Wiesz…

Jeśli chcę rozpocząć przygodę z książkami nieznanego mi dotychczas autora, poszukuję w sieci opinii innych czytelników na temat tego, która z jego książek jest najlepsza. Nie chciałbym się bowiem do autora uprzedzić, czytając książkę, która – łagodnie mówiąc – nie oddaje sprawiedliwości jego talentowi, a tym bardziej taką, którą – mówiąc dosadnie – należałoby zakopać głęboko na samym środku pustyni, najlepiej tuż obok milionów kartridży z grą E.T.

Natknąłem się na forum poświęcone Agacie Christie, gdzie czytelnicy dzielili się listami dziesięciu ulubionych książek jej autorstwa – spośród tych, w których występowała najpopularniejsza ze stworzonych przez nią postaci – detektyw Hercule Poirot. Pierwszą książką, którą przeczytałem było „The Clocks” (polski tytuł: „Przyjdź i Zgiń”), którą jeden z czytelników umieścił na pierwszym miejscu listy. Nie przeczytałem wystarczająco dużo książek, by stwierdzić, która książka Agathy Christie zasługuje na pierwsze miejsce, ale jest to niewątpliwie bardzo dobra książka, godna polecenia.

Następna w kolejności była książka „Five Little Pigs” („Pięć Małych Świnek”). Mój „pajęczy zmysł” powinienem był zareagować na to, że tytuł książki znalazł się na dosyć niskiej pozycji na każdej z list. Dosyć szybko przekonałem się, co z tą książką jest nie tak. Ale po kolei…

Fabuła przedstawia się następująco: zamordowano cenionego malarza, Amyasa Crale’a. Przytłaczająca ilość dowodów wskazywała na to, że został otruty cykutą przez swoją żonę, co miało być spowodowane jej zazdrością o młodą Elsę Greer, dla której chciał się z nią rozwieść. Podczas rozprawy sądowej Caroline Crale przyjęła postawę defetystyczną, została zaszczuta, a następnie osadzona w więzieniu, gdzie po roku umarła. Przed śmiercią jednak wysłała do swojej córki, Angeli Warren, list, w którym zapewniła ją, że nie zamordowała swojego męża. Hercule Poirot został wynajęty przez drugą córkę małżeństwa Crale’ów, która słyszała, iż potrafił rozwiązywać sprawy na podstawie przeprowadzonych rozmów. Chce poznać prawdę, bo w czasie, gdy popełniono morderstwo była zbyt młoda. Na terenie domu, w którym doszło do morderstwa było pięć osób, które detektyw musi przesłuchać. Część z tych osób nie wierzy w winę Caroline, twierdząc, że nie pasowało to do jej charakteru. Detektyw odwiedza każdą z osób, przeprowadza z nimi rozmowy pod pretekstem, że pisze książkę na ten temat, a potem prosi ich, aby spisali wszystko, co wiedzą i pamiętają na ten temat i przesłali te notatki na jego adres.

Myślę, że powyższy fragment na temat jego klientki wyjaśnia, dlaczego alternatywny tytuł książki brzmi „Murder in Retrospect” („Morderstwo w Retrospektywie”). Tutaj dochodzimy do pierwszego problemu: ponieważ akcja rozgrywa się szesnaście lat po morderstwie, brakuje napięcia dramatycznego wynikającego z możliwości popełnienia przez sprawcę kolejnego morderstwa, np. na świadku. Napięcia nie pomaga budować również to, że od samego początku wiadomo, kto Amyasa Crale’a zamordował… no, niezupełnie, bo szybko można dojść do wniosku, że skoro autorka tak usilnie dowodzi winy Caroline Crale, to mordercą okaże się ktoś inny.

Większy problem polega jednak na tym, że cztery piąte książki poświęcono na przeciąganie liny pomiędzy „ona to zrobiła, bo…” i „ona tego nie zrobiła, bo…”. Nie dość, że jest tylko pięciu podejrzanych, to jeszcze większość postaci nie miała większego motywu poza „byłem po stronie Caroline i nienawidziłem Amyasa” i „byłem po stronie Amyasa i nienawidziłem Caroline”.

Chwalono Agathę Christie za to, że postępowała uczciwie z czytelnikami, dostarczając wszystkich wskazówek potrzebnych do ustalenia mordercy i „The Clocks” jest doskonałym przykładem na to, że tak jest w istocie. Ale czy można to samo powiedzieć o tej książce?

Być może wina leży po mojej stronie, ale przeczytałem ponad połowę książki i nadal nie wiedziałem, jaki motyw miałaby mieć Angela Warren. Chyba nie to, że nie chciała wyjeżdżać do szkoły za granicą…

Dopiero wtedy, gdy jego klientka, Carla Lemarchant, przeczytała zapisane wspomnienia tych pięciu osób, podała hurtem logiczny motyw dla każdego z nich, ale kiedy dobrnąłem do tego momentu, okazało się, że zostało zaledwie kilkadziesiąt stron do końca.

Nie należy się tutaj spodziewać badania miejsca zbrodni (pomijając może wizytę w domu, w którym rozgrywały się wydarzenia poprzedzające morderstwo), ani dochodzenia do prawdy dzięki zebranym dowodom rzeczowym. Działania detektywa ograniczają się do prowadzenia rozmów ze świadkami. Rozumiem, że wynika to z retrospekcyjnego charakteru śledztwa i zamysłu autorki, ale… Nie byłoby w rzeczonych rozmowach nic złego, gdyby coś z nich wynikało, gdyby prowadziły do nagłych zwrotów akcji i niespodzianek, dostarczały informacji pozwalających podejrzewać raz jednego, raz drugiego bohatera itd., ale tak nie jest. Jaką więc rolę one spełniają?

W moim przekonaniu rolą prowadzonych rozmów jest potwierdzanie tego, co wiadomo o Caroline Crale i pogrążanie jej jeszcze bardziej. Celem autorki było przedstawienie tych samych wydarzeń z różnych punktów widzenia, co jednak sprowadza się do „nie mogła tego zrobić – to do niej niepodobne” i „nie mógł tego zrobić nikt inny – ona była złą kobietą”.

„Lektura powieści to nie porywająca przygoda, zatykająca dech w piersiach akcja, trzymająca w napięciu fabuła. Wręcz przeciwnie. To niespieszne, czasami wręcz ślamazarne odkrywanie prawdy.” ~Artur Długosz, magazyn kultury popularnej Esensja.

Myślę, że powyższe słowa doskonale oddają to, czym jest „Five Little Pigs”.

Chyba jedyną rzeczą, która skłaniała mnie do tego, by czytać dalej (pomijając fałszywą nadzieję na to, że lada chwila wydarzy się coś przełomowego) była chęć dowiedzenia się, jak autorka wytłumaczy to, że Caroline Crale tego nie zrobiła, chociaż miała motyw, groziła mężu śmiercią, znaleziono w jej szafce butelkę z trucizną, przyznała się do zabrania trucizny itd.

Zakończenie zostało napisane w bardzo zgrabny sposób. Zatarło niezbyt dobre wrażenie, jakie wywarła na mnie początkowa i środkowa część powieści. Myślę, że jeśli jest powód, dla którego warto przeczytać tę książkę, to właśnie dla samego zakończenia. Tym bardziej, że zaskakuje podwójnie…

Jeśli miałbym ocenić powieść w skali od 1 do 10, dałbym jej 7, ale tylko ze względu na zakończenie.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 4 Sierpień 2011, 16.09.