Tag Archive: Porażka


Chociaż obserwowanie klepsydry przesypującej piasek w ciągu sekundy, a nie godziny, wydaje się nam całą wiecznością, w podobny sposób czas nam się dłuży, gdy tęsknie wyczekujemy zmian w życiu...

Myślę, że nie jestem sam w tym, że często zastanawiałem się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym przeskoczył „klasowe ogrodzenie” (wiecie, to które dla wielu ludzi nie różni się wiele od tego) i przedostał się na jej drugą stronę, gdzie trawa wydaje się zawsze „zieleńsza”.

Ostatnio jednak przyszło mi na myśl, że niekoniecznie byłbym szczęśliwszy, posiadając to, czego należałoby się raczej spodziewać po ludziach, których portfele brewiarz przypominają. Dlaczego? Dlatego, że najprawdopodobniej nie byłbym wolny od choroby umysłowej równie powszechnej jak bakterie, które wybiły jedną trzecią ludności średniowiecznej Europy – choroby „nigdy nie potrafię docenić tego, co mam”, której często towarzyszy objaw „chcę więcej, więcej, więcej, bo nigdy nie wystarcza mi to, co już posiadam”, o czym zresztą pięknie śpiewa Simone Simons z zespołu Epica w piosence „Never Enough” oraz „Another Me In Lack’ech„.

“Ziemia zapewnia wystarczająco wiele, by zaspokoić potrzeby każdego człowieka, ale niewystarczająco wiele, by zaspokoić jego żądze.” ~Mahatma Gandhi

Oczywiście, ludzie zarabiający miesięcznie w okolicach tego, ile mierzą sobie himalajskie szczyty nie mają takich problemów, jakie mają ludzie żyjący „minimalistycznie”, ale podczas gdy ci pierwsi prawdopodobnie nigdy nie doświadczą problemów ludzi, którzy przez pole minowe podatków idą z wykrywaczem metalu (np. w postaci prawnika), ci drudzy nadal mogą dołączyć do grona „minimalistów” (co się zresztą sławnym, popularnym osobom wymienionym w tym artykule [i komentarzu do niego] skutecznie udało).

Człowiek żyjący skromnie musi się troszczyć tylko o to, by żyło mu się trochę lepiej, a człowiek zamożny musi pracować zarówno na to, by utrzymać standard życia, do jakiego się przyzwyczaił, jak i na to, by uniknąć życia w sposób, w jaki żyć nie potrafi. Stawia go to w sytuacji rekinów, które właściwie nigdy nie śpią, ponieważ muszą wiecznie pracować, by nie pójść na dno jak ś.p. załoga łodzi podwodnej „Kursk”.

„Pieniądze szczęścia nie dają, ale pozwalają wygodnie być nieszczęśliwym.”

Oczywiście, mam świadomość tego, jak bardzo przyjemnie jest mieć poczucie bezpieczeństwa wynikające z materialnego zabezpieczenia i nie mieć trudności, z którymi się walczy obecnie, ale doszedłem do wniosku, że nie posiadając tego, co posiada przeciętny człowiek, mogę się cieszyć większą niezależnością twórczą – nie muszę poświęcać czasu i sił na utrzymywanie życia towarzyskiego, życia zawodowego, życia rodzinnego (oczywiście, nie akceptuję rozwiązania w rodzaju „załóż rodzinę, a następnie całkowicie obarcz obowiązkami związanymi z jej utrzymywaniem swoją partnerkę”, bowiem byłoby to nieodpowiedzialne, a nieodpowiedzialni ludzie zasługują na to, by im strzały z rozszczepiającymi się grotami w cewkę moczową wepchnąć), więc mam więcej czasu, chęci i sił na robienie tego, co lubię najbardziej – na twórczość artystyczną i intelektualną.

Nie powiedziałbym, że mnie to, co teraz napiszę szczególnie cieszy, ale zauważyłem, że jestem bardziej produktywny, jeśli moja sytuacja materialna lub rodzinna jest równie stabilna jak galaretka podczas trzęsienia ziemi – jeśli mam święty spokój i jestem wolny od problemów materialnych, skłaniam się do tego, by spędzić dzień na oglądaniu internetowych programów rozrywkowych (web shows) i graniu w gry komputerowe, bo nie odczuwam presji – wydaje mi się, że następny dzień będzie równie przyjemny i mogę odłożyć zaplanowaną pracę na jutro. Gdybym był zamożniejszy, taką sytuację miałbym codziennie, bo w końcu po co robić coś przyjemnego, co wymaga pracy, skoro można robić coś przyjemnego, co pracy nie wymaga.

Czas, jaki mam na wykonanie określonego projektu zaczynam doceniać dopiero wtedy, gdy rachunki zaczynają mnie ścigać z bezwzględnością psychopatycznej Shodan z gry System Shock 2. Dlaczego? To trochę tak, jakbyś wiedział, że możesz lada dzień, z powodu toczącej twój organizm choroby, umrzeć i próbował każdy dzień wykorzystać na zrobienie czegoś konstruktywnego. W każdym razie ja czuję silne wyrzuty sumienia, jeśli kładę się spać, nie zrobiwszy danego dnia niczego wartościowego… czegoś, co można byłoby w praktyczny sposób wykorzystać w przyszłości.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 7 Listopad 2011, 19:52.

“Nie mogłem się doczekać na sukces, więc ruszyłem naprzód bez niego.” ~Jonathan Winters

Chociaż otrzymałem na powyższe pytanie odpowiedź, pod której wrażeniem jestem w dalszym ciągu, mam świadomość, że dotyczy ona zaledwie jednego z czynników i niekoniecznie decydującego.

Niemniej jednak pomyślałem, że warto byłoby o tym wspomnieć, gdyż w pewnym sensie zdołałem powtórzyć opisywane przez podświadomość doświadczenie we własnym życiu. Ale powrócę do tego za moment, gdy podzielę się z wami usłyszaną od podświadomości odpowiedzią.

W jej przekonaniu tajemnicą tego, że sławni ludzie zaszli tak daleko w życiu jest ich ciężka przeszłość.

Oczywiście, w przypadku aktorów ciężkie dzieciństwo pozwala na wierne odtworzenie przeżywanych w przeszłości emocji – wystarczy, że przywołają w pamięci bolesne doświadczenia. Piosenkarze potrafią zabarwić emocjami własny głos, muzycy – wywołać emocje odpowiadające dźwiękom wydawanym przez instrument, a pisarze – przywołać emocje poprzez sytuacje, których nigdy w życiu nie doświadczyliśmy.

Można więc wytłumaczyć ich sukces tym, że w uniwersalny i przekonujący sposób potrafią przemówić do emocji, które każdy z nas przeżywa na własny sposób. Ale co w takim wypadku z prezenterami, sportowcami, modelkami, tancerkami, których emocje nie przejawiają się w widoczny sposób w tym, co robią?

Wykres pokazujący stosunek wymaganych umiejętności (pionowo) do osiągniętej sławy (poziomo) w przypadku wykonywania następujących zawodów: naukowiec, pisarz, muzyk, sportowiec, aktor, gwiazda seks-taśmy.

Właśnie…
Podświadomość prawdopodobnie właśnie na to próbowała zwrócić moją uwagę. Chociaż motywacja sławnych osób, które wychowywały się w skrajnej biedzie jest zrozumiała („nie chcę już żyć w biedzie”), to związek pomiędzy „znęcano się nade mną fizycznie i psychicznie” lub „straciłem wcześnie członków rodziny” a „chcę być osobą medialną, aby stać się sławny” nie wydaje mi się dostatecznie zrozumiały. Chyba, że motywacją była chęć pomocy innym w podobnej sytuacji bądź przezwyciężenie niskiego poczucia własnej wartości.

Podejrzewam, że celebryci, którzy przeszli przez dzieciństwo przypominające poligon wojskowy nie boją się podejmowania decyzji, które wydają się zwykłym ludziom wiązać z nieprzyjemnymi konsekwencjami lub wymagają wykroczenia poza własną strefę komfortu. Celebryci mogą nie mieć z tym problemu, bo żadna decyzja nie wydaje im się bardziej przerażająca, upokarzająca i poważniejsza w skutkach od tego, co już przeszli w dzieciństwie.

Podczas gdy my obawiamy się odrzucenia przez osobę, która nam się podoba, odrzucenia naszego dzieła przez wydawcę, niepowodzenia podczas rozmowy kwalifikacyjnej o wymarzoną pracę, poświęcenia życia na spełnienie własnego marzenia, oni nie obawiają się przecinać więzów łączących ich ze starym życiem, przeprowadzać się, przychodzić na castingi, rozmawiać z wysoko postawionymi, rozpoczynać własnej kariery od pracy w charakterze kelnera bądź sprzątacza itp.

“Prawdziwą miarą bogactwa jest to, ile byłbyś wart, gdybyś stracił wszystkie swoje pieniądze.”

Niewiele miesięcy zdążyło upłynąć, odkąd na własnej skórze przekonałem się o prawdziwości odpowiedzi udzielonej przez podświadomość.

Znalazłem się wówczas w sytuacji, jaką określam słowami „przeciągu w korytarzu z zatrzaskującymi się drzwiami”, gdy występował poważny problem, a wszystkie dotychczas dostępne wyjścia zostały za sprawą wydarzeń losowych zamknięte. Przypomina to pielgrzymkę „od Annasza do Kajfasza”.

"Zawsze się zastanawiam, dlaczego ptaki decydują się pozostać w tym samym miejscu, chociaż mogą polecieć do każdego miejsca na świecie. A potem zadaję sobie to samo pytanie..."

Problem: konto zostało zablokowane. Rozwiązanie: wykonanie zlecenia. Problem: przestały napływać. Rozwiązanie: wykonanie zaległego zlecenia. Problem: dostawca internetu nie czekał już dłużej na wpłynięcie należności, więc zamknął dostęp do internetu, więc wykonanie zadania jest niemożliwe. Rozwiązanie: korzystać z dostępu do internetu w domu znajomego. Problem: charakter pracy wymagał spędzenia dłuższego czasu przed komputerem. Rozwiązanie: pożyczyć pieniądze od członka rodziny, aby zapłacić rachunki. Problem: miał poważne wydatki, bo doświadczył straty materialnej, więc pieniędzy pożyczyć nie był w stanie. Rozwiązanie: Poszukać tymczasowego zatrudnienia. Problem: pieniądze potrzebne są jak najszybciej itd.

Stanąłem przed wyborem: albo wybrać się na miasto w poszukiwaniu normalnej pracy, albo wykonywać nieszkodliwą, zgodną z prawem, ale upokarzającą pracę.

Oczywiście, miałem obawy i czułem opór przed wyborem pierwszej możliwości, bo podejrzewałem, że doświadczę następnego rozczarowania – dotychczas los więcej rozwiązań uniemożliwiał niż udostępniał. Odczuwałem opór także wobec drugiej możliwości, ale przynajmniej nie byłem od niczego uzależniony w jej przypadku. W związku z tym postanowiłem wybrać drugą możliwość.

Ciesz się, że w ogóle masz wybór. Burmistrz Sarpourenx we Francji zakazał mieszkańcom - pod groźbą surowych kar - umierania. Ponieważ... na lokalnym cmentarzu skończyły się wolne miejsca.

Wykonując rzeczoną pracę, poczułem przypływ odwagi, optymizmu i motywacji. Pomyślałem sobie, że skoro zdołałem przezwyciężyć opór przed znacznie mniej przyjemnym zajęciem, to dlaczego miałbym się obawiać i opierać przed pierwszą możliwością? Mówię całkowicie poważnie – wręcz przysięgam z ręką na sercu: poczułem natychmiastową gotowość do wybrania się na miasto na poszukiwanie nowej pracy przez bezpośrednią rozmowę z potencjalnymi pracodawcami.

Wiem, że ludziom z dominującą lewą półkulą mózgową nie wyda się to żadnym wyczynem, jednak dla osób z dominującą prawą półkulą mózgową, takich jak ja, znaczy to bardzo, bardzo wiele. Jeśli chcesz porównania, spróbuj nauczyć osobę z dominującą lewą półkulą mózgową porządnie rysować.

Chociaż postanowiłem wówczas zakończyć rozpoczętą pracę, miałem całkowitą pewność, że podobny przypływ motywacji, optymizmu i odwagi towarzyszył mi podczas poszukiwania pierwszej prawdziwej pracy. Opisałem to zresztą szerzej w „Lęk jest wynikiem pozostawienia wyobraźni zbyt dużego pola do popisu!”

Nawiązując jeszcze do zawodów wykonywanych przez celebrytów na początku ich kariery i demotywatora załączonego do cytatu o wewnętrznym bogactwie, chciałem wspomnieć, że na dzień lub dwa przed znalezieniem pierwszej pracy pracowałem dla krewnego. Co prawda, praca wymagała poświęcenia sporej ilości czasu i nie była dobrze płatna, ale posłużyła jako negatywne porównanie, dzięki czemu perspektywa poszukiwania pierwszej prawdziwej pracy nie wydawała się już taka przerażająca.

Chciałem napisać o możliwych zastosowaniach podejścia „doświadcz gorszego, by przestać obawiać się lepszego”, gdy przypomniałem sobie, że istnieje terapia polegająca na pozowaniu do aktów artystycznych. Słyszałem w radio wypowiedź kobiety, która w tym uczestniczyła. Chociaż nie potrafię dokładnie przytoczyć jej słów, przypominam sobie, że chciała powiedzieć, że zrobienie czegoś, na co w jej przekonaniu nigdy by się nie zdecydowała, pozwoliło jej pokonać zahamowania i określić na nowo granice własnych możliwości.

Nie obawiaj się prosić o uczciwą pracę. Podobnie jak w przypadku proszenia atrakcyjnych dziewczyn o numer telefonu, nikt jeszcze od wyjścia na idiotę nie umarł.

Oczywiście, nie chcę przez to powiedzieć, że należy zabiegać o to, aby spotykały nas w życiu tak tragiczne doświadczenia jak zdrada czy przemoc. Chcę natomiast powiedzieć, że należy poszukać odpowiadających nam sposobów na pozbawienie zasadności naszych obaw poprzez dokonanie czegoś, czego obawiamy się jeszcze bardziej. Może to być np. skok na spadochronie z instruktorem lub tymczasowy wolontariat w hospicjum. Szczególnie w tym drugim wypadku możliwe jest uzyskanie dystansu do własnych obaw i problemów.

Chociaż podczas pracy nad tym artykułem myślałem nad poruszeniem kwestii ludzi, którzy mieli ciężkie dzieciństwo, a nie tylko nie odnieśli sukcesu, ale wręcz powielili los swoich rodziców bądź zabłądzili w ślepą uliczkę przestępstwa i samozniszczenia – zapomniałem o tym napisać. Ponieważ jednak zwrócono mi uwagę na to, że musiałbym wykazać, iż wszyscy ludzie z ciężką przeszłością są w stanie osiągnąć lub osiągnęli sukces w życiu, muszę się do tego, bądź co bądź, zasadnego argumentu odnieść.

Zaznaczyłem na początku, że nie jest to jedyny czynnik i niekoniecznie jest on decydujący. Mam świadomość tego, że potrzebne są też możliwości wydostania się z ciężkiej sytuacji i spotkanie odpowiedniego autorytetu. Możliwe również, że wiele zależy od tego, czy osoba jest psychologicznym typem wrażliwego dawcy czy asertywnego biorcy. Pierwszy to odpowiednik postawy dafnicznej, a drugi to odpowiednik postawy apollinicznej. Postawy zostały opisane tutaj.

Mam świadomość, że poniższy podział jest pewnego rodzaju generalizacją, ale chciałbym szybko pokazać, w jaki sposób może się negatywnie rozwinąć pierwszy typ i drugi typ.

Pierwszy może przez trudne doświadczenia przerodzić się w eskapistycznego męczennika albo przestępcę, który nie spogląda swym ofiarom w oczy, tzn. działa w ukryciu lub zdalnie. Drugi może się przerodzić w egoistycznego, hedonistycznego, bezwzględnego przestępcę, który nie ma oporów przed bezpośrednim kontaktem z ofiarami. Oczywiście, możliwe jest też, że będzie wykonywał legalny zawód, ale będzie wykorzystywał swoją pozycję i uprawnienia dla własnych korzyści, np. geodeta, który dla własnych korzyści błędnie wymierza działki, by zwyczajnie ukraść je sąsiadom bogatszych klientów.

Niemniej jednak, jeśli sądzisz, iż zasadne jest spisywanie na straty ludzi z ubogich dzielnic, cechujących się wysokim poziomem bezrobocia i wysokim wskaźnikiem przestępczości, koniecznie obejrzyj poniższe nagranie (które swoją drogą sam przetłumaczyłem, choć nie wiedziałem jeszcze, że wykorzystam je tutaj). Uwaga! Nagranie trwa pół godziny, więc wyznacz sobie odpowiednią porę do oglądania tego nagrania. To nagranie przywraca wiarę w ludzkość i sprawia, że dokonanie rzeczy wielkich nie wydaje się takie trudne. Bardzo gorąco polecam obejrzenie tego nagrania. Sądzę, że potrafi ono poważnie zmienić światopogląd.

https://ted.com/talks/view/id/209

Jeśli chcesz obejrzeć nagranie z polskimi napisami, kliknij tutaj.

Sądzę, że to nagranie udowadnia, że każdy może odnieść sukces. Rzecz w tym, że wielu ludzi nie chce zacząć swojej kariery od niskich standardów. Albo też nie wierzą, że rozpoczęcie kariery od pracy na budowie może sprawić, że wylądują w na stanowisku w renomowanej firmie. Wiedz, że myślałem w podobny sposób. Opierałem się przed pracą „poniżej mojej godności”, lecz nie tylko przyjemnie mnie zaskoczyła (do tego stopnia, że zdążyłem swoją pracę polubić), ale również umożliwiła mi znaczne „skoki” w karierze.

Chciałbym się jeszcze zwrócić do osób, które opierają się przed „zaczynaniem nisko” – czy pamiętasz motyw z filmów przygodowych, w których bohaterowie przeciskają się przez szczelinę pod zamykającymi się ciężkimi wrotami? Jeśli nie chcesz zostać zamknięty na zawsze w życiowym grobowcu, a chcesz przedostać się leżącego po drugiej stronie skarbca, musisz się najpierw zniżyć, by podnieść się w życiowym skarbcu.

Podejrzewam, że część z was zastanawia się, czy moja podświadomość miała – choćby częściowo – rację. Myślę, że wypowiedzi na temat powyższego tekstu i poruszonego w nim zagadnienia w wątku na forum psychotekst.pl stanowią wystarczającą odpowiedź – tym bardziej, że ich autorami są nie tylko osoby posiadające wiedzę w zakresie psychologii, ale również osoby, które mają za sobą ciężkie dzieciństwo.

Ponadto, dowiedziałem się, że istnieje tzw. post traumatic growth.
Choć żałuję, że rezultat mojej pracy okazał się nie tak nowatorski i przełomowy, jakbym sobie tego życzył, cieszę się, że odpowiedź podświadomości okazała się zgodna z przyjętą wiedzą psychologiczną, mimo tego, iż nie miałem uprzedniej wiedzy na ten temat.

Wynika to z tego, że nie przyszło mi na myśl szukać odpowiedzi w wyszukiwarce, bo sądziłem, że psychologowie przyjęli depresję dwubiegunową jako ostateczną przyczynę sukcesów sławnych piosenkarek czy aktorów. Nie satysfakcjonowała mnie jednak taka odpowiedź. Wiedząc, że istnieje znacznie więcej celebrytów niż możliwych przypadków zachorowań na depresję dwubiegunową, przyjąłem, że przyczyna musi leżeć gdzie indziej i cieszę się, że miałem w tym względzie rację.

Chciałbym jeszcze wspomnieć o tych, którzy pomimo tego, że mieli ciężkie dzieciństwo, pozostali porządnymi, normalnymi ludźmi, lecz nie osiągnęli tego, co społeczeństwo definiuje jako „sukces w życiu”. Przyczyną tego może być to, że szczytem ich ambicji jest tak naprawdę normalne, zwyczajne, spokojne życie i spełnienie przyziemnych marzeń, np. praca w wymarzonym zawodzie czy założenie rodziny.

"Dzisiaj jest jutro, o które martwiłeś się wczoraj, a wszystko jest w porządku."

Załączam na koniec listę celebrytów, którzy doświadczyli bolesnego dzieciństwa:
Aktorki: Brooke Shields (surowa matka; jej nagie zdjęcia jako dziecka i nastolatki w magazynie dla dorosłych), Drew Barrymore (12 lat, gdy brała kokainę, 13 lat, gdy zaczęła pić; dorastała bez prywatności), Jane Fonda (jej matka poderżnęła sobie gardło; wmawiano jej, że matka zmarła na zawał serca), Marylin Monroe (brak ojca; chora psychicznie matka; mieszkała w wielu rodzinach zastępczych; możliwe molestowanie seksualne), Ashley Judd (kazirodztwo; molestowanie; matka uprawiała seks w jej obecności; depresja; rozbita rodzina; samotność), Teri Hatcher (molestowanie seksualne przez wuja), Suzanne Sommers (wykorzystywanie seksualne).

Piosenkarki: Christina Aguilera (ojczym bił ją i jej matkę), Dolly Parton, Loretta Lynn, Crystal Gayle i Tammy Wynette (wszystkie żyły w skrajnej biedzie), Missy Elliott (nie stroniący od przemocy ojciec), Kora Jackowska (wychowanka sierocińca), Shania Twain (bieda; głód; nie stroniący od przemocy ojczym, który niemal zabił jej matkę), Mary J. Blige (wykorzystywanie seksualne przez osoby, którym jej matka powierzała opiekę nad nią), Sinnead O’Connor (naruszenie nietykalności cielesnej przez księdza).

Piosenkarze: Michael Jackson (ojciec tyran, który bił go i jego rodzeństwo), Eminem (matka uzależniona od narkotyków), Michał Wiśniewski (matka zrzekła się praw rodzicielskich; wychowanek sierocińca), Nikki Sixx (opuszczony przez ojca; opieką obarczali się nawzajem matka i dziadkowie), G.G. Allin (maltretowanie przez rówieśników; naruszanie nietykalności cielesnej; zażywanie narkotyków i picie alkoholu), Kurt Cobain (rozwód rodziców; wyrzucenie z domu; bezdomność), Chester Bennington [Linkin Park] (wieloletnie wykorzystywanie seksualne przez starszego kolegę; niestabilny emocjonalnie ojciec; niemożność uzyskania wsparcia od rodziny), Carlos Santana (wykorzystywany seksualnie przez przyjaciela ojca).

Modelki: Natalia Vodianova (bieda; praca jako dziecko; obelżywi konkubenci matki; niepełnosprawna siostra), Janice Dickinson (ojciec był pedofilem i nie stronił od przemocy).

Sportsmenki: Iwona Guzowska (adoptowana; ojciec alkoholik; każdorazowe  uciekanie z domu przed jego agresją).

Sportowcy: Tomasz Adamek (opuścił go i pięcioro jego rodzeństwa ojciec; bieda).

Lista będzie w miarę możliwości uzupełniana. Niektórych z tej listy jeszcze tutaj nie uwzględniłem. Jeśli chciałbyś pomóc w rozwoju tekstów bądź pomóc w uzupełnieniu powyższej listy, napisz komentarz, e-mail pod adres pedigree (at) op. pl.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 20 Czerwiec 2011, 20.24.

Czytelniku, jeśli artykuł się Tobie spodobał bądź uważasz, że może się on komuś pomóc, spodobać lub przydać, bardzo proszę o podzielenie się linkiem do tego wpisu lub bloga ze znajomymi i przyjaciółmi. Bardzo potrzebuję promocji, aby dotrzeć i pomóc jak największej liczbie osób oraz konstruktywnych komentarzy, aby móc kontynuować to, co robię. Statystyki i komentarze dają mi poczucie, że nie piszę do ściany, a to dla mnie bardzo ważne.

Jestem otwarty na wszelkiego rodzaju współpracę, np. wymianę linków, użycie treści na potrzeby innych mediów (np. filmów na Youtube), gościnne wpisy na innych, często odwiedzanych blogach, promocję rzeczy (książka, grafika, tekst, artykuł rzemieślniczy, usługa itp.), które mi się osobiście spodobają i które będę uważał za nieszkodliwe lub wartościowe dla moich czytelników… i tym podobne.

Serdecznie dziękuję wszystkim osobom, które zainteresowały się artykułem, czytały lub przeczytały go, a przede wszystkim tym, które odpowiedziały na pytanie odnośnie celebrytów dotkniętych ciężkim dzieciństwem i podzieliły się ze mną swoimi opiniami, bo pozwoliły mi one artykuł dopracować i rozwinąć.

Dziękuję moim znajomym na Facebooku i użytkownikom: forum.gp24.pl, forum deviantart.com, szukamywas.pl, forum psychotekst.pl, forum.mirriel.net, forum astroportal.pl/forum, rozproszonym byłym użytkownikom forum poświęconego zaginionej Iwonie Wieczorek oraz innym, o których mogłem zapomnieć.

Pozdrawiam serdecznie i życzę wam wszystkim wszystkiego najlepszego w życiu.

Czy wydaje ci się, że niosąc życiowy krzyż pod górę osobistej Golgoty niesiesz drewno do lasu?

Początkowo zamierzałem rozpocząć ten artykuł słowami:

„Jeśli czytałeś mój poprzedni wpis zatytułowany ‚Zapytałem podświadomość, czemu celebryci zawdzięczają życiowy sukces i sławę’, to zapewne pamiętasz fragment, w którym opisywałem dosyć problematyczną sytuację, w jakiej się nie tak dawno temu znalazłem.”

…co pewnie miałoby sens, gdyby nie to, że zdecydowałem się opublikować ten artykuł dopiero w rocznicę jego powstania (na całe szczęście pisałem o czymś bardziej uniwersalnym i ponadczasowym, dzięki czemu nie stracił on wiele na aktualności). Zamiast więc naprawiać to intro jak satelitę na orbicie Sedny, w którą jeszcze przed moim przybyciem kosmiczny gruz z ćwierciliard razy przypier…lić zdąży – od razu przejdę do tego, o czym chciałem pisać.

To, do czego zmusiła mnie moja ówczesna sytuacja, przypominało pielgrzymkę rodziców przyszłego „chodzącego po wodzie”, podczas której pocałowali oni więcej klamek kołatek niż żab, jakie musiała pocałować księżniczka, zanim trafiła na zaklętego księcia (nie mogli oni jednak przewidzieć, że liczba zakwaterowanych w Betlejem osiągnie poziom, jaki każe sądzić, że w okolicy odbywają się rozgrywki Euro); wystarczy powiedzieć, że wylądowałem po szyję w… [przypomniał sobie o kim właściwie pisze] w… w tym, w czym wylądowała biblijna „rodzina patchworkowa”, gdy trafiła do stajni Augiasza (jeśli dobrze pamiętam imię zacnego gospodarza).

Szkoda, że bliżej Halloween nie wypadają Walentynki…

Podobieństwa się jednak na tym nie kończą – podczas gdy na nich presję wywierała i ograniczała czasowo – przepraszam za wyrażenie – domokrążna klinika aborcji prewencyjnej imienia Heroda Wielkiego, ja byłem pod presją czasu z powodu codwutygodniowych, niemałych opłat karnych (bankowych), które zaczęły napływać właśnie wtedy, gdy każda pojedyncza złotówka była na wagę trzydziestu srebrników.

To sprawiło jednak, że zacząłem się nad tym zastanawiać.
Pomyślałem sobie, że problemy życiowe przypominają pod wieloma względami zdradliwego Judasza: przychodzą z nieoczekiwanej strony („Siema, Jezus! Nie masz nic przeciwko, że przyprowadziłem do naszej sekretnej jaskini spotkań paru legionistów? Świetnie! Wiedziałem, że się zgodzisz!”), by w najmniej oczekiwanym momencie i bez wyraźnego powodu zadać „przysłowiowy” cios w plecy i zaprowadzić możliwie jak największe zamieszanie w naszym życiu (w moim przypadku było tak, że rok, jaki przeżyłem w spartańskich warunkach rozpoczął się dla mnie dokładnie w tym samym dniu, w którym – po wielu ciężkich próbach – wreszcie zaliczyłem półrocze z gramatyki opisowej).

Czasem wydają się pojawić w naszym życiu tylko po to, by przegrać z naszą wolą przetrwania i pójść się bujać jak Judasz na gałęzi. Nie wierzę natomiast, że jest odwrotnie – że człowiek urodził się po to, aby dać się swoim problemom życiowym pokonać i popełnić umysłowe [eskapizm], duchowe [zejście na drogę przestępstwa] czy fizyczne samobójstwo.

{Choćby nie wiem jak ciężko było, zawsze myślę sobie, że jeśli los (Góra, jeśli ktoś woli) z góry zaplanowała całe moje życie, to musi też czuwać nad tym, bym dożył momentu, w którym mam doświadczyć tego, co dla mnie przygotowała. To przywraca mi wiarę w to, że przetrwam wszystko, co przeżywam obecnie, choćby nie wiem jak ciężka moja sytuacja była i jak nieprawdopodobne się wyjście z tego wydawało (tak, znam to podłe uczucie, gdy nie jesteś w stanie pomyśleć o żadnym sposobie, w jaki jutro mogłoby twoją sytuację zmienić i gdy masz przekonanie, że już całe twoje życie [a przynajmniej duża jego część] taka będzie). To trochę jak z powieścią – wiesz, że główny bohater nie zginie dopóki masz jeszcze połowę książki przed sobą).

„Powróć do mnie, gdy mgła snu już opadnie.
Powróć do mnie silniejsza niż przedtem.
Życzę ci, abyś tonąc w kojących strumieniach czasu,
poczuła wdzięczność za to, że dane ci było przeżyć kolejny dzień,
albowiem dla każdego z nas przyjdzie czas,
gdy zapadnie w sen, z którego już nigdy nie przebudzi się.”
~Assemblage 23 „Lullaby”.

Napisałem „czasem wydają się pojawiać w naszym życiu tylko po to…”, bo wiem, że problemy życiowe i przeżycia przypominające drogę krzyżową mogą być dla nas źródłem wartościowych przemyśleń, praktycznego doświadczenia, przemian wewnętrznych i siły duchowej, będącej w stanie zmienić filozofię człowieka z „w proch się obrócę” w „po moim trupie!” i postawić go na nogi jak Jezusa Chrystusa po tym, jak został na całe trzy dni rozłączony z serwerem rzeczywistości (i obudził się w szczelnie zamkniętej jaskini, jak po jakiejś dzikiej, mocno zakarpianej winem imprezie).

Stwierdzam jednak z przykrością, że większość ludzi prędzej wyciągnęłoby gwoździe z własnych, przybitych do krzyża dłoni (lub banknot z dna akwarium pełnego żyletek, jeśli ktoś woli) niż konstruktywne wnioski z niepowodzeń i nieszczęść, jakich doświadczyli (przychodzą mi tutaj na myśl dzieci Judasza – [niedoszli] samobójcy. Szczególnie na miano dzieci Judasza zasługują ci, którzy uciekają w samobójstwo, zostawiając osoby od nich zależne na lodzie – i to lodzie, który aż iskrzy się od soli).

Nie mam tutaj na myśli prostych wniosków przypominających psychologiczne mechanizmy obronne w rodzaju: „Na przyszłość muszę być ostrożniejszy i pamiętać, aby się tego wystrzegać”, bo pomimo tego, że taka postawa jest pożądana, gdy nieszczęście jest wynikiem twojej bezmyślności, nieostrożności lub przypadku (trudno bowiem oczekiwać, by przeciętny człowiek był w stanie wyciągnąć poważniejsze wnioski z tego, że pędzący w kierunku gwoździa młotek „potrącił” palca jak samochód sarnę na drodze), nie pomaga ona w przypadku, gdy nieszczęście wynika z wyrządzonej komuś szkody lub krzywdy.

Napisałbym: „Wszystko, co robisz do ciebie wraca” (co się ładnie w języku angielskim rymuje – „All you do comes back to you”) i „Okradając naród, okradasz swoje dzieci z przyszłości”, ale politycy wychodzą z założenia, że to właśnie dla swoich dzieci muszą swój naród okradać, bo jeśli oni tego nie zrobią, to zrobi to ktoś inny.

Jeśli jednak nieszczęście jest rezultatem działania na koszt kogoś, kto sobie na to – obiektywnie rzecz biorąc – nie zasłużył, to całkiem prawdopodobne, że na tego, co zawinił będą spadać podobne nieszczęścia (nawet jeśli podobieństwo kończy się na zasadzie „strata za stratę”, „ból za ból” czy „kłótnia za kłótnię” i na tym, jak poważna jest odpłata) i to za każdym razem, gdy zadziała na cudzą szkodę – dopóty, dopóki nie nauczy się postępować lepiej.

Czasem siły wyższe chcą pokazać związek między uczynkiem a konsekwencją natychmiast, aby nie można było kary przypadkowi przypisać i najwyraźniej widać to na przykładzie nagrań przedstawiających przypadki „natychmiastowej karmy”.

Jeśli pani Karma mówi „siedź”, to usiądziesz choćbyś miał sobie nawet tyłek na podłodze odmrozić.

I zapamiętaj sobie raz na zawsze, by nie żałować w przyszłości – nigdy nie zadzieraj z tym, co sprawy z prawami fizyki załatwia po znajomości!

„Przez cier(pie)nie do gwiazd”, jak mówi łacińskie przysłowie. Tak jasnego Syriusza jak on, to jeszcze chyba nikt inny na oczy nie widział…

Powiesz o nim „pies”, a może on dzielnie trzyma liczebność światowej populacji idiotów w ryzach?

Oczywiście, nie wierzyłbym w przypadki „natychmiastowej karmy”, gdybym niejednokrotnie nie doświadczył jej działania na własnej skórze (przy czym muszę zaznaczyć, że nie tylko czyny i słowa, ale również myśli spotykają się z biczującą odpowiedzią ze strony karmy – tym bardziej, jeśli wiesz, że myśl jest zła jak bity latami pies, a nie robisz nic, by ją powstrzymać [„A niech sobie pobiega!”]).

Odkąd tylko pamiętam, czułem obecność „anioła stróża”, który jednak bardziej przypominał policję myśli z książki George’a Orwella pt. „1984”, a to dlatego, że jeśli przez moją głowę przewinęła się moralnie niewłaściwa lub niezgodna z moimi wartościami lub przekonaniami myśl, natychmiast sprawiał on, bym boleśnie zahaczył stopą lub goleniem o nogę najbliższego krzesła, stołu, łóżka (zawsze w dzień); naruszył zęba, który do tamtej pory mnie nie bolał; przygryzł sobie język; prostując się, uderzył o coś głową czy też upuścił kanapkę na podłogę (zdarzało mi się to nadzwyczaj często, bez względu na to, jak pewnie ją trzymałem) itd.

Ciekawe, ile przysłów dałoby się przerobić, by do tej sytuacji pasowały. Głupiemu zawsze piłka w oczy. Kolega strzela, Pan Bóg piłki nosi. Gdyby nóżka nie strzelała, to by główka nie dostała.

Największy problem polegał jednak na tym, że byłem karany za moje myśli, gdy jeszcze nie zdążyłem uświadomić sobie ich istnienia, a co dopiero znaczenia (chyba już nigdy nie dowiem się, czy byłem przez Górę oceniany za „osiągi” supermocy [np. czytanie Bogu w myślach], jakimi zapomniała mnie przy narodzinach obdarzyć…).

W związku z tym przypominam sobie sytuację sprzed… nie mniej niż dwóch i nie więcej niż trzech lat. Chodzi o pomysł, który pojawił się w progu mojej świadomości, gdy byłem akurat w łazience. Pomysł ten najwyraźniej kierował się komunikatami GPS-a (który – swoją drogą – nadal potrafi wyprowadzić kierowcę nie tyle w pole, co na sam środek jeziora), bowiem nie wierzę, by pomysł tak głupi jak wirus, który nie ma zielonego pojęcia jak się rozmnażać, samodzielnie dotarł do mojego umysłu.

Pamiętam, że pomyślałem wtedy o tym, w jaki sposób skorzystać materialnie na skojarzeniu symboliki afrykańskich religii z elementami identyfikacji wizualnej (np. logotypów) wielkich koncernów w celach reklamowych. Mówiąc krótko, widok symbolu religijnego miał przywoływać na myśl element oprawy graficznej przedsiębiorstwa lub produktu (np. kolorystykę, czcionkę, logotyp).

Od osiągnięcia celu dzieliło mnie już tylko trzydzieści srebrników…

Znajdź dziesięć różnic pomiędzy przywłaszczaniem symboliki religijnej a przywłaszczeniem symboliki ideologicznej. Wrócę w następnym wcieleniu, aby zobaczyć, jak ci poszło…

…do czasu, gdy wydarzyła się następująca rzecz…

Zaledwie chwilę po tym, jak owy pomysł przyszedł mi do głowy, gwałtownie pękła bateria łazienkowa osadzona w ścianie przy której stałem. Poczułem się jak Mojżesz, bo woda tryskała jak ze skały. Gdy jednak okazało się, że nie miała ona zamiaru przestać, ponownie poczułem się jak Mojżesz – tylko tym razem, jakby się nade mną morze zamknęło…

Co najciekawsze, nie zdążyłem tej baterii nawet dotknąć. Nie było żadnej zmiany warunków w pomieszczeniu, którymi można byłoby to wytłumaczyć. Jedyne alternatywne wytłumaczenie, jakie przychodzi mi do głowy to takie, że  to ekstremalny przypadek synchronizacji lub niesamowity zbieg okoliczności (ewentualnie niewiarygodnie wielka złośliwość rzeczy martwych).

Zastanawiam się, co bardziej rozzłościło siły wyższe – czy to, że (a) przyjąłem, że czarni są głupi i naiwni, (b) naruszyłem przykazanie „Nie będziesz miał cudzych bogów przede mną”, (c) uznałem, że afrykańscy bogowie nie istnieją, więc nie zasługują na poważne traktowanie, (d) myślałem o sprzeniewierzeniu się własnym zasadom, czy też to, że (e) materialistycznie potraktowałem cudzą religię? (Z jakiegoś powodu przypomniało mi to laureata nagrody Darwina [to nagrody przyznawane za najgłupszą śmierć] z 1999 roku, który podczas burzy z piorunami, jaka zastała go i jego dwóch przyjaciół na łodzi na jeziorze Caddo w Teksasie, rozłożył ramiona jak ukrzyżowany Chrystus i zawołał „No dalej, Boże, wal śmiało!”, co też Bóg [lub dziwny zbieg okoliczności, jak kto woli] uczynił).

Nosi celownik na piersi, a potem się jeszcze dziwi, że do niego strzelali. Cymbał.

Jednym z powodów, dla którego napisałem ten tekst w nieco humorystycznym tonie jest ten, iż podejrzewałem, że ciężko będzie wam w to uwierzyć. W ten sposób ci, którzy w to nie wierzą, potraktują to jako komedię, a ci, którzy mieli podobne doświadczenia natychmiast będą wiedzieć, co jest tak na poważnie, a co nie. Ja wiem, że co najmniej trzy inne osoby, które były wówczas w domu to pamiętają (najbardziej ta, która zaraz po tym próbowała dopływ wody zamknąć i ta, której przypadło naprawianie tej awarii) i to mi wystarczy.

Nie był to jednak jedyny przypadek „natychmiastowej karmy”.

a) Dawno temu napisałem solucję do gry Fallout 2 (myślę, że nadal ją mam). Pewnego dnia pisałem fragment o ślepym szamanie o imieniu Hakunin, który potrzebował pomocy gracza, bo zmutowane, mięsożerne rośliny zadomowiły się w jego ogródku; zażartowałem sobie z jego ślepoty i dokładnie w tym momencie monitor zrobił się czarny, zabierając pracę z ostatnich dziesięciu minut ze sobą (najpewniej do programistycznego astralu, gdzie niezapisane i niedostarczone fragmenty kodu parzą się i mutują jak wirusy, a może nawet przepoczwarzają się w coś więcej).

b) Niemal to samo przydarzyło mi się, gdy siedziałem przy komputerze, pisząc drugą wersję (niepublikowanej) powieści pt. „Ponad Janaakiem” (nie mylić z amatorskim opowiadaniem pornograficznym „Ponad Jankiem”. „Janaak” [czyt. Dżi-naak] to piekło z gry „Septerra Core”, jak również nazwisko jednego z jej twórców. Nie ma się co tłumaczyć – słowo mi się spodobało, a że młody byłem, to zapożyczyłem). Komputer „zgasł” dokładnie w tym momencie, gdy chciałem zasugerować, że bóg nie jest nieomylny (chociaż byli to fikcyjni bogowie, były tam aluzje do wydarzeń biblijnych. Zasugerowałem na przykład, że bogini śmierci spuściła wodę w bagnie otaczającym jej cytadelę, by odzyskać dusze, które uciekły do wody przed czekającym je osądzeniem i że to zbiegło się w czasie z biblijnym potopem).

Ten symbol mówi o relacjach w miejscu pracy – strzałka po prawo obrabia d…ę tej po lewo za to, że lewa włazi w d…ę tej na szczycie, ta na szczycie dobiera się tej po prawo do d…y – za namową lewej oczywiście!

c) W drodze powrotnej z zajęć na uczelni, naśmiewałem się z image’u Marylina Mansona. Mocno padało. Tak się złożyło, że przechodziłem akurat koło szkoły podstawowej, której ogrodzenie biegnie tuż obok chodnika. W momencie, gdy oddawałem się wesołym myślom o M.M., znalazłem się dokładnie przy wielkiej kałuży, przez którą przejechał pędzący samochód. Nie miałem dokąd uciec. Nie miałem czasu na to, by pomyśleć o tym, by się cofnąć, a nawet gdybym miał, to pewnie i tak bym nie zdążył. Przez moment poczułem się jak w sowieckiej Rosji, bo to samochód zrobił mi myjnię.

d) Działo się to parę lat temu, w zimie. Siedziałem z niemal całą moją rodziną w pokoju najmłodszego brata, oglądając telewizję. W pewnej chwili poczułem dziwnie znajomy zapach i oskarżyłem ojca o to, że pił (podczas gdy nie powinien), bo czuć było od niego przetrawionym alkoholem, czemu bardzo stanowczo zaprzeczył (później okazało się, że był to najprawdopodobniej tylko zapach starego popiołu w piecu albo taniego napoju gazowego o smaku jabłkowym [zalatywał fermentem]).

Chociaż konflikt został szybko zażegnany, na rezultat „Nie mów fałszywego świadectwa…” nie musiałem długo czekać. W tym samym pokoju przy komputerze siedział brat z kuzynem. Komputer się zaciął i kuzyn – jak na komputerowego analfabetę przystało – odruchowo wcisnął „power”, czego – z tego, co wiem – robić nie wolno, gdy coś się na dysku zapisuje (a pobierały mi się pliki). Efekt tego był taki, że komputer się już więcej nie uruchomił, a ja straciłem przeważającą część zapisanych na komputerze plików – z tymi  najważniejszymi włącznie.

Przynajmniej teraz będzie ze swoim awatarem z nieutrzymywanego już konta w World of Warcraft dopóki reinkarnacja ich nie rozłączy… a nie, w Chinach oficjalnie zakazali reinkarnacji, więc jest bezpieczny.

e) Zobaczyłem, że jednej z dwóch przechodzących obok mnie osób wypadła tak po prostu złotówka na ulicę. W normalnej sytuacji bym ją tej osobie oddał, ale miałem ochotę na coś słodkiego i nie miałem ani grosza przy sobie, toteż ją zatrzymałem. Nie nacieszyłem się nią jednak długo, bo kawałek dalej jakiś żul poprosił mnie akurat o złotówkę. Gdyby próbował mną manipulować – jak już się zresztą nieraz zdarzyło – najpewniej skłamałbym, że jej nie mam, ale facet mówił wprost, że chce na papierosy, a pieniądz nie był mój, więc mu go dałem. Chociaż możesz powiedzieć, że to naiwnie z mojej strony, z doświadczenia wiem, że cokolwiek, co zostało mi podarowane, a co miało – powiedzmy – wątpliwą historię, bardzo szybko się psuło, również przez nieszczęścia, jakie zdawały się przyciągać.

{to nie pierwszy raz, gdy moja uczciwość była sprawdzana – gdy byłem jeszcze dzieckiem, wszedłem do sklepu, gdzie ktoś zostawił 10 zł, ale nie na ladzie tylko na półce przed nią. Pomyślałem sobie, że to nie zapłata za zakupy, bo gdyby nią była, to już dawno leżałaby w kasie/szufladzie. Przyznam, że przywłaszczyłbym sobie to 10 zł, gdyby nie to, że dokładnie w momencie, gdy miałem po nie sięgnąć, z zaplecza wyszła sprzedawczyni. Z jej pozycji było dobrze półkę z dziesiątką widać, więc postanowiłem nie ryzykować i ją jej po prostu oddałem.

Jak odpłacasz się społeczeństwu złem, karma zawsze wypłaca ci z niego resztę.

Tak się odpłacasz społeczeństwu? Czekaj, Mademoiselle Karma wyda ci resztę.

Wiele lat później, gdy wracałem z uczelni (był późny wieczór i niesamowicie ciężka zimowa pogoda), kierowca wydał mi po ciemku o 10 zł za dużo. Oddałem mu je jednak natychmiast, bez żadnych oporów. I nie żałuję. Gdybym je sobie coś za nie kupił, dziś nie pamiętałbym nawet, co to było, a tak do dziś pamiętam jak mi kierowca ładnie za to podziękował. Może nie ma to materialnej wartości, ale dla mnie ma wartość to, co sobie w ten sposób udowodniłem (inni kupują sobie wielkie i szybkie samochody, by udowodnić sobie, jacy są męscy. Jeszcze inni zdobywają szczyty górskie, by udowodnić przed sobą, że są odważni czy też wyjątkowi i potężni. Ja lubię sobie udowadniać, że nadal jestem wierny swoim zasadom)}.

f) Nie pamiętam, o czym dokładnie pomyślałem (mam tylko niejasne wrażenie, że była to uporczywa i głupia myśl o seksie i aniołach), ale pamiętam, że grając w Diablo II z dodatkiem Lord of Destruction, znalazłem wysokiej klasy unikalny przedmiot i to bardzo rzadki. Wiedziałem, że w momencie, gdy znajdzie się on w moim inwentarzu i zakończę grę, zapisując ją (te opcje są połączone) będzie on już na zawsze mój. Po cichu prosiłem siły wyższe, aby się mi to udało, ale chyba zrozumiały to na opak, bo w momencie, gdy wziąłem przedmiot do wirtualnych rąk… gra się zawiesiła… Chciałbym móc powiedzieć, że żartuję…

Nie miałem powodu prosić sił wyższych o pomoc. Nie przypominam sobie żadnego innego przypadku zawieszenia się gry podczas zapisywania. Nie miałem awaryjnego komputera. Nie miałem zainstalowanych modów, więc kod gry nie został naruszony. Podejrzewam, że prosiłem, bo wiedziałem, jaki los potrafi być złośliwy (a może podświadomie przeczuwałem przyszłość? To nie byłby pierwszy raz).

Boże, potrzebowałem tej elitarnej piki, żeby ci służyć! Jak myślisz, że po co chodziłem zabijać samego diabła i jego braci raz po raz i dwa po dwa? Chyba nie dla unikalnych przedmiotów, co? No dobrze, dla nich też… ale ty to rozumiesz, prawda? Jak Twój syn, Jezus, zszedł do piekła to pewnie też przyniósł stamtąd jakieś fajne unikaty, nie? No widzisz!

{W momencie, gdy pisałem powyższe słowa, przez okno na pierwszym piętrze wskoczył mi do pokoju konik polny. Nie wiem, jak to zrobił, bo okno jest bardzo szczelnie zasłonięte firanką. Powiedziałbym, że to synchronizacją, ale nie mam pojęcia co takiego ten konik polny ma symbolizować…}.

g) Nie dalej jak dwa lata temu prosiłem osobę z mojej rodziny o to, aby nie zabijała pająków i zamiast tego mówiła mi, gdy jakiegoś zobaczy, bo ja go wtedy na zewnątrz wyniosę. Nie posłuchała i nie dała mi szansy go ocalić. Zaraz po jego zabiciu trąciła łokciem szklankę z pastą i szczoteczką do zębów (trzymała je w kuchni), a ta rozbiła się na podłodze. Chwilę potem próbowała przestawić wózek dziecięcy i przytrzasnęła sobie przy tym bardzo boleśnie palec (jego częścią).

h) To również nie było dawno. Osoba, o której piszę nagle dostała dochodową fuchę i pomyślała sobie, że oszczędzi kasę, nie dokładając się do wspólnych rachunków. Najpierw w jej samochód (służbowy) uderzył inny kierowca. W wyniku tego trzeba było kupić nową i nie tak znowu tanią lampę z przodu. To odbiło się na tym, ile jej szef był jej w stanie zapłacić. Potem przywiozła pojazd (na tym polegała jej fucha) i nie zamknęła go na noc. W wyniku tego musiała się po nocy za jakimiś gów…ami uganiać, którzy z niego radio ukraść zdążyli. Niedługo potem pojechała kolejnym pojazdem i pojawiła się w nim usterka, za którą dostała bardzo duży mandat. Normalnie pracodawca powinien ponosić koszty awarii, a nie jego kierowca, ale skończyło się tak, że ani za mandat, ani za jego pracę nie zapłacił, bo – jak na prawdziwego oszusta przystało – zaczął się przed tą osobą ukrywać, kiedy tylko ją zobaczył.

Jestem pewien, że w apokryfach – fragmentach wyciętych z Biblii – Jezus zmiatał hordy zombie falami energii i ujeżdżał welociraptory, a nam dane było tylko przewracanie stołów w świątyni zobaczyć.

Ostatnio uświadomiłem sobie, że całe moje dzieciństwo było jedną wielką lekcją pt. „Co cię spotka, gdy będziesz próbował żyć i zarabiać cudzym kosztem i gdy nie będziesz szanował cudzych pieniędzy”. Dużo by tu opowiadać. Wystarczy jednak jeśli powiem, że osoba, która posłużyła mi za antyprzykład przez całe swoje życie przyciągała osoby (nawet zupełnie jej obce), które robiły jej to, co – szczególnie, gdy piła – robiła innym… osoby z natury tak nieuczciwe, jaką sama potrafiła być (chociaż ciężko mi w to uwierzyć, patrząc na jej obecne zachowanie mam wrażenie, że wyciągnęła z tego jakieś wnioski).

Pamiętam, że takich przypadków było znacznie więcej, jednak prędzej przypomniałbym sobie o czym śniłem, gdy szczytem moich marzeń było uniknięcie leżakowania niż to, co zrobiłem i o czym pomyślałem, zanim mi się za to od karmy oberwało (jeśli jednak chodzi o moment tuż po tym, jak mnie to spotkało, niemal w każdym przypadku wiedziałem za co to było).

„Kobieta zderzyła się z łosiem, jadąc odwiedzić w szpitalu siostrę, która zderzyła się z łosiem.”

To tyle, jeśli chodzi o „madmozellę” karmę. Początkowo tekst miał być krótki i prosty jak sznur wisielca, ale tak już mam, że to, o czym naprawdę chcę pisać objawia się dopiero po tym, jak zacznę pisać na zupełnie inny temat, co niestety zaburza strukturę tekstu. Tak samo było w przypadku tekstu komediowego o seksizmie i mizoginizmie, ale cóż zrobić…

Możesz się zastanawiać, dlaczego w wielu przypadkach spotkało mnie to za niestosowne myśli o sprawach duchowych, a nie spotkało mnie to za pisanie tego tekstu, który przecież żartuje sobie z religii, tabu i ludzkiej tragedii. To nie tak, że zabrałem się za ten tekst z myślą „Och, to dziś napiszę tekst, w którym ponabijam się z historii biblijnych i samobójstwa”. Możesz wierzyć lub nie, ale coś podświadomie „przejęło” ten tekst, podkusiło mnie, bym o tym pisał i bym pisał dokładnie w taki sposób – to było jak bardzo specyficzna, ograniczona tematycznie i stylistycznie wena. Powód poznałem dopiero 14 godzin później, gdy dowiedziałem się, że członek rodziny osoby mi bliskiej popełnił samobójstwo. Powiesił się.

Owe czternaście godzin dzieliło moment dowiedzenia się o śmierci tej osoby od momentu zakończenia pracy nad niniejszym artykułem. Ostatnimi słowami, jakie tamtego dnia naniosłem na „papier” były słowa: „tak jak Judasz”.

Bateria pozostawiła list pożegnalny. Napisała w nim, że czuje się ciągle wykorzystywana w związkach ze sprzętami, w których zawsze jest „tą drugą” i które wyciskają z niej wszystkie soki. Jest na granicy wyczerpania i ma dość takiego (u)życia.

Czy teraz już rozumiesz, dlaczego ta siła chciała, abym pisał o samobójstwie Judasza?

Jeśli tak, to dobrze. Teraz jeszcze chciałbym powrócić na chwilę do tego, o czym pisałem w tytule…

Gdy w końcu rozwiązałem te duże i długotrwałe problemy, o których pisałem na początku, uświadomiłem sobie coś istotnego o celu życia – to, że problemy są jakby awaryjnym substytutem celu w życiu.

Dopóki miałem problem, miałem poczucie, że miałem zadanie, które musiałem wykonać w określonym czasie.

Oczywiście, jak każdy człowiek nie chcę problemów, ale po tym, jak je rozwiązałem, poczułem jakąś zastanawiającą bezcelowość życia. Wydarzenia w życiu nie zdawały się składać na logiczną całość, nie zdawały się do niczego prowadzić. To tak, jakbyś próbował zbudować karierę, pracując przez krótkie okresy czasu w zawodach, które nic a nic nie łączy (więc ani nie stajesz się w niczym naprawdę dobry, ani nie jesteś w stanie skorzystać z doświadczeń z poprzedniej pracy i nie jesteś w stanie znaleźć dla siebie żadnej misji w życiu).

Tak więc problemy pozwalają nie myśleć o problemach egzystencjalnych, odciągają od myślenia o nich… zastępują wewnętrzną depresję, dla której nie ma łatwego rozwiązania i która nie wyznacza konkretnego terminu zakończenia – zewnętrzną, która jasno (zazwyczaj) określa termin rozwiązania i warunki, np. „idź na tą rozmowę o pracy”, „zarób na materiały potrzebne do pozbycia się tej usterki”, „poczekaj te dwa miesiące na załatwienie formalności” itd. (oczywiście inaczej jest z problemami, o których wiesz, że będziesz je miał przez całe życie).

Tak sobie też myślałem o tym, że nie osiągnąłem w życiu nic co miałoby wartość w społeczeństwie, co byłoby symbolem statusu (co oczywiście nie jest do końca prawdą – zdążyłem m.in. zostać dwukrotnie „mikrogwiazdą” [w drugim przypadku z licznym gronem antyfanów, którzy trzymali moje ego w ryzach]) i przyszło mi coś do głowy…

Tak jak teraz bez znaczenia jest to, co wypracowuję dla zaświatów, tak w zaświatach kompletnie bez znaczenia dla mojego następnego życia będzie to, że np. kupiłem sobie nowy telewizor plazmowy (mogę nawet dostać ochrzan za to, że za dużo czasu poświęciłem na uganianie się za rozgłosem, podczas gdy moim zadaniem było złamanie ego, bo Chinom potrzebny jest polityk, który rozumie biedę i nie pozwoli uprzywilejowanej pozycji uderzyć sobie do głowy).

Jezus pogonił banksterów gdzie pieprz rośnie, a że pieprz rośnie w Ameryce Północnej, to stamtąd próbują mu teraz świątynię obciążoną kredytem hipotecznym zająć.

Czasem odnoszę wrażenie, że moje życie składa się z licznych niepowiązanych ze sobą zdarzeń, które najczęściej nie trwają długo i są bez znaczenia dla życia doczesnego. Sądzę, że życie to zbiór przewinień z przeszłości, które muszę odkupić i lekcji, które muszę przepracować. Przepracowanie ich gwarantuje, że długi karmiczne i lekcje do odrobienia się nie skumulują, nie zostaną przeniesione do następnego życia, a kolejne życie stanie się nieporównywalnie łatwiejsze (ktoś może powiedzieć, że wiara w reinkarnację jest głupia, ale ja mówię, że przekonanie, że Bóg gra w kości i jedni rodzą się z dobrym życiem i nigdy nie doświadczają trudnego życia, a inni rodzą się w ciężkich warunkach bez żadnego powodu i nie mają szans na dobre następne życie – jest idiotyczne. Nie jesteśmy równi przez decyzje, jakie podejmowaliśmy w poprzednich inkarnacjach i role, jakie mamy do spełnienia [ciężko jest np. leczyć kogoś z traumy, nie przeżywszy jej i nie zrozumiawszy jej dogłębnie. Bez sensu byłoby też urodzić się z ogromnymi ambicjami intelektualnymi i pracować przez większość życia przy czyszczeniu kanałów, chyba że to np. byłaby kara za to, że komuś kiedyś nie pozwoliliśmy swoich ambicji spełnić i skazaliśmy go na życie spędzone na wykonywaniu najbrudniejszych i najbardziej poniżających z robót]).

Tak sobie myślę, że z zaświatów patrzyłbym na to, czego przepracowania odmówiłem i jakie lekcje zostały mi do przerobienia na następne życie i tak, jak teraz nie rozumiem, czemu te lekcje mają służyć, tak w zaświatach nie rozumiałbym tego, czemu marnowałem swoje życie na zdobywanie dóbr materialnych (przypomina mi to sny, jakie miewałem, a w których zbierałem monety po wyschniętym korycie rzeki tylko po to, by obudzić się z niczym).

Ci, którym żyje się dobrze najpewniej nigdy nie zrozumieją, dlaczego nie chcę mieć samochodu czy możliwości spędzania zimy w ciepłych krajach. Odpowiedź jest prosta – czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

{Nie mówiąc już o tym, że przez całe życie nieświadomie uczyłem się nie definiować swojego szczęścia przez to, co – jak twierdzi społeczeństwo czy marketingowcy i media – mnie uszczęśliwi. Wiem, że modny i drogi samochód czy markowy garnitur to tylko narzędzia, którymi się szybko znudzę, jeśli nie znajdę sposobu na to, by wykorzystać je w sposób zgodny z tym, co postrzegam jako swoją misję w życiu czy tym, co jest moją pasją. Owszem, czasem się zastanawiam się nad tym „jakby to było, gdybym był tym a tym, taki a taki i miał to a to” i czasem dołuje mnie myśl, że wówczas miałbym większe możliwości, ale na co dzień moje poczucie własnej wartości definiuje to, co produktywnego danego dnia zrobiłem i co kocham robić, a nie to, czego posiadania społeczeństwo ode mnie oczekuje. Czuję, że wykonuję potrzebną pracę, której nikt za mnie nie zrobi i ta świadomość mi wystarcza}.

Poza tym nie jestem przekonany, czy w Polsce można zdobyć naprawdę duży majątek całkowicie uczciwie, nie budując go przy tym na ludzkiej krzywdzie (do której zaliczam wyzysk). Nie chciałbym gromadzić majątku w taki sposób, bo wiem, co spotkało osobę, która za pieniądze ukrywała Żydów przed Niemcami, a po zakończeniu wojny po prostu poderżnęła im gardła (sąsiedzi słyszeli stłumione krzyki, błaganie o litość i wołanie o pomoc dochodzące z piwnicy). Teraz w tej rodzinie (która przez pokolenia korzystała z „zaradności” tej osoby) urodziła się dziewczynka z nieuleczalną, bardzo rzadką chorobą, która – jak na moje oko – wygląda na samoistną łamliwość kości, z powodu której kości łamią się np. podczas snu. Przypadek? Nie sądzę. Zauważ też, że ta dziewczynka jest tak ograniczona ruchowo, jak Ci Żydzi byli w tej piwnicy. Jeśli to naprawdę reinkarnacja sprawcy tej rzezi, to musi ona teraz cierpieć przez tyle dni, ile odebrała z życia swoim ofiarom. Jest ona również tak samo zdana na pomoc rodziny, jak oni byli zdani na łaskę sprawcy.

Często, gdy człowiek znajdzie drogę na skróty do swojej "Ziemi Obiecanej", czuje się, jakby miał Boga po swojej stronie, a w połowie drogi i tak kończy jak Egipcjanie...

Często, gdy człowiek znajdzie drogę na skróty do swojej „Ziemi Obiecanej”, czuje się, jakby miał Boga po swojej stronie, a w połowie drogi i tak kończy jak Egipcjanie…

Oczywiście, to ekstremalny przypadek, ale czy np. sami chcielibyście się męczyć z kredytem, do którego zaciągnięcia skłoniliście kogoś, kto nie był w stanie go spłacić albo użerać się całe życie z oszustami jak osoba, o której pisałem powyżej? A może chcielibyście przepracować całe życie za grosze i bez ubezpieczenia jak ludzie, których wykorzystywanie mogło wam w poprzednim życiu pomóc zgromadzić ogromny majątek?

Łatwo sobie wyobrazić, w jaki sposób role mogłyby się odwrócić.

Kiedy jest się porządnym człowiekiem, ciężko zrozumieć, dlaczego np. było się maltretowanym w szkole czy dlaczego ma się „dysfunkcyjnego” rodzica, ale nabiera to sensu, gdy dopuści się do siebie myśl, że w poprzednim życiu samemu nie było się wobec tych osób w porządku. Wiem, że podobnie mogło być w moim przypadku.

Teraz przynajmniej mam pewność, że dopóki nie spotykają mnie większe nieszczęścia, których przyczyn nie potrafię doszukać się w czymś, co zrobiłem – żyję w miarę dobrze.

Oczywiście, każdy z nas ma inne wartości, toteż część z was może krzywić się na myśl o życiu według podobnych zasad i ja to rozumiem. Każdy z nas ma inną karmę, inne przeznaczenie i inną rolę w życiu. Jedyne na co chcę was uczulić to możliwość, że nieszczęścia, jakie was spotykają mogą być sygnałem do zmiany czegoś w waszym postępowaniu. Kto wie, może uszczęśliwicie przez to osoby, na których wam zależy, a przez to sami staniecie się szczęśliwsi?

Ja cierpiałem przez awantury w domu, dopóki nie poszedłem do pierwszej pracy. Po tym one praktycznie ustały. Może to, co was spotyka również próbuje wam przekazać jakąś wiadomość? Przemyślcie to.

To zadziwiające, jakie usprawiedliwienia człowiek potrafi znaleźć, byleby tylko nie przyznać przed sobą, że odpowiada za nieszczęścia, jakie mu się przytrafiają.

O karmie i reinkarnacji mógłbym pisać jeszcze długo, ale – jak sądzę – dla części z was byłoby to więcej niż jesteście w stanie przełknąć. W związku z tym najlepiej będzie, jeśli w tym miejscu ten post zakończę. Mam nadzieję, że sobie to przemyślicie. Może nawet przypomnicie sobie momenty w waszym życiu, które można byłoby uznać za działanie (natychmiastowej) karmy? Może pewne nieszczęścia przestaną was spotykać, gdy zrozumiecie, czego one próbują was nauczyć.

Hej, widzicie te przyciski udostępniania pod tekstem? Bardzo, ale to bardzo was proszę, udostępnijcie ten tekst swoim znajomym na Facebooku, Twitterze, NK, Tumblrze lub na innych popularnych stronach. Nie przejmujcie się, że „i tak go nikt nie przeczyta” – samo to, że ludzie zobaczą, że taki blog jak mój w ogóle istnieje jest już dużą pomocą. Udostępnienie za pomocą tych przycisków zajmie wam tylko kilka sekund, a mnie bardzo pomoże. Jest to naprawdę kluczowe dla przyszłości tego bloga.

Z góry bardzo, bardzo dziękuję za jakąkolwiek pomoc i serdecznie pozdrawiam.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 13 Stycznia 2013, 00:10, Rabka-Zdrój

Chciałbym podkreślić, że zazwyczaj dzielę artykuły tak, jak Marduk podzielił Tiamat – na niebo i ziemię, przy czym niebo to teoretyczny początek, a ziemia to praktyczne zakończenie. Jeśli poszukujesz  praktycznej części, to przejdź do przedostatniego lub ostatniego podrozdziału…

Czy podążasz za tym, co kochasz? Czymś poza zasięgiem twoich możliwości?

Zamieszczony poniżej obraz przedstawia rażonego strzałą miłości Apollina i uciekającą przed nim, ugodzoną strzałą nienawiści, nimfę Dafne. Strzały wypuścił bożek miłości Eros, szukający zemsty za ciężką obrazę własnych umiejętności strzeleckich, porównywalną ze współczesną zniewagą dotyczącą rozmiaru przyrodzenia, jakiej doznał wcześniej ze strony Apollina.

Apollo, zgodnie z zamysłem „snajpera”, zapłonął wręcz narkotyczną miłością do pierwszej kobiety, jaką napotkał na swej drodze, a ponieważ to wątpliwe szczęście spotkało właśnie rzeczoną nimfę, popędził w jej kierunku – tak, jakby gołymi rękoma zwierzynę schwytać usiłował.

Niestety, pierwszym mężczyzną, jakiego zobaczyła nie był jakiś przypadkowy satyr, więc jej wyrastająca z przerażenia nienawiść skupiła się właśnie na nim. Zważywszy jednak na to, że rzucając się za nią w pogoń z „pałeczką sztafetową” na wierzchu [starożytni przedstawiali i wyobrażali sobie mitologiczne postaci najczęściej nago, a rozmnażały się one na tyle licznie, że i w tym przypadku  można wykluczyć, że chodzi wyłącznie o miłość platoniczną] nie różnił się w swoim zachowaniu od przeciętnego, chutliwego centaura, nie posiadającego wyrażenia „za przyzwoleniem” w swoim słowniku kontaktów seksualnych – trudno się dziwić temu, że przed nim uciekła.

Gdy wydawało się już, że zamkną się na niej ramiona prześladującego ją boga, wybłagała u boskich rodziców ratunek, który przyszedł w postaci przemiany w drzewo laurowe.

Powyższy wstęp nie stanowi wyłącznie pretekstu do zamieszczenia w tym wpisie mojego ulubionego obrazu, gdyż niedoszli kochankowie reprezentują tutaj dwie fundamentalne, problematyczne i niestety, rozpowszechnione postawy ludzkie. Przekonaj się, czy sam nie powielasz tych szkodliwych postaw, czytając dalej…

Kłoda w łóżku

Zabawa w chowanego nigdy nie była już taka sama, odkąd nauczyła się przybierać postać miejsca zaklepywania…

Apollo reprezentuje obsesyjne, nieugięte i niestrudzone dążenie do celów, które dążącego najzwyczajniej przerastają lub obiektywnie rzecz biorąc są praktycznie niemożliwe do osiągnięcia. Oczywiście, reprezentuje także usilne, graniczące z uporczywością, nakłanianie innych do wykonywania czynności, które nie zyskują ich aprobaty, gdyż służą głównie spełnieniu egoistycznych potrzeb nakłaniającego.

Niebezpieczeństwo nieustępliwości, graniczącej z natrętnością, polega na tym, że bardzo łatwo jest stracić korzyści z długotrwałych, pozytywnych więzi międzyludzkich z oczu, poświęcając je dla natychmiastowej gratyfikacji poprzez wymuszenie spełnienia własnych potrzeb.

Natrętność wywołuje przeradzające się w coraz bardziej ekstremalne, zależne od częstotliwości nawiedzeń i czasu trwania „kampanii”, reakcje emocjonalne – począwszy od zakłopotania lub lekceważenia, poprzez rozdrażnienie i nieuprzejmość, a na dążeniu do unikania kontaktu i nienawistnej wrogości skończywszy.

Odnoszę jednak wrażenie, że większość ludzi albo nie uświadamia sobie, jak bardzo ich prośby są uciążliwe dla innych albo robi sobie z tego tyle, co Apollo…

Jeżeli chcesz wiedzieć, czy Apollo rzeczywiście wziął maksymę „jesteś zwycięzcą, dopóki nie uznajesz swojej porażki” zbyt dosłownie, wystarczy, że zapoznasz się z pełną wersją tego mitu, albowiem prędko odkryjesz, że wykonał dla siebie z liści niedoszłej kochanki wieniec laurowy – symbol zwycięstwa. Jeżeli w ogóle można mówić o zwycięstwie, jest to zwycięstwo równie słodkie jak łyżka cynamonu…

Oczywiście, można interpretować to tak, że wieniec symbolizuje tutaj zwycięstwo nad własnym obsesyjnym dążeniem do celu i umiejętność zrezygnowania z dalszego pościgu, gdy cel okazuje się nieosiągalny. Ponownie przykładem posłużyć może Apollo, który nie dość, że miał wielmożnych bogów za przyjaciół, a nie zwrócił się do nich po pomoc, to jeszcze nie wysilił się na tyle, by dorównać Orfeuszowi, który za swoją ukochaną Eurydyką aż do piekła poszedł…

Czy uciekasz przed tym, co kochasz? Przed tym, co może dać ci szczęście?

O ile nietrudno dopatrzeć się podobieństw pomiędzy opisanym powyżej typem psychologicznym a bohaterem tego mitu, o tyle powiązania pomiędzy rzeczoną nimfą, eskapistycznym postępowaniem oraz tytułem niniejszego artykułu mogą nie być dla was całkowicie zrozumiałe czy racjonalne, ale… odpowiedzcie sobie na następujące pytanie:

Czy racjonalne jest unikanie i uciekanie przed robieniem tego, co się naprawdę kocha lub usprawiedliwianie własnej bezczynności, wygodnictwa, pesymizmu, które tylko stoją na przeszkodzie w realizacji własnych pragnień i marzeń?

Uciekanie w gry, książki, telewizję, seks, sen, substancje odurzające, marzenia… jeśli chodzi o „dafnizm”, to wszyscy jesteśmy nimfomanami.

Dafne reprezentuje niechęć i opór przed wprowadzeniem zmian w nasze życie. Czymże są korzenie drzewa laurowego, którego postać przybrała, jak nie cechami trzymającymi ludzi w miejscu nawet wtedy, gdy warunki panujące wokół są nie tyle niesprzyjające, co wręcz niebezpieczne? Mam je wymienić? Proszę bardzo…

  • Wpojone wzorce zachowań
  • Lęk przed porażką, stratą
  • Wygodnictwo
  • Nawyki
  • Pesymizm
  • Poczucie bezpieczeństwa
  • Nieprzyjemne doświadczenia

Z powyższych powodów Dafne reprezentuje zagłuszanie własnych pragnień poprzez usprawiedliwianie własnej bezczynności, wygodnictwa, lęków czy też  poniesionych porażek.

„Dafniczna” postawa może wystąpić w przebraniu znanym z przypowieści o lisie i winogronach, w której rudzielec – nie będąc w stanie dosięgnąć owoców – porzucił próby zerwania ich i usprawiedliwił swoją porażkę, umniejszając korzyści, jakie mógłby z tego mieć. „Pewnie i tak były niedobre” – wymamrotał na odchodnym.

Czy budujesz wizję przyszłości na fundamencie śmietniska podświadomości?

Rzeczywistość jest tym, co podświadomość postrzega jako rzeczywistość.

Lektura książek przypomina pożar – nie wszystko udaje się z niego wynieść, a w tym przypadku z dymem pamięci poszedł tytuł książki, w której czytałem  o tym, że w pewnych rodzinach bieda jest dziedziczona przez wiele pokoleń, czego przyczyny dopatrują się nie tyle w niemożności znalezienia pracy, co we wpływie nacechowanego przez biedę środowiska na dorastających w nim członków rodziny, albowiem wychowując się pośród ludzi odczuwających bezradność i pozbawionych wszelkiej nadziei, nabierają przekonania, że nie mają nawet co marzyć o lepszym życiu, a co dopiero się o nie starać.

Czy w przypadku osób dziedziczących duchową pustkę można w ogóle mówić o obiektywnym postrzeganiu rzeczywistości? Czy należałoby mówić prędzej o osobistej rzeczywistości?

Ponieważ człowiek jest sumą własnych doświadczeń, każdy uważa, na zasadzie logicznego ciągu przyczynowo-skutkowego, iż postrzega rzeczywistość w sposób obiektywny. Jego tok myślenia można sprowadzić do następującego schematu: „Mam problem x, ponieważ mam problem y, a problem y mam dlatego, że mam problem z, który jest rezultatem problemu v… więc rozwiązanie problemu jest niemożliwe”. Początkowo miałem podać przykład nieistniejącego bezrobotnego, który wykonał całe drzewo genealogiczne dla przyczyn swojego problemu, lecz przypomniałem sobie mój własny sposób myślenia na temat niemożności kontynuowania studiów, więc to nim posłużę się tutaj jako przykładem:

„Nie jestem w stanie kontynuować studiów, bo nie posiadam pieniędzy zarówno na opłacenie czesnego, jak i przejazdów do odległego miasta, w którym znajduje się wybrana uczelnia, jak również na wynajęcie pokoju. Nie posiadam pieniędzy, ponieważ nie mam zamożnej rodziny. Nie mam zamożnej rodziny, bo matka jest idealistką wywodzącą się z biednej rodziny, a wywodzący się z rolniczej rodziny ojciec nie tylko nie otrzymał majątku w wyniku konfliktów własnych rodziców z ich rodzeństwem, ale również wcześnie popadł w alkoholizm, więc niewiele się w życiu dorobił. W wyniku tego, że nie był obecny w moim wychowaniu, a matka nie potrafiła właściwie wyceniać swojej pracy, nie byli oni w stanie nauczyć mnie przedsiębiorczości i zaradności materialnej. Ponieważ brakowało mi zaradności materialnej i przedsiębiorczości, znalezienie pierwszej pracy stanowiło dla mnie wielkie wyzwanie i podjąłem ją dosyć późno w moim życiu. Ponieważ podjąłem ją niedostatecznie wcześnie, nie zdążyłem zdobyć wystarczająco doświadczenia, by znaleźć w miarę stałą i dobrze płatną pracę, która pozwoliłaby mi opłacić studia. Pracując na takich warunkach byłbym w stanie studiować wyłącznie zaocznie, czego nie chciałem z powodu niewystarczającego kontaktu z językiem obcym w przypadku studiów językowych, jak również nieumiejętności pogodzenia nauki z pracą, o którą siebie podejrzewałem… Nabrałem więc przekonania, że studia dzienne w kierunku tłumaczeń językowych są dla mnie nieosiągalne.”

Czy była to jednak obiektywna ocena moich możliwości, czy też rzeczywistość, jaką stworzyłem na podstawie błędnych przekonań?

Nasze mózgi odbierają miliardy bitów informacji na sekundę, a przez filtr naszych doświadczeń przedostaje się do świadomości mniej niż tysiąc, więc wszyscy postrzegamy rzeczywistość błędnie.

Cóż, raczej trudno mówić o obiektywnej ocenie rzeczywistości, jeśli inna osoba lub wydarzenie jest w stanie nas skłonić do dokonania czegoś, przed czym się opieraliśmy, bo wydawało się to nam niemożliwe do wykonania, przerażało nas możliwymi konsekwencjami lub zniechęcało wymaganym nakładem pracy.

W moim przypadku weryfikacja poglądu na temat własnych możliwości nastąpiła zarówno za sprawą wydarzenia, jak i zupełnie obcych mi osób. Pierwszą pracę znalazłem za sprawą awantury domowej, która skłoniła mnie do tego, by wyjść na miasto i jej poszukać, ale nie byłoby to możliwe, gdybym zaledwie kilka dni wcześniej nie przeczytał wyjętego z życiorysu artykułu przeznaczonego dla artystów-wolnych strzelców. W pamięci zapadł mi następujący fragment:

Autor mieszkał w mieście o wysokim poziomie bezrobocia, więc sam nie posiadał pracy. Samodzielne wynajmowanie mieszkania przekraczało jego możliwości finansowe, więc wynajął mieszkanie wspólnie z dwójką dziewczyn. Kiedy poznały jego sytuację zawodową, doszły do wniosku, że najwyraźniej szukał pracy tak, by jej nie znaleźć, wobec czego poprzysięgły mu, że nie wpuszczą go do mieszkania, jeśli nie złoży im sprawozdania z tego, co danego dnia zrobił, aby znaleźć pracę. Postawiony w takiej sytuacji, znalazł zatrudnienie w ciągu kilku dni. Co prawda, jako pomywacz w restauracji, ale pozwoliło mu to pracować nad własną karierą artystyczną i doczekać się lepszych czasów.

Nie powinno więc was zdziwić, że to właśnie myśl „nie wrócę do domu, dopóki nie znajdę pracy” towarzyszyła mi podczas chodzenia od jednego potencjalnego pracodawcy do drugiego. Na szczęście jednak uniknąłem spania pod mostem, bo znalazłem zatrudnienie w czwartym miejscu, które tamtego dnia odwiedziłem.

Najważniejszą lekcję dotyczącą postrzegania rzeczywistości otrzymałem jednak, gdy leżałem na fotelu dentystycznym przed poważnym zabiegiem, nim jeszcze wprowadzono mnie w narkozę. Zostałem podłączony do aparatury pokazującej na liczniku elektronicznym moje tętno – i to w liczbach. Zachowałem dostateczną przytomność umysłu, by – wpatrując się w licznik – najpierw wyobrażać sobie, że czeka mnie zabieg przypominający inkwizycyjne przesłuchanie czarownicy, a potem że znalazłem się w dobrych rękach wcielonych aniołów, przy których nic mi nie groziło.

Tym, co wywarło na mnie największe wrażenie była natychmiastowa i znaczna zmiana tętna przy braku świadomego wpływu na prędkość oddychania z mojej strony. Miałem wrażenie, że oscylując między jednym stanem umysłu a drugim, znalazłem przełącznik do światła podłączony do moich emocji.

Zastanawiające jest jednak to, że wystarczyło mi wymyślić sobie lęk, którego tak naprawdę nie mam, by sprawić, aby moje ciało „rozchorowało” się na samą myśl o nadchodzącej zmianie. W momencie, gdy to piszę, przypomniały mi się słowa z bloga mojego znajomego: „ciekawe, co jeszcze jest możliwe…”, gdyż zacząłem się zastanawiać, ile jeszcze możliwości zaprzepaściłem przez lęki, które nie były ani nabyte we wczesnym dzieciństwie, ani zaszczepione przez ludzi z mojego otoczenia. Podejrzewam, że nie jestem w tym odosobniony, więc w tym miejscu powinniśmy sobie odpowiedzieć na następujące pytanie…

Czy osobista rzeczywistość jest równoznaczna z obiektywną rzeczywistością?

https://ted.com/talks/view/id/1126

Nie, osobista rzeczywistość nie jest obiektywną rzeczywistością. Obiektywną rzeczywistość reprezentuje nieistniejąca w wymienionym na początku artykułu micie postać – będąca średnią pomiędzy cechami Dafne i Apollina. Stanowi dla nas pewien ideał, do którego powinniśmy dążyć, bowiem potrafi realistycznie oceniać zarówno własne możliwości, jak i zasadność własnych lęków.

Podczas gdy postawę „dafniczną” można określić słowami: „nie potrafię, więc nie zamierzam próbować”, a postawę „apolliniczną” – „jak bym tak myślał, to bym nigdy nic nie zrobił”, postawę pośrednią można określić tak: „nawet jeśli tego nie potrafię, przygotuję się jak najlepiej i spróbuję, zaczynając od tego, co wiąże się z najmniejszymi możliwymi szkodami dla mnie i dla innych, a w wypadku porażki nie poddam się, tylko spróbuję nauczyć się robić to znacznie lepiej”.

„Zawsze robię to, czego jeszcze zrobić nie mogę, aby nauczyć się, jak to zrobić.” ~Salvadore Dali

Wspomniałem jednak przed chwilą lęki nabyte we wczesnym dzieciństwie, jak i lęki wynikające ze słów innych ludzi, które obniżyły naszą pewność siebie oraz poczucie wartości. Chciałbym poruszyć kwestię tych lęków w odniesieniu do postrzegania rzeczywistości.

Osobistą rzeczywistość człowieka określają przekonania przyswajane przez jego podświadomość dotąd, aż nie rozwinie on umiejętności krytycznego myślenia, która osłoni jego podświadomość przed szkodliwymi wpływami… o czym można się przekonać, patrząc na przykład dzieci, które skłonne są uwierzyć dorosłym na słowo, niezależnie od tego jakiego kalibru jest kłamstwo powiedziane czy to w imię wątpliwej rozrywki, czy dla wywołania pożądanego zachowania.

Podświadome przekonania zniekształcają postrzeganie rzeczywistości również w inny sposób. Przykładem może być niskie poczucie wartości wynikające z przekonania o własnej brzydocie zaszczepionego przez rówieśników w szkole. Przykładem może być także małżeństwo, które z czasem zaczyna przypominać porażkę, jaką był związek własnych rodziców. Przykładem może być również niskie wycenianie wartości własnej pracy, nieumiejętność żądania godziwej zapłaty za własną pracę i przyciąganie ludzi wykorzystujących to na wszelkie  sposoby.

Pamiętam dyskusję, jaka wywiązała się z mojego pytania o sposoby przebicia się do branży gier komputerowych, a która następnie przerodziła w pewnego rodzaju sesję terapeutyczną, podczas której osoby, które próbowały mi pomóc otrzymały w odpowiedzi wątpliwości nie różniące się niczym od tych, jakimi częstowała mnie własna podświadomość zawsze wtedy, gdy próbowałem coś zmienić w swoim życiu.

Uczestnicy tej dyskusji nie mogli uwierzyć, że można naprawdę wierzyć w takie rzeczy, jakie podałem jako argumenty przeciwko dążeniu do spełnienia własnych marzeń.

Podejrzewam jednak, że byliby równie zaskoczeni, gdyby dowiedzieli się, iż widniejąca na zdjęciu poniżej bielizna jest…

…namalowana bezpośrednio na ciele żywej, oddychającej modelki.

Choć wyrywanie chwastów z podświadomości było tylko nieprzewidzianym efektem ubocznym dyskusji, okazało się, że konfrontując swoje podświadome przekonania z rozsądnymi argumentami i doświadczeniem dyskutantów, byłem w stanie zapędzić podświadomość w ślepy zaułek, dzięki czemu nie była już zdolna racjonalizować coraz bardziej przypominających absurd przekonań.

Jedną z najważniejszych rzeczy, jakich nauczyłem się w życiu jest również to, że budujemy przyszłość na podstawie przeszłości – ponieważ jednak brzmi to trochę trywialnie, postaram się rozwinąć tę myśl. Wizję swojej wymarzonej przyszłości tworzymy głównie z cegieł doświadczeń z przeszłości, a ponieważ tych cegieł najczęściej wciąż brakuje, podświadomie uzupełniamy wszelkie luki w konstrukcji „zaprawą” z obaw, uprzedzeń, czarnych scenariuszy wydarzeń, szkodliwych i nieprofesjonalnych rad, dogmatów sukcesu (w rodzaju „pierwszy milion trzeba ukraść!”), usprawiedliwień, błędnych wyobrażeń, fantazji, schematycznych zachowań, liczenia na szczęście i tym podobnych…

…a potem nie możemy wyjść ze zdumienia, widząc grożącą zawaleniem wizję przyszłego życia czy kariery, którą zbudowaliśmy sobie sami na fundamentach celu lub marzenia,  a do której obawiamy się teraz zbliżyć nawet o krok.

Nietrudno sobie wyobrazić, jaką przewagę nad cegłami ma w takiej konstrukcji „zaprawa” – w odróżnieniu od konkretnych, ciążących w ręku, wymagających ciężkiej pracy cegieł, „zaprawa” powstaje w dużych ilościach przy minimalnej ilości wysiłku, a przy tym pomaga podtrzymać wrażenie, że robi się widoczne postępy w pracy nad zbudowaniem wymarzonej przyszłości, podczas gdy tak na prawdę nie jest się ani o krok bliżej celu.

Podejrzewam, że większość ludzi, gdyby tylko mogła, zbudowałaby swoją własną przyszłość wyłącznie z zaprawy…

…a tak zachowywaliby się ludzie niedojrzali emocjonalnie, gdyby tak zamurować im przejście przez szafę, prowadzące do  fantastycznej krainy Narnii…

„Nie śpię, bo trzymam kredens.”

Przyznam, że do niedawna sam wykazywałem podobną postawę w przypadku marzenia związanego ze wspomnianą powyżej dyskusją na temat branży gier komputerowych.

Zamiast sumiennie opracowywać swoje portfolio, czyli tworzyć dzieła, dzięki którym mógłbym „ująć za portfel” potencjalnego pracodawcę, zastanawiałem się, jak mógłbym przedostać się do środowiska twórców gier komputerowych i dołączyć do zespołu tworzącego ambitną grę, ale jak najmniejszym kosztem.

Podejrzewam, że moglibyście przyjąć patologiczną niechęć do wysilania się za przyczynę takiej postawy, jednak tak naprawdę chciałem uniknąć poświęcenia części życia na wykonywanie dzieł, które okazałyby się stratą czasu i wysiłku, gdyby zostały odrzucone. Najwyraźniej moje wiadro z „zaprawą” było jak róg obfitości – niewyczerpalne. Na szczęście jednak poznani ludzi z branży wybili mi podobne pomysły z głowy…

Przyglądając się mojej postawie, można śmiało powiedzieć, że miałem motywację i entuzjazm Apollina, ale mobilność i inicjatywę zakorzenionej, wegetującej Dafne. W tym względzie nie różniłem się wiele od statystycznego amatora gry na instrumencie, który porzucił swoją pasję, wmawiając sobie, że się do tego nie nadaje, choć nie próbował nawet grać wystarczająco długo, by przekonać się, czy rzeczywiście nie jest w stanie osiągnąć ponadprzeciętnej biegłości w tej dziedzinie…

…albo też młodego przedsiębiorcy, przekonanego, że nie da się konkurować z wielkimi firmami bez wielkiego kapitału zakładowego czy prężnej kampanii reklamowej (należałoby wspomnieć w tym miejscu o historii producenta gier komputerowych id Software, który z zespołu kilku pasjonatów bez niczego do stracenia przeistoczył się w wielką firmę i żywą legendę w branży, zyskując na przełamywaniu jednego dogmatu w myśli biznesowej po drugim)…

…albo mężczyzny, obawiającego się podejść do kobiety, bo odgórnie zakłada, że zostanie spławiony…

…albo jednego z was, żywiącego wielkie nadzieje i marzenia, a nie próbującego ich spełnić nawet krok po kroku, przekonanego o daremności prób ich spełnienia.

Tymczasem powinniśmy być niczym Nick Vujicic, który – posługując się metaforyką niniejszego tekstu – wbrew wszelkim oczekiwaniom przezwyciężył wrodzone „zakorzenienie”, zachował „apolliniczną” determinację, zdefiniował „niemożliwe do osiągnięcia” na nowo, przełamał piętno daremności i odszedł od koncentrowania się na sobie czy własnych potrzebach, zostając jednym z najskuteczniejszych mówców motywacyjnych świata. Jego niezwykłość widać zresztą na pierwszy rzut oka…

Lęk jest wynikiem pozostawienia wyobraźni zbyt dużego pola do popisu!

Chociaż motywem przewodnim wykładu Michaela Shermera jest związek pomiędzy dziwnymi przekonaniami a umiejętnością dostrzegania zależności, schematów, podobieństw i ukrytych prawideł rządzących rzeczywistością, poruszony został też związek rzeczonej umiejętności z racjonalnym strachem i nieracjonalnym lękiem.

Shermer podzielił błędy poznawcze na dwie kategorie: błąd pierwszego stopnia polega na przypisaniu szelestu w trawie czającemu się tam tygrysowi, który okazuje się tylko szelestem trawy poruszonej przez wiatr, z czym nie wiążą się żadne nieprzyjemne konsekwencje dla człowieka. Błąd drugiego stopnia polega na przypisaniu szelestu w trawie powiewowi wiatru,  którego przyczyną okazuje się jednak tygrys, znajdujący się wystarczająco blisko, by wrócić do legowiska z tym w pysku, który niedostatecznie szybko przebierał nogami.

Właściwe rozpoznanie stopnia błędu, jaki można popełnić w sytuacji, gdy chodzi o życie lub śmierć, a na podjęcie decyzji jest tylko ułamek sekundy czasu, może być niezwykle trudne, toteż przyjmowanie urojonych zagrożeń za prawdziwe stało się domyślnym wyborem, ewolucyjnym odruchem.  W końcu popełnienie błędu pierwszego stopnia wiąże się ze znacznie niższym kosztem, niż popełnienie błędu drugiego stopnia.

Uważniejszy czytelnik zapewne zauważy, że błąd pierwszego stopnia odpowiada postawie „dafnicznej”, podczas gdy błąd drugiego stopnia jest odpowiednikiem postawy „apollinicznej”. Ona dostrzega tyle zagrożeń, ile on lekceważy.

W tym miejscu chciałbym powrócić do właściwej części tekstu i nawiązać tak do budowania przyszłości na podstawie przeszłości, jak do twierdzenia, iż lęk jest wynikiem pozostawienia wyobraźni zbyt wielkiego pola do popisu…

Jeśli w przeszłości wyrosło przekonanie, że pierwsza rozmowa kwalifikacyjna będzie wiązała się z upokorzeniem, goryczą porażki, nieszczęściem spotkania nieuczciwego pracodawcy, zaprzepaszczeniem własnych szans przez nadmierne zdenerwowanie, to wyobraźnia na podstawie tych przekonań utworzy największą możliwą liczbę przerażających, choć niekoniecznie prawdopodobnych wizji, np. przedstawiającą możliwość spotkania się z dosyć nieuprzejmą odmową w obecności pracowników firmy lub współpracowania z ludźmi, których frustracje najwyraźniej przerodziły się w uciążliwą, chroniczną złośliwość.

Doświadczenie – bez względu na to czy dobre, czy złe – obniża strach, bo zawęża możliwości do zaledwie kilku opcji. Rzeczywistość nie jest nawet w przybliżeniu tak kreatywna jak wyobraźnia, o czym możesz się przekonać, zastanawiając się, jaka jest najgorsza, prawdopodobna i realistyczna rzecz, jaka może Ci się w danej sytuacji przytrafić.

Nie wiem, czy jesteś tego świadom, ale pośród dziesiątek czarnych scenariuszy, jakie masz w głowie – nawet, jeśli wszystkie wydają ci się prawdopodobne – zaistnieć naraz może tylko jeden jedyny… co jednak nie przeszkadza człowiekowi martwić się nimi wszystkimi jednocześnie. Pomyśl sobie przez moment, jaka jest najgorsza rzecz, jaka może się w danym przypadku stać, a następnie pomyśl, jaki jest najbardziej prawdopodobny czarny scenariusz. Wątpię, aby scenariusze się pokrywały. Im czarniejszy scenariusz, tym mniej prawdopodobny. Dlaczego?

Reakcja rzeczywistości na wykonanie niedozwolonej, nieprzewidzianej operacji jest zadziwiająco podobna do reakcji społeczeństwa na to, że naciskasz przycisk myszki i dżojstika zarazem, tzn. jesteś biseksualny.

Ludzie zazwyczaj nie mają czasu na wymyślanie najbardziej kłopotliwych dla Ciebie scenariuszy, szczególnie podczas bezpośredniej rozmowy, gdzie decyzje o tym, jak zareagować podejmowane są niemal natychmiast, a najbezpieczniejszy dla pracodawcy jest taki sposób postępowania, który przyniesie jakieś korzyści lub pozwoli uniknąć nieprzyjemnych konsekwencji.

Jeśli trzy rozmowy kwalifikacyjne przebiegły w grzecznej, przyjaznej atmosferze, to na następną rozmowę pójdziesz z przekonaniem, że jest to regułą, gdyż pracodawcy nie chcą szkodzić własnej reputacji przez obracanie kandydatów przeciwko sobie, wiedząc, że jedną z pierwszych rzeczy, jaką usłyszą ich bliscy i przyjaciele, to relacja z tego, jak zostali potraktowani, co najpewniej zostałoby przekazane dalszym osobom.

Ponieważ doświadczenie pokazuje, że rzeczywistość jest w istocie znacznie mniej kreatywna niż wyobraźnia (a przynajmniej w sytuacjach i miejscach, w których obowiązują określone normy zachowania i zasady), po odbyciu kilku rozmów kwalifikacyjnych raczej nie przyjdzie Ci już na myśl uwzględniać bardziej wymyślnych możliwości, np. tego, iż potencjalny pracodawca będzie nietrzeźwy, będzie się zachowywał chamsko, nie będzie potrafił utrzymać swoich hormonów na wodzy, że wciągnie nas w przekręty finansowe itd.

Najskuteczniejszym sposobem zmiany naszej przyszłości jest zmiana sposobu, w jaki postrzegamy przeszłość, czyli zdobycie doświadczenia, które unieważni wyobrażenia wynikające z jego braku lub błędy popełnione przez jego brak. Każdy kolejny krok w kierunku rozmowy kwalifikacyjnej likwiduje po kolei Twoje obawy. Samo wyjście z domu likwiduje obawę o to, że nie będziesz miał odwagi przyjść, że nie będzie Ci się chciało wyjść z domu. Pracownicy, których przez lata widywałeś w tej samej pracy mogą świadczyć o tym, że atmosfera w pracy jest wystarczająco dobra, by nie chcieli tej pracy zmieniać. Nawet, jeśli Twoje przypuszczenia są błędne, mogą Tobie pomóc zniwelować stres do czasu rozmowy z samym pracodawcą, gdy będziesz już mógł przekonać się, czy Twoje podejrzenia były słuszne.

Wychodząc z pierwszego budynku, w którym nie zdołałem znaleźć zatrudnienia,  dokonałem pewnego fascynującego odkrycia. Myślałem sobie, że każda kolejna rozmowa z potencjalnym pracodawcą i każda kolejna porażka będzie wyglądać tak samo – i to bez względu na to, ile prób podejmę. Spodziewałem się, że będzie tak dopóki nie zasnę i dopóki podświadomość nie uporządkuje doświadczeń i wrażeń. Byłem niezmiernie zaskoczony tym, iż doświadczenie przyszło niemal natychmiast, dzięki czemu mogłem je wykorzystać, choćby podświadomie, już podczas kolejnej próby zdobycia pracy. Przybyło mi pewności siebie, wiedziałem, jakich błędów unikać, wiedziałem, jak z pracodawcą rozmawiać, na czym się skupiać i wiedziałem, co zrobić inaczej. Tak gwałtowna zmiana wydaje się nieprawdopodobne, ale podaję przykład eksperymentu naukowego, który za tym przemawia:

Przeprowadzono niegdyś eksperyment naukowy, który polegał na określeniu za pomocą rezonansu magnetycznego części mózgu, jakie „podświetlały” się przed i podczas wykonywania przez małpę czynności, jaką było pocieranie szczoteczką do zębów o opuszki palców. I co się okazało? Ta prosta czynność fizycznie zmieniła mózg małpy.

Doświadczenie nie jest więc byle przelotną myślą, nie wywierająca większego wpływu na przebieg naszego życia.

Doświadczenia wpływają na nasze postrzeganie tego, co jest możliwe, a co nie. Tak jak doświadczenie ma za zadanie przekonać nas, że większość czarnych scenariuszy jest nieprawdopodobna, tak poniższe nagranie może pokazać wam, że pozornie niemożliwe rzeczy są jednak możliwe.

Czy widzieliście kiedyś suchą wodę? Atrament, który wyczuwa sposób położenia papieru? Żelowy magnes? Ponad dwumetrowy kij, który można schować w kieszeni? Przekonaj się sam, że to nie jest fikcja.

                                      https://ted.com/talks/view/id/385

Podejrzewam, że nie jest to jedyny raz, gdy zajmę się tym tematem, więc dalsze przemyślenia zawrę w przyszłym artykule.

A tymczasem zostawię Was z pytaniem, na które każdy powinien odpowiedzieć sobie sam:

Czego się właściwie boisz?
Lęk to paraliżujące twoje działania myśli o zaprzepaszczeniu szans na zdobycie czegoś, czego nigdy nie będziesz miał.

Dlaczego? Pomyśl… lęk najprawdopodobniej nie pozwoli ci zrobić niczego w kierunku osiągnięcia celu, czyż nie? Powiedz mi w takim razie, czym to się różni od podjęcia próby zakończonej porażką? Niczym. No, może za wyjątkiem tego, że w pierwszym przypadku jesteś uboższy o doświadczenie.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 8 Czerwiec 2011, 13.34.

Jeśli artykuł Ci się spodobał bądź uważasz, że komuś może się spodobać, przydać lub komuś pomóc, bardzo proszę o podzielenie się ze znajomymi i przyjaciółmi linkiem do określonego wpisu lub do samego bloga. Bardzo potrzebuję promocji i konstruktywnych komentarzy, aby móc kontynuować to, co robię. Statystyki i komentarze dają mi poczucie, że nie piszę do ściany, a to dla mnie bardzo ważne.

Jestem otwarty na wszelkiego rodzaju współpracę, np. wymianę linków, użycie treści na potrzeby innych mediów (np. filmów na Youtube), gościnne wpisy na innych, często odwiedzanych blogach, promocję rzeczy (książka, grafika, tekst, artykuł rzemieślniczy, usługa itp.), które spodobają mi się osobiście i które będę uważał za nieszkodliwe lub wartościowe dla moich czytelników… i tym podobne.

Z całego serca dziękuję wszystkim osobom, które zainteresowały się artykułem, czytały lub przeczytały go, a przede wszystkim tym, które podzieliły się ze mną swoimi opiniami, gdyż pozwoliły mi one artykuł dopracować i rozwinąć.

Pozdrawiam serdecznie i życzę wam wszystkim wszystkiego najlepszego w życiu.

%d blogerów lubi to: