Category: Rozwój Osobisty


Ta technika przyszła mi do głowy dziś rano, gdy pracowałem z inną świetną techniką, określaną „Strategią Disney’a” (jest ona doskonale opisana w tym video. Gorąco polecam zapoznanie się z nią) i jest ona nawiązaniem do mojego niedawnego postanowienia, że nie będę już dłużej budował swojej tożsamości wokół bolesnych wydarzeń z przeszłości.

W moim przypadku objawiało się to często jako tłumaczenie sobie tego, że nie robię czegoś poza strefą mojego komfortu w podobny sposób: „Nie jestem przedsiębiorczy, bo doświadczenia ze szkoły podstawowej zupełnie zniszczyły moją pewność siebie”. Gdy z kolei ktoś próbował mnie nakłonić do koniecznej zmiany zachowania, byłem skłonny zawołać jak męczennik: „Bo mój ojciec był taki a taki!”, zupełnie jakby to miało wszystko wyjaśnić.

Próbowałem znaleźć dla tego bardziej odpowiednie porównanie, ale tak naprawdę najbardziej przypomina mi to sytuację, gdy gniewna feministka, która na każde niewygodne pytanie dotyczące zasadności jej przekonań, na które nie ma odpowiedzi, odpowiada z naciskiem na każde słowo i wyrzutem: „I have been RAPED!” [zostałam ZGWAŁCONA!]), w nadziei, że przerwie tym dyskusję na ten temat, także tą, którą może kwestionowanie rozpętać w jej głowie).

Technikę schodów oparłem na obserwacji, że nie mówimy z wyrzutem, że coś nas spotkało, gdy to coś miało w oczywisty sposób pozytywny skutek. Pisarz nie krzyczy „Moje książki były tysiąc razy odrzucane przez wydawców!”, gdy zarabia na nich miliony i mieszka w domu jak pałac. Małżonek nie biadoli, że go poprzednia partnerka opuściła, jeśli wie, że bez tego nie poznałby obecnej, która jest w jego przekonaniu lepsza od tamtej itd. Uciekamy się do tego jedynie wówczas, gdy jedyne, co mamy to duma z bycia męczennikiem, z życia z potrzebami, które boimy się spełnić (życie w takiej ascezie wydaje się nam być „siłą charakteru”). Julia Cameron, autorka „The Artist’s Way”, której tłumaczenie będę niedługo zamieszczał na tym blogu, napisała w niej świetny rozdział o tym.

Technika schodów polega na tym, by zacząć od najwcześniejszego trudnego wspomnienia i wypisać wszystkie korzyści, choćby najmniejsze (nawet jeśli wydają nam się naciągane), z tego, co nas spotkało, wszystkie lekcje, cechy, które nas w to rozwinęło (i jakie negatywne cechy mogłyby się w nas rozwinąć, gdybyśmy nie odczuli tego na własnej skórze), wszystkie możliwe konstruktywne sposoby wykorzystania tego (np. w powieści, by pomóc innym z tym problemem itd.).

Mówi się, że trauma sprawia, że człowiek zatrzymuje się na pewnym etapie rozwoju. Ta technika w pewien sposób to zatrzymywanie się wykorzystuje. Pomysł na tą technikę pojawił się w mojej głowie jako wizja siebie wychodzącego po schodach. Dowiedziałem  się, że sztuka polega na tym, aby pod żadnym pozorem nie pozwolić sobie wyjść choćby o jeden stopień wyżej, dopóki nie wypiszesz tych korzyści z przeszłego wydarzenia, które na ten schodek przypada. Jak poczujesz, że już nie jesteś w stanie wykorzystywać tego do żebrania o współczucie czy tłumaczenia się, przejdź do następnego w kolejności wspomnienia.

Możesz czuć, że świadomie nie jesteś w stanie sobie takich rzeczy przypomnieć lub dojść do jakichś odkrywczych wniosków, ale jest na to sposób. Praca z techniką Disney’a odbywała się w ramach pisania tak zwanych porannych stron, o których pisze Julia Cameron w swojej książce. W skrócie polega to na tym, by wypisywać wszystko, co przyjdzie ci na myśl do momentu, aż zaczniesz słyszeć swoisty głos intuicji w głowie, który na codzień szum informacji zagłusza. Czy ten głos się odzywa możesz sprawdzić, zadając pytania i nasłuchując odpowiedzi. Z początku odpowiedzi mogą być oczywiste, jakbyś sam sobie odpowiedział, ale z czasem – i przy odpowiednim pytaniu – otrzymasz odpowiedź tak zaskakująco trafną i błyskotliwą, w tak krótkim czasie, że będziesz mieć pewność, że takiej odpowiedzi nigdy nie byłbyś w stanie sobie wymyślić. I właśnie wśród tych odpowiedzi możesz znaleźć wnioski, które pozwolą ci zobaczyć prawdziwe źródło konstruktywnej siły w tym, co cię spotkało i wyjść o ten jeden stopień wyżej.

To byłoby na tyle. Na pewno sam będę jeszcze tą technikę testował i jeśli ten wpis pewnego dnia nie zniknie z bloga, to znaczy, że technika działa (do tego czasu ten wpis będzie jeszcze dopracowywany). I mam nadzieję, że przyniesie wam dużo dobrego.

Jeśli to wypróbujesz i przekonasz się, że to działa, nie wahaj się użyć przycisków społecznościowych pod postem i podzielić się tym z osobami, którym – jak sądzisz – może to pomóc.

Dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam was serdecznie.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 25 Lipca 2013, 16:39, Rabka-Zdrój.

Reklamy

To ironiczne, że za przedstawicielkę „czystej” rasy uważa się dziewczyna będąca owocem genetycznego wynaturzenia…

Nie tak dawno temu natknąłem się na całkiem interesującą prezentację (lub popularnonaukowy wykład) zatytułowaną „Psychologia Wszystkiego”. Chociaż tytuł jest trochę na wyrost, występujący w tym nagraniu profesor rzeczywiście porusza całkiem sporo tematów. Jednym z nich są uprzedzenia i to na nich się skupię (mimo to gorąco, gorąco polecam obejrzenie całego filmu. Dla tych, którzy mają pojęcie o psychologii początkowa część może się dłużyć, ale dalsza część to nieustająca seria fascynujących opisów eksperymentów i odkryć). Część o której mówię rozpoczyna się ok. 10-tej minuty.

Profesor mówi, że ludzie różnią się od siebie tym, jak szybko i łatwo odczuwają obrzydzenie (np. brudem, zarazkami, nieprzyjemnymi zapachami itp.) i ci, którym takie uczucie przychodzi łatwo, bardzo często są również rasistami, homofobami lub brzydzą się ludźmi z nizin społecznych, np. bezdomnymi.

Ciekawe było też to, że naukowcy byli w stanie dowieść związku pomiędzy obrzydzeniem a uprzedzeniami (czy też niechęcią do „outgroups” – grup ludzi od nas innych i nam obcych) poprzez poproszenie części ochotników o odpowiadanie na pytania zawarte w ankietach w pokoju, w którym wcześniej rozpylono odór pierdnięć za pomocą aerozolu. Ci, którzy robili to w tym śmierdzącym pomieszczeniu byli bardziej złośliwi, podli… szczególnie dla ludzi z tych „outgroups” (imigrantów, mniejszości seksualnych itp.).

Moim pierwszym odruchem było przypomnienie sobie, czy ludzie z mojej rodziny bądź otoczenia, o których wiem, że są pedantami, wypowiadali się w sposób, który wskazywałby na to, że są uprzedzeni. Doliczyłem się co najmniej czterech pedantów, którzy są albo rasistami, albo homofobami.

Rasizmu nie uważam za prawdziwą ideologię (ani tym bardziej za pogląd, który musiałbym szanować z racji tego, że podpada pod „wolność słowa”), a raczej za prymitywny mechanizm obronny. Z biblioteki w moim koledżu pożyczyłem kiedyś białą, niestandardowo dużą i szeroką książkę napisaną przez neurologa i jego syna, również neurologa (nie mogę znaleźć w sieci ani jej tytułu, ani jej autorów. Jak znajdę, to podam). Przeczytałem w niej, że (bodaj) w Niemczech przeprowadzono eksperyment naukowy, który polegał na nauczeniu ludzi, którzy zadeklarowali się jako osoby o poglądach rasistowskich technik relaksacyjnych. W rezultacie 25% z nich na stałe porzuciło swoje rasistowskie poglądy.

W pozostałych kwestiach związanych z rasizmem zgadzam się z użytkownikiem The Amazing Atheist (gorąco polecam oglądanie jego filmów, to piekielnie inteligentny, mądry, oczytany i zabawny człowiek), szczególnie z tym, że żaden biały nie przypisze głupoty innego białego temu, że jest biały.

Spotkałem się również z wynikami badań, które sugerują, że istnieje związek pomiędzy szerokimi gustami muzycznymi i otwartością na nową muzykę, a poglądami (np. filozoficznymi czy politycznymi). Tak więc ci, którzy słuchają szerokiej gamy gatunków muzycznych są bardziej liberalni w swych poglądach, a ci, których gusta muzyczne są bardzo, bardzo ograniczone… cóż… to by tłumaczyło, dlaczego pośród metalowych elitystów, miłośników trve kvlt grim black metalu jest tylu faszystów…

Czarny black metal - ponieważ "czarny" metal się o to prosił (na zdjęciu: Andrew Crowley z jamajskiego zespołu blackmetalowego Orisha Shakpana).

Czarny black metal – ponieważ „czarny” metal się po prostu o to prosił (na zdjęciu: Andrew Crowley z jamajskiego zespołu blackmetalowego Orisha Shakpana).

Jak to jest w przypadku osób, które znacie? Zgadzacie się z tym? Piszcie!

P.S. Pomimo, iż użyłem określenia „genetyczne wynaturzenie” w stosunku do jednej rudowłosej dziewczyny z powodu jej opartych na uprzedzeniach przekonań, nie znaczy to, że jestem uprzedzony do osób rudych. Pisząc „wynaturzenie” miałem na myśli to, że rude włosy są wynikiem błędu genetycznego (a o tym, że nie było to przez naturę zaplanowane świadczy choćby fakt, że osoby rudowłose mają większą zapadalność na czerniaka), o czym chyba wie każdy, kto uważał na lekcjach biologii.

Nie mam też skłonności do popełniania błędu konfirmacji (confirmation bias), która kazałaby mi się dopatrywać np. fałszywości u osób rudych i ignorować przypadki, które zaprzeczają istnieniu takiej prawidłowości; mam rudowłosych członków rodziny oraz przyjaciół (jak również idoli i idolki, np. Simone Simons z genialnego zespołu Epica) i mam o nich całkiem dobre zdanie – w przeciwieństwie do jednej z czterech osób wspomnianych powyżej. Specjalnie dla tej osoby musiałem stworzyć określenie rufusofobia (od łac. „rufus” – rudowłosy) i capillocoloryzm (uprzedzenie do koloru włosów. Określenie utworzone od łac. „capilli” oznaczającego włosy i łac. „color” oznaczającego kolor). To zadziwiające, że podobne słowa nie zostały jeszcze utworzone (a przynajmniej ja o ich istnieniu nic nie wiem. Jeśli ktoś zna istniejące określania dla tych rzeczy, niech się nimi ze mną podzieli w komentarzu).

Mam nadzieję, że pozostałe osoby o rudych włosach nie wezmą tego do siebie, bowiem nie było to moim zamiarem. Jeśli poczułeś się urażony, to przepraszam. Jeśli jest to dla ciebie jakimś pocieszeniem, sam nie mam idealnego kodu genetycznego, o czym najlepiej świadczy moje zdrowie.

Hej, jeśli uważasz, że kogoś może to zainteresować, bardzo proszę kliknij na jeden z przycisków udostępniania pod spodem. To zajmuje tylko kilka sekund, a mnie bardzo pomaga. Nie martw się, że „i tak nikt nie przeczyta” – nawet samo uświadomienie ich, że mój blog istnieje jest bardzo pomocne.

Z góry serdecznie dziękuję i pozdrawiam!

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 10 Stycznia 2013, 19:02, Rabka-Zdrój.

Chciałbym podkreślić, że zazwyczaj dzielę artykuły tak, jak Marduk podzielił Tiamat – na niebo i ziemię, przy czym niebo to teoretyczny początek, a ziemia to praktyczne zakończenie. Jeśli poszukujesz  praktycznej części, to przejdź do przedostatniego lub ostatniego podrozdziału…

Czy podążasz za tym, co kochasz? Czymś poza zasięgiem twoich możliwości?

Zamieszczony poniżej obraz przedstawia rażonego strzałą miłości Apollina i uciekającą przed nim, ugodzoną strzałą nienawiści, nimfę Dafne. Strzały wypuścił bożek miłości Eros, szukający zemsty za ciężką obrazę własnych umiejętności strzeleckich, porównywalną ze współczesną zniewagą dotyczącą rozmiaru przyrodzenia, jakiej doznał wcześniej ze strony Apollina.

Apollo, zgodnie z zamysłem „snajpera”, zapłonął wręcz narkotyczną miłością do pierwszej kobiety, jaką napotkał na swej drodze, a ponieważ to wątpliwe szczęście spotkało właśnie rzeczoną nimfę, popędził w jej kierunku – tak, jakby gołymi rękoma zwierzynę schwytać usiłował.

Niestety, pierwszym mężczyzną, jakiego zobaczyła nie był jakiś przypadkowy satyr, więc jej wyrastająca z przerażenia nienawiść skupiła się właśnie na nim. Zważywszy jednak na to, że rzucając się za nią w pogoń z „pałeczką sztafetową” na wierzchu [starożytni przedstawiali i wyobrażali sobie mitologiczne postaci najczęściej nago, a rozmnażały się one na tyle licznie, że i w tym przypadku  można wykluczyć, że chodzi wyłącznie o miłość platoniczną] nie różnił się w swoim zachowaniu od przeciętnego, chutliwego centaura, nie posiadającego wyrażenia „za przyzwoleniem” w swoim słowniku kontaktów seksualnych – trudno się dziwić temu, że przed nim uciekła.

Gdy wydawało się już, że zamkną się na niej ramiona prześladującego ją boga, wybłagała u boskich rodziców ratunek, który przyszedł w postaci przemiany w drzewo laurowe.

Powyższy wstęp nie stanowi wyłącznie pretekstu do zamieszczenia w tym wpisie mojego ulubionego obrazu, gdyż niedoszli kochankowie reprezentują tutaj dwie fundamentalne, problematyczne i niestety, rozpowszechnione postawy ludzkie. Przekonaj się, czy sam nie powielasz tych szkodliwych postaw, czytając dalej…

Kłoda w łóżku

Zabawa w chowanego nigdy nie była już taka sama, odkąd nauczyła się przybierać postać miejsca zaklepywania…

Apollo reprezentuje obsesyjne, nieugięte i niestrudzone dążenie do celów, które dążącego najzwyczajniej przerastają lub obiektywnie rzecz biorąc są praktycznie niemożliwe do osiągnięcia. Oczywiście, reprezentuje także usilne, graniczące z uporczywością, nakłanianie innych do wykonywania czynności, które nie zyskują ich aprobaty, gdyż służą głównie spełnieniu egoistycznych potrzeb nakłaniającego.

Niebezpieczeństwo nieustępliwości, graniczącej z natrętnością, polega na tym, że bardzo łatwo jest stracić korzyści z długotrwałych, pozytywnych więzi międzyludzkich z oczu, poświęcając je dla natychmiastowej gratyfikacji poprzez wymuszenie spełnienia własnych potrzeb.

Natrętność wywołuje przeradzające się w coraz bardziej ekstremalne, zależne od częstotliwości nawiedzeń i czasu trwania „kampanii”, reakcje emocjonalne – począwszy od zakłopotania lub lekceważenia, poprzez rozdrażnienie i nieuprzejmość, a na dążeniu do unikania kontaktu i nienawistnej wrogości skończywszy.

Odnoszę jednak wrażenie, że większość ludzi albo nie uświadamia sobie, jak bardzo ich prośby są uciążliwe dla innych albo robi sobie z tego tyle, co Apollo…

Jeżeli chcesz wiedzieć, czy Apollo rzeczywiście wziął maksymę „jesteś zwycięzcą, dopóki nie uznajesz swojej porażki” zbyt dosłownie, wystarczy, że zapoznasz się z pełną wersją tego mitu, albowiem prędko odkryjesz, że wykonał dla siebie z liści niedoszłej kochanki wieniec laurowy – symbol zwycięstwa. Jeżeli w ogóle można mówić o zwycięstwie, jest to zwycięstwo równie słodkie jak łyżka cynamonu…

Oczywiście, można interpretować to tak, że wieniec symbolizuje tutaj zwycięstwo nad własnym obsesyjnym dążeniem do celu i umiejętność zrezygnowania z dalszego pościgu, gdy cel okazuje się nieosiągalny. Ponownie przykładem posłużyć może Apollo, który nie dość, że miał wielmożnych bogów za przyjaciół, a nie zwrócił się do nich po pomoc, to jeszcze nie wysilił się na tyle, by dorównać Orfeuszowi, który za swoją ukochaną Eurydyką aż do piekła poszedł…

Czy uciekasz przed tym, co kochasz? Przed tym, co może dać ci szczęście?

O ile nietrudno dopatrzeć się podobieństw pomiędzy opisanym powyżej typem psychologicznym a bohaterem tego mitu, o tyle powiązania pomiędzy rzeczoną nimfą, eskapistycznym postępowaniem oraz tytułem niniejszego artykułu mogą nie być dla was całkowicie zrozumiałe czy racjonalne, ale… odpowiedzcie sobie na następujące pytanie:

Czy racjonalne jest unikanie i uciekanie przed robieniem tego, co się naprawdę kocha lub usprawiedliwianie własnej bezczynności, wygodnictwa, pesymizmu, które tylko stoją na przeszkodzie w realizacji własnych pragnień i marzeń?

Uciekanie w gry, książki, telewizję, seks, sen, substancje odurzające, marzenia… jeśli chodzi o „dafnizm”, to wszyscy jesteśmy nimfomanami.

Dafne reprezentuje niechęć i opór przed wprowadzeniem zmian w nasze życie. Czymże są korzenie drzewa laurowego, którego postać przybrała, jak nie cechami trzymającymi ludzi w miejscu nawet wtedy, gdy warunki panujące wokół są nie tyle niesprzyjające, co wręcz niebezpieczne? Mam je wymienić? Proszę bardzo…

  • Wpojone wzorce zachowań
  • Lęk przed porażką, stratą
  • Wygodnictwo
  • Nawyki
  • Pesymizm
  • Poczucie bezpieczeństwa
  • Nieprzyjemne doświadczenia

Z powyższych powodów Dafne reprezentuje zagłuszanie własnych pragnień poprzez usprawiedliwianie własnej bezczynności, wygodnictwa, lęków czy też  poniesionych porażek.

„Dafniczna” postawa może wystąpić w przebraniu znanym z przypowieści o lisie i winogronach, w której rudzielec – nie będąc w stanie dosięgnąć owoców – porzucił próby zerwania ich i usprawiedliwił swoją porażkę, umniejszając korzyści, jakie mógłby z tego mieć. „Pewnie i tak były niedobre” – wymamrotał na odchodnym.

Czy budujesz wizję przyszłości na fundamencie śmietniska podświadomości?

Rzeczywistość jest tym, co podświadomość postrzega jako rzeczywistość.

Lektura książek przypomina pożar – nie wszystko udaje się z niego wynieść, a w tym przypadku z dymem pamięci poszedł tytuł książki, w której czytałem  o tym, że w pewnych rodzinach bieda jest dziedziczona przez wiele pokoleń, czego przyczyny dopatrują się nie tyle w niemożności znalezienia pracy, co we wpływie nacechowanego przez biedę środowiska na dorastających w nim członków rodziny, albowiem wychowując się pośród ludzi odczuwających bezradność i pozbawionych wszelkiej nadziei, nabierają przekonania, że nie mają nawet co marzyć o lepszym życiu, a co dopiero się o nie starać.

Czy w przypadku osób dziedziczących duchową pustkę można w ogóle mówić o obiektywnym postrzeganiu rzeczywistości? Czy należałoby mówić prędzej o osobistej rzeczywistości?

Ponieważ człowiek jest sumą własnych doświadczeń, każdy uważa, na zasadzie logicznego ciągu przyczynowo-skutkowego, iż postrzega rzeczywistość w sposób obiektywny. Jego tok myślenia można sprowadzić do następującego schematu: „Mam problem x, ponieważ mam problem y, a problem y mam dlatego, że mam problem z, który jest rezultatem problemu v… więc rozwiązanie problemu jest niemożliwe”. Początkowo miałem podać przykład nieistniejącego bezrobotnego, który wykonał całe drzewo genealogiczne dla przyczyn swojego problemu, lecz przypomniałem sobie mój własny sposób myślenia na temat niemożności kontynuowania studiów, więc to nim posłużę się tutaj jako przykładem:

„Nie jestem w stanie kontynuować studiów, bo nie posiadam pieniędzy zarówno na opłacenie czesnego, jak i przejazdów do odległego miasta, w którym znajduje się wybrana uczelnia, jak również na wynajęcie pokoju. Nie posiadam pieniędzy, ponieważ nie mam zamożnej rodziny. Nie mam zamożnej rodziny, bo matka jest idealistką wywodzącą się z biednej rodziny, a wywodzący się z rolniczej rodziny ojciec nie tylko nie otrzymał majątku w wyniku konfliktów własnych rodziców z ich rodzeństwem, ale również wcześnie popadł w alkoholizm, więc niewiele się w życiu dorobił. W wyniku tego, że nie był obecny w moim wychowaniu, a matka nie potrafiła właściwie wyceniać swojej pracy, nie byli oni w stanie nauczyć mnie przedsiębiorczości i zaradności materialnej. Ponieważ brakowało mi zaradności materialnej i przedsiębiorczości, znalezienie pierwszej pracy stanowiło dla mnie wielkie wyzwanie i podjąłem ją dosyć późno w moim życiu. Ponieważ podjąłem ją niedostatecznie wcześnie, nie zdążyłem zdobyć wystarczająco doświadczenia, by znaleźć w miarę stałą i dobrze płatną pracę, która pozwoliłaby mi opłacić studia. Pracując na takich warunkach byłbym w stanie studiować wyłącznie zaocznie, czego nie chciałem z powodu niewystarczającego kontaktu z językiem obcym w przypadku studiów językowych, jak również nieumiejętności pogodzenia nauki z pracą, o którą siebie podejrzewałem… Nabrałem więc przekonania, że studia dzienne w kierunku tłumaczeń językowych są dla mnie nieosiągalne.”

Czy była to jednak obiektywna ocena moich możliwości, czy też rzeczywistość, jaką stworzyłem na podstawie błędnych przekonań?

Nasze mózgi odbierają miliardy bitów informacji na sekundę, a przez filtr naszych doświadczeń przedostaje się do świadomości mniej niż tysiąc, więc wszyscy postrzegamy rzeczywistość błędnie.

Cóż, raczej trudno mówić o obiektywnej ocenie rzeczywistości, jeśli inna osoba lub wydarzenie jest w stanie nas skłonić do dokonania czegoś, przed czym się opieraliśmy, bo wydawało się to nam niemożliwe do wykonania, przerażało nas możliwymi konsekwencjami lub zniechęcało wymaganym nakładem pracy.

W moim przypadku weryfikacja poglądu na temat własnych możliwości nastąpiła zarówno za sprawą wydarzenia, jak i zupełnie obcych mi osób. Pierwszą pracę znalazłem za sprawą awantury domowej, która skłoniła mnie do tego, by wyjść na miasto i jej poszukać, ale nie byłoby to możliwe, gdybym zaledwie kilka dni wcześniej nie przeczytał wyjętego z życiorysu artykułu przeznaczonego dla artystów-wolnych strzelców. W pamięci zapadł mi następujący fragment:

Autor mieszkał w mieście o wysokim poziomie bezrobocia, więc sam nie posiadał pracy. Samodzielne wynajmowanie mieszkania przekraczało jego możliwości finansowe, więc wynajął mieszkanie wspólnie z dwójką dziewczyn. Kiedy poznały jego sytuację zawodową, doszły do wniosku, że najwyraźniej szukał pracy tak, by jej nie znaleźć, wobec czego poprzysięgły mu, że nie wpuszczą go do mieszkania, jeśli nie złoży im sprawozdania z tego, co danego dnia zrobił, aby znaleźć pracę. Postawiony w takiej sytuacji, znalazł zatrudnienie w ciągu kilku dni. Co prawda, jako pomywacz w restauracji, ale pozwoliło mu to pracować nad własną karierą artystyczną i doczekać się lepszych czasów.

Nie powinno więc was zdziwić, że to właśnie myśl „nie wrócę do domu, dopóki nie znajdę pracy” towarzyszyła mi podczas chodzenia od jednego potencjalnego pracodawcy do drugiego. Na szczęście jednak uniknąłem spania pod mostem, bo znalazłem zatrudnienie w czwartym miejscu, które tamtego dnia odwiedziłem.

Najważniejszą lekcję dotyczącą postrzegania rzeczywistości otrzymałem jednak, gdy leżałem na fotelu dentystycznym przed poważnym zabiegiem, nim jeszcze wprowadzono mnie w narkozę. Zostałem podłączony do aparatury pokazującej na liczniku elektronicznym moje tętno – i to w liczbach. Zachowałem dostateczną przytomność umysłu, by – wpatrując się w licznik – najpierw wyobrażać sobie, że czeka mnie zabieg przypominający inkwizycyjne przesłuchanie czarownicy, a potem że znalazłem się w dobrych rękach wcielonych aniołów, przy których nic mi nie groziło.

Tym, co wywarło na mnie największe wrażenie była natychmiastowa i znaczna zmiana tętna przy braku świadomego wpływu na prędkość oddychania z mojej strony. Miałem wrażenie, że oscylując między jednym stanem umysłu a drugim, znalazłem przełącznik do światła podłączony do moich emocji.

Zastanawiające jest jednak to, że wystarczyło mi wymyślić sobie lęk, którego tak naprawdę nie mam, by sprawić, aby moje ciało „rozchorowało” się na samą myśl o nadchodzącej zmianie. W momencie, gdy to piszę, przypomniały mi się słowa z bloga mojego znajomego: „ciekawe, co jeszcze jest możliwe…”, gdyż zacząłem się zastanawiać, ile jeszcze możliwości zaprzepaściłem przez lęki, które nie były ani nabyte we wczesnym dzieciństwie, ani zaszczepione przez ludzi z mojego otoczenia. Podejrzewam, że nie jestem w tym odosobniony, więc w tym miejscu powinniśmy sobie odpowiedzieć na następujące pytanie…

Czy osobista rzeczywistość jest równoznaczna z obiektywną rzeczywistością?

Nie, osobista rzeczywistość nie jest obiektywną rzeczywistością. Obiektywną rzeczywistość reprezentuje nieistniejąca w wymienionym na początku artykułu micie postać – będąca średnią pomiędzy cechami Dafne i Apollina. Stanowi dla nas pewien ideał, do którego powinniśmy dążyć, bowiem potrafi realistycznie oceniać zarówno własne możliwości, jak i zasadność własnych lęków.

Podczas gdy postawę „dafniczną” można określić słowami: „nie potrafię, więc nie zamierzam próbować”, a postawę „apolliniczną” – „jak bym tak myślał, to bym nigdy nic nie zrobił”, postawę pośrednią można określić tak: „nawet jeśli tego nie potrafię, przygotuję się jak najlepiej i spróbuję, zaczynając od tego, co wiąże się z najmniejszymi możliwymi szkodami dla mnie i dla innych, a w wypadku porażki nie poddam się, tylko spróbuję nauczyć się robić to znacznie lepiej”.

„Zawsze robię to, czego jeszcze zrobić nie mogę, aby nauczyć się, jak to zrobić.” ~Salvadore Dali

Wspomniałem jednak przed chwilą lęki nabyte we wczesnym dzieciństwie, jak i lęki wynikające ze słów innych ludzi, które obniżyły naszą pewność siebie oraz poczucie wartości. Chciałbym poruszyć kwestię tych lęków w odniesieniu do postrzegania rzeczywistości.

Osobistą rzeczywistość człowieka określają przekonania przyswajane przez jego podświadomość dotąd, aż nie rozwinie on umiejętności krytycznego myślenia, która osłoni jego podświadomość przed szkodliwymi wpływami… o czym można się przekonać, patrząc na przykład dzieci, które skłonne są uwierzyć dorosłym na słowo, niezależnie od tego jakiego kalibru jest kłamstwo powiedziane czy to w imię wątpliwej rozrywki, czy dla wywołania pożądanego zachowania.

Podświadome przekonania zniekształcają postrzeganie rzeczywistości również w inny sposób. Przykładem może być niskie poczucie wartości wynikające z przekonania o własnej brzydocie zaszczepionego przez rówieśników w szkole. Przykładem może być także małżeństwo, które z czasem zaczyna przypominać porażkę, jaką był związek własnych rodziców. Przykładem może być również niskie wycenianie wartości własnej pracy, nieumiejętność żądania godziwej zapłaty za własną pracę i przyciąganie ludzi wykorzystujących to na wszelkie  sposoby.

Pamiętam dyskusję, jaka wywiązała się z mojego pytania o sposoby przebicia się do branży gier komputerowych, a która następnie przerodziła w pewnego rodzaju sesję terapeutyczną, podczas której osoby, które próbowały mi pomóc otrzymały w odpowiedzi wątpliwości nie różniące się niczym od tych, jakimi częstowała mnie własna podświadomość zawsze wtedy, gdy próbowałem coś zmienić w swoim życiu.

Uczestnicy tej dyskusji nie mogli uwierzyć, że można naprawdę wierzyć w takie rzeczy, jakie podałem jako argumenty przeciwko dążeniu do spełnienia własnych marzeń.

Podejrzewam jednak, że byliby równie zaskoczeni, gdyby dowiedzieli się, iż widniejąca na zdjęciu poniżej bielizna jest…

…namalowana bezpośrednio na ciele żywej, oddychającej modelki.

Choć wyrywanie chwastów z podświadomości było tylko nieprzewidzianym efektem ubocznym dyskusji, okazało się, że konfrontując swoje podświadome przekonania z rozsądnymi argumentami i doświadczeniem dyskutantów, byłem w stanie zapędzić podświadomość w ślepy zaułek, dzięki czemu nie była już zdolna racjonalizować coraz bardziej przypominających absurd przekonań.

Jedną z najważniejszych rzeczy, jakich nauczyłem się w życiu jest również to, że budujemy przyszłość na podstawie przeszłości – ponieważ jednak brzmi to trochę trywialnie, postaram się rozwinąć tę myśl. Wizję swojej wymarzonej przyszłości tworzymy głównie z cegieł doświadczeń z przeszłości, a ponieważ tych cegieł najczęściej wciąż brakuje, podświadomie uzupełniamy wszelkie luki w konstrukcji „zaprawą” z obaw, uprzedzeń, czarnych scenariuszy wydarzeń, szkodliwych i nieprofesjonalnych rad, dogmatów sukcesu (w rodzaju „pierwszy milion trzeba ukraść!”), usprawiedliwień, błędnych wyobrażeń, fantazji, schematycznych zachowań, liczenia na szczęście i tym podobnych…

…a potem nie możemy wyjść ze zdumienia, widząc grożącą zawaleniem wizję przyszłego życia czy kariery, którą zbudowaliśmy sobie sami na fundamentach celu lub marzenia,  a do której obawiamy się teraz zbliżyć nawet o krok.

Nietrudno sobie wyobrazić, jaką przewagę nad cegłami ma w takiej konstrukcji „zaprawa” – w odróżnieniu od konkretnych, ciążących w ręku, wymagających ciężkiej pracy cegieł, „zaprawa” powstaje w dużych ilościach przy minimalnej ilości wysiłku, a przy tym pomaga podtrzymać wrażenie, że robi się widoczne postępy w pracy nad zbudowaniem wymarzonej przyszłości, podczas gdy tak na prawdę nie jest się ani o krok bliżej celu.

Podejrzewam, że większość ludzi, gdyby tylko mogła, zbudowałaby swoją własną przyszłość wyłącznie z zaprawy…

…a tak zachowywaliby się ludzie niedojrzali emocjonalnie, gdyby tak zamurować im przejście przez szafę, prowadzące do  fantastycznej krainy Narnii…

„Nie śpię, bo trzymam kredens.”

Przyznam, że do niedawna sam wykazywałem podobną postawę w przypadku marzenia związanego ze wspomnianą powyżej dyskusją na temat branży gier komputerowych.

Zamiast sumiennie opracowywać swoje portfolio, czyli tworzyć dzieła, dzięki którym mógłbym „ująć za portfel” potencjalnego pracodawcę, zastanawiałem się, jak mógłbym przedostać się do środowiska twórców gier komputerowych i dołączyć do zespołu tworzącego ambitną grę, ale jak najmniejszym kosztem.

Podejrzewam, że moglibyście przyjąć patologiczną niechęć do wysilania się za przyczynę takiej postawy, jednak tak naprawdę chciałem uniknąć poświęcenia części życia na wykonywanie dzieł, które okazałyby się stratą czasu i wysiłku, gdyby zostały odrzucone. Najwyraźniej moje wiadro z „zaprawą” było jak róg obfitości – niewyczerpalne. Na szczęście jednak poznani ludzi z branży wybili mi podobne pomysły z głowy…

Przyglądając się mojej postawie, można śmiało powiedzieć, że miałem motywację i entuzjazm Apollina, ale mobilność i inicjatywę zakorzenionej, wegetującej Dafne. W tym względzie nie różniłem się wiele od statystycznego amatora gry na instrumencie, który porzucił swoją pasję, wmawiając sobie, że się do tego nie nadaje, choć nie próbował nawet grać wystarczająco długo, by przekonać się, czy rzeczywiście nie jest w stanie osiągnąć ponadprzeciętnej biegłości w tej dziedzinie…

…albo też młodego przedsiębiorcy, przekonanego, że nie da się konkurować z wielkimi firmami bez wielkiego kapitału zakładowego czy prężnej kampanii reklamowej (należałoby wspomnieć w tym miejscu o historii producenta gier komputerowych id Software, który z zespołu kilku pasjonatów bez niczego do stracenia przeistoczył się w wielką firmę i żywą legendę w branży, zyskując na przełamywaniu jednego dogmatu w myśli biznesowej po drugim)…

…albo mężczyzny, obawiającego się podejść do kobiety, bo odgórnie zakłada, że zostanie spławiony…

…albo jednego z was, żywiącego wielkie nadzieje i marzenia, a nie próbującego ich spełnić nawet krok po kroku, przekonanego o daremności prób ich spełnienia.

Tymczasem powinniśmy być niczym Nick Vujicic, który – posługując się metaforyką niniejszego tekstu – wbrew wszelkim oczekiwaniom przezwyciężył wrodzone „zakorzenienie”, zachował „apolliniczną” determinację, zdefiniował „niemożliwe do osiągnięcia” na nowo, przełamał piętno daremności i odszedł od koncentrowania się na sobie czy własnych potrzebach, zostając jednym z najskuteczniejszych mówców motywacyjnych świata. Jego niezwykłość widać zresztą na pierwszy rzut oka…

Lęk jest wynikiem pozostawienia wyobraźni zbyt dużego pola do popisu!

Chociaż motywem przewodnim wykładu Michaela Shermera jest związek pomiędzy dziwnymi przekonaniami a umiejętnością dostrzegania zależności, schematów, podobieństw i ukrytych prawideł rządzących rzeczywistością, poruszony został też związek rzeczonej umiejętności z racjonalnym strachem i nieracjonalnym lękiem.

Shermer podzielił błędy poznawcze na dwie kategorie: błąd pierwszego stopnia polega na przypisaniu szelestu w trawie czającemu się tam tygrysowi, który okazuje się tylko szelestem trawy poruszonej przez wiatr, z czym nie wiążą się żadne nieprzyjemne konsekwencje dla człowieka. Błąd drugiego stopnia polega na przypisaniu szelestu w trawie powiewowi wiatru,  którego przyczyną okazuje się jednak tygrys, znajdujący się wystarczająco blisko, by wrócić do legowiska z tym w pysku, który niedostatecznie szybko przebierał nogami.

Właściwe rozpoznanie stopnia błędu, jaki można popełnić w sytuacji, gdy chodzi o życie lub śmierć, a na podjęcie decyzji jest tylko ułamek sekundy czasu, może być niezwykle trudne, toteż przyjmowanie urojonych zagrożeń za prawdziwe stało się domyślnym wyborem, ewolucyjnym odruchem.  W końcu popełnienie błędu pierwszego stopnia wiąże się ze znacznie niższym kosztem, niż popełnienie błędu drugiego stopnia.

Uważniejszy czytelnik zapewne zauważy, że błąd pierwszego stopnia odpowiada postawie „dafnicznej”, podczas gdy błąd drugiego stopnia jest odpowiednikiem postawy „apollinicznej”. Ona dostrzega tyle zagrożeń, ile on lekceważy.

W tym miejscu chciałbym powrócić do właściwej części tekstu i nawiązać tak do budowania przyszłości na podstawie przeszłości, jak do twierdzenia, iż lęk jest wynikiem pozostawienia wyobraźni zbyt wielkiego pola do popisu…

Jeśli w przeszłości wyrosło przekonanie, że pierwsza rozmowa kwalifikacyjna będzie wiązała się z upokorzeniem, goryczą porażki, nieszczęściem spotkania nieuczciwego pracodawcy, zaprzepaszczeniem własnych szans przez nadmierne zdenerwowanie, to wyobraźnia na podstawie tych przekonań utworzy największą możliwą liczbę przerażających, choć niekoniecznie prawdopodobnych wizji, np. przedstawiającą możliwość spotkania się z dosyć nieuprzejmą odmową w obecności pracowników firmy lub współpracowania z ludźmi, których frustracje najwyraźniej przerodziły się w uciążliwą, chroniczną złośliwość.

Doświadczenie – bez względu na to czy dobre, czy złe – obniża strach, bo zawęża możliwości do zaledwie kilku opcji. Rzeczywistość nie jest nawet w przybliżeniu tak kreatywna jak wyobraźnia, o czym możesz się przekonać, zastanawiając się, jaka jest najgorsza, prawdopodobna i realistyczna rzecz, jaka może Ci się w danej sytuacji przytrafić.

Nie wiem, czy jesteś tego świadom, ale pośród dziesiątek czarnych scenariuszy, jakie masz w głowie – nawet, jeśli wszystkie wydają ci się prawdopodobne – zaistnieć naraz może tylko jeden jedyny… co jednak nie przeszkadza człowiekowi martwić się nimi wszystkimi jednocześnie. Pomyśl sobie przez moment, jaka jest najgorsza rzecz, jaka może się w danym przypadku stać, a następnie pomyśl, jaki jest najbardziej prawdopodobny czarny scenariusz. Wątpię, aby scenariusze się pokrywały. Im czarniejszy scenariusz, tym mniej prawdopodobny. Dlaczego?

Reakcja rzeczywistości na wykonanie niedozwolonej, nieprzewidzianej operacji jest zadziwiająco podobna do reakcji społeczeństwa na to, że naciskasz przycisk myszki i dżojstika zarazem, tzn. jesteś biseksualny.

Ludzie zazwyczaj nie mają czasu na wymyślanie najbardziej kłopotliwych dla Ciebie scenariuszy, szczególnie podczas bezpośredniej rozmowy, gdzie decyzje o tym, jak zareagować podejmowane są niemal natychmiast, a najbezpieczniejszy dla pracodawcy jest taki sposób postępowania, który przyniesie jakieś korzyści lub pozwoli uniknąć nieprzyjemnych konsekwencji.

Jeśli trzy rozmowy kwalifikacyjne przebiegły w grzecznej, przyjaznej atmosferze, to na następną rozmowę pójdziesz z przekonaniem, że jest to regułą, gdyż pracodawcy nie chcą szkodzić własnej reputacji przez obracanie kandydatów przeciwko sobie, wiedząc, że jedną z pierwszych rzeczy, jaką usłyszą ich bliscy i przyjaciele, to relacja z tego, jak zostali potraktowani, co najpewniej zostałoby przekazane dalszym osobom.

Ponieważ doświadczenie pokazuje, że rzeczywistość jest w istocie znacznie mniej kreatywna niż wyobraźnia (a przynajmniej w sytuacjach i miejscach, w których obowiązują określone normy zachowania i zasady), po odbyciu kilku rozmów kwalifikacyjnych raczej nie przyjdzie Ci już na myśl uwzględniać bardziej wymyślnych możliwości, np. tego, iż potencjalny pracodawca będzie nietrzeźwy, będzie się zachowywał chamsko, nie będzie potrafił utrzymać swoich hormonów na wodzy, że wciągnie nas w przekręty finansowe itd.

Najskuteczniejszym sposobem zmiany naszej przyszłości jest zmiana sposobu, w jaki postrzegamy przeszłość, czyli zdobycie doświadczenia, które unieważni wyobrażenia wynikające z jego braku lub błędy popełnione przez jego brak. Każdy kolejny krok w kierunku rozmowy kwalifikacyjnej likwiduje po kolei Twoje obawy. Samo wyjście z domu likwiduje obawę o to, że nie będziesz miał odwagi przyjść, że nie będzie Ci się chciało wyjść z domu. Pracownicy, których przez lata widywałeś w tej samej pracy mogą świadczyć o tym, że atmosfera w pracy jest wystarczająco dobra, by nie chcieli tej pracy zmieniać. Nawet, jeśli Twoje przypuszczenia są błędne, mogą Tobie pomóc zniwelować stres do czasu rozmowy z samym pracodawcą, gdy będziesz już mógł przekonać się, czy Twoje podejrzenia były słuszne.

Wychodząc z pierwszego budynku, w którym nie zdołałem znaleźć zatrudnienia,  dokonałem pewnego fascynującego odkrycia. Myślałem sobie, że każda kolejna rozmowa z potencjalnym pracodawcą i każda kolejna porażka będzie wyglądać tak samo – i to bez względu na to, ile prób podejmę. Spodziewałem się, że będzie tak dopóki nie zasnę i dopóki podświadomość nie uporządkuje doświadczeń i wrażeń. Byłem niezmiernie zaskoczony tym, iż doświadczenie przyszło niemal natychmiast, dzięki czemu mogłem je wykorzystać, choćby podświadomie, już podczas kolejnej próby zdobycia pracy. Przybyło mi pewności siebie, wiedziałem, jakich błędów unikać, wiedziałem, jak z pracodawcą rozmawiać, na czym się skupiać i wiedziałem, co zrobić inaczej. Tak gwałtowna zmiana wydaje się nieprawdopodobne, ale podaję przykład eksperymentu naukowego, który za tym przemawia:

Przeprowadzono niegdyś eksperyment naukowy, który polegał na określeniu za pomocą rezonansu magnetycznego części mózgu, jakie „podświetlały” się przed i podczas wykonywania przez małpę czynności, jaką było pocieranie szczoteczką do zębów o opuszki palców. I co się okazało? Ta prosta czynność fizycznie zmieniła mózg małpy.

Doświadczenie nie jest więc byle przelotną myślą, nie wywierająca większego wpływu na przebieg naszego życia.

Doświadczenia wpływają na nasze postrzeganie tego, co jest możliwe, a co nie. Tak jak doświadczenie ma za zadanie przekonać nas, że większość czarnych scenariuszy jest nieprawdopodobna, tak poniższe nagranie może pokazać wam, że pozornie niemożliwe rzeczy są jednak możliwe.

Czy widzieliście kiedyś suchą wodę? Atrament, który wyczuwa sposób położenia papieru? Żelowy magnes? Ponad dwumetrowy kij, który można schować w kieszeni? Przekonaj się sam, że to nie jest fikcja.

                                     

Podejrzewam, że nie jest to jedyny raz, gdy zajmę się tym tematem, więc dalsze przemyślenia zawrę w przyszłym artykule.

A tymczasem zostawię Was z pytaniem, na które każdy powinien odpowiedzieć sobie sam:

Czego się właściwie boisz?
Lęk to paraliżujące twoje działania myśli o zaprzepaszczeniu szans na zdobycie czegoś, czego nigdy nie będziesz miał.

Dlaczego? Pomyśl… lęk najprawdopodobniej nie pozwoli ci zrobić niczego w kierunku osiągnięcia celu, czyż nie? Powiedz mi w takim razie, czym to się różni od podjęcia próby zakończonej porażką? Niczym. No, może za wyjątkiem tego, że w pierwszym przypadku jesteś uboższy o doświadczenie.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 8 Czerwiec 2011, 13.34.

Jeśli artykuł Ci się spodobał bądź uważasz, że komuś może się spodobać, przydać lub komuś pomóc, bardzo proszę o podzielenie się ze znajomymi i przyjaciółmi linkiem do określonego wpisu lub do samego bloga. Bardzo potrzebuję promocji i konstruktywnych komentarzy, aby móc kontynuować to, co robię. Statystyki i komentarze dają mi poczucie, że nie piszę do ściany, a to dla mnie bardzo ważne.

Jestem otwarty na wszelkiego rodzaju współpracę, np. wymianę linków, użycie treści na potrzeby innych mediów (np. filmów na Youtube), gościnne wpisy na innych, często odwiedzanych blogach, promocję rzeczy (książka, grafika, tekst, artykuł rzemieślniczy, usługa itp.), które spodobają mi się osobiście i które będę uważał za nieszkodliwe lub wartościowe dla moich czytelników… i tym podobne.

Z całego serca dziękuję wszystkim osobom, które zainteresowały się artykułem, czytały lub przeczytały go, a przede wszystkim tym, które podzieliły się ze mną swoimi opiniami, gdyż pozwoliły mi one artykuł dopracować i rozwinąć.

Pozdrawiam serdecznie i życzę wam wszystkim wszystkiego najlepszego w życiu.

%d blogerów lubi to: