Tag Archive: Lenistwo


…tuż przed zrobieniem czegoś, co wedle wszelkiego prawdopodobieństwa może pójść tylko okropnie źle, a co lekceważysz, wmawiając sobie, że będziesz szczególnie ostrożny – tylko po to, by przekonać się, że faktycznie poszło to okropnie źle.

10 Listopad 2015, 23:09, Rabka-Zdrój

Power GirlJest to metoda, którą już kiedyś wykorzystywałem, by motywować się do pisania swojej powieści. Nie przestałem z niej korzystać, bo okazała się nieskuteczna, ale dlatego, że w trakcie pisania natrafiłem na ślepą uliczkę i dosłownie nie wiedziałem, co napisać i jak dalej poprowadzić fabułę. Zanim to jednak nastąpiło, byłem w stanie pisać po kilkanaście stron formatu A4 dziennie – właśnie dzięki tej metodzie.

Co to za metoda? Po prostu nie wypuszczałem siebie z łóżka, dopóki nie napiszę określonej ilości stron. Tym samym nie pozwalałem sobie na to, by włączyć komputer – od którego jestem uzależniony – dopóki to nie będzie zrobione.

Wiedziałem, że odkładając zabranie się do pracy tylko sobie szkodzę, więc mój opór nie trwał długo.

Jeśli chodzi o rysowanie, to zrezygnowałem z zatrzymywania siebie w łóżku i ograniczyłem się tylko do nie pozwalania sobie na to, by siąść przed komputerem bez wykonania codziennej porcji pracy. Rezultat przedstawiam powyżej. Jest to pierwsza praca, jaką dokończyłem po długim czasie niemocy twórczej. Miała ona różne przyczyny: podchodziłem do rysowania zbyt perfekcjonistycznie i obawiałem się, że rysunek zepsuję – albo byłem tak podekscytowany nowym pomysłem, że starsze rysunki pozostawiałem niedokończone.

Co ciekawe, nadal jestem podekscytowany nowymi pomysłami, ale z innego, zdrowszego powodu: chcę je zobaczyć, gdy będą tak dopracowane, jak ten tutaj (z tego samego powodu chce mi się nagle kończyć starsze prace). Dlatego kończenie prac stało się priorytetem.

Owszem, bywało tak, że odczuwałem zniechęcenie na sam widok tego, co miałem danego dnia pokolorować, przekonany, że robię zbyt wolne postępy. Mówiłem sobie wtedy jednak, że skoro już narzekam na wolne postępy, to na pewno nie pozwolę sobie na to, by być o dzień pracy w plecy i by zostawić to, co już dzisiaj mi się nie chce robić, na jutro. Wolałem już przez te, dajmy na to, pół godziny zrobić „bazę” pod jutrzejsze kolorowanie niż wydłużać sobie jutrzejszą pracę przez zaniechanie tego do pięciu godzin.

Oczywiście, mam świadomość tego, że ta metoda w moim przypadku sprawdza się dlatego, że prowadzę tryb życia, który mi na niedopuszczanie się do komputera przez parę godzin z rzędu pozwala. Sądzę jednak, że jeśli naprawdę komuś zależy, to i nawet pracując po powrocie z pracy, po godzinie dziennie do celu dojdzie. Chociaż nie każdy jest uzależniony od komputera jak ja, wierzę, że każdy z nas ma pokusy, które jest mu na tyle ciężko zwalczać, że będzie wolał popracować półtorej godziny niż opierać się jej przez trzy.

Może to być ulubiony serial (dodatkowa motywacja, by go przez ociąganie się nie przegapić), gorąca kawa lub gra komputerowa czekająca na dokończenie.

Jeśli chcesz mieć porównanie, to z pracą nad szkicem i konturami tego rysunku ociągałem się przez prawie trzy tygodnie. Gdy zacząłem stosować tą technikę, całość pokolorowałem w osiem dni, pracując po kilka godzin dziennie, co jest wynikiem niezłym. Skończyłbym szybciej, gdyby nie to, że były dni, gdy spędzałem zbyt dużo czasu na detalach, w obawie, że rysunek jednym nieostrożnym ruchem zepsuję (no, ale przynajmniej nie pozwoliłem, aby mnie to powstrzymało przed dokończeniem pracy w ogóle).

To chyba wszystko, co powinieneś wiedzieć na temat tej metody. Mam nadzieję, że będzie ci dobrze służyć.

Power Girl

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 4 Grudzień 2014, 02:19, Rabka-Zdrój.

P.S. Jeśli sądzisz, że ta metoda może komuś pomóc, bardzo proszę, skorzystaj z poniższych przycisków udostępniania. To zajmie tylko parę sekund, a pomoże również mojemu blogowi. Z góry dziękuję.

Czy przydarzyło ci się kiedyś, że tuż przed ostatecznym terminem na wykonanie czy oddanie danej pracy (bądź przed trudnym egzaminem) zabierałeś się za szukanie zajęć zastępczych?

Takich, które długo odkładałeś?

Może nagle doszedłeś do wniosku, że tym, czego ci w tym stresującym okresie życia potrzeba to właśnie przesadzenie kwiatków, przetrzebienie gratów na poddaszu lub posprzątanie swojego pokoju?

A może poczułeś, że w przededniu egzaminu, który może zaważyć na całym twoim przyszłym życiu dobrym pomysłem byłoby powrócić do rzuconej przed laty gry na gitarze?

Jeśli uległeś tym pokusom i byłeś zadowolony z tego, że w końcu udało ci się do wykonania tych zadań zmotywować, to popadłeś w produktywną prokrastynację.

Dobra wiadomość jest taka, że mam coś dla ciebie – technikę, która się częściowo na produktywnej prokrastynacji opiera. Teraz już nie będziesz potrzebował pilących terminów, by zabrać się za coś, z czego wykonaniem długo zwlekałeś.

Technika jest bardzo prosta i ma charakter listy zadań. Sztuka polega na tym, że masz tylko trzy miejsca na wpisanie zadań, które masz do wykonania i zabrać się za kolejne zadania wolno ci tylko wówczas, gdy zwolnisz przynajmniej jedno miejsce na liście (wykonując dane zadanie). Gdy już wykonasz zadanie, dostajesz dodatkowe miejsce na nowe zadanie lub przyjemniejszą rzecz, którą chcesz zrobić – miejsc przydzielasz tyle, ile wykonałeś zadań (przy czym, gdy tych wygranych miejsc będzie za dużo i nie będziesz wiedział czym je wypełnić, lepiej zacznij nową listę i ewentualnie przepisz na nią do trzech najbardziej odpowiadających ci, wyglądających na możliwe do wykonania zadania).

Na pewno na liście powinno się znaleźć to najtrudniejsze zadanie – to, które jest bardzo pilne, a które cię przytłacza czasochłonnością, pracochłonnością itp. Pozostałe miejsca przydzielasz kolejno zadaniu o średnim stopniu ciężkości (jak zawsze, warto pamiętać o zasadzie chunkingu, czyli rozbijaniu zadań na pomniejsze fragmenty, np. zamiast „napisać książkę” piszesz „napisać jeden paragraf pierwszego rozdziału) i najłatwiejszemu czy też wymagającemu najmniejszej ilości zasobów. Gdy będziesz miał już więcej miejsc, możesz to robić według własnego uznania, ale warto pamiętać, by za każdym razem było na liście przynajmniej jedno zadanie z rodzaju tych najłatwiejszych, bo dzięki temu nie zostaniesz z listą zadań, gdzie wszystkie zadania są ciężkie do szybkiego wykonania.

Jeśli wykonasz produktywne zadanie, którego nie ma na liście, możesz je od razu dopisać i przekreślić. Im więcej będziesz widział zadań wykonanych, tym łatwiej ci będzie wpaść w rytm i zrobić jeszcze więcej danego dnia.

Technika przydziału pozwala zwalczać paraliż decyzyjny, jaki nas ogarnia, gdy opcji jest za dużo. Przy czym ten paraliż może powrócić, jeśli wypracujemy zbyt dużo wolnych miejsc do przydziału i nie będziemy wiedzieć, od którego zacząć, bo wszystkie są równie trudne, czaso- i pracochłonne. Dlatego warto w takiej sytuacji zrobić sobie nową listę i ponownie poczuć tą satysfakcję z wypracowywania sobie możliwości zrobienia czegoś, co chcemy zrobić.

Bywa i tak, że zadanie staje się nieaktualne, bo np. ktoś już coś za nas zrobił. W takim wypadku oznaczamy je krzyżykiem i zwalniamy miejsce na następne zadanie. Ważne jednak, by nie wynajdywać sobie wymówek na odpuszczanie sobie większej ilości zadań.

I to właściwie wszystko. Jestem już na trzeciej liście i każda ma po ok. 80-90 punktów.

Mam nadzieję, że wam to pomoże w podejmowaniu decyzji. Jeśli uważasz, że może to komuś pomóc, kliknij jeden z przycisków udostępniania pod wpisem. Zajmie ci to góra parę sekund, a mnie i mojemu blogowi bardzo pomoże.

Pozdrawiam serdecznie.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 19 Maj 2014, godz. 20:29, Rabka-Zdrój.

Oglądając czwarty odcinek serialu „Alcatraz” ponownie spotkałem się z opinią, że potrzeba 12 000 godzin spędzonych na nauce (w przeliczeniu jest to 500 dób), by zostać ekspertem w wybranej dziedzinie.

Chociaż niektórych z was może demotywować perspektywa studiowania danego przedmiotu tak intensywnie i przez tak długi okres czasu, mnie powyższa myśl popycha do działania – zrozumiałem, że na osiągnięcie mistrzostwa nie muszę już dłużej czekać do jesieni życia. W słuszności tego przekonania utwierdziła mnie wypowiedź założyciela i wokalisty zespołu Eluveitie na temat grającego w jego zespole perkusisty, którą przytoczyłem poniżej:

„Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby ktoś tak dużo ćwiczył. To znaczy, przez kilka pierwszych lat po dołączeniu do Eluveitie ćwiczył praktycznie każdego dnia przez – nie wiem – dziesięć, dwanaście, czternaście godzin (…) i wystarczy posłuchać jak gra, by się o tym przekonać. Jest niesamowitym perkusistą. Bardzo, bardzo się cieszę, że gra w naszym zespole i jestem z tego dumny.”

Nie wystarczy jednak, że zawieszę sobie w widocznym miejscu karteczkę przypominającą mi o tym, że za niewiele więcej niż półtora roku intensywnej pracy będę mógł sobie wydrukować swój własny dyplom ukończenia studiów doktoranckich, bo nie jestem tak wytrwały, jak wyżej wspomniany perkusista i nie mam tak silnej pasji, jak on. Jeśli chcę wytrwać w postanowieniu, że będę poświęcał na naukę przynajmniej pięć godzin dziennie, muszę sięgnąć po sposoby, które w przeszłości pozwoliły mi zachować motywację.

Jednym z nich jest mierzenie i zapisywanie postępów, a kolejnym – wykreślanie z listy zadań już wykonanych (powszechnie wiadomo, że pobudza to organizm do wydzielania dopaminy). Dlatego pomyślałem nad wykonaniem tabeli, w której jedno okienko odpowiadałoby jednej godzinie poświęconej na naukę, ale szybko stwierdziłem, że wykonanie tak wielkiej tabeli byłoby czasochłonne i pracochłonne. Następnie przypomniałem sobie, że mam jeszcze blok papieru milimetrowego w formacie A4, więc postanowiłem sprawdzić, ile jedna strona ma kratek. Pomnożyłem ilość kratek w kolumnach (270) przez ilość kratek w rzędach (180), co dało w sumie 48600 kratek. Podzieliwszy to przez liczbę godzin w dobie, otrzymałem liczbę dób (2025), a podzieliwszy liczbę dób przez ilość dni w roku, otrzymałem wynik, który mówi mi, że jedną stronę papieru milimetrowego wypełnię po pięciu i pół latach.

Bardzo chcę dokończyć ten projekt (a przynajmniej jego część), więc chcę się zabezpieczyć przed jego porzuceniem. Tym, co nie pozwalało mi nie kończyć artykułów, które mi się podobały (chociażby z tego powodu, że były ładnie napisane) jest to, że naprawdę nienawidzę tego robić – niedokończone teksty na liście wpisów na blogu działają na mnie tak, jak budynki w budowie (budynki opuszczone) działają na tych, którzy chcą podziwiać okoliczny krajobraz… a teksty są zazwyczaj tak dobrze napisane, że nie mam serca ich wyrzucać. Ponieważ nie pozwalają mi o sobie zapomnieć, jestem zmuszony dokończyć każdy z nich i na to liczę. Mam nadzieję, że konieczność dokumentowania swoich postępów nie pozwoli mi tego projektu przedwcześnie zakończyć.

Obiecałem, że jeśli projekt odniesie sukces, to podzielę się z wami pierwszymi wrażeniami i wynikami. Dzisiaj (21 maja 2012) osiągnąłem granicę 180 godzin poświęconych na naukę i zajęło mi to zaledwie 20 dni (co daje średnio 9 godzin nauki dziennie). Pierwszą wypełnioną linijkę, jak również notatki i legendę, możecie zobaczyć tutaj. Kolejne linijki możecie zobaczyć tutaj. Jest to stan z połowy lipca. Przez dłuższy czas miałem przerwę, gdzie albo uczyłem się przez jedną czy dwie godziny dziennie, albo uczyłem się w sposób niebezpośredni, co nie uważałem za warte odnotowywania (człowiek się uczy jak robić i nie robić internetowy program rozrywkowy oglądając całą ich masę, ale nie tak bardzo jak robiąc je samemu). Kolejną część opublikuję niedługo, bo na razie uzbierało się tylko ponad półtorej linijki więcej.

Oczywiście, ten system nie jest jeszcze doskonały, ale mam już parę pomysłów na to, jak go dopracować.

Zanim powrócę do nauki, chciałbym podzielić się z wami swoimi uwagami i przemyśleniami na temat tego systemu. A więc…

1. Ten system powstał, ponieważ szukałem sposobu na to, by motywować się do nauki rysowania tabletem graficznym. Jeszcze nie całkiem mi się to udało, ale przynajmniej zdołałem określić, na czym polega mój problem.

Problem polega na tym, że… jeśli zakończę dzień pracy nad rysunkiem z przekonaniem, że nie jestem w stanie w nim niczego więcej poprawić, to następnego dnia czuję paraliżujący strach przed dokończeniem pracy lub rozpoczęciem pracy nad nowym rysunkiem, ponieważ mam wrażenie, że przez czas pomiędzy jedną sesją a drugą poziom moich umiejętności nie mógł ulec zmianie (podobny problem miałem z pisaniem powieści).

Jest to oczywiście nieprawda, czego dowodzi fakt, że przeciętny człowiek po przebudzeniu z odrazą patrzy na rysunek, który jeszcze wczoraj mu się tak bardzo podobał. Wynika to z tego, że gdy świadomość dopiero uczy się proste kółka rysować, podświadomość jest już na etapie komponowania obrazu z wykorzystaniem Złotego Podziału.

Człowiekowi ciężko jest przyjąć do świadomości to, że mózgu nie zmieniają tylko świadome wnioski wyciągane podczas wykonywania danej czynności jak „Aha! Tak to się robi!”, ale sam proces wykonywania jej (naukowcy już tego dowiedli. Jeden z eksperymentów naukowych na małpach pokazał, że już sam fakt pocierania przez małpę opuszek jej palców szczoteczką do zębów fizycznie i na stałe zmieniał jej mózg, co widać było po tym, jak różniły się obrazy z rezonansu magnetycznego wykonane tuż przed i tuż po wykonaniu przez nich tej czynności).

W związku z tym postanowiłem, że w ciągu najbliższej sesji poświęcę więcej czasu na ćwiczenie rysowania tabletem. Spróbuję zmusić siebie do tego, by choć przez kilka lub kilkanaście minut dziennie ćwiczyć daną umiejętność. Jeśli podświadomość powie mi, że nie warto tabletu podpinać na parę minut, zwiększę ilość czasu, jaki na to przeznaczę. Wiem, że jeśli pokonam swój opór dostatecznie długo, by podłączyć tablet i „wejść w rytm pracy”, to nie przestanę ćwiczyć przez kilka następnych godzin.

2. Jak już napisałem powyżej, system narodził się z połączenia poprzednich metod motywowania się, jednak proces jego powstawania nie był procesem zupełnie świadomym – dopiero w połowie tego eksperymentu uświadomiłem sobie, że to, co robię wygląda jak proces defragmentacji dysku twardego, na który zawsze lubiłem patrzeć (zakładając, że wizualizacja tego procesu miała ładne barwy). Podobnie było z cienkopisami firmy Stabilo. Chociaż od zawsze je lubiłem, nie kupiłem ich specjalnie dla celów tego eksperymentu. Pozostały mi one z czasów, gdy ćwiczyłem rysowanie i kolorowanie nimi.

Zalety, jakie okazał się mieć ten system również nie były zamierzone. Mała ilość kratek, jaką mogłem wypełnić po przeczytaniu samouczka w formie tekstu lub wideo zachęcała mnie do tego, by ćwiczyć umiejętności w praktyce, a nie polegać wyłącznie na zdobywaniu wiedzy teoretycznej. Kiedy już zacząłem pisać lub rysować, nie mogłem się od tego oderwać, dzięki czemu po zakończeniu pracy mogłem wypełnić kilka lub kilkanaście kratek, nie czując takiego zmęczenia, jak po czytaniu książki czy oglądaniu filmu instruktażowego.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 15.04.2012, 16:23, Rabka-Zdrój.

%d blogerów lubi to: