Tag Archive: Podświadomość


Nie lubię ludzi.

Tak, wreszcie to powiedziałem. I czuję się z tym świetnie.

Niby wiedziałem to od dawna, ale wielu wokół (dziwnym trafem byli to sami ekstrawertycy) przekonywali mnie, że myślę tak tylko dlatego, że ich unikam.

Pomyślałem, że może i tak było, więc w końcu im uwierzyłem.

Choć nie do końca byli w błędzie (zdołałem trafić na takie osoby, z którymi się dobrze dogadywałem), fakt pozostał faktem. Nie lubię ludzi.

Nie, nie na tyle, by dziabać nożem obcych w centrum handlowym jak ostatnio gość w galerii Vivo w Stalowej Woli, czy strzelać do nich jak inny typ w Stanach Zjednoczonych w… w… *rzucam lotką w tarczę z dotychczasowymi lokacjami* w trakcie koncertu country w Las Vegas.

Wiem, że nie jestem idealny i ta świadomość sprawia, że gdziekolwiek się znajduję, staram się pozostawić za sobą jak najmniej złych wspomnień.

Jestem dyplomatyczny, idę na kompromisy i chętnie pomagam. Nie wywołuję konfliktów i sumiennie wykonuję swoje obowiązki (na ile potrafię). Staram się być uczciwy (co nie zawsze się udaje, jak choćby wtedy, gdy szef narzuca ci podejrzane praktyki typu omijanie kasy fiskalnej przy zakupach pewnych produktów). Uczciwość to cecha, którą pielęgnowałem od najmłodszych lat, widząc, że jedna z osób z mojej rodziny ma do niej zbyt „otwarte” podejście.

Mimo to w ciągu ostatniego roku nie spotkało mnie w dziedzinie relacji międzyludzkich w pracy nic poza samymi rozczarowaniami.

Jestem osobą typu „wejść i wyjść”. Nie mieszam się w cudze sprawy. Szczególnie, jeśli nikomu nie dzieje się poważniejsza krzywda. Jesteśmy w końcu ludźmi dorosłymi i każdy odpowiada za siebie. Ja robię tak, by żyć w zgodzie z własnym sumieniem, bo w ciągu życia dostałem wystarczająco dużo dowodów na to, że to, jak postępujemy – dobrze czy źle – zawsze do nas wraca. [Jak wówczas, gdy osoba z mojej rodziny postanowiła oszczędzić pieniędzy na dokładaniu się do wspólnych rachunków i te oszczędzone pieniądze straciła przez to, że okradziono samochód pod jej opieką, dostała mandat za wyciek oleju, a szef jej nie wypłacił].

Pomimo tego nie dane mi było w spokoju pracować, bo zostałem zaplątany w intrygi polityczne wewnątrz każdej z trzech firm, w których ostatnio byłem zatrudniony. Jak zwykle było to podejście „co złego, to na nowego”.

W jednej próbowano mnie wrobić w braki w kasie, którym nie zawiniłem (tylko ostatni debil kradłby z własnej kasy, za której rozliczenie odpowiada), a w drugiej – już pierwszego dnia podpuszczano mnie, bym w zasięgu kamer poczęstował się towarem firmy, bo „wszyscy tak robią” (odmawiałem wielokrotnie, ale i tak wciśnięto mi jeden z wyrobów do rąk). Ostatecznie zrezygnowałem z tej drugiej pracy po trzech dniach, bo  szefostwo oczekiwało, że po tym czasie będę umiał tyle, co doświadczony pracownik. Współpracownicy przedstawili mu moje zasługi tak, jakbym przez całą zmianę tylko się plątał.

Tak, jak to widzę, problem polegał na konflikcie interesów szefów i pracowników. Szefom zależało, by moja pomoc skróciła czas pracy współpracowników. Gdybym przyspieszył proces o choćby godzinę, oszczędziliby miesięcznie ok. 400 zł na każdym z nich. Im to jednak najwyraźniej nie było w smak, więc próbowali się mnie pozbyć. Tym bardziej, że był to system „jak skończysz wcześniej, to wyjdziesz wcześniej”. Nie doszłoby to tego, gdyby pracowali obowiązkowo osiem godzin i płacono im za osiem godzin bez względu na to, o której się wyrobią. W tym, że pracownicy robili mniej niż osiem godzin był cel. Pracodawcy często proszą pracowników, by zostali dłużej, ponad normowany czas, by uniknąć płacenia im jak komuś na pełnym etacie. I tak właśnie miałem w poprzedniej pracy, gdzie obsługiwałem kasę.

Być może każdy tak ma. Znosi pracę, której nie lubi z zaciśniętymi zębami, bo musi. Bo ma kredyt i dzieci na utrzymaniu.

Mnie jednak kazało się to zastanowić nad czymś, co nurtowało mnie od dawna. Motyw, który poruszył film animowany „Ralf Demolka” i „Księga Życia”. Pierwszy mówi o tym, że nie możesz zmienić tego, kim jesteś, więc czemu nie wykorzystać tego, co masz i czym jesteś jak najlepiej? Drugi mówi o odwadze do bycia sobą w obliczu presji spełniania oczekiwań otoczenia.

Gdzie kończy się odgrywanie obcej mi roli? Czy moje życie będzie aż do samego końca polegało na poświęcaniu się dla innych? Czy znajdę kiedyś odwagę, by być sobą? Żyć jako artysta?

W tym punkcie życia wydaje mi się, że jedynym wyborem, jaki mam jest wybór pomiędzy pracą dla kogoś, gdzie będę znosił dalsze nadużycia, a własną firmą, do czego nie mam absolutnie żadnego przygotowania. Nie mam nawet poczucia własnej wartości i wiary we własne siły, bo to odebrały mi lata szkolne, gdy znęcali się nade mną psychicznie, emocjonalnie, a i nieraz fizycznie równieśnicy z klasy. Tak samo, jak w przypadku ludzi w wyżej wymienionych miejscach pracy nie rozumiem, co budziło ich niechęć. Owszem, nie byłem towarzyski, ale też nikomu nie wchodziłem w drogę, po cichu skupiając się na własnych zainteresowaniach.

I właśnie teraz, gdy moja sytuacja finansowa przyciska mnie, bym zaczął szukać kolejnego zajęcia, które najpewniej tylko pogłębi moją depresję, zaczynam się zastanawiać: a jeśli moim losem jest iść po linii najmniejszego oporu? Może zamiast próbować sił w czymś, w czym nie mam doświadczenia i do czego się najwyraźniej nie nadaję, może czas rozważyć wykorzystanie talentów, z którymi się urodziłem? Nawet, jeśli nie są praktyczne czy dochodowe?

Dlatego też zacząłem pracować nad swoją obecnością w mediach społecznościowych, swoją bazą marketingową. Nie dlatego, że mam produkt do sprzedania, ale dlatego, że chcę wreszcie uwierzyć, że potrafię wzbudzić zainteresowanie tym, co mam do zaoferowania. Że jestem lepszy w tym, co robię, niż chcę przed sobą przyznać (mimo licznych uzdolnień nie wydaje mi się, bym w czymkolwiek był naprawdę dobry).

Dopiero wtedy, gdy tę bazę zbuduję, będę miał na tyle pewności siebie, by założyć własną działalność i sprzedawać to, co mam światu do zaoferowania.

Mam jednak świadomość, że to może być kolejny sposób, w jaki adrenalina wydzielana na myśl o chodzeniu za pracą i znoszeniu odmów skłania mnie do ucieczki w przyjemności i nierealne wyobrażenia. Obawiam się tego, ale z drugiej strony – ile można się bać? Obawiałem się zmian całe życie. Być może teraz nadszedł czas, by w końcu stawić im czoła.

Na moich warunkach.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 6 Listopad 2017, 00:00, Rabka-Zdrój.

Reklamy

Bardzo często śmierć w mojej rodzinie czy w kręgu moich znajomych poprzedzają swego rodzaju znaki dane przez los.

Czasem łapię się na tym, że rozpoznaję je jako takie znaki, zanim ten ktoś umrze, a czasem – dopiero, gdy jest po wszystkim.

Najczęściej te znaki mają charakter odpowiadający charakterowi czy osobowości danej osoby. Dla przykładu: zanim zmarł kuzyn mojej matki, w radiu zaczęło grać „You’re in the Army Now” („Teraz jesteś w wojsku”) Status Quo. Samo w sobie to nic nadzwyczajnego, bo tą piosenkę często w tej stacji puszczają. Znaczenia jednak nabiera to, że sam tytuł ściśle wiązał się z losem kuzyna matki, który właśnie będąc w wojsku nabawił się choroby, która towarzyszyła mu przez resztę życia i wskutek której po wielu latach zmarł.

Co więcej, radio w połowie piosenki na długą chwilę po prostu przestało grać.

Zamilkło.

Zaledwie parę tygodni zwróciłem uwagę na to, że paląc w piecu, położyłem dwie długie szczapy drewna na wiadrze tak, że przypominały znak krzyża. Nawet podzieliłem się z tym odkryciem z rodziną, więc może ona nawet poświadczyć, że tak było.

I co się okazało? Zaledwie trzy dni później dowiedzieliśmy się, że kuzyn ojca – kościelny – spiesząc się na mszę, przewrócił się na rowerze i uderzył głową w kamień. Niedługo potem zmarł.

Czy swój wypadek zlekceważył, czy też został zignorowany przez lekarza – nie wiem.

Pamiętam również, że zostałem poproszony przez matkę, by kupić kartkę na święta Bożego Narodzenia, bo chciała ją wysłać do rodziny w Tenczynie koło Lubnia (w Małopolsce).

Czy to ja wybrałem kartkę, czy też wybrała ją dla mnie sprzedawczyni nie pamiętam. Ważne było to, że była czarna.

Na parę dni przed świętami wydarzył się wypadek samochodowy, w którym zginęła moja ciotka.

Należała właśnie do rodziny mieszkającej w Tenczynie. W tym samym domu, do którego wysłaliśmy kartkę.

Pewnie zdążyłbym zapomnieć o tym, jak wyglądała, gdyby nie to, że moja babka a matka mojej matki na pogrzebie mi o tym przypomniała.

Nie robiła tego z jakimś wielkim wyrzutem, ale jednak widziała związek między jednym a drugim.

Były oczywiście inne znaki, jak to, że bardzo jej zależało, bym nie odwoływał korepetycji dla jej syna danego dnia, bo miałaby pretekst, by do nas przyjechać. Był to oczywiście ostatni raz, gdy moja matka widziała ją żywą.

Również dzień wypadku był szczególny, bo ciotka wręcz wybłagała u szefowej to, by pozwoliła jej wyjechać do Polski (pracowała za granicą) akurat w ten dzień. Szefowa bardzo się opierała, ale w końcu jednak uległa.

W poście „Dlaczego pokonując życiowe przepaści zyskujemy poczucie celowości życia?” opisałem przypadek, gdzie na kilka godzin przed samobójstwem bliskiej osoby mojej bratowej i kolegi z klasy mojego ojca, czy to niechcący, czy też intuicyjnie zjechałem z niepowiązanego tematu, o którym wtedy pisałem na aluzje do samobójstwa, wieszania się i Judasza.

Miało to o tyle wielkie znaczenie, że ta osoba się powiesiła.

Nie zawsze jednak takie znaki były przyjemne (to znaczy, nigdy nie są, ale rzadko kiedy sprawiają wrażenie złośliwego Poltergeista). Niedługo przed tym, gdy powiesił się przyjaciel moich rodziców, krewny mojego byłego pracodawcy i przyjaciela oraz ojciec moich dobrych kolegów z dzieciństwa, straciłem ulubiony kubek z kalendarzem.

Straciłem go w nie-byle-jaki sposób.

Otóż, siedziałem w swoim pokoju, przy biurku ustawionym bokiem do kuchni, gdy nagle usłyszałem huk. Popatrzyłem w  tamtą stronę i zobaczyłem jego odłamki na podłodze.

Nie miał prawa spaść przez moją czy czyjąkolwiek nieostrożność, bo mam alergię na ludzi kładących naczynia na samym skraju stołów czy innych wysokich powierzchni. Na pewno bym dopilnował, by tak nie stał.

Nikogo też w kuchni nie było. Wiem, bo nie mam w pokoju drzwi. Wiedziałbym, gdyby ktoś tam był.

Światło było zgaszone, więc nie uszłoby mojej uwadze, gdyby ktoś je włączył.

Tak czy inaczej, natychmiast wstałem i poszedłem sprawdzić, co się stało. Myślałem, że to może koty, które wówczas mieszkały w naszym domu buszowały po barku, na którym ten kubek stał.

Okazało się, że nie. Gdy włączyłem światło, okazało się, że oba w tym czasie spały.

To, że kubek został strącony z takim gniewem odpowiadało temu, że przez wywołany rakiem alkoholizm zrobił się agresywny i w końcu został wyrzucony z domu.

Nie był to jednak jedyny znak.

Tuż przed jego śmiercią zobaczyłem go po drugiej stronie ulicy, tuż przed jego domem, gdy wracałem ze szkoły. Szedł w przeciwnym kierunku.

Później dowiedziałem się, że to nie mógł być on, bo w tym czasie zaginął.

Jak to więc możliwe, że go w tym czasie widziałem?

Możliwe, że to był tzw. „zwiastun”. Projekcja osoby zmarłej w miejscu, w której jej nie powinno być.

To samo przydarzyło się mojej matce, gdy wracała ze szkoły. Nie wiedziała, że w czasie, gdy była w szkole zmarła jej ukochana babka. Zdziwiło ją jednak to, że spotkała babkę kilometr od domu, bo jej babka była w tym czasie praktycznie sparaliżowana.

Zwiastuny często mają to do siebie, że się nie odzywają, a tuż po ich spotkaniu nie potrafimy nawet OGÓLNIE powiedzieć, w co były ubrane. Ani jakiego koloru były, ani z jakiego materiału je wykonano – nic. Zupełnie, jakby te osoby były wytworem wyobraźni.

Co innego, gdybym tylko przelotnie spojrzał na tamtego samobójcę. Ale tak nie było. Patrzyłem się w jego kierunku dopóki się nie minęliśmy – przez długą chwilę.

Ciekawy przypadek stanowi mój wuj. W chwili, gdy zmarł jego ojciec był na wyjeździe. Wrócił cały roztrzęsiony. Twierdził, że jego ojciec stanął mu na środku drogi i że go potrącił. Wyszedł z samochodu, by go szukać, ale nie znalazł śladu jego ciała. Dopiero w domu dowiedział się, że jego ojciec od kilku godzin nie żyje – zmarł w domu na raka skóry (czerniaka).

Pamiętam również pewien pół-sen. Zaczęło się od tego, że nagle, przed północą, niespodziewanie spadła jakość łącza internetowego i napięcie prądu. Nie mogłem już siedzieć w Internecie, więc poszedłem spać.

Sen, jaki przyszedł tamtej nocy był dziwny. Nawet do końca nie wiem, czy to był sen. Widziałem sam siebie w miejscu, w którym leżałem. Do dziś pamiętam każdy szczegół. Zacząłem słyszeć dźwięki dochodzące z drzwi na parterze. Zamykania i otwierania, zamykania i otwierania. Zrobiło mi się bardzo nieswojo, ale usłyszałem w głowie, że nie powinienem się bać i że gdy nie będę schodził na dół (spałem na piętrze), nic mi nie będzie. Więc posłuchałem.

To, co przemawia za tym, że to był sen to fakt, że nie będąc na dole, wiedziałem jak wygląda osoba, która nas „odwiedziła”. Nie nie do końca ją wówczas rozpoznałem (choć miałem pewne podejrzenia), ale gdy nazajutrz opowiedziałem matce, jak wyglądała, jednoznacznie rozpoznała w nim starego elektryka S., bardzo dobrego przyjaciela mojego ojca. S. zmarł kilka lat wcześniej, o ile dobrze pamiętam.

Tak czy inaczej, widziałem, że przyszedł ojca ostrzec przed jeżdżeniem samochodem w tych dniach.

Czy faktycznie – po cichu – zastosował się do tego ostrzeżenia, czy po prostu miał szczęście i nie uległ żadnemu wypadkowi – nie wiem. Nie pamiętam nawet, czy musiał w tamtym czasie gdzieś jeździć. Ważne jest to, że ostrzeżenie okazało się dotyczyć całego naszego domu. Zaledwie parę dni później wydarzył się wypadek samochodowy, w którym zginęła siostra chłopaka, z którym chodziłem do klasy w podstawówce, kolega z klasy mojego brata, a kuzyn sąsiada i bardzo dobrego przyjaciela (przyjaciela z dzieciństwa) został poważnie ranny (ale przeżył).

Ja wiem, ja wiem – dla kogoś, kto nigdy podobnych przeżyć nie miał, może się to wszystko wydawać wyssane z palca.

Co bym jednak nie powiedział i tak tych osób nie przekonam.

Jedyny sposób, by to zweryfikować to doświadczyć tego na własnej skórze, ale tego akurat nikomu nie życzę.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 8 Listopad 2015, godz. 00:18, Rabka-Zdrój.

Czy przydarzyło ci się kiedyś, że tuż przed ostatecznym terminem na wykonanie czy oddanie danej pracy (bądź przed trudnym egzaminem) zabierałeś się za szukanie zajęć zastępczych?

Takich, które długo odkładałeś?

Może nagle doszedłeś do wniosku, że tym, czego ci w tym stresującym okresie życia potrzeba to właśnie przesadzenie kwiatków, przetrzebienie gratów na poddaszu lub posprzątanie swojego pokoju?

A może poczułeś, że w przededniu egzaminu, który może zaważyć na całym twoim przyszłym życiu dobrym pomysłem byłoby powrócić do rzuconej przed laty gry na gitarze?

Jeśli uległeś tym pokusom i byłeś zadowolony z tego, że w końcu udało ci się do wykonania tych zadań zmotywować, to popadłeś w produktywną prokrastynację.

Dobra wiadomość jest taka, że mam coś dla ciebie – technikę, która się częściowo na produktywnej prokrastynacji opiera. Teraz już nie będziesz potrzebował pilących terminów, by zabrać się za coś, z czego wykonaniem długo zwlekałeś.

Technika jest bardzo prosta i ma charakter listy zadań. Sztuka polega na tym, że masz tylko trzy miejsca na wpisanie zadań, które masz do wykonania i zabrać się za kolejne zadania wolno ci tylko wówczas, gdy zwolnisz przynajmniej jedno miejsce na liście (wykonując dane zadanie). Gdy już wykonasz zadanie, dostajesz dodatkowe miejsce na nowe zadanie lub przyjemniejszą rzecz, którą chcesz zrobić – miejsc przydzielasz tyle, ile wykonałeś zadań (przy czym, gdy tych wygranych miejsc będzie za dużo i nie będziesz wiedział czym je wypełnić, lepiej zacznij nową listę i ewentualnie przepisz na nią do trzech najbardziej odpowiadających ci, wyglądających na możliwe do wykonania zadania).

Na pewno na liście powinno się znaleźć to najtrudniejsze zadanie – to, które jest bardzo pilne, a które cię przytłacza czasochłonnością, pracochłonnością itp. Pozostałe miejsca przydzielasz kolejno zadaniu o średnim stopniu ciężkości (jak zawsze, warto pamiętać o zasadzie chunkingu, czyli rozbijaniu zadań na pomniejsze fragmenty, np. zamiast „napisać książkę” piszesz „napisać jeden paragraf pierwszego rozdziału) i najłatwiejszemu czy też wymagającemu najmniejszej ilości zasobów. Gdy będziesz miał już więcej miejsc, możesz to robić według własnego uznania, ale warto pamiętać, by za każdym razem było na liście przynajmniej jedno zadanie z rodzaju tych najłatwiejszych, bo dzięki temu nie zostaniesz z listą zadań, gdzie wszystkie zadania są ciężkie do szybkiego wykonania.

Jeśli wykonasz produktywne zadanie, którego nie ma na liście, możesz je od razu dopisać i przekreślić. Im więcej będziesz widział zadań wykonanych, tym łatwiej ci będzie wpaść w rytm i zrobić jeszcze więcej danego dnia.

Technika przydziału pozwala zwalczać paraliż decyzyjny, jaki nas ogarnia, gdy opcji jest za dużo. Przy czym ten paraliż może powrócić, jeśli wypracujemy zbyt dużo wolnych miejsc do przydziału i nie będziemy wiedzieć, od którego zacząć, bo wszystkie są równie trudne, czaso- i pracochłonne. Dlatego warto w takiej sytuacji zrobić sobie nową listę i ponownie poczuć tą satysfakcję z wypracowywania sobie możliwości zrobienia czegoś, co chcemy zrobić.

Bywa i tak, że zadanie staje się nieaktualne, bo np. ktoś już coś za nas zrobił. W takim wypadku oznaczamy je krzyżykiem i zwalniamy miejsce na następne zadanie. Ważne jednak, by nie wynajdywać sobie wymówek na odpuszczanie sobie większej ilości zadań.

I to właściwie wszystko. Jestem już na trzeciej liście i każda ma po ok. 80-90 punktów.

Mam nadzieję, że wam to pomoże w podejmowaniu decyzji. Jeśli uważasz, że może to komuś pomóc, kliknij jeden z przycisków udostępniania pod wpisem. Zajmie ci to góra parę sekund, a mnie i mojemu blogowi bardzo pomoże.

Pozdrawiam serdecznie.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 19 Maj 2014, godz. 20:29, Rabka-Zdrój.

Naszła mnie dziś taka myśl:

Kiedy robisz rzeczy dobrze, łatwo odnieść wrażenie, że nie robisz ze swoim życiem nic.

A mógłbym już nie żyć, być kaleką, skłócić się ze wszystkimi wokół, szefować międzynarodowemu kartelowi narkotykowemu.

Dobrych decyzji, odczuwanych jako słuszne, nie pamiętasz*, bo w przeciwieństwie do tych złych nie musisz ich ciągle racjonalizować – racjonalizować za każdym razem, gdy przyjdą ci na myśl, utrwalając je przy tym w pamięci jak materiał przed egzaminem.

*Ktoś może powiedzieć, że pamięta się o osiągnięciu rzeczy społecznie pożądanych lub widzianych przez społeczeństwo jako sukces czy symbol statusu, ale w tym rzecz, że to społeczeństwo ci ciągle przypomina i cię ciągle przekonuje cię, że ich osiągnięcie jest dobrą decyzją. Jeśli po osiągnięciu tego poczujesz się (nadal) nieszczęśliwy, to co zrobisz? Będziesz racjonalizował to, dlaczego warto było to osiągnąć. Tym mocniej, im więcej wysiłku kosztowało cię ich osiągnięcie.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 22 Grudnia 2013, godz. 14:02, Rabka-Zdrój.

Ta technika przyszła mi do głowy dziś rano, gdy pracowałem z inną świetną techniką, określaną „Strategią Disney’a” (jest ona doskonale opisana w tym video. Gorąco polecam zapoznanie się z nią) i jest ona nawiązaniem do mojego niedawnego postanowienia, że nie będę już dłużej budował swojej tożsamości wokół bolesnych wydarzeń z przeszłości.

W moim przypadku objawiało się to często jako tłumaczenie sobie tego, że nie robię czegoś poza strefą mojego komfortu w podobny sposób: „Nie jestem przedsiębiorczy, bo doświadczenia ze szkoły podstawowej zupełnie zniszczyły moją pewność siebie”. Gdy z kolei ktoś próbował mnie nakłonić do koniecznej zmiany zachowania, byłem skłonny zawołać jak męczennik: „Bo mój ojciec był taki a taki!”, zupełnie jakby to miało wszystko wyjaśnić.

Próbowałem znaleźć dla tego bardziej odpowiednie porównanie, ale tak naprawdę najbardziej przypomina mi to sytuację, gdy gniewna feministka, która na każde niewygodne pytanie dotyczące zasadności jej przekonań, na które nie ma odpowiedzi, odpowiada z naciskiem na każde słowo i wyrzutem: „I have been RAPED!” [zostałam ZGWAŁCONA!]), w nadziei, że przerwie tym dyskusję na ten temat, także tą, którą może kwestionowanie rozpętać w jej głowie).

Technikę schodów oparłem na obserwacji, że nie mówimy z wyrzutem, że coś nas spotkało, gdy to coś miało w oczywisty sposób pozytywny skutek. Pisarz nie krzyczy „Moje książki były tysiąc razy odrzucane przez wydawców!”, gdy zarabia na nich miliony i mieszka w domu jak pałac. Małżonek nie biadoli, że go poprzednia partnerka opuściła, jeśli wie, że bez tego nie poznałby obecnej, która jest w jego przekonaniu lepsza od tamtej itd. Uciekamy się do tego jedynie wówczas, gdy jedyne, co mamy to duma z bycia męczennikiem, z życia z potrzebami, które boimy się spełnić (życie w takiej ascezie wydaje się nam być „siłą charakteru”). Julia Cameron, autorka „The Artist’s Way”, której tłumaczenie będę niedługo zamieszczał na tym blogu, napisała w niej świetny rozdział o tym.

Technika schodów polega na tym, by zacząć od najwcześniejszego trudnego wspomnienia i wypisać wszystkie korzyści, choćby najmniejsze (nawet jeśli wydają nam się naciągane), z tego, co nas spotkało, wszystkie lekcje, cechy, które nas w to rozwinęło (i jakie negatywne cechy mogłyby się w nas rozwinąć, gdybyśmy nie odczuli tego na własnej skórze), wszystkie możliwe konstruktywne sposoby wykorzystania tego (np. w powieści, by pomóc innym z tym problemem itd.).

Mówi się, że trauma sprawia, że człowiek zatrzymuje się na pewnym etapie rozwoju. Ta technika w pewien sposób to zatrzymywanie się wykorzystuje. Pomysł na tą technikę pojawił się w mojej głowie jako wizja siebie wychodzącego po schodach. Dowiedziałem  się, że sztuka polega na tym, aby pod żadnym pozorem nie pozwolić sobie wyjść choćby o jeden stopień wyżej, dopóki nie wypiszesz tych korzyści z przeszłego wydarzenia, które na ten schodek przypada. Jak poczujesz, że już nie jesteś w stanie wykorzystywać tego do żebrania o współczucie czy tłumaczenia się, przejdź do następnego w kolejności wspomnienia.

Możesz czuć, że świadomie nie jesteś w stanie sobie takich rzeczy przypomnieć lub dojść do jakichś odkrywczych wniosków, ale jest na to sposób. Praca z techniką Disney’a odbywała się w ramach pisania tak zwanych porannych stron, o których pisze Julia Cameron w swojej książce. W skrócie polega to na tym, by wypisywać wszystko, co przyjdzie ci na myśl do momentu, aż zaczniesz słyszeć swoisty głos intuicji w głowie, który na codzień szum informacji zagłusza. Czy ten głos się odzywa możesz sprawdzić, zadając pytania i nasłuchując odpowiedzi. Z początku odpowiedzi mogą być oczywiste, jakbyś sam sobie odpowiedział, ale z czasem – i przy odpowiednim pytaniu – otrzymasz odpowiedź tak zaskakująco trafną i błyskotliwą, w tak krótkim czasie, że będziesz mieć pewność, że takiej odpowiedzi nigdy nie byłbyś w stanie sobie wymyślić. I właśnie wśród tych odpowiedzi możesz znaleźć wnioski, które pozwolą ci zobaczyć prawdziwe źródło konstruktywnej siły w tym, co cię spotkało i wyjść o ten jeden stopień wyżej.

To byłoby na tyle. Na pewno sam będę jeszcze tą technikę testował i jeśli ten wpis pewnego dnia nie zniknie z bloga, to znaczy, że technika działa (do tego czasu ten wpis będzie jeszcze dopracowywany). I mam nadzieję, że przyniesie wam dużo dobrego.

Jeśli to wypróbujesz i przekonasz się, że to działa, nie wahaj się użyć przycisków społecznościowych pod postem i podzielić się tym z osobami, którym – jak sądzisz – może to pomóc.

Dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam was serdecznie.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 25 Lipca 2013, 16:39, Rabka-Zdrój.

%d blogerów lubi to: