Tag Archive: Literatura


Z ciekawości zapytałem kiedyś ludzi śledzących mój inny blog, czy zauważyli taką zależność.

Jak można się domyślić, większość nie zwracała na to uwagi i nie potrafiła powiedzieć, czy w ich życiu tak jest.

Było jednak sporo osób, które czuły, że ich dobre dni są zawsze kosztem następnego.

Nie mówię tutaj o przypadkach, gdzie człowiek mniej lub bardziej świadomie kompensuje sobie odpoczynkiem i przyjemnościami obowiązki, o których wie, że będzie musiał następnego dnia wykonać – albo sytuacje, w których będzie musiał uczestniczyć.

Choć nawet wtedy, gdy człowiek świadomie kompensuje sobie to, co go jutro czeka, życie zdaje się człowiekowi sprzyjać i to w dziedzinach, które są poza jego kontrolą. Na przykład ludzie wydają się wtedy bardziej życzliwi – tak wobec nas, jak i siebie nawzajem.

Głównie chodzi mi jednak o sytuacje, gdy los kompensuje nam zawczasu niespodziewany natłok pracy albo problemy i konflikty, których nie byliśmy w stanie przewidzieć.

Obserwuję tą zależność od kilku lat i nie przypominam sobie, kiedy ostatnio miałem dobry dzień „za nic”.

Owszem, nieraz „odpłata” przychodziła nie po dniu, a po dwóch (czy trzech, jeśli akurat był weekend), ale zawsze jednak następowała.

I zawsze były to trudności na tyle poważne, że od razu można było stwierdzić, że to właśnie o nie chodziło.

Gdybym bowiem liczył, że przez głupie uderzenie się palcem w nogę krzesła czy utratę kilku linijek tekstu w edytorze tekstu przez awarię prądu pula nieszczęść na dany dzień się wyczerpie, czekałaby mnie bardzo niemiła niespodzianka.

Kusi mnie, by podać przykład sprzed kilku miesięcy, gdzie na kilka godzin przed kryzysem powiedziałem osobie, której też ten kryzys dotyczył, że spodziewam się, iż następny dzień będzie ciężki, bo ten był podejrzanie udany. Jednak dotyczy to – powiedzmy – projektu grupowego, w którym brały udział osoby, które mam w znajomych na Facebooku, więc nie chciałbym rozdrapywać starych ran.

Mam jednak inny. Miałem taki właśnie dobry dzień, gdy skończyłem poprawiać część pierwszego rozdziału mojej powieści. Był to czas, gdy pisałem w bardzo pretensjonalny sposób – zdaniami wielokrotnie złożonymi, zbyt pokrętnymi, zbyt pompatycznymi i zbyt długimi. Ale wtedy o tym jeszcze nie wiedziałem. Uważałem, że to literatura awangardowa, nowatorska, więc na swój sposób genialna. Podałem więc link do tekstu na pewnym forum literackim w nadziei na opinie.

I wtedy tekstem zainteresowała się analizatornia.

To taki blog, który w bardzo złośliwy sposób pastwi się nad stylem, językiem, logiką, treścią opowiadań publikowanych w Internecie.

Tak więc opisali mój.

Bolało.

Po wielu miesiącach niepisania doszedłem jednak do wniosku, że analizatorzy mieli rację. Nie wiem, czy i jak szybko doszedłbym do tego wniosku, gdybym nie miał już kilkunastu przeczytanych poradników pisarskich na koncie (żeby nie było – to nie one nauczyły mnie tak pisać. Raczej popadłem w przekonanie o tym, że awangardowość automatycznie robi z ciebie literackiego geniusza. Mimo tego, że właśnie przed tym ostrzegał bodaj sam Dean Koontz w swoim poradniku. A ostrzegał dlatego, że sam się za takiego uważał, dopóki pewna redaktorka go nie wyprostowała).

Ogólnie opisana powyżej teoria kompensacji wpisuje się w powiedzenie, że „fortuna kołem się toczy”, ale tutaj czas pomiędzy byciem „na wozie” a „pod wozem” jest skrócony. Ponadto, podkreślona jest rola amortyzowania niepomyślnych wydarzeń przez te pomyślne.

Widać to na przykładzie sytuacji Marka Jensena, głowy zespołu Epica, który na swoim profilu na Facebooku napisał, że nie wie, czy się cieszyć z tego, że ukończył prace nad nowym albumem („The Quantum Enigma”), gdy jednocześnie zmarła mu bardzo bliska osoba.

Ale wracając do tego, co napisałem wcześniej…

Z jednej strony zazdroszczę tym, którzy potrafią korzystać z dobrego dnia bez obaw o jutro. A z drugiej… mając świadomość, że w taki dzień, na jaki się jutrzejszy zapowiada, niewiele zrobię, moja produktywność w ten dobry dzień wzrasta wielokrotnie.

Jednak gorzka świadomość, że następny dzień najpewniej nie będzie przyjemny pozostaje i nie pozwala się tym dobrym dniem tak naprawdę cieszyć. Jedyne co pozostaje, to zająć się czymś, co się lubi robić i choć na chwilę zapomnieć.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 25 Październik 2015, 18:25,  Rabka-Zdrój.

Reklamy

Tak, jak głosi tytuł jest to projekt polegający na tłumaczeniu genialnych książek, które nigdy nie zostały wydane po polsku i które z powodu swojego wieku, małego rozgłosu czy niszowej tematyki najpewniej nigdy nie pojawią się na polskim rynku.

O powodzenie tego projektu się nie obawiam, ponieważ jestem w połowie drogi do ukończenia szkicu tłumaczenia pierwszej z książek: „The Artist’s Way: A Spiritual Guide to Higher Creativity”. Jest to książka, która uczyniła autorkę, Julię Cameron sławną. Pomaga ona w przezwyciężeniu szkodliwych przekonań, które nie pozwalają nam tworzyć i korzystać z własnej kreatywności. Myślę jednak, że nawet jeśli nie chcesz zostać artystą-amatorem, to i tak możesz skorzystać na tym, co książka pomaga przepracować: strach, trudności z przyjmowaniem krytyki, perfekcjonizm, niskie poczucie wartości, poczucie wstydu, zwątpienie w siebie i swoje możliwości i wiele innych.

Powodem, dla którego zdecydowałem się przetłumaczyć właśnie tą książkę jako pierwszą jest to, że bardzo mi pomogła i wierzę, że może pomóc jeszcze niejednej osobie.

Niestety, nie posiadam wersji wydanej w 10-tą rocznicę pierwszego ukazania się książki, a właśnie tą z 1991 roku. Nie wiem, jak wiele te wersje różni. Wiem jednak, że ta książka nie straciła nic ze swojej aktualności.

Będzie to prawdopodobnie pierwsze kompletne tłumaczenie po polsku. Wiem, że gdzieś na blogach publikowane były fragmenty i streszczenia ćwiczeń, ale mnie to nie zadowala.

Całość najprawdopodobniej opublikuję tutaj na blogu.

Moim celem jest spopularyzowanie tłumaczonych książek tak, by jakiś wydawca zdecydował się skorzystać z mojego tłumaczenia, by tą książkę na polskim rynku wydać.

Po ukończeniu tłumaczenia tej książki planuję przetłumaczyć „Holographic Universe” Michael’a Talbota, która w naukowy, logiczny sposób próbuje wyjaśnić zjawiska paranormalne. W dalszej kolejności myślę nad „Predictably Irrational” Dana Ariely’ego – przystępną i humorystyczną książkę o ekonomii behawioralnej pokazującą, że nasza psychika nie tylko każe nam postępować  sposób irracjonalny przy podejmowaniu decyzji, ale też sprawia, że postępujemy w taki sposób raz za razem.

Przewiduję tłumaczenie wyłącznie książek, które czegoś uczą, a nie powieści czy opowiadań (chyba, że mi się spodobają, a ich nieprzetłumaczenie będę widział jako wielką stratę dla ludzkości). Jestem też otwarty na propozycje. Możliwe jednak, że nie do każdej książki będę miał dostęp.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 11 Styczeń 2013, 00:44, Rabka-Zdrój.

Wiesz…

Jeśli chcę rozpocząć przygodę z książkami nieznanego mi dotychczas autora, poszukuję w sieci opinii innych czytelników na temat tego, która z jego książek jest najlepsza. Nie chciałbym się bowiem do autora uprzedzić, czytając książkę, która – łagodnie mówiąc – nie oddaje sprawiedliwości jego talentowi, a tym bardziej taką, którą – mówiąc dosadnie – należałoby zakopać głęboko na samym środku pustyni, najlepiej tuż obok milionów kartridży z grą E.T.

Natknąłem się na forum poświęcone Agacie Christie, gdzie czytelnicy dzielili się listami dziesięciu ulubionych książek jej autorstwa – spośród tych, w których występowała najpopularniejsza ze stworzonych przez nią postaci – detektyw Hercule Poirot. Pierwszą książką, którą przeczytałem było „The Clocks” (polski tytuł: „Przyjdź i Zgiń”), którą jeden z czytelników umieścił na pierwszym miejscu listy. Nie przeczytałem wystarczająco dużo książek, by stwierdzić, która książka Agathy Christie zasługuje na pierwsze miejsce, ale jest to niewątpliwie bardzo dobra książka, godna polecenia.

Następna w kolejności była książka „Five Little Pigs” („Pięć Małych Świnek”). Mój „pajęczy zmysł” powinienem był zareagować na to, że tytuł książki znalazł się na dosyć niskiej pozycji na każdej z list. Dosyć szybko przekonałem się, co z tą książką jest nie tak. Ale po kolei…

Fabuła przedstawia się następująco: zamordowano cenionego malarza, Amyasa Crale’a. Przytłaczająca ilość dowodów wskazywała na to, że został otruty cykutą przez swoją żonę, co miało być spowodowane jej zazdrością o młodą Elsę Greer, dla której chciał się z nią rozwieść. Podczas rozprawy sądowej Caroline Crale przyjęła postawę defetystyczną, została zaszczuta, a następnie osadzona w więzieniu, gdzie po roku umarła. Przed śmiercią jednak wysłała do swojej córki, Angeli Warren, list, w którym zapewniła ją, że nie zamordowała swojego męża. Hercule Poirot został wynajęty przez drugą córkę małżeństwa Crale’ów, która słyszała, iż potrafił rozwiązywać sprawy na podstawie przeprowadzonych rozmów. Chce poznać prawdę, bo w czasie, gdy popełniono morderstwo była zbyt młoda. Na terenie domu, w którym doszło do morderstwa było pięć osób, które detektyw musi przesłuchać. Część z tych osób nie wierzy w winę Caroline, twierdząc, że nie pasowało to do jej charakteru. Detektyw odwiedza każdą z osób, przeprowadza z nimi rozmowy pod pretekstem, że pisze książkę na ten temat, a potem prosi ich, aby spisali wszystko, co wiedzą i pamiętają na ten temat i przesłali te notatki na jego adres.

Myślę, że powyższy fragment na temat jego klientki wyjaśnia, dlaczego alternatywny tytuł książki brzmi „Murder in Retrospect” („Morderstwo w Retrospektywie”). Tutaj dochodzimy do pierwszego problemu: ponieważ akcja rozgrywa się szesnaście lat po morderstwie, brakuje napięcia dramatycznego wynikającego z możliwości popełnienia przez sprawcę kolejnego morderstwa, np. na świadku. Napięcia nie pomaga budować również to, że od samego początku wiadomo, kto Amyasa Crale’a zamordował… no, niezupełnie, bo szybko można dojść do wniosku, że skoro autorka tak usilnie dowodzi winy Caroline Crale, to mordercą okaże się ktoś inny.

Większy problem polega jednak na tym, że cztery piąte książki poświęcono na przeciąganie liny pomiędzy „ona to zrobiła, bo…” i „ona tego nie zrobiła, bo…”. Nie dość, że jest tylko pięciu podejrzanych, to jeszcze większość postaci nie miała większego motywu poza „byłem po stronie Caroline i nienawidziłem Amyasa” i „byłem po stronie Amyasa i nienawidziłem Caroline”.

Chwalono Agathę Christie za to, że postępowała uczciwie z czytelnikami, dostarczając wszystkich wskazówek potrzebnych do ustalenia mordercy i „The Clocks” jest doskonałym przykładem na to, że tak jest w istocie. Ale czy można to samo powiedzieć o tej książce?

Być może wina leży po mojej stronie, ale przeczytałem ponad połowę książki i nadal nie wiedziałem, jaki motyw miałaby mieć Angela Warren. Chyba nie to, że nie chciała wyjeżdżać do szkoły za granicą…

Dopiero wtedy, gdy jego klientka, Carla Lemarchant, przeczytała zapisane wspomnienia tych pięciu osób, podała hurtem logiczny motyw dla każdego z nich, ale kiedy dobrnąłem do tego momentu, okazało się, że zostało zaledwie kilkadziesiąt stron do końca.

Nie należy się tutaj spodziewać badania miejsca zbrodni (pomijając może wizytę w domu, w którym rozgrywały się wydarzenia poprzedzające morderstwo), ani dochodzenia do prawdy dzięki zebranym dowodom rzeczowym. Działania detektywa ograniczają się do prowadzenia rozmów ze świadkami. Rozumiem, że wynika to z retrospekcyjnego charakteru śledztwa i zamysłu autorki, ale… Nie byłoby w rzeczonych rozmowach nic złego, gdyby coś z nich wynikało, gdyby prowadziły do nagłych zwrotów akcji i niespodzianek, dostarczały informacji pozwalających podejrzewać raz jednego, raz drugiego bohatera itd., ale tak nie jest. Jaką więc rolę one spełniają?

W moim przekonaniu rolą prowadzonych rozmów jest potwierdzanie tego, co wiadomo o Caroline Crale i pogrążanie jej jeszcze bardziej. Celem autorki było przedstawienie tych samych wydarzeń z różnych punktów widzenia, co jednak sprowadza się do „nie mogła tego zrobić – to do niej niepodobne” i „nie mógł tego zrobić nikt inny – ona była złą kobietą”.

„Lektura powieści to nie porywająca przygoda, zatykająca dech w piersiach akcja, trzymająca w napięciu fabuła. Wręcz przeciwnie. To niespieszne, czasami wręcz ślamazarne odkrywanie prawdy.” ~Artur Długosz, magazyn kultury popularnej Esensja.

Myślę, że powyższe słowa doskonale oddają to, czym jest „Five Little Pigs”.

Chyba jedyną rzeczą, która skłaniała mnie do tego, by czytać dalej (pomijając fałszywą nadzieję na to, że lada chwila wydarzy się coś przełomowego) była chęć dowiedzenia się, jak autorka wytłumaczy to, że Caroline Crale tego nie zrobiła, chociaż miała motyw, groziła mężu śmiercią, znaleziono w jej szafce butelkę z trucizną, przyznała się do zabrania trucizny itd.

Zakończenie zostało napisane w bardzo zgrabny sposób. Zatarło niezbyt dobre wrażenie, jakie wywarła na mnie początkowa i środkowa część powieści. Myślę, że jeśli jest powód, dla którego warto przeczytać tę książkę, to właśnie dla samego zakończenia. Tym bardziej, że zaskakuje podwójnie…

Jeśli miałbym ocenić powieść w skali od 1 do 10, dałbym jej 7, ale tylko ze względu na zakończenie.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 4 Sierpień 2011, 16.09.

%d blogerów lubi to: