji. Jest to tym bardziej przykre, że zapomniał, iż nie robi tego dla Owsiaka, tylko dla poważnie chorych dzieci (i od tego roku również starszych ludzi).

Opinia pozostaje tylko opinią. To nie tak, że Owsiak za zebrane pieniądze zbuduje klinikę, w której będzie się skracało starych, niedołężnych i ułomnie urodzonych o oddech za pośrednictwem eutanazji, bo nawet gdyby takową zbudował, to obowiązujące prawo, a tym bardziej społeczeństwo od którego jej finansowanie byłoby zależne nie pozwoliłoby jej funkcjonować. Tym bardziej, że jest tylu ludzi czyhających na każde jego potknięcie, że zdjęcia z takowej kliniki pojawiłyby się w sieci szybciej, niż zdążyłby się podpisać parafką.

To brzmi jak jakiś absurd, ale najwyraźniej ludzie tak przerazili się jego popularności i charyzmy, że nabrali przekonania, iż ludzie po usłyszeniu jego słów nagle złapią się za głowę i powiedzą: „No przecież…! A ja dziadka niepotrzebnie tyle lat przy życiu trzymałem! Dlaczego w ogóle dałem sobie wmówić, że to zły pomysł?!”, po czym zaczną przekupywać kandydatów na stołki w parlamencie poparciem, jeśli tylko przepchną ich petycję o zalegalizowanie szterbenhilfowania („pomagania w umieraniu”) i przekują ją najpierw w ustawę, a potem w konstytucyjne prawo do umierania na zawołanie wynikające z życia w gów…ianym kraju.

[Pomyślcie tylko, jaką władzę dałoby zalegalizowanie eutanazji ZUS-owi. Tak, jak decydował o tym, kto z niepełnosprawnych jest zdolny do pracy, a kto gotów jest zejść z tego świata, schodząc po schodach z trzydziestego piętra ich pół-pałacu, pół-wieżowca, na którym – na złość emerytom – zlokalizowali swoją siedzibę, tak mógłby decydować o skierowaniu pewnych osób do „skasowania”, by oszczędzić na wypłacaniu emerytur. Brzmi to jak scenariusz dystopijnej powieści Philipa K. Dicka? To, co dzieje się w Holandii, stolicy eutanazji, nie jest od tego takie odległe. Zaczęło się od małych kroków, np. uśmiercania ciężko chorych i w poważnym stopniu niepełnosprawnych dzieci, a potem – krok po kroku – doszło do tego, że lekarze decydują o poddaniu dziecka eutanazji bez wiedzy i woli rodziców, jeśli uznają je za niepełnosprawne czy nieuleczalnie chore. Tacy z nich dobroczyńcy – zdejmują z rodziców ciężar tej trudnej decyzji, żeby mogli spokojnie pracować na utrzymanie państwa, nie przejmując się tym, że ponad połowę pensji musieliby „dysinwestować” w coś, co jest jeszcze bardziej bezużyteczne niż rząd. W ich przekonaniu jest tak, że skoro oni sami nigdy nie byliby w stanie znieść opieki nad „nieudanym” potomstwem nawet przez chwilę, to na pewno żadna kobieta nie byłaby w stanie pokochać takiego „dziedzica” bezwarunkowo].

Całkiem możliwe, że się mylę (w końcu – jak we wszystkim innym – jestem w tym ekspertem), ale myślę, że problem leży gdzieś głębiej i to sam fakt, że Owsiak zdecydował, że połowa pieniędzy ze zbiórki pójdzie na seniorów jest u źródła tego problemu. Eutanazja może być tylko przykrywką dla niechęci do płacenia na starych i schorowanych, których mniej lub bardziej świadomie możemy obwiniać o to, że sami są sobie winni, bo źle żyli, nie zabezpieczyli się na starość, żerowali na systemie, ciężko pracowali nad tym, by ich dzieci ich znienawidziły (np. za tyranizowanie ich) itd. Kto wie, może nawet twoje pieniądze trafią na pomoc dla kogoś, kto młodość spędził na byciu seryjnym mordercą? Starzy są zrzędliwi, denerwujący, kłopotliwi, brzydcy… nie to co  dzieci! Dzieci są zbyt młode, aby być czemukolwiek winne. Dzieci budzą sympatię, kojarzą się z bezbronnością i czystością uczuć. Starzy ludzie natomiast przypominają nam ciągle o tym, jacy sami będziemy za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat, a tego nikt nie lubi. Starsi ludzie postrzegani są jako balast, pomimo tego, że spędzili swoją młodość na budowaniu tego, z czego pełnymi garściami czerpiemy obecnie. To oni dojrzewali jako społeczeństwo za nas i byli beta-testerami bardzo awaryjnego systemu politycznego (jeszcze bardziej awaryjnego niż obecny).

Odnosząc się do świetnego nagrania autorstwa The Amazing Atheisty napiszę, że mamy skłonność do oceniania ludzi po najgorszej rzeczy, jaką w życiu zrobili. Nikogo nie obchodzi, że Jeffrey Dahmer był bardzo, ale to bardzo dobry i czuły dla swoich dziadków. Ludzie oceniają go po tym, że kroił i zjadał ludzi. Jaka jest więc najgorsza rzecz, jaką zrobił Owsiak i czy niweluje to dobro, jakiego dokonał?

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 12 Styczeń 2013, 00:40, Rabka-Zdrój.

%d blogerów lubi to: