Tag Archive: Ćwiczenie


Czy przydarzyło ci się kiedyś, że tuż przed ostatecznym terminem na wykonanie czy oddanie danej pracy (bądź przed trudnym egzaminem) zabierałeś się za szukanie zajęć zastępczych?

Takich, które długo odkładałeś?

Może nagle doszedłeś do wniosku, że tym, czego ci w tym stresującym okresie życia potrzeba to właśnie przesadzenie kwiatków, przetrzebienie gratów na poddaszu lub posprzątanie swojego pokoju?

A może poczułeś, że w przededniu egzaminu, który może zaważyć na całym twoim przyszłym życiu dobrym pomysłem byłoby powrócić do rzuconej przed laty gry na gitarze?

Jeśli uległeś tym pokusom i byłeś zadowolony z tego, że w końcu udało ci się do wykonania tych zadań zmotywować, to popadłeś w produktywną prokrastynację.

Dobra wiadomość jest taka, że mam coś dla ciebie – technikę, która się częściowo na produktywnej prokrastynacji opiera. Teraz już nie będziesz potrzebował pilących terminów, by zabrać się za coś, z czego wykonaniem długo zwlekałeś.

Technika jest bardzo prosta i ma charakter listy zadań. Sztuka polega na tym, że masz tylko trzy miejsca na wpisanie zadań, które masz do wykonania i zabrać się za kolejne zadania wolno ci tylko wówczas, gdy zwolnisz przynajmniej jedno miejsce na liście (wykonując dane zadanie). Gdy już wykonasz zadanie, dostajesz dodatkowe miejsce na nowe zadanie lub przyjemniejszą rzecz, którą chcesz zrobić – miejsc przydzielasz tyle, ile wykonałeś zadań (przy czym, gdy tych wygranych miejsc będzie za dużo i nie będziesz wiedział czym je wypełnić, lepiej zacznij nową listę i ewentualnie przepisz na nią do trzech najbardziej odpowiadających ci, wyglądających na możliwe do wykonania zadania).

Na pewno na liście powinno się znaleźć to najtrudniejsze zadanie – to, które jest bardzo pilne, a które cię przytłacza czasochłonnością, pracochłonnością itp. Pozostałe miejsca przydzielasz kolejno zadaniu o średnim stopniu ciężkości (jak zawsze, warto pamiętać o zasadzie chunkingu, czyli rozbijaniu zadań na pomniejsze fragmenty, np. zamiast „napisać książkę” piszesz „napisać jeden paragraf pierwszego rozdziału) i najłatwiejszemu czy też wymagającemu najmniejszej ilości zasobów. Gdy będziesz miał już więcej miejsc, możesz to robić według własnego uznania, ale warto pamiętać, by za każdym razem było na liście przynajmniej jedno zadanie z rodzaju tych najłatwiejszych, bo dzięki temu nie zostaniesz z listą zadań, gdzie wszystkie zadania są ciężkie do szybkiego wykonania.

Jeśli wykonasz produktywne zadanie, którego nie ma na liście, możesz je od razu dopisać i przekreślić. Im więcej będziesz widział zadań wykonanych, tym łatwiej ci będzie wpaść w rytm i zrobić jeszcze więcej danego dnia.

Technika przydziału pozwala zwalczać paraliż decyzyjny, jaki nas ogarnia, gdy opcji jest za dużo. Przy czym ten paraliż może powrócić, jeśli wypracujemy zbyt dużo wolnych miejsc do przydziału i nie będziemy wiedzieć, od którego zacząć, bo wszystkie są równie trudne, czaso- i pracochłonne. Dlatego warto w takiej sytuacji zrobić sobie nową listę i ponownie poczuć tą satysfakcję z wypracowywania sobie możliwości zrobienia czegoś, co chcemy zrobić.

Bywa i tak, że zadanie staje się nieaktualne, bo np. ktoś już coś za nas zrobił. W takim wypadku oznaczamy je krzyżykiem i zwalniamy miejsce na następne zadanie. Ważne jednak, by nie wynajdywać sobie wymówek na odpuszczanie sobie większej ilości zadań.

I to właściwie wszystko. Jestem już na trzeciej liście i każda ma po ok. 80-90 punktów.

Mam nadzieję, że wam to pomoże w podejmowaniu decyzji. Jeśli uważasz, że może to komuś pomóc, kliknij jeden z przycisków udostępniania pod wpisem. Zajmie ci to góra parę sekund, a mnie i mojemu blogowi bardzo pomoże.

Pozdrawiam serdecznie.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 19 Maj 2014, godz. 20:29, Rabka-Zdrój.

Ta technika przyszła mi do głowy dziś rano, gdy pracowałem z inną świetną techniką, określaną „Strategią Disney’a” (jest ona doskonale opisana w tym video. Gorąco polecam zapoznanie się z nią) i jest ona nawiązaniem do mojego niedawnego postanowienia, że nie będę już dłużej budował swojej tożsamości wokół bolesnych wydarzeń z przeszłości.

W moim przypadku objawiało się to często jako tłumaczenie sobie tego, że nie robię czegoś poza strefą mojego komfortu w podobny sposób: „Nie jestem przedsiębiorczy, bo doświadczenia ze szkoły podstawowej zupełnie zniszczyły moją pewność siebie”. Gdy z kolei ktoś próbował mnie nakłonić do koniecznej zmiany zachowania, byłem skłonny zawołać jak męczennik: „Bo mój ojciec był taki a taki!”, zupełnie jakby to miało wszystko wyjaśnić.

Próbowałem znaleźć dla tego bardziej odpowiednie porównanie, ale tak naprawdę najbardziej przypomina mi to sytuację, gdy gniewna feministka, która na każde niewygodne pytanie dotyczące zasadności jej przekonań, na które nie ma odpowiedzi, odpowiada z naciskiem na każde słowo i wyrzutem: „I have been RAPED!” [zostałam ZGWAŁCONA!]), w nadziei, że przerwie tym dyskusję na ten temat, także tą, którą może kwestionowanie rozpętać w jej głowie).

Technikę schodów oparłem na obserwacji, że nie mówimy z wyrzutem, że coś nas spotkało, gdy to coś miało w oczywisty sposób pozytywny skutek. Pisarz nie krzyczy „Moje książki były tysiąc razy odrzucane przez wydawców!”, gdy zarabia na nich miliony i mieszka w domu jak pałac. Małżonek nie biadoli, że go poprzednia partnerka opuściła, jeśli wie, że bez tego nie poznałby obecnej, która jest w jego przekonaniu lepsza od tamtej itd. Uciekamy się do tego jedynie wówczas, gdy jedyne, co mamy to duma z bycia męczennikiem, z życia z potrzebami, które boimy się spełnić (życie w takiej ascezie wydaje się nam być „siłą charakteru”). Julia Cameron, autorka „The Artist’s Way”, której tłumaczenie będę niedługo zamieszczał na tym blogu, napisała w niej świetny rozdział o tym.

Technika schodów polega na tym, by zacząć od najwcześniejszego trudnego wspomnienia i wypisać wszystkie korzyści, choćby najmniejsze (nawet jeśli wydają nam się naciągane), z tego, co nas spotkało, wszystkie lekcje, cechy, które nas w to rozwinęło (i jakie negatywne cechy mogłyby się w nas rozwinąć, gdybyśmy nie odczuli tego na własnej skórze), wszystkie możliwe konstruktywne sposoby wykorzystania tego (np. w powieści, by pomóc innym z tym problemem itd.).

Mówi się, że trauma sprawia, że człowiek zatrzymuje się na pewnym etapie rozwoju. Ta technika w pewien sposób to zatrzymywanie się wykorzystuje. Pomysł na tą technikę pojawił się w mojej głowie jako wizja siebie wychodzącego po schodach. Dowiedziałem  się, że sztuka polega na tym, aby pod żadnym pozorem nie pozwolić sobie wyjść choćby o jeden stopień wyżej, dopóki nie wypiszesz tych korzyści z przeszłego wydarzenia, które na ten schodek przypada. Jak poczujesz, że już nie jesteś w stanie wykorzystywać tego do żebrania o współczucie czy tłumaczenia się, przejdź do następnego w kolejności wspomnienia.

Możesz czuć, że świadomie nie jesteś w stanie sobie takich rzeczy przypomnieć lub dojść do jakichś odkrywczych wniosków, ale jest na to sposób. Praca z techniką Disney’a odbywała się w ramach pisania tak zwanych porannych stron, o których pisze Julia Cameron w swojej książce. W skrócie polega to na tym, by wypisywać wszystko, co przyjdzie ci na myśl do momentu, aż zaczniesz słyszeć swoisty głos intuicji w głowie, który na codzień szum informacji zagłusza. Czy ten głos się odzywa możesz sprawdzić, zadając pytania i nasłuchując odpowiedzi. Z początku odpowiedzi mogą być oczywiste, jakbyś sam sobie odpowiedział, ale z czasem – i przy odpowiednim pytaniu – otrzymasz odpowiedź tak zaskakująco trafną i błyskotliwą, w tak krótkim czasie, że będziesz mieć pewność, że takiej odpowiedzi nigdy nie byłbyś w stanie sobie wymyślić. I właśnie wśród tych odpowiedzi możesz znaleźć wnioski, które pozwolą ci zobaczyć prawdziwe źródło konstruktywnej siły w tym, co cię spotkało i wyjść o ten jeden stopień wyżej.

To byłoby na tyle. Na pewno sam będę jeszcze tą technikę testował i jeśli ten wpis pewnego dnia nie zniknie z bloga, to znaczy, że technika działa (do tego czasu ten wpis będzie jeszcze dopracowywany). I mam nadzieję, że przyniesie wam dużo dobrego.

Jeśli to wypróbujesz i przekonasz się, że to działa, nie wahaj się użyć przycisków społecznościowych pod postem i podzielić się tym z osobami, którym – jak sądzisz – może to pomóc.

Dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam was serdecznie.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 25 Lipca 2013, 16:39, Rabka-Zdrój.

Miałem ten problem, że chciałem spróbować tworzenia w nowych dziedzinach sztuki, ale chciałem, by to, co zrobię było od razu jak najlepsze, perfekcyjne. To jest oczywiście toksyczne myślenie i prowadzi do szybkiego bloku artystycznego, do odkładania zrobienia pierwszego kroku w kierunku poszerzenia artystycznych horyzontów w nieskończoność.

Pomyślałem więc, że mógłbym dać sobie jeden cały dzień na oglądania i czytanie każdego samouczka na dany temat. Drugi dzień byłby poświęcony na swobodne ćwiczenie tego, co zobaczyłem w samouczkach, które oglądałem lub czytałem poprzedniego dnia, albo w nowych, których do tej pory nie widziałem (poprzez „swobodne” mam na myśli pozwolenie sobie na to, by być początkującym, nie przejmowanie się rezultatami i bycie otwartym na to, czego nigdy w życiu nie próbowałem). Trzeci dzień miałbym cały na próby zrobienia najlepszej pracy, jaką jestem w stanie zrobić. Myślę, że to jest bardziej efektowne niż próby zmieszczenia tych trzech różnych procesów w jednej dobie. Tym bardziej, że człowiek uczy się podczas snu. Odkryto, że podczas snu następują duże wyładowania neuronalne, podczas których informacje są przenoszone z jednej części mózgu do drugiej. Naukowcy zablokowali myszom ten proces i okazało się, że w przeciwieństwie do swoich pobratymców, na których nie wykonano tej operacji absolutnie nie pamiętały drogi przez labirynt i musiały się uczyć rozkładu korytarzy i przechodzenia przez niego od zera.

Pomyślałem sobie też, że w ten sposób mógłbym zwalić winę za niezrobienie rysunku tylko na siebie i to, że nie poświęciłem dnia na jedną z tych rzeczy (a nie na jakiś brak inspiracji, obawy przed zepsuciem rysunku, zmęczenie nauką z samouczków lub ćwiczeniami).

To również „segmentuje” naukę. Człowiek zapamięta więcej z przerabiania 10 – 15 samouczków niż masowego czytania i oglądania i liczenia, że przechodząc od razu do robienia ostatecznego rysunku będzie się z nich cokolwiek pamiętać.

Problemem jest też to, że człowiek ma przekonanie, że wystarczy obejrzeć pokaz lub przeczytać teorię, by to już to praktycznie umieć i że przećwiczenie tego tuż po zapoznaniu się z materiałem nie przyniesie rezultatów różnych od tego, czego – jak nam się wydaje – już się nauczyliśmy.

Ten tekst jest jeszcze w trakcie dopracowywania.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 22 Luty 2013, 13:43, Rabka-Zdrój.

Oglądając czwarty odcinek serialu „Alcatraz” ponownie spotkałem się z opinią, że potrzeba 12 000 godzin spędzonych na nauce (w przeliczeniu jest to 500 dób), by zostać ekspertem w wybranej dziedzinie.

Chociaż niektórych z was może demotywować perspektywa studiowania danego przedmiotu tak intensywnie i przez tak długi okres czasu, mnie powyższa myśl popycha do działania – zrozumiałem, że na osiągnięcie mistrzostwa nie muszę już dłużej czekać do jesieni życia. W słuszności tego przekonania utwierdziła mnie wypowiedź założyciela i wokalisty zespołu Eluveitie na temat grającego w jego zespole perkusisty, którą przytoczyłem poniżej:

„Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby ktoś tak dużo ćwiczył. To znaczy, przez kilka pierwszych lat po dołączeniu do Eluveitie ćwiczył praktycznie każdego dnia przez – nie wiem – dziesięć, dwanaście, czternaście godzin (…) i wystarczy posłuchać jak gra, by się o tym przekonać. Jest niesamowitym perkusistą. Bardzo, bardzo się cieszę, że gra w naszym zespole i jestem z tego dumny.”

Nie wystarczy jednak, że zawieszę sobie w widocznym miejscu karteczkę przypominającą mi o tym, że za niewiele więcej niż półtora roku intensywnej pracy będę mógł sobie wydrukować swój własny dyplom ukończenia studiów doktoranckich, bo nie jestem tak wytrwały, jak wyżej wspomniany perkusista i nie mam tak silnej pasji, jak on. Jeśli chcę wytrwać w postanowieniu, że będę poświęcał na naukę przynajmniej pięć godzin dziennie, muszę sięgnąć po sposoby, które w przeszłości pozwoliły mi zachować motywację.

Jednym z nich jest mierzenie i zapisywanie postępów, a kolejnym – wykreślanie z listy zadań już wykonanych (powszechnie wiadomo, że pobudza to organizm do wydzielania dopaminy). Dlatego pomyślałem nad wykonaniem tabeli, w której jedno okienko odpowiadałoby jednej godzinie poświęconej na naukę, ale szybko stwierdziłem, że wykonanie tak wielkiej tabeli byłoby czasochłonne i pracochłonne. Następnie przypomniałem sobie, że mam jeszcze blok papieru milimetrowego w formacie A4, więc postanowiłem sprawdzić, ile jedna strona ma kratek. Pomnożyłem ilość kratek w kolumnach (270) przez ilość kratek w rzędach (180), co dało w sumie 48600 kratek. Podzieliwszy to przez liczbę godzin w dobie, otrzymałem liczbę dób (2025), a podzieliwszy liczbę dób przez ilość dni w roku, otrzymałem wynik, który mówi mi, że jedną stronę papieru milimetrowego wypełnię po pięciu i pół latach.

Bardzo chcę dokończyć ten projekt (a przynajmniej jego część), więc chcę się zabezpieczyć przed jego porzuceniem. Tym, co nie pozwalało mi nie kończyć artykułów, które mi się podobały (chociażby z tego powodu, że były ładnie napisane) jest to, że naprawdę nienawidzę tego robić – niedokończone teksty na liście wpisów na blogu działają na mnie tak, jak budynki w budowie (budynki opuszczone) działają na tych, którzy chcą podziwiać okoliczny krajobraz… a teksty są zazwyczaj tak dobrze napisane, że nie mam serca ich wyrzucać. Ponieważ nie pozwalają mi o sobie zapomnieć, jestem zmuszony dokończyć każdy z nich i na to liczę. Mam nadzieję, że konieczność dokumentowania swoich postępów nie pozwoli mi tego projektu przedwcześnie zakończyć.

Obiecałem, że jeśli projekt odniesie sukces, to podzielę się z wami pierwszymi wrażeniami i wynikami. Dzisiaj (21 maja 2012) osiągnąłem granicę 180 godzin poświęconych na naukę i zajęło mi to zaledwie 20 dni (co daje średnio 9 godzin nauki dziennie). Pierwszą wypełnioną linijkę, jak również notatki i legendę, możecie zobaczyć tutaj. Kolejne linijki możecie zobaczyć tutaj. Jest to stan z połowy lipca. Przez dłuższy czas miałem przerwę, gdzie albo uczyłem się przez jedną czy dwie godziny dziennie, albo uczyłem się w sposób niebezpośredni, co nie uważałem za warte odnotowywania (człowiek się uczy jak robić i nie robić internetowy program rozrywkowy oglądając całą ich masę, ale nie tak bardzo jak robiąc je samemu). Kolejną część opublikuję niedługo, bo na razie uzbierało się tylko ponad półtorej linijki więcej.

Oczywiście, ten system nie jest jeszcze doskonały, ale mam już parę pomysłów na to, jak go dopracować.

Zanim powrócę do nauki, chciałbym podzielić się z wami swoimi uwagami i przemyśleniami na temat tego systemu. A więc…

1. Ten system powstał, ponieważ szukałem sposobu na to, by motywować się do nauki rysowania tabletem graficznym. Jeszcze nie całkiem mi się to udało, ale przynajmniej zdołałem określić, na czym polega mój problem.

Problem polega na tym, że… jeśli zakończę dzień pracy nad rysunkiem z przekonaniem, że nie jestem w stanie w nim niczego więcej poprawić, to następnego dnia czuję paraliżujący strach przed dokończeniem pracy lub rozpoczęciem pracy nad nowym rysunkiem, ponieważ mam wrażenie, że przez czas pomiędzy jedną sesją a drugą poziom moich umiejętności nie mógł ulec zmianie (podobny problem miałem z pisaniem powieści).

Jest to oczywiście nieprawda, czego dowodzi fakt, że przeciętny człowiek po przebudzeniu z odrazą patrzy na rysunek, który jeszcze wczoraj mu się tak bardzo podobał. Wynika to z tego, że gdy świadomość dopiero uczy się proste kółka rysować, podświadomość jest już na etapie komponowania obrazu z wykorzystaniem Złotego Podziału.

Człowiekowi ciężko jest przyjąć do świadomości to, że mózgu nie zmieniają tylko świadome wnioski wyciągane podczas wykonywania danej czynności jak „Aha! Tak to się robi!”, ale sam proces wykonywania jej (naukowcy już tego dowiedli. Jeden z eksperymentów naukowych na małpach pokazał, że już sam fakt pocierania przez małpę opuszek jej palców szczoteczką do zębów fizycznie i na stałe zmieniał jej mózg, co widać było po tym, jak różniły się obrazy z rezonansu magnetycznego wykonane tuż przed i tuż po wykonaniu przez nich tej czynności).

W związku z tym postanowiłem, że w ciągu najbliższej sesji poświęcę więcej czasu na ćwiczenie rysowania tabletem. Spróbuję zmusić siebie do tego, by choć przez kilka lub kilkanaście minut dziennie ćwiczyć daną umiejętność. Jeśli podświadomość powie mi, że nie warto tabletu podpinać na parę minut, zwiększę ilość czasu, jaki na to przeznaczę. Wiem, że jeśli pokonam swój opór dostatecznie długo, by podłączyć tablet i „wejść w rytm pracy”, to nie przestanę ćwiczyć przez kilka następnych godzin.

2. Jak już napisałem powyżej, system narodził się z połączenia poprzednich metod motywowania się, jednak proces jego powstawania nie był procesem zupełnie świadomym – dopiero w połowie tego eksperymentu uświadomiłem sobie, że to, co robię wygląda jak proces defragmentacji dysku twardego, na który zawsze lubiłem patrzeć (zakładając, że wizualizacja tego procesu miała ładne barwy). Podobnie było z cienkopisami firmy Stabilo. Chociaż od zawsze je lubiłem, nie kupiłem ich specjalnie dla celów tego eksperymentu. Pozostały mi one z czasów, gdy ćwiczyłem rysowanie i kolorowanie nimi.

Zalety, jakie okazał się mieć ten system również nie były zamierzone. Mała ilość kratek, jaką mogłem wypełnić po przeczytaniu samouczka w formie tekstu lub wideo zachęcała mnie do tego, by ćwiczyć umiejętności w praktyce, a nie polegać wyłącznie na zdobywaniu wiedzy teoretycznej. Kiedy już zacząłem pisać lub rysować, nie mogłem się od tego oderwać, dzięki czemu po zakończeniu pracy mogłem wypełnić kilka lub kilkanaście kratek, nie czując takiego zmęczenia, jak po czytaniu książki czy oglądaniu filmu instruktażowego.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 15.04.2012, 16:23, Rabka-Zdrój.

Jeśli chcesz się poznać prostą, a uniwersalną technikę zwiększania produktywności, przeczytaj fragment tuż pod ostatnim obrazkiem w tym wpisie. Chociaż w poniższym tekście użyłem opowiadań jako przykładu, opisywana technika może być wykorzystywana w innych celach związanych z kreatywnym pisaniem.

A więc…
Jak sprawić, by pisanie opowiadania nie wydłużyło się w nieskończoność?
Nie jest to może problem, który byłby wystarczająco poważny, by musiała go poruszać grupa Bilderbergów na jednym ze swych otoczonych tajemnicą spotkań, ale myślę, że odpowiedź na postawione w tytule pytanie zainteresuje ludzi, którzy próbowali napisać opowiadanie, lecz nie potrafili się zmieścić w formacie opowiadania, który – ze względu na konieczność ograniczania się do określonej liczby scen czy stosowania odpowiednio szybkiej i zwięzłej narracji – jest równie restrykcyjny jak seks z fanatyczną katoliczką, a zarazem równie wymagający jak seksualny odpowiednik biegaczki narciarskiej J. Kowalczyk.

No… chyba, że problem, który napotkałem jest równie powszechny jak syndrom uporczywego podniecenia seksualnego i spotka się z równie dużym zrozumieniem…

Gdyby Sarah Carmen była pisarką, musiałaby dziennie zmiąć dwieście kartek z tym, co napisała, aby móc w końcu powiedzieć, że czuje satysfakcję.

Problem, o którym chcę napisać przypomina przypadek pewnej wiedźmy z książki Terry’ego Pratchetta, która „potrafiła zacząć słowo ‚bananowy’, ale nie potrafiła go skończyć”, wobec czego sylaba „na” namnażała się do takiej ilości, że słowo zaczynało przypominać sekwencję kodu DNA.

Problem powstaje, gdy pisząc opowiadanie, nie potrafimy go odpowiednio szybko zakończyć, wobec czego rozrasta się ono do rozmiarów powieści. Może to być szczególnie demotywujące, jeśli zależało nam na szybkim ukończeniu utworu, a końca pracy nie widać. Pojawia się pokusa, by napisać zakończenie, które przypomina symulowany orgazm (co ciekawe, słowo oznaczające punkt kulminacyjny w języku angielskim to „climax”, które oznacza również orgazm), ale – nie oszukujmy się – byłoby ono równie satysfakcjonujące co: „Za górami, za lasami był sobie kiedyś pewien bardzo zły król, który żył długo i szczęśliwie. Koniec!”.

Problem wynika z tego, że niedostatecznie dokładnie przemyśleliśmy strukturę opowiadania. Często wystarczy wymyślić zakończenie opowiadania na samym początku i pamiętać o tym, aby nie pisać o niczym, co nie prowadzi akcji w kierunku tego zakończenia, aby sobie z tym poradzić, ale pomocna może się również okazać technika, którą stosowałem do pisania recenzji w formacie A4.

Szczególnie islandzkie kobiety, bowiem mając większość w parlamencie całkowicie zakazały pornografii, czyniąc origami jedynym erotycznym zastosowaniem papieru, jakie nie grozi odsiadką.

Technika polega na napisaniu streszczenia fabuły opowiadania tak, by zmieściło się na jednej lub dwóch stronach kartki formatu A4. Mam na myśli wypisanie kolejnych działań bohaterów i wydarzeń (mogą to być również cechy i emocje bohaterów), które w logiczny sposób prowadzą do zakończenia opowiadania. Można powiedzieć, że jest to literacki odpowiednik diety typowej supermodelki, gdzie nacisk położony jest na środki przeczyszczające…

Będziesz wielki jak supermodelki, które wiedzą, co należy wzmocnić w pierwszej kolejności, nawet jeśli są tak słabe i wychudzone, że może je przewrócić pierwszy lepszy podmuch wiatru.

Bowiem nie ma wątpliwości, że całkiem sporo słów i wyrażeń pójdzie na dno mentalnego sedesu…

Jeśli zabraknie ci miejsca zanim dotrzesz do opisu zakończenia (nie martw się, może to mieć swoją dobrą stronę, bowiem może pomóc w wykryciu choroby „budowniczego świata” w jej uleczalnym stadium, cechującej się tym, że zakochany w stworzonym przez siebie świecie autor do tego stopnia skupia się na jego opisywaniu, że zapomina o fabule, dzięki czemu stoi ona jak nowe wagony PKP Intercity za górami, za lasami korporacyjnej propagandy, a dokładniej na bocznicy kolejowej, która już niedługo może wyglądać jak cmentarzysko pociągów z gry Final Fantasy VII), przyjrzyj się tekstowi i zastanów się, co możesz ująć zwięźlej lub usunąć.

Możesz spróbować również skrócić odstęp czasowy pomiędzy wydarzeniami (tym bardziej, że najpewniej miałeś zamiar wypełnić swoim bohaterom czas oczekiwania na następne wydarzenie aktywnościami godnymi „en-pe-speców” w grach fabularnych, którym cały dzień pracowicie schodzi na wchodzeniu do stodoły i wychodzeniu na podwórko, jakby to był wybieg dla modelek) bądź połączyć jedno wydarzenie z drugim – poświęcić jedną scenę na opisanie tego, co miałeś zamiar opisać w dwóch osobnych scenach, np. możesz połączyć scenę ucieczki ze sceną śmierci jednego z bohaterów albo przerwać kłótnię bohaterów ważnym telefonem, zamiast czekać z opisem rozmowy do następnej sceny, jakby to była jakaś „Moda na Sukces”, gdzie bohater będący okazem zdrowia trzech odcinków potrzebuje, by po schodach zejść.

Myślę, że pisanie streszczenia w ten sposób ma wiele zalet. Przede wszystkim, świadomość, że wystarczy zapisać zaledwie stronę kartki A4 jest znacznie bardziej motywująca niż wymyślanie fabuły na bieżąco, które może zabrać o wiele więcej czasu, a przy tym nie zbliżyć cię do ukończenia dzieła (nie masz pewności, czy w końcu nie zdecydujesz się na wycięcie danego fragmentu, np. fantazji seksualnej z udziałem ulubionej gwiazdy filmowej, na którą nawet producenci bardzo niszowych hentajów patrzyliby z moralnym oburzeniem).

Często sama myśl o tym, jak wiele pracy nas czeka sprawia, że zniechęcamy się do pisania i wydaje się nam, że pojawienie się na papierze zajmuje literze tyle, co drużynie pierścienia zajęło przebycie odcinka między jednym krańcem podziemnego labiryntu Morii, a drugim.

Ponieważ kot jest twoim najlepszym przyjacielem, wyznaje zasadę „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe” – co wyjaśnia, dlaczego za żadne skarby nie chce pozwolić ci pracować.

Mając świadomość, że chodzi wyłącznie o napisanie szybkiego zarysu fabuły, nie pozwolisz, aby twoja lewa, krytyczna półkula mózgowa sparaliżowała twoje działanie. Człowiek często czuje się sparaliżowany, jeśli chce napisać coś, co będzie od razu doskonałe. Problem polega na tym, że lewa półkula będzie krytykowała i próbowała poprawiać to, czego prawa półkula nie zdążyła jeszcze nawet stworzyć – jeśli, oczywiście, do tego dopuścisz. Próbę wykorzystywania dwóch półkul jednocześnie można porównać do dwójki ludzi w jednym kajaku, którzy mają zupełnie przeciwne wyobrażenia na temat tego, w którym kierunku powinni wiosłować, więc wiosłują w obu…

Podczas gdy większość ludzi dawno zdąży o tym zapomnieć, ty – jako aspirujący pisarz – nadal będziesz wpatrywał się w pustą kartkę, pochłonięty czymś, co do niczego nie prowadzi.

Sądzę, że to dosyć powszechny problem. Część pisarzy radziła sobie z tym pisząc w stanie, w którym nie powinno się siadać za kierownicą, a tym bardziej wysyłać rękopisu do wydawcy (niech „Zmierzch” Stephenie Meyer będzie dla was przestrogą!), by móc poprawić rękopis już na trzeźwo. Tym, którzy nie chcą ryzykować skończenia jako alkoholik, proponuję dokształcenie się w zakresie działania mózgu. Proponuję obejrzeć zamieszczoną poniżej prezentację, która pokazuje, jakie części mózgu odpowiadają za improwizację w przypadku muzyków jazzowych i raperów.  Sporą rolę odgrywa pozbycie się zahamowań i pozwolenie sobie na popełnianie pomyłek, co przywodzi na myśl obniżenie aktywności lewej półkuli mózgowej.

Ach, byłbym zapomniał…
Ograniczona ilość miejsca, jaką masz do dyspozycji nie tylko nie pozwoli ci wypychać opowiadania watą słowną czy stracić wątek, ale również sprawi, że słabsze i mocniejsze fragmenty będą ze sobą lepiej kontrastować, dzięki czemu będziesz wiedział, które pomysły pozostawić, a które usunąć. Wiedząc, że nie masz miejsca na wykorzystanie nowych, lepszych pomysłów, będziesz musiał stopniowo eliminować pomysły, które wydają ci się najsłabsze – dotąd, aż pozostaną tylko te, które utrzymują równie wysoki poziom. Myśl o tym jako o darwinowskiej stomatologii polegającej na wyrywaniu tych zębów, które mają najmniejsze szanse na przetrwanie (ale za to możesz wypełnić pozostawione przez nie „kratery” złotem lub platyną!).

Można powiedzieć, że ze streszczeniem jest podobnie jak z rysunkiem – jeśli poprawnie oddasz proporcje i podstawowe kształty już na etapie szkicowania, to ryzyko, że będziesz musiał wprowadzać poważne poprawki w późniejszych etapach pracy będzie znacznie mniejsze. Bierz przykład z operacji plastycznych – gdyby Jocelyn Wildstein nie chciała nosić takiej twarzy, to już by dawno poddałaby się operacji rekonstrukcyjnej, ale prawda jest taka, że nie może… no dobra – nie chce, ale ilu na świecie może być cymbałów i cymbałek, którzy chcą wyglądać jak dzikie koty?

Kartka ze streszczeniem bardzo szybko zaczęłaby przypominać twarz wyżej wymienionej (którą jej mąż w końcu wymienił na dziewiętnastoletnią rosyjską modelkę), gdybyś próbował je pisać ręcznie (choćby i nawet ołówkiem), więc najlepiej jest opracowywać streszczenie w edytorze tekstowym. Jeśli nie masz dostępu do Worda w pakiecie MS Office, warto pobrać w pełni funkcjonalnego, legalnego, darmowego i w niczym mu nie ustępującego „klona” tego pakietu o nazwie LibreOffice lub OpenOffice.org.

„A ja będę twym aniołem, gdy będziesz leżał pijany pod stołem…”

Jeśli twój umysł przekonuje cię, że więcej osiągniesz przez godzinę narzekając na to, jak wiele wysiłku cię czeka, zamiast w końcu zacząć pracować, ustaw sobie budzik na godzinę później i postanów sobie, że postarasz się napisać jak najwięcej w ciągu tej godziny, nie przejmując się przy tym ani trochę jakością. Będziesz przynajmniej miał co poprawiać po upływie tej godziny.

Jeśli wciąż będziesz odczuwał pokusę poprawiania wszystkiego natychmiast, mów sobie, że godzinę bez poprawiania przecież wytrzymasz. Jeśli godzina pracy wydaje ci się nadal wiązać ze zbyt dużym wysiłkiem, poszukaj takiego okresu czasu, jaki ci odpowiada.

Możesz nawet ustawić budzik na dziesięć minut i przestawiać budzik o kolejne dziesięć minut za każdym razem, gdy poczujesz, że „skoro tyle mogłeś zrobić, to będziesz w stanie zrobić drugie tyle”. Nawet pracując przez dziesięć minut, osiągniesz więcej niż nie robiąc nic.

Pamiętaj również, że zabranie się za coś kosztuje człowieka dziesięć jednostek energii, ale już podtrzymywanie czynności zaledwie dwie. Dlatego jesteśmy często w stanie utrzymywać motywację do pracy i pracować w skupieniu równie długo, co się przed pracą ociągaliśmy. Często ociągamy się przed pracą, bo nie jesteśmy w stanie poprawnie oszacować, ile czasu nam zajmie, więc praca nas zniechęca, bo wydaje się być bardziej czasochłonna niż jest naprawdę. Ustawiając budzik na określoną godzinę i postanawiając w trakcie tego czasu napisać jak najwięcej, sami decydujemy o tym, jak czasochłonna będzie praca.

Oczywiście, powyższą technikę połączoną z ustawianiem budzika można wykorzystać również w przypadku, gdy masz coś innego do zrobienia, np. napisanie jakiegoś dokumentu. Jeśli zastąpisz części opowiadania tezą, argumentacją i wnioskiem, możesz napisać nawet artykuł, przekonującą wiadomość bądź scenariusz wideo-bloga. Samą technikę wykorzystującą budzik i postanowienie zrobienia jak najwięcej w danym czasie można wykorzystać dosłownie w każdym innego celu.

Spróbuj. Jestem pewien, że nie pożałujesz. Sam używam tej techniki z budzikiem, by nie dopuścić do tego, by mój perfekcjonizm kazał mi siedzieć zbyt długo nad pustą kartką czy nie odpowiadającym mi fragmentem tekstu.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 20 Wrzesień 2011, 14.13.

Z całego serca dziękuję wszystkim osobom, które zainteresowały się artykułem, czytały lub przeczytały go, a przede wszystkim tym, które podzieliły się ze mną swoimi opiniami, gdyż pozwoliły mi one artykuł dopracować i rozwinąć.

Pozdrawiam serdecznie i życzę wam wszystkim wszystkiego najlepszego w życiu.

%d blogerów lubi to: