Category: Reakcje


Ostatnio zwróciłem uwagę na pewien komentarz pod analizą fabuły gry „Bioshock Infinite” (która – swoją drogą – bardzo mi się spodobała, gdyż jest to jedna z tych, które skłoniły mnie do zadumy nad kwestiami, które poruszała. W tym przypadku była to, między innymi, wolność wyboru), w którym autor skrytykował to, że fabuła ma rzekomo wiele nieścisłości i to takich, których albo nie wymienił, albo były one określone dosyć ogólnie („skoro ktoś się bierze za tematykę światów równoległych, a nie umie tego robić, nie powinien się za to zabierać”).

Do tej pory nie myślałem, że będzie to dla mnie aż taki problem (tym bardziej, że uważam ludzi, którzy czepiają się o coś, przeciwko czemu nie mają argumentów albo mają takie właśnie mętne, ogólnikowe argumenty uważam za idiotów, których nie warto słuchać i którymi nie warto się przejmować). Choć z jednej strony mój problem z tym może wynikać z tego, że do krytyki Bioshocka podchodzę zbyt emocjonalnie, z drugiej… nie miałem takiego problemu z fabułą gry Heavy Rain.

Ona mi się również bardzo mi się podoba, ale tam było widać te luki i nieścisłości w fabule gołym okiem (były one jednak w dużej mierze zrozumiałe – wiele z nich wynikało z cięć i zmian, jakim ją na późnym etapie rozwoju poddano, np. początkowo każdy z czterech bohaterów mógł okazać się mordercą dzieci, wokół którego fabuła się kręci). Chociaż uznawałem zasadność krytyki, nie przeszkadzało mi to w tym, by fabułę nadal lubić.

Nie mam problemu z fabułą, bo wiem, że twórcy i w tym przypadku byli niewolnikami opowieści i jakoś musieli sprawić, by wydarzenia w grze prowadziły do z góry ustalonego zakończenia, jednocześnie w miarę logicznie wiążąc się ze sobą. I musieli to zrobić w ograniczonym czasie.

Problem w tym, że dla niektórych ludzi te wydarzenia nie były wystarczająco logiczne. Jak jednak wiadomo, nie jest sztuką zauważyć niedociągnięcia po fakcie – sztuką jest zaproponować alternatywne rozwiązanie, które nie tylko będzie dobre (np. równie emocjonalne), ale również nie będzie wymagało zmiany każdego z następujących i logicznie wynikających z tego rozwiązania wydarzenia składającego się na opowieść.

Jest to problem, który zna każdy, kto podjął się pisania np. powieści i komu zależało, by utrzymać jako taki standard pisania. To jest przyczyną odwiecznego dylematu, czy męczyć się z poprawianiem na bieżąco, czy napisać szkic całości najpierw i ryzykować tym, że gdzieś po drodze coś zmienimy, co sprawi, że całe kilkadziesiąt późniejszych stron pójdzie do zmiany albo – co gorsza – do kosza.

Komuś, kto nigdy się na poważnie za pisanie nie brał wydaje się, że kreatywnie pisać jest równie łatwo jak pisać komentarz w sieci, którego nikt nie ocenia. Pisanie opowieści to ciężka i bardzo trudna praca. Dlaczego? Pozwól, że porównam to do domku z kart: fundament jeszcze w miarę łatwo ułożyć, ale wraz z układaniem każdego kolejnego poziomu coraz więcej rzeczy musi się zgadzać z tym, na czym się to opiera (czyli co było napisane poprzednio) i bardzo szybko możesz odkryć, że aby utrzymać równowagę, wszystko musi się zgadzać ze wszystkim (dosłownie!). Człowiek ma problem z myśleniem nad więcej niż trzema rzeczami jednocześnie, a co dopiero ze śledzeniem tego, jak każdy z poprzednich elementów wpływa na ten opracowywany obecne i jak ten obecny wpłynie na te przyszłe.

Druga rzecz to ta, że nie bez powodu istnieje pojęcie „zawieszenie niewiary” (suspension of disbelief), którego wymaga czytanie książki czy oglądanie filmu. To już problem czytelnika, że jest taki „anal” (jak się w angielskim mówi o osobach przesadnie analizujących i drobiazgowych) i nie potrafi na chwilę zawiesić swojego niedowierzania, by czerpać przyjemność ze śledzenia danej opowieści.

Nie mam nic przeciwko krytyce, gdy jest ona zwykłym (i zasadnym) stwierdzeniem faktu, jednak wiele komentarzy pozostawionych przez takich mądrali na kilometr śmierdzi nadmuchanym ego i chęcią pokazania, jacy to oni są spostrzegawczy, inteligentni i w ogóle niezależnie myślący oraz gardzący tym, co podoba się wszystkim – normalnie szczyt hipsterstwa!

Co więcej, wielu zdaje się mieć pretensje do całego świata, że są pod względem zanurzania się opowieści upośledzeni i zamiast czerpać przyjemność ze śledzenia jej, jedyne o czym potrafią myśleć to odpowiednik tego, że Mona Lisa nie ma brwi…

Jestem całkowicie pewien, że większość z nich nie potrafiłaby napisać dobrej opowieści. Nawet jeśli to, co napiszą będzie logiczne i spójne, nie znaczy to, że będzie to ciekawe czy emocjonalne i w stylu, który sprawiałby, że chciałoby się to czytać.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 5 Czerwca 2013, 10:10, Rabka-Zdrój.

(Końcówka tekstu, linki, zdjęcia z podpisami w trakcie opracowywania).

Ostatnio w sieci zaroiło się od propagandy zniechęcającej do zasilania kasą Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy jak chytrych bab z Radomia przy wykolejonym transporcie i to wszystko z powodu tego, co pan Owsiak śmiał (śmiał!) powiedzieć na temat eutanazji w przeprowadzonym z nim wywiadzie.

Być może zasiliłbym grono osób, którym najwyraźniej opinie wystarczy rozdawać na kserokopiach, by uznali je za swoje, oburzonych z powodu tego, że Owsiak miał czelność nie trzymać się scenariusza, jaki w swoich głowach dla niego napisali i śmiał głosić jakieś bezbożne opinie… może stałbym się jedną z tych bezmyślnych owiec, gdybym zobaczył jego słowa zanim zobaczyłem nagłówki głoszące, że „Owsiak jest za eutanazją”.

Jestem jednak świadom tego, że media zachowują się jak trolle internetowe i formułują nagłówki tak, by zwrócić uwagę, zaszokować czy wetknąć kij w emocjonalne mrowisko i jeszcze zamieszać jak gar grochówki i tego, że to nie pierwszy raz, gdy w ruch poszedł mechanizm, który odkrył już Nietzsche (jeśli osoba A nie robi nic, a osoba B udziela się charytatywnie, to zamiast ruszyć sadło i samemu zacząć udzielać się charytatywnie, osoba A zaczyna umniejszać osiągnięcia osoby B, podkopywać jej reputację w kręgu znajomych, twierdząc np. że na pewno część pieniędzy bierze dla siebie, że na pewno finansuje sektę, do której należy), postanowiłem z oceną poczekać.

Czy słusznie? Owsiak sprostował w wywiadzie dla TVN, że nie jest za eutanazją i w odpowiedzi na list otwarty od parlamentarzystów w przekonujący sposób pisał o sytuacji osób starszych i schorowanych w tym kraju, którą jego wypowiedź była zmotywowana. Oczywiście, możesz powiedzieć, że to zostało napisane przez specjalistę od PR-u i jeśli tak myślisz, to cię nie winię. Ja sam tego nie wiem. Mógł to napisać, by chronić interes swojej fundacji, a tym samym osób, których życie od niej zależy. Czy można go za to winić?

Nie piszę tego, ponieważ jestem jakimś fanatykiem WOŚP-u. Nigdy nie chodziłem z puszką na darowizny, bo raz, że nie mam do tego odpowiedniej osobowości, a dwa, że mam specyficzne połączenie fobii społecznej i paranoi (o której pisałem tutaj, w rozdziale z opinią na temat mojego pierwszego tekstu na tym blogu), która każe mi sądzić, że praktycznie wszystko, co zrobię po raz pierwszy zakończy się moją śmiercią, wypadkiem, bijatyką, atakiem (dzikich) zwierząt lub – w tym przypadku – pobiciem i obrabowaniem. Nie mam też środków, które pozwoliłyby mi tą akcję jakoś znacząco wesprzeć (co nie znaczy, że tego nie chcę). Nie jestem też fanem tego, co wyprawia na Woodstocku, ale skoro dorosłe osoby dobrowolnie marnują sobie życie czy zdrowie, by uratować cudze, to kto im tego zabroni?
Myślę, że to wszystko czyni moją opinię na ten temat dosyć obiektywną.

W każdym razie… sądzę, że jego pogląd na eutanazję bierze się z tego samego, co w ogóle skłoniło go do rozpoczęcia całej tej akcji pomagania chorym dzieciom – tego, że nie mógł patrzeć na ich cierpienie. On doskonale wie, że nie każdą chorobę można „poprawić po Matce Naturze” i nieraz można tylko dużym kosztem (cierpienia) opóźniać to, co nieuniknione.

Powiedzmy sobie tak szczerze – mało kto z nas ma powołanie i wrażliwość Matki Teresy i dlatego mamy skłonność do tego, by projektować nasz własny (mniej lub bardziej uświadomiony) cynizm na innych („No, bo skoro nawet pielęgniarki po latach pracy ogarnia totalna znieczulica, to jak on może przez dwadzieścia lat utrzymywać taką wrażliwość na cierpienie innych i to nic z tego nie mając? Na pewno musi coś brać dla siebie!”). Poprzez cynizm rozumiem oczywiście to, co głosi jedna z jego definicji – „niewiarę w szczerość cudzych ideałów”, np. bezinteresowności.

Z tym jest jak z rodzicami i podręcznikami szkolnymi. Większość rodziców jest przekonana, że jeśli ich dzieci kupują podręczniki od nauczyciela, to albo za nie przepłacają, albo musi on z tego jakiś zysk. I trudno w to nie uwierzyć. Problem w tym, że gdy odbywałem praktyki w gimnazjum osobiście widziałem jak do mojego mentora przyjechał przedstawiciel czy to wydawnictwa, czy też księgarni i próbował go wrobić w kupienie konkretnego podręcznika do niemieckiego dla swoich klas (nawet nie próbował go złapać gdzieś pod klasą tylko otwarcie załatwiał swoje biznesy w pełnym ludzi pokoju nauczycielskim) i mentor odmówił dokładnie z tego powodu – że rodzice będą myśleć, że on je sprzedaje, bo na tym zarabia (nie mówię, może gdzieś tak było czy jest, ale nie sądzę, by były to pieniądze na tyle duże, by ten proceder kontynuować, pomimo ciągłego użerania się z rozjuszonym tłumem rodziców).

[Poza tym, można z dużą dozą pewności przypuszczać, że zysk z każdej sprzedanej książki jest dosyć marginalny. Ciężko mi więc wyobrazić sobie, że przedstawiciel płacił każdemu nauczycielowi łapówkę w opłacalnej wysokości, by jego firma zarobiła na każdej książce po kilka złotych – tym bardziej, jeśli nauczyciel nie uczy wielkiej liczby klas, a te klasy mają stosunkowo niewielką liczbę uczniów].

Rozliczenia finansowe z każdej akcji WOŚP-u można znaleźć na jej oficjalnej stronie internetowej, ale to nie przeszkadza baranom bezmyślnie powtarzać za resztą stada oskarżenia o branie pieniędzy dla siebie. Czytałem nawet blog barana, który nie miał się do czego przyczepić to doczepił się do tego, jaką dużą część banneru reklamującego tegoroczną akcję WOŚP zajmują logo sponsorów. To nie WOŚP o tym decyduje (a przynajmniej doświadczenie w reklamie każe mi tak sądzić). Biznes to biznes i sponsor płaci za reklamę, a nie za to, by odbiorca omiótł banner wzrokiem i zignorował logo jego firmy jak mały druk na plakacie filmowym (no, bo powiedzmy sobie szczerze – kto to czyta?).

Ten bloger twierdzi, iż po raz pierwszy od 1991 roku nie dołoży do tego ani złotówki z powodu tego, co Owsiak powiedział o eutanazji. Jest to tym bardziej przykre, że zapomniał, iż nie robi tego dla Owsiaka, tylko dla poważnie chorych dzieci (i od tego roku również starszych ludzi).

Opinia pozostaje tylko opinią. To nie tak, że Owsiak za zebrane pieniądze zbuduje klinikę, w której będzie się skracało starych, niedołężnych i ułomnie urodzonych o oddech za pośrednictwem eutanazji, bo nawet gdyby takową zbudował, to obowiązujące prawo, a tym bardziej społeczeństwo od którego jej finansowanie byłoby zależne nie pozwoliłoby jej funkcjonować. Tym bardziej, że jest tylu ludzi czyhających na każde jego potknięcie, że zdjęcia z takowej kliniki pojawiłyby się w sieci szybciej, niż zdążyłby się podpisać parafką.

To brzmi jak jakiś absurd, ale najwyraźniej ludzie tak przerazili się jego popularności i charyzmy, że nabrali przekonania, iż ludzie po usłyszeniu jego słów nagle złapią się za głowę i powiedzą: „No przecież…! A ja dziadka niepotrzebnie tyle lat przy życiu trzymałem! Dlaczego w ogóle dałem sobie wmówić, że to zły pomysł?!”, po czym zaczną przekupywać kandydatów na stołki w parlamencie poparciem, jeśli tylko przepchną ich petycję o zalegalizowanie szterbenhilfowania („pomagania w umieraniu”) i przekują ją najpierw w ustawę, a potem w konstytucyjne prawo do umierania na zawołanie wynikające z życia w gów…ianym kraju.

[Pomyślcie tylko, jaką władzę dałoby zalegalizowanie eutanazji ZUS-owi. Tak, jak decydował o tym, kto z niepełnosprawnych jest zdolny do pracy, a kto gotów jest zejść z tego świata, schodząc po schodach z trzydziestego piętra ich pół-pałacu, pół-wieżowca, na którym – na złość emerytom – zlokalizowali swoją siedzibę, tak mógłby decydować o skierowaniu pewnych osób do „skasowania”, by oszczędzić na wypłacaniu emerytur. Brzmi to jak scenariusz dystopijnej powieści Philipa K. Dicka? To, co dzieje się w Holandii, stolicy eutanazji, nie jest od tego takie odległe. Zaczęło się od małych kroków, np. uśmiercania ciężko chorych i w poważnym stopniu niepełnosprawnych dzieci, a potem – krok po kroku – doszło do tego, że lekarze decydują o poddaniu dziecka eutanazji bez wiedzy i woli rodziców, jeśli uznają je za niepełnosprawne czy nieuleczalnie chore. Tacy z nich dobroczyńcy – zdejmują z rodziców ciężar tej trudnej decyzji, żeby mogli spokojnie pracować na utrzymanie państwa, nie przejmując się tym, że ponad połowę pensji musieliby „dysinwestować” w coś, co jest jeszcze bardziej bezużyteczne niż rząd. W ich przekonaniu jest tak, że skoro oni sami nigdy nie byliby w stanie znieść opieki nad „nieudanym” potomstwem nawet przez chwilę, to na pewno żadna kobieta nie byłaby w stanie pokochać takiego „dziedzica” bezwarunkowo].

Całkiem możliwe, że się mylę (w końcu – jak we wszystkim innym – jestem w tym ekspertem), ale myślę, że problem leży gdzieś głębiej i to sam fakt, że Owsiak zdecydował, że połowa pieniędzy ze zbiórki pójdzie na seniorów jest u źródła tego problemu. Eutanazja może być tylko przykrywką dla niechęci do płacenia na starych i schorowanych, których mniej lub bardziej świadomie możemy obwiniać o to, że sami są sobie winni, bo źle żyli, nie zabezpieczyli się na starość, żerowali na systemie, ciężko pracowali nad tym, by ich dzieci ich znienawidziły (np. za tyranizowanie ich) itd. Kto wie, może nawet twoje pieniądze trafią na pomoc dla kogoś, kto młodość spędził na byciu seryjnym mordercą? Starzy są zrzędliwi, denerwujący, kłopotliwi, brzydcy… nie to co  dzieci! Dzieci są zbyt młode, aby być czemukolwiek winne. Dzieci budzą sympatię, kojarzą się z bezbronnością i czystością uczuć. Starzy ludzie natomiast przypominają nam ciągle o tym, jacy sami będziemy za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat, a tego nikt nie lubi. Starsi ludzie postrzegani są jako balast, pomimo tego, że spędzili swoją młodość na budowaniu tego, z czego pełnymi garściami czerpiemy obecnie. To oni dojrzewali jako społeczeństwo za nas i byli beta-testerami bardzo awaryjnego systemu politycznego (jeszcze bardziej awaryjnego niż obecny).

Odnosząc się do świetnego nagrania autorstwa The Amazing Atheisty napiszę, że mamy skłonność do oceniania ludzi po najgorszej rzeczy, jaką w życiu zrobili. Nikogo nie obchodzi, że Jeffrey Dahmer był bardzo, ale to bardzo dobry i czuły dla swoich dziadków. Ludzie oceniają go po tym, że kroił i zjadał ludzi. Jaka jest więc najgorsza rzecz, jaką zrobił Owsiak i czy niweluje to dobro, jakiego dokonał?

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 12 Styczeń 2013, 00:40, Rabka-Zdrój.

Nie należy podchodzić do poniższego tekstu zupełnie poważnie – za wyjątkiem fragmentów, w których odnoszę się do poważniejszych tematów. Niektóre zawierają śladowe ilości cynizmu, a miejscami czarnego humoru, co niektórzy mogą uznać za niesmaczne. Czujcie się więc ostrzeżeni. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Jak zapewne wiecie, na modzie znam się równie bardzo, co na życiu seksualnym pantofelków i – szczerze powiedziawszy – interesuje mnie ona równie bardzo.

Dlaczego więc o tym piszę? Już spieszę z odpowiedzią. Tym razem równie długą, co spódnica prostytutki (tak, równie długą. Jeśli przesuwając suwak po prawej stronie czujesz się, jakbyś jechał windą wgłąb „Wieliczki”, przypominam, że nikt nie powiedział, że nie może to być spódnica Marii Magdaleny).

Zaczęło się od tego, że moją uwagę zwrócił nagłówek artykułu na stronie głównej serwisu onet.pl głoszący: „Czarne chmury nad głową Catherine”.

...czyli: "Jak Catherine spaliła schabowego..."

Jak łatwo się domyślić, górę wzięły moje zainteresowania meteorologiczne. Czym prędzej więc odwiedziłem stronę z wieściami z kraju, gdzie czarne chmury należą do zjawisk pogodowych tak rzadkich i przewidywalnych, że angielscy dżentelmeni poczęli nosili parasole jako element mody.

Mam świadomość, że nie powinno się zwracać uwagi na nieszkodliwe przejawy ludzkiej głupoty. Naprawdę, nie mam nic do ludzi prostych, ale nieszkodliwych i prostodusznych. Nienawidzę jednak ludzi wykazujących się głupotą połączoną z arogancją, agresją, cynizmem, egoizmem czy megalomanią, bowiem potajemnie podąża za nimi – niczym zmierzający na królewski casting Kupciuszek – silne przekonanie o wysokiej wartości wypowiadanych opinii i własnej nieomylności.

Mogę mieć tylko nadzieję, że takim ludziom to minie – podobnie, jak o północy minęły efekty prochów, jakie wyżej wymieniona niewątpliwie musiała wziąć (jak inaczej mogłaby tańczyć w butach, które były dla niej wystarczająco duże, by ześlizgnąć się z jej stopy podczas biegu, a mimo to nie czuć stóp, które powinny do tego czasu obracać się w stawach jak metronom), ale ponieważ nadzieja jest matką głupich, należy się spodziewać, że będzie ich wychowywać bezstresowo…

Eugenio, przecież powtarzałam ci tyle razy, byś nie zakładała niebieskiego stroju! Teraz mój nie pasuje kolorem do twojego! Naprawdę nie widzę innego wyjścia - będziesz musiała się wrócić i się przebrać!

Inteligentny człowiek (napisałbym „dorosły”, ale nie zawsze idzie to w parze) posiada intelektualny radar połączony z rakietowym systemem obronnym, który strąca szkodliwe i destrukcyjne myśli nie tylko zanim staną się częścią jego systemu przekonań, ale jeszcze zanim w ogóle pojawią się na radarze. Dlatego człowiek potrafi przeczytać wypowiedzi, które przypominają raczej intelektualne miazmaty, nie zwracając na nie uwagi, ale na szczęście bez szkody dla zdrowia psychicznego i zdrowego rozsądku, które ludzie posługujący się językiem Tolkiena (nie, nie językiem elfickim) określają ładnym i melodyjnym słowem „sanity” (stąd określenie „urządzenie sanitarne”, gdyż ludzie wiszą nad jednym z nich jak nad wyrocznią, zastanawiając się, gdzie mieli rozum, gdy tyle poprzedniego dnia wypili).

Niestety, istnieją ludzie, którzy z racji młodego wieku lub braku doświadczenia albo przepuszczają bombowce – gotowe na..ać im do głowy jak gołębie – albo przemykają one pod ich radarem, z czego zdają sobie sprawę dopiero wtedy, gdy jest już za późno.

W rezultacie mamy dzieci, których mentalność rozwija się jak papierowy gwizdek, bowiem naśladują ludzi, którzy jedyne, co mają wartościowego do powiedzenia, to „Jestem Półgłówkiem/Prostytutką/Poszukiwany/Półanalfabetą na 100%” napisane na bluzie. Albo… młode nastolatki, które „Zmierzch” nauczył, że obsesyjna zazdrość i zaborczość psychopatycznego chłopaka jest dowodem czystej, pięknej, silnej miłości. Nie uwierzyłbym w to nawet wtedy, gdyby próbowano mnie do tego przekonać, zaprowadzając mnie nad rzekę pełną ryb potrafiących w ciągu zaledwie kilkunastu sekund sprowadzić wagę człowieka do poziomu typowego dla anorektycznej modelki.

Nie wierzyłem… do czasu, kiedy nie zapoznałem się z opowiadaniami (a raczej ich analizami) Milenki (analizy 24, 25 i 26 oraz 36, 37 i 38) i Zamyślonej Belli (analizy 102 i 103) zamieszczonymi na tym blogu (dziękuję Kurze z Biura za listę).

Rozumiem, że można paść ofiarą manipulacji przebranej w piękne słowa – gdyby uleganie manipulacji było grzechem, kościoły na całym świecie musiałyby ustawić kasy biletowe do konfesjonałów. Nie mam jednak zrozumienia dla akceptowania chamstwa przebranego za szczerość i nie mam jednak zamiaru dopuszczać do tego, by przemknęło pod intelektualnym radarem innych ludzi, podobnie jak głupota przebrana za autorytet, manipulacja przebrana za opinię, zawiść przebrana za troskę, projekcja psychologiczna bądź szantaż przebrany za krytykę.

Może się mylę, doszukując się podobnych pobudek w wypowiedziach osób wypowiadających się na ten temat. Może niesłusznie podejrzewałem każdą z nich o ukryty motyw, podczas gdy tak naprawdę są najzwyczajniej w świecie bezdusznymi harpiami, które tylko czekają na jakieś potknięcie wybranej przez siebie ofiary, by mogły się one – a przy okazji ich publiczność – dowartościować.

Czy diabeł (który, jak wiadomo, ubiera się u Prady) jest taki straszny, jakim go malują? Zobaczmy…

„Czarne chmury zebrały się nad głową księżnej Catherine. Zwykle chwalona za swoje kreacje, fryzury i dodatki, teraz zbiera krytyczne opinie. Kilka znanych osób ze świata mody i show-biznesu postanowiło przyjrzeć [się] jej stylowi i wizerunkowi. Najpierw głos zabrała Kelly Osbourne. Niedawno w programie Jaya Leno „Tonight Show” skrytykowała księżną za to, że pojawiła się kilka razy w tym samym ubraniu.
– Gdybym miała takie stanowisko jak ona, wykorzystywałabym daną kreację tylko raz – powiedziała.”

"Wielcy ludzie rozmawiają o pomysłach. Przeciętni ludzie rozmawiają o rzeczach. Mali ludzie rozmawiają o innych ludziach."

Nie chcę się nawet wypowiadać, jak idiotyczne jest krytykowanie osób, które nam niczym nie zawiniły z powodu kilkakrotnego założenia tego samego stroju. Widziałem artykuły, które napisano tylko dlatego, że osoby, o których była w nich mowa nosiły ten sam strój rok czy dwa lata temu.

Tak, dobrze słyszeliście. Ktoś naprawdę poświęcił swój czas na to, by dogrzebać się do zdjęcia, na którym widać daną kobietę wykorzystującą ubrania zgodnie z ich przeznaczeniem [w tym miejscu następuje dramatyczne zachłyśnięcie się powietrzem], a nie jak jakieś prezerwatywy – a przy okazji postanowił marnować także wasz czas. Nie dziękujcie – zrobił to dla was zupełnie bezinteresownie, tzn. ktoś inny mu za to wcześniej zapłacił.

Doskonale rozumiem, że zazdrosne kobiety potrafią być wobec siebie jak napuszczone na siebie koguty podczas nielegalnych walk z ich udziałem; musiałbym urodzić się wczoraj, żeby nie wiedzieć, jaki – uwarunkowany społecznie i ewolucyjnie – cel mają kobiety w poniżaniu potencjalnych rywalek z powodu ich wyglądu. Podałbym alternatywne znaczenie pierwszego słowa w angielskim tłumaczeniu wyrażenia „walka kogutów” jako odpowiedź, ale jest to odpowiedź równie oczywista jak to, że częścią pełnowartościowego śniadania supermodelek są środki przeczyszczające.

Zamieszczam więc odnośnik do artykułu na stronie renomowanego tygodnika omawiającego osiągnięcia światowej nauki, w którym można przeczytać o tym, że oceny atrakcyjności innych kobiet wydawane przez kobiety, które miały akurat okres płodny, obniżały się z poziomu „Adriana Lima” do poziomu „Dzwonnik z Notre Dame”. Czy przyczyna tego zjawiska różni się od przyczyny ukrywającej się pod tłumaczeniem wyrażenia „walka kogutów”? Nie, ale nie chciałem ryzykować dosadną odpowiedzią riposty „zupełnie, jakby faceci tego nie robili w przypadku kobiet”. Oczywiście, że to robią i jeszcze pozwalają sobą  manipulować jak jakieś łosie

...nie mówiąc już o "mężczyźnie", który zapoczątkował modę wśród kobiet na odchudzanie się poprzez operacyjne wycięcie dolnych żeber.

Zostawmy również w spokoju biblijną kobietę, która – jak jakaś supermodelka – była tak bliska granicy dozwolonej wagi, że zjadłszy kawałek zakazanego owocu nagle nabawiła się nowego problemu, a mianowicie: „Nie mam się w co ubrać”.
Powróćmy do tych, które narzekają na to, że inne nie mają się w co ubrać.

Tak się zastanawiam… być może aparycyjny faszyzm jest najzwyczajniej w świecie przeniesieniem zachowań znanych z życia na płaszczyznę mediów – tak, aby cały świat mógł popatrzeć, jak osoby pokroju Kelly Osbourne przyłażą do studia tylko po to, aby w możliwie najbardziej poprawny politycznie sposób powiedzieć, że księżna Catherine wygląda jak panienka o obyczajach równie ciężkich, co pierwiastek z początku tablicy Mendelejewa.

Możesz pomyśleć, że jedynie serwisy plotkarskie, prasa kobieca czy bulwarowa uważa ubrania za odpowiednik papieru toaletowego. Muszę cię zawieść – ten temat niejednokrotnie poruszały wiadomości w polskiej telewizji publicznej. No… Chciałbym móc powiedzieć, że żartuję…

Tak na marginesie – jeśli poszukasz wyników dla wyrażenia „Kelly Osbourne” (+) „Catherine” w Google, otrzymasz 8 mln. 380 tys. wyników – w tym wyniki ze stron rozpoznawalnych gazet i stacji telewizyjnych. Pomyślałem sobie, że media zareagowały zupełnie, jakby samego papieża obraziła, ale okazało się, że moje porównanie było trochę na wyrost – wyników dla wyrażenia „insulted” (+) „Pope” jest 3 mln 520 tys. Odnoszę wrażenie, że świat bardziej interesuje to, co księżna ma na sobie, aniżeli rozprawianie papieża o pokonaniu postępującego AIDS wyłącznie siłą woli (zawsze, gdy zastanawiam się, czy media naprawdę nie mają nic lepszego do roboty niż szukanie sensacji, przypominam sobie genialną, zabawną piosenkę satyryczną „What we call the news”).

Zacząłem się zastanawiać, czy czasem komuś nie zależy na wywieraniu presji na sławnych i bogatych, aby kupowali jak najwięcej kosztownych ubrań. Wydawało mi się, że ktoś próbuje ich medialnie szantażować, stawiając ich w sytuacji między młotem a kowadłem, gdzie ani nie mogą nie kupować nowych, drogich ubrań, ani nie mogą kupować ubrań, do których wyprodukowania Gucci czy Armani nawet po pijaku by się nie przyznał, bo w obu przypadkach spuszczono by na nich medialne szambo zawiści i zazdrości, ku ogólnej schadenfreude gawiedzi. A gdyby jeszcze były masywne jak ciężarówki przewożące wielkie głazy z kamieniołomów i przegrały dramatyczną walkę z depilacją, samo wzięcie pilota do ręki działałoby na odbiorców jak wibrator!

"Namaluj mnie jak jedną z twoich francuskich dziewczyn."

Choć z drugiej strony… mówić o presji kupowania ubrań, kosmetyków czy biżuterii w przypadku większości kobiet to jak mówić o presji w przypadku heteroseksualnego mężczyzny, któremu oddano cały harem pełen młodych i pięknych kobiet do dyspozycji.

Nie znaczy to jednak, że sławni i bogaci ludzie sukcesu nie doświadczają presji z innych powodów (np. konieczność poddawania się operacjom plastycznym dla zachowania stanowiska i utrzymania kariery). Nie muszę wam chyba mówić, jak wielu z nich sięga po środki, które przeistaczają ich intelektualny radar w grę Pac-Mana polegającą na połykaniu „magicznych” pigułek niczym dropsów i uciekaniu przed duchami (czyt. głosami w głowie) lub decyduje się np.  skoczyć na zamienniku liny bungee przywiązanej w miejsce krawata lub zrobić sobie kanał La Manche przez sam środek czaszki za pomocą pistoletu.

"Ja ci ku..a dam 'Narysuj mnie, jak jedną z twoich francuskich dziewczyn!'"

W każdym razie tutaj jest lista trzynastu supermodelek, które wg popularnych wyobrażeń „nie wstają z łóżka za mniej, niż 10 tys. dolarów” i „mają pracę, która polega wyłącznie na podróżowaniu, noszeniu ubrań i pozowaniu do zdjęć”, a mimo to popełniły samobójstwo – czy to spadając z najkrótszego „wybiegu” na świecie, umiejscowionego po zewnętrznej stronie okna, czy też robiąc z siebie to, co społeczeństwo w nich zawsze widziało – wieszaki i bezduszne manekiny z krwi, kości i kokainy.

Przyznam, że nie rozumiem znanego z telewizji „dramatu” dwóch kobiet, które przyszły na przyjęcie w tym samym stroju (powiedziałbym, że w obawie przed tym, że płatny zabójca pomyli jedną z drugą, ale najwyraźniej kobiety po prostu kochają sobie komplikować życie, bo tragedią jest nawet to, że inna kobieta całe lata temu i w zupełnie innym miejscu pojawiła się w tej samej sukience. No, chyba, że będąc na ich miejscu niechcący ubrałbym się jak Courtney Love, która miała w sobie więcej igieł niż… niż… ach, nieważne – też bym się zabił) i nie jestem pewien, czy i w jakim stopniu księżna weźmie do siebie krytykę od osoby, której – sądząc po stwierdzeniu, że „gdyby była…” – wydaje się, że ma wystarczające kwalifikacje do tego, by zostać księżną. Nie sądzę jednak, by zamierzała z tego powodu przenieść się umysłem (tymczasowo) lub duszą (permanentnie) na drugą stronę rzeczywistości, gdzie trawa jest zawsze bardziej zielona (co się dobrze składa, bo wątpię, by pozwolono się nam odrodzić jako coś innego niż baran lub osioł za to, że pozwoliliśmy się głosom wewnątrz głowy zrobić w konia).

Jeśli chodzi o kwalifikacje…
Nie bardzo wolno mi o tym mówić, ale… wystarczy tatuaż, choćby nawet w miejscu, które przykrywa ubranie, by pożegnać się z możliwością wzięcia ślubu z osobą z arystokratycznej rodziny. Nie mam żadnych powodów, by wątpić w prawdomówność osoby, od której to wiem…

“Jeśli mam zostać przyszłą, cho…ną królową Anglii, to będą nosić daną sukienkę tylko raz, bo rezygnuję wtedy z reszty swojego życia, z całej mojej prywatności, więc przynajmniej mogę mieć nową sukienkę każdego dnia.” ~ Kelly Osbourne.

Gdyby Kelly w wyniku ułożenia się w jednym rzędzie wszystkich planet naszego układu słonecznego (innej możliwości nie przewiduję) została księżną, rodzina królewska musiałaby upozorować krajową awarię dostawy energii elektrycznej, by nie dopuścić do tego, by ich rodacy usłyszeli lub zobaczyli coś takiego (choć jak widzę mają z tym pewne doświadczenia). Oczywiście, możesz powiedzieć: „Została do takiego zachowania sprowokowana przez Christinę Aguilerę!”, ale ja w tym widzę karmiczną sprawiedliwość – ona obraża inne, to inne obrażają ją. Chciałoby się rzec: „What goes around, comes around” (czyli nasze „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Zimbabwe”).

Przenieś się tam, gdzie Jules Verne napisał swoją najnowszą powieść - "W osiemdziesiąt milisekund dookoła świata!"

Kelly, która najwyraźniej nie mieści się w jednej windzie z własnym ego, nie widzi problemu w tym, że za 365/366 drogich strojów rocznie zapłaciliby brytyjscy podatnicy, podobnie  zresztą jak za ślub Williama z Catherine.

Przynajmniej montażysta się dobrze bawił za pieniądze, które będzie zwracał (jako podatnik), choć ich nigdy w życiu, nawet przez szybę (ekran telewizora się nie liczy), na oczy nie widział.

Naturalnie, nie uważam się ze kogoś, kto pozjadał wszystkie rozumy (zjedzenie rozumu osoby pokroju Paris Hilton skończyłoby się zupełnie jak znane z gier planszowych „wracasz do miejsca startu”), więc biorę pod uwagę to, że moje podejrzenia dotyczące lobbingu ze strony projektantów i domów mody na rzecz kupowania ubrań w ilościach, które pozwoliłyby usypać kopiec wysokości materaców księżniczki śpiącej na ziarenku grochu mogą być równie oderwane od rzeczywistości jak przekonanie, że Nigel Farage nie jest Chuckiem Norrisem, skoro przeżył rozbicie się awionetki z relatywnie niewielkimi obrażeniami.

Nie wydawało mi się jednak, aby nie chcieli wykorzystać szansy, jaką daje posiadanie „swojego człowieka” na odpowiednim miejscu, który wywierałby nacisk bądź manipulował innymi na ich korzyść.

Przykładem mogą być, np. recenzenci na serwisie gamespot.com, którzy nie schodzą poniżej oceny 7/10, a grę ocenianą na 7/10 uważają za przeciętną (ocena 5/10 powinna być przeciętna), co oznacza, że próbują „sprzedać” ciasto z robaków, ukrywając je pod apetyczną polewą wysokich ocen. Głośnym echem odbiło się zwolnienie Jeffa Gerstmana za niepochlebną recenzję gry Kane and Lynch, który dał grze szokujące 6/10 (w tym czasie cały serwis był jedną wielką reklamą wyżej wymienionej gry). Wystarczy powiedzieć, że sponsor miał minę, jakby właśnie spróbował własnego ciasta z pierścienic, ale ponieważ nie widział niczego złego w „recepcie”, zażądał zwolnienia „cukiernika”. Tak więc wyleciał on z pracy, w której spędził ostatnie jedenaście lat, pożegnany radą, by uważał, aby zatrzaskujące się za nim drzwi nie uderzyły go w tyłek, gdy będzie wychodził.

Ale czy trzeba daleko szukać przykładów?
Producent szczepionek przeciwko A/H1N1 „kupił” sobie członków Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), by przekonać rządy krajów Europy do zakupu szczepionek. Nie wiem, czy do szczepionek dołączano  igły i strzykawki, ale jeśli tak, to radziłbym rządom zacząć promować wśród swoich rodaków grę w rzutki, bo naprawdę nie mogę sobie wyobrazić dla nich innego zastosowania.

Koncerny farmaceutyczne „kupują” edytorów w magazynach medycznych, by nie dopuszczali do druku artykułów z wynikami badań, które mogłyby być szkodliwe dla interesów tych koncernów. Ten przypadek dotyczył aparatury zdolnej wykryć trzykrotnie więcej, często niewidocznych nawet na zdjęciu rentgenowskim (chyba, że któryś lekarz poświęcił tyle czasu na przyglądanie się małym punktom na zdjęciach, że osiągnął wprawę godną osoby autystycznej), nowotworów piersi.

Tak, nie mylą was oczy. Ktoś czuł się bardziej komfortowo, wiedząc, że kobiety na całym świecie umierały na raka piersi choćby o jeden dzień dłużej i wręcz miał nadzieję, że świat medycyny dowie się o istnieniu tego urządzenia nie prędzej niż dowiedział się o istnieniu Oetziego, a jeśli już, to jego możliwości wzbudzą równie wielkie zainteresowanie jak to, który „pierwotniak” z epoki miedzi zamordował człowieka, którego świat zapamięta jako tego, który  zastygł, jakby patrzył na zegarek (oczywiście, nie powinieneś patrzeć, jeśli na widok zakonserwowanego ciała twój żołądek katapultuje twój ostatni posiłek jak pilota ze spadającego samolotu).

   
        Nowość! Urządzenie, które może wyzwolić cię z niewoli koncernów farmaceutycznych, próbujących utrzymywać cię przy życiu, ale w stanie choroby tak, aby jak najdłużej na tobie zarabiać! Już niedługo w zatęchłych, zakurzonych, zamkniętych na cztery spusty piwnicach budynków rządowych w twojej okolicy! Zadzwoń już teraz, a przyślemy do ciebie naszego konsultanta!

Jeśli sądzisz, że zapomniałem o najbardziej oczywistym możliwym wyjaśnieniu przyczyny ataków na osoby, których praca nie polega na wyglądaniu dobrze na scenie (jak w przypadku modelek, aktorów, piosenkarek), to popełniłeś właśnie saperski błąd.

Projektanci wcale nie muszą wywierać nacisków na sławnych i bogatych, aby wyjść na swoje, bo krytykując ich publicznie robią sobie darmową reklamę.

Nie muszę chyba mówić, że próbują grać na dwa fronty – tym, którzy są pozytywnie lub neutralnie nastawieni do krytykowanych osób, próbują się pokazać jako „surowi, ale troskliwi eksperci, którzy mają wyłącznie dobro tych osób na względzie”, a tym, którzy są do nich nastawieni negatywnie (z powodu zazdrości na przykład), próbują pokazać, że „czują i myślą tak, jak oni, więc ich (wynikające z zazdrości) emocje są jak najbardziej na miejscu”.

Przeczytałem wypowiedź, która mówi, że Jay Leno jest uważany za kompletnie beznadziejnego komika/prowadzącego (mimo tego, że od czasu do czasu można się pośmiać z jego dowcipów), ponieważ nielubienie go stało się popularne. Z podobnych względów ludzie, którzy tak naprawdę nie mieli nic przeciwko Chuckowi Norrisowi opowiadali o nim dowcipy. Obecnie na Youtube sposobem na zyskanie sobie akceptacji i sympatii użytkowników jest poniżanie i żartowanie sobie z Justina Biebera lub Rebecci Black i ludzi, którzy słuchają ich muzyki (jeśli ktoś chce obiektywnej, konstruktywnej opinii na temat Biebera z ust kogoś, kto nie lubi – powtarzam – nie lubi jego muzyki, spójrzcie tutaj. Sam również nie lubię jego muzyki, ale „trolling” przez oddawanie sprawiedliwości pasuje do cynicznej wymowy tego tekstu).

Eksperymenty psychologiczne pokazały, że chętniej pomagamy i wspieramy tych, których lubimy, więc jeśli projektanci przypodobają się i zyskają sympatię osób wśród których popularne jest nielubienie pewnych osób, będą oni bardziej skłonni w przyszłości wesprzeć ich finansowo (nie muszę chyba mówić, jak dużą rolę grają w tym media. Nigdzie indziej nie widać tego lepiej, jak na przykładzie mediów, które całymi latami pastwiły się nad pewnymi znanymi osobami tylko po to, by po ich śmierci pokazać środkowy palec osobom, na których zarabiały i zacząć robić ze zmarłych celebrytów bohaterów, męczenników i geniuszy).

Wiedzą, że pewni ludzie lubią nosić produkty firmowane znanym nazwiskiem dla szpanu. A jak można szybko zyskać rozgłos? Występując samotnie lub jednocząc ludzi przeciwko wielkiemu, wspólnemu „wrogowi” (przychodzi mi na myśl np.  odzież z napisem, który można rozwinąć w „Jacek Placek na 100%”).

Przypomina to przypadek „kowala słowa” zwanego Pietro Aretino, który opisano w książce „48 Laws of Power” Roberta Greena i Joosta Elffersa. Nie był znany, więc chciał osiągnąć sławę. Wiedział, że może ją osiągnąć występując w roli Dawida przeciwko Goliatowi, a Goliatem był panujący wówczas papież. Rozgłos przyniósł mu satyryczny utwór, który napisał o podarowanym papieżowi słoniu, a do którego papież był bardzo przywiązany. Jak nietrudno się domyślić, występowanie przeciwko papieżowi w owych czasach było posunięciem równie odważnym jak… jak…

Stary niedźwiedź mocno śpi, stary niedźwiedź mocno śpi. My się go nie boimy i mu wpier...

No, właśnie…
Przypomina mi to również niejedną sytuację, gdy pewien pisarz osiągnął sławę i zdobył bogactwo. Joanne K. Rowling, Stephenie Meyer, Dan Brown – prędko spadły na nich wszystkich pozwy złożone przez ludzi, którzy twierdzili, że ukradli oni ich pomysły. Często byli to mało znani pisarze, którzy liczyli na to, że nawet jeśli nie wywalczą dla siebie odszkodowania, to przynajmniej media podejmą temat, dzięki czemu oni sami zyskają rozgłos, a ich książki staną się bardziej znane, co przyczyni się do poprawy wyników sprzedaży.

Projektanci wiedzą również, że wymierne korzyści może im przynieść także wypowiadanie się w mediach w charakterze ekspertów. Wiedzą, że ludzie poszukują wyrobów ludzi, których uważa się za ekspertów i mistrzów w danej dziedzinie, a ponieważ taka opinia często wiąże się z posiadaniem znanego nazwiska lub marki, ludzie w pierwszej kolejności poszukują i myślą o kupieniu tego, co wydaje się znajome choćby z nazwy.

Ach, byłbym zapomniał o pozostałych osobach wymienionych w artykule…

Kto jeszcze wyświadczył księżnej Cambridge niedźwiedzią przysługę? Dwójka homoseksualnych projektantów, którzy na szczęście nie udzielali jej porad na temat ubioru, bowiem porady dotyczące tego, jak się ubrać, aby się podobać mężczyznom byłyby tak naprawdę poradami dotyczącymi tego, jak podobać się homoseksualnym mężczyznom, a w dodatku takim, których szal i czapka dzieli od ubierania się jak hipsterzy.

Dołączyła do nich projektantka mody Vivienne Westwood – osoba będąca w wieku, w którym powinno się już tylko szyć na drutach swetry i skarpetki, których nikt, może poza Kononowiczem, by nie założył. Twierdzi, że księżna nie ma stylu, chociaż sama ubiera się jak Tidus z Final Fantasy X, w którego przypadku nie ma nawet jak określić tego, co miał na sobie (ćwierć-koszula? Lateksowy fartuch na szelkach?). Wybaczcie, ale nie widzę, czego mogłaby księżną nauczyć kobieta, która chodzi w chuście na głowę przewieszonej przez ramię z wycięciem na brzuchu, poprzez które widać coś, co – mógłbym przysiąc – wygląda, jak sprytnie udające białe spodnie babcine majty – wystarczająco duże, aby można było z nich uszyć spadochron.

W tym miejscu muszę napisać, że otrzymałem odpowiedź na pytanie, dlaczego wielokrotne wykorzystywanie strojów wywołuje tak wielkie oburzenie, jednak jest to odpowiedź w rodzaju tych, które spodziewałbym się raczej usłyszeć w odcinku serialu „Dr House”: „Umierasz i nie wiemy na co, ale wykluczyliśmy jedną chorobę, na którą – jak sądziliśmy – umierasz”.

Dowiedziałem się, że jeśli jesteś celebrytą, prominentem lub członkiem rodziny królewskiej, pojawienie się w tym samym stroju jest nietaktem towarzyskim. Wiesz, savoir vivre – zbiór zasad dobrego wychowania mówiący np. że nie powinieneś podawać komuś widelca, którym chwilę wcześniej drapałeś się po tyłku. Jak zapewne wiesz, zasad savoir vivre’u nie kończy się kropką – kończy się je wyrażeniem „bo tak!”

Natknąłem się również na wątek, w którym pewna kobieta pytała, czy ponowne założenie sukienki na wesele byłoby nietaktowne. Nie chciała wyjść na „Ewę”, która – gdyby tylko mogła – chodziłaby goła, bo ma węża w kieszeni. Z jakiegoś powodu postawiła znak równości między tym, a przyjechaniem Maybachem na pierwszą komunię swojego chrześniaka, aby podarować mu paczkę długopisów.

Na początku dowiedziałem się, że szantaż medialny nie musiał mieć miejsca, bo tymi „swoimi ludźmi” okazują się być same zainteresowane. Michelle Obama otrzymuje kosztowne sukienki w prezencie, ale – podobnie jak w przypadku Pippy i Catherine Middleton – samo to, że je nosi prowadzi często w ciągu kilku dni do spustoszenia magazynów w całym kraju, bo całe zapasy wykupują owce („barany” nie pasują, ale pasuje „owczy pęd”), które chcą być takie jak one. Choć nie powinienem raczej używać wyrażenia „spustoszenie magazynów”, bo właśnie to w tej chwili robią uczestnicy zamieszek w Londynie.

Ale potem…
Przyznam, że zdążyłem napisać artykuł liczący sobie ilość słów równą rokowi, w którym Polska zbuduje stadion na Euro, a wciąż nie miałem przekonującego zakończenia i traciłem wiarę w słuszność teorii o medialnym szantażu.
W takim wypadku notatka mijała się z celem jak przeciwne krańce tego mostu. Próbowałem wybrnąć z bagna argumentacji, odnosząc się do artykułu, w którym napisano, że również Anna Wintour nie traktuje swojego ubioru jak kalendarza. Postanowiłem więc sprawdzić, czy ktoś próbował się postawić demonicznej, trzęsącej światem mody redaktorce naczelnej amerykańskiego Vogue (czyt. w ogóle), krytykując ją za to, że recyklując swoje ubrania, bawi się w planetariuszkę z „Kapitana Planety”, ale najwyraźniej wszyscy krytycy zginęli w tajemniczych okolicznościach, bo nikt nie odważył się napisać na ten temat, nawet pod osłoną anonimowości sieci.
Natknąłem się jednak na fragment artykułu w wynikach wyszukiwania, w którym ktoś odważnie zapytał, dlaczego Anna Wintour może odgrzewać swoją garderobę jak kotlety, podczas gdy od Catherine Middleton-Windsor oczekuje się, że będzie kupowała wystarczająco dużo ubrań, by umacniać wały przeciw-powodziowe w pobliskiej Holandii.
Powiedz…
Czy podążyłeś kiedyś za głosem wewnętrznym i okazało się, że znalazłeś się tam, gdzie miałeś się znaleźć? Pewnie tak, bo inaczej już dawno wdepnąłbyś w minę, wlazłbyś w legowisko niedźwiedzia lub wylądowałbyś na dnie zapomnianego przez Boga leśnego urwiska z połamanymi nogami.
Ja nie miałem najmniejszego pojęcia po co to zrobiłem, ale odwiedziłem stronę z artykułem, w którym padło wspomniane powyżej pytanie i zacząłem go czytać. Dotarłszy do końca, natrafiłem na następujący fragment:
„Celebrytki mogą obrażać/krytykować Kate Middleton za wielokrotne zakładanie rzeczy ze swojej garderoby z powodu zazdrości, ale projektanci mody robią to w ramach strategii marketingowej. Jeśli wszyscy członkowie rodzin królewskich i bogacze na całym świecie wezmą z niej przykład i będą często „recyklować” przedmioty designerskie, zaszkodzi to ich interesom, a może nawet w końcu zabije ich branżę.”
Szantaż to, według słownika języka polskiego, „wywieranie presji na kogoś i wymuszanie czegoś za pomocą zastraszenia lub groźby kompromitacji”. Jeśli wymuszanie kupowania ubrań pod groźbą ośmieszenia na skalę światową nie jest szantażem, to nie wiem co nim jest.
Oczywiście, oskarżanie kogoś o to, że ubiera się w to, co zdążył wygrzebać z kontenera z pomocą materialną dla krajów trzeciego świata nie jest aż takie poważne, jak publiczne oskarżanie kogoś o np. gwałt (za które można kogoś pozwać do sądu), a jedynie kobiecym odpowiednikiem  obrażania kogoś tym, że ma członek wystarczająco mały, by zmieścił się między progiem a zamkniętymi drzwiami. Słyszałeś kiedyś, by ktoś pozwał kogoś do sądu za obrazę wyglądu czy ośmieszanie jego inteligencji w mediach? Ja nie. I właśnie dlatego to robią.
Chciałbym zamknąć niniejszą notatkę następującą odpowiedzią Kelly Osbourne na pytanie Jaya Leno, które zadał, aby rozładować napiętą atmosferę.
“A co z majtkami? Wyrzuciłabyś je?”

Na co odpowiedziała: “Cóż, jeśli bym mogła, to bym to zrobiła. W sumie to nawet całkiem dobry pomysł.”

Kto powiedział, że recykling ubrań nie może być seksowny?

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 23 Sierpień 2011, 18.19.

%d blogerów lubi to: