Tag Archive: Pragnienia


Z ciekawości zapytałem kiedyś ludzi śledzących mój inny blog, czy zauważyli taką zależność.

Jak można się domyślić, większość nie zwracała na to uwagi i nie potrafiła powiedzieć, czy w ich życiu tak jest.

Było jednak sporo osób, które czuły, że ich dobre dni są zawsze kosztem następnego.

Nie mówię tutaj o przypadkach, gdzie człowiek mniej lub bardziej świadomie kompensuje sobie odpoczynkiem i przyjemnościami obowiązki, o których wie, że będzie musiał następnego dnia wykonać – albo sytuacje, w których będzie musiał uczestniczyć.

Choć nawet wtedy, gdy człowiek świadomie kompensuje sobie to, co go jutro czeka, życie zdaje się człowiekowi sprzyjać i to w dziedzinach, które są poza jego kontrolą. Na przykład ludzie wydają się wtedy bardziej życzliwi – tak wobec nas, jak i siebie nawzajem.

Głównie chodzi mi jednak o sytuacje, gdy los kompensuje nam zawczasu niespodziewany natłok pracy albo problemy i konflikty, których nie byliśmy w stanie przewidzieć.

Obserwuję tą zależność od kilku lat i nie przypominam sobie, kiedy ostatnio miałem dobry dzień „za nic”.

Owszem, nieraz „odpłata” przychodziła nie po dniu, a po dwóch (czy trzech, jeśli akurat był weekend), ale zawsze jednak następowała.

I zawsze były to trudności na tyle poważne, że od razu można było stwierdzić, że to właśnie o nie chodziło.

Gdybym bowiem liczył, że przez głupie uderzenie się palcem w nogę krzesła czy utratę kilku linijek tekstu w edytorze tekstu przez awarię prądu pula nieszczęść na dany dzień się wyczerpie, czekałaby mnie bardzo niemiła niespodzianka.

Kusi mnie, by podać przykład sprzed kilku miesięcy, gdzie na kilka godzin przed kryzysem powiedziałem osobie, której też ten kryzys dotyczył, że spodziewam się, iż następny dzień będzie ciężki, bo ten był podejrzanie udany. Jednak dotyczy to – powiedzmy – projektu grupowego, w którym brały udział osoby, które mam w znajomych na Facebooku, więc nie chciałbym rozdrapywać starych ran.

Mam jednak inny. Miałem taki właśnie dobry dzień, gdy skończyłem poprawiać część pierwszego rozdziału mojej powieści. Był to czas, gdy pisałem w bardzo pretensjonalny sposób – zdaniami wielokrotnie złożonymi, zbyt pokrętnymi, zbyt pompatycznymi i zbyt długimi. Ale wtedy o tym jeszcze nie wiedziałem. Uważałem, że to literatura awangardowa, nowatorska, więc na swój sposób genialna. Podałem więc link do tekstu na pewnym forum literackim w nadziei na opinie.

I wtedy tekstem zainteresowała się analizatornia.

To taki blog, który w bardzo złośliwy sposób pastwi się nad stylem, językiem, logiką, treścią opowiadań publikowanych w Internecie.

Tak więc opisali mój.

Bolało.

Po wielu miesiącach niepisania doszedłem jednak do wniosku, że analizatorzy mieli rację. Nie wiem, czy i jak szybko doszedłbym do tego wniosku, gdybym nie miał już kilkunastu przeczytanych poradników pisarskich na koncie (żeby nie było – to nie one nauczyły mnie tak pisać. Raczej popadłem w przekonanie o tym, że awangardowość automatycznie robi z ciebie literackiego geniusza. Mimo tego, że właśnie przed tym ostrzegał bodaj sam Dean Koontz w swoim poradniku. A ostrzegał dlatego, że sam się za takiego uważał, dopóki pewna redaktorka go nie wyprostowała).

Ogólnie opisana powyżej teoria kompensacji wpisuje się w powiedzenie, że „fortuna kołem się toczy”, ale tutaj czas pomiędzy byciem „na wozie” a „pod wozem” jest skrócony. Ponadto, podkreślona jest rola amortyzowania niepomyślnych wydarzeń przez te pomyślne.

Widać to na przykładzie sytuacji Marka Jensena, głowy zespołu Epica, który na swoim profilu na Facebooku napisał, że nie wie, czy się cieszyć z tego, że ukończył prace nad nowym albumem („The Quantum Enigma”), gdy jednocześnie zmarła mu bardzo bliska osoba.

Ale wracając do tego, co napisałem wcześniej…

Z jednej strony zazdroszczę tym, którzy potrafią korzystać z dobrego dnia bez obaw o jutro. A z drugiej… mając świadomość, że w taki dzień, na jaki się jutrzejszy zapowiada, niewiele zrobię, moja produktywność w ten dobry dzień wzrasta wielokrotnie.

Jednak gorzka świadomość, że następny dzień najpewniej nie będzie przyjemny pozostaje i nie pozwala się tym dobrym dniem tak naprawdę cieszyć. Jedyne co pozostaje, to zająć się czymś, co się lubi robić i choć na chwilę zapomnieć.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 25 Październik 2015, 18:25,  Rabka-Zdrój.

Reklamy

Jest dziedzina wiedzy, na której temat chciałbym wiedzieć wszystko. Jest to jednak tak obszerna dziedzina wiedzy, że można byłoby ją studiować przez całe życie i nadal być dalekim jej opanowania do mistrzostwa. Moją bolączką jest to, że wiedza z zakresu tej dziedziny jest tak bardzo rozproszona w sieci po forach, portalach, blogach czy grupach na Facebooku, że samo wyszukiwanie ich potrafi człowieka zmęczyć i przerosnąć. Nie mówiąc już o źródłach poza zasięgiem Internetu: książkach (szczególnie tych niewydanych w Polsce), artykułach w pismach specjalistycznych czy wykładach na konferencjach.

Chciałbym, aby powstał taki czytnik RSS, który zbierałby informacje na wybrany temat z dosłownie całej sieci. Czytnik RSS to taka strona lub program, gdzie można czytać w jednym miejscu dowolnie przez siebie „zaprenumerowane” strony internetowe, portale, blogi itp. Nie trzeba wyszukiwać tych witryn i sprawdzać, czy były aktualizowane, bo wszystkie aktualizacje automatycznie pojawiają się w czytniku).

Użytkownicy tego czytnika tworzyliby społeczność, która oceniałaby pozyskane przez tą hybrydę czytnika i agregatora treści informacje jako np. „rzetelne”, „niesprawdzone”, „nowatorskie”, „odpowiednie dla początkujących”, „błędne” itd. Najwyżej oceniane fragmenty byłyby najbardziej widoczne. Dostępne, choć wyraźnie oznaczone byłyby fragmenty nisko ocenione, aby każdy mógł sam się przekonać, czy zgadza się z taką oceną społeczności. W ten sposób użytkownicy pomagaliby sobie nawzajem oszczędzać czas na przeszukiwanie treści z danej dziedziny. A jest na czym oszczędzać czas, bo wiele informacji się powtarza, a część jest tylko niesprawdzonym wymysłem autora.

Idealny czytnik dobrze organizowałby pozyskane fragmenty według daty ich pozyskania. Ponadto wiązałby się z jak najmniejszą ilością klikania. Najlepiej, gdyby miał ciągłe przewijanie z możliwością przejścia na podział na strony, gdy treści znajdą się tak głęboko na liście przeglądanych treści, że trzeba byłoby przeglądać jeszcze raz te same treści + nowe, które się nagromadziły, aby do nich dotrzeć. Osobiście bardzo lubię opcję, gdzie mogę kliknąć krzyżyk w rogu posta, dzięki czemu post znika bez odświeżania całej strony, a następny post płynnie zajmuje jego miejsce.

Inny pomysł, jaki zaadoptowałbym z Tumblra to bardzo wyspecjalizowane kanały, które można byłoby subskrybować. W ten sposób można byłoby filtrować i priorytetyzować treści pojawiające się w czytniku. Ktoś mógłby np. preferować pod-dziedzinę dotyczącą związków, a inny wydarzeń na świecie. Tak jak na Tumblrze te kanały można byłoby łączyć w różne kombinacje i śledzić innych użytkowników, którzy subskrybują odpowiadające nam kanały lub dzielą się interesującymi nas treściami.

Element kanałów, które można subskrybować lub użytkowników, którzy dzielą się interesującymi nas fragmentami jest po to, aby uczynić natłok agregowanych fragmentów łatwiejszym w odbiorze. Dany człowiek może preferować przeczytanie czegoś dopiero po tym, jak ktoś, kogo gustom ufa przeczyta i oceni to jako wartościowe pierwszy.

Czytnik mógłby się opierać na botach indeksujących strony jak w przypadku Google, choć wątpię, by odtworzenie tak wyrafinowanych algorytmów, jakie posiadają boty Google było łatwym zadaniem. Pozyskiwanie fragmentów opierałoby się zarówno na słowach kluczowych, jak i pracy użytkowników tagujących dane fragmenty czy przesyłających zrzuty ekranów do bazy treści na stronie społeczności.

Jest to na chwilę obecną bardzo luźny koncept i nie potrafię sobie wyobrazić wszystkich jego elementów czy opcji. Jestem jednak pewien, że ewentualne problemy i rozwiązania „wyszłyby w praniu”, gdyby tak zająć się opracowywaniem tego czytnika na poważnie.

Jeśli ktoś chciałby się stworzenia takiego czytnika podjąć, ma moje błogosławieństwo. Nie będę sobie rościć pretensji do pomysłu, bo wolałbym zobaczyć ten pomysł zrealizowany i mieć możliwość korzystania z takiego czytnika niż czekać, aż znajdzie się ktoś gotowy zapłacić za wykorzystanie tego pomysłu.

Pomysł to zresztą nie wszystko. Jeśli ktoś jest gotów włożyć wysiłek w jego zrealizowanie i ten twór wykorzystywać etycznie (a nie zrobić z niego odpowiednika pobieraczka.pl czy pewnego konwertera formatów video, który automatycznie zaznaczał opcję zastąpienia wyszukiwarki w przeglądarce wyszukiwarką sponsora, ale przełączał ekran tak szybko, że człowiek nie był w stanie tej opcji odznaczyć), zasługuje na to, by ze zrealizowanego pomysłu czerpać korzyści. Ja nie mam do takich przedsięwzięć programistycznych ani zdolności, ani cierpliwości, więc chciałbym, aby ktoś spełnił to moje marzenie i pozwolił poczuć, że zostawiam po sobie jakieś dziedzictwo.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 5 Grudzień 2014, 00:15, Rabka-Zdrój.

Naszła mnie dziś taka myśl:

Kiedy robisz rzeczy dobrze, łatwo odnieść wrażenie, że nie robisz ze swoim życiem nic.

A mógłbym już nie żyć, być kaleką, skłócić się ze wszystkimi wokół, szefować międzynarodowemu kartelowi narkotykowemu.

Dobrych decyzji, odczuwanych jako słuszne, nie pamiętasz*, bo w przeciwieństwie do tych złych nie musisz ich ciągle racjonalizować – racjonalizować za każdym razem, gdy przyjdą ci na myśl, utrwalając je przy tym w pamięci jak materiał przed egzaminem.

*Ktoś może powiedzieć, że pamięta się o osiągnięciu rzeczy społecznie pożądanych lub widzianych przez społeczeństwo jako sukces czy symbol statusu, ale w tym rzecz, że to społeczeństwo ci ciągle przypomina i cię ciągle przekonuje cię, że ich osiągnięcie jest dobrą decyzją. Jeśli po osiągnięciu tego poczujesz się (nadal) nieszczęśliwy, to co zrobisz? Będziesz racjonalizował to, dlaczego warto było to osiągnąć. Tym mocniej, im więcej wysiłku kosztowało cię ich osiągnięcie.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 22 Grudnia 2013, godz. 14:02, Rabka-Zdrój.

Ta technika przyszła mi do głowy dziś rano, gdy pracowałem z inną świetną techniką, określaną „Strategią Disney’a” (jest ona doskonale opisana w tym video. Gorąco polecam zapoznanie się z nią) i jest ona nawiązaniem do mojego niedawnego postanowienia, że nie będę już dłużej budował swojej tożsamości wokół bolesnych wydarzeń z przeszłości.

W moim przypadku objawiało się to często jako tłumaczenie sobie tego, że nie robię czegoś poza strefą mojego komfortu w podobny sposób: „Nie jestem przedsiębiorczy, bo doświadczenia ze szkoły podstawowej zupełnie zniszczyły moją pewność siebie”. Gdy z kolei ktoś próbował mnie nakłonić do koniecznej zmiany zachowania, byłem skłonny zawołać jak męczennik: „Bo mój ojciec był taki a taki!”, zupełnie jakby to miało wszystko wyjaśnić.

Próbowałem znaleźć dla tego bardziej odpowiednie porównanie, ale tak naprawdę najbardziej przypomina mi to sytuację, gdy gniewna feministka, która na każde niewygodne pytanie dotyczące zasadności jej przekonań, na które nie ma odpowiedzi, odpowiada z naciskiem na każde słowo i wyrzutem: „I have been RAPED!” [zostałam ZGWAŁCONA!]), w nadziei, że przerwie tym dyskusję na ten temat, także tą, którą może kwestionowanie rozpętać w jej głowie).

Technikę schodów oparłem na obserwacji, że nie mówimy z wyrzutem, że coś nas spotkało, gdy to coś miało w oczywisty sposób pozytywny skutek. Pisarz nie krzyczy „Moje książki były tysiąc razy odrzucane przez wydawców!”, gdy zarabia na nich miliony i mieszka w domu jak pałac. Małżonek nie biadoli, że go poprzednia partnerka opuściła, jeśli wie, że bez tego nie poznałby obecnej, która jest w jego przekonaniu lepsza od tamtej itd. Uciekamy się do tego jedynie wówczas, gdy jedyne, co mamy to duma z bycia męczennikiem, z życia z potrzebami, które boimy się spełnić (życie w takiej ascezie wydaje się nam być „siłą charakteru”). Julia Cameron, autorka „The Artist’s Way”, której tłumaczenie będę niedługo zamieszczał na tym blogu, napisała w niej świetny rozdział o tym.

Technika schodów polega na tym, by zacząć od najwcześniejszego trudnego wspomnienia i wypisać wszystkie korzyści, choćby najmniejsze (nawet jeśli wydają nam się naciągane), z tego, co nas spotkało, wszystkie lekcje, cechy, które nas w to rozwinęło (i jakie negatywne cechy mogłyby się w nas rozwinąć, gdybyśmy nie odczuli tego na własnej skórze), wszystkie możliwe konstruktywne sposoby wykorzystania tego (np. w powieści, by pomóc innym z tym problemem itd.).

Mówi się, że trauma sprawia, że człowiek zatrzymuje się na pewnym etapie rozwoju. Ta technika w pewien sposób to zatrzymywanie się wykorzystuje. Pomysł na tą technikę pojawił się w mojej głowie jako wizja siebie wychodzącego po schodach. Dowiedziałem  się, że sztuka polega na tym, aby pod żadnym pozorem nie pozwolić sobie wyjść choćby o jeden stopień wyżej, dopóki nie wypiszesz tych korzyści z przeszłego wydarzenia, które na ten schodek przypada. Jak poczujesz, że już nie jesteś w stanie wykorzystywać tego do żebrania o współczucie czy tłumaczenia się, przejdź do następnego w kolejności wspomnienia.

Możesz czuć, że świadomie nie jesteś w stanie sobie takich rzeczy przypomnieć lub dojść do jakichś odkrywczych wniosków, ale jest na to sposób. Praca z techniką Disney’a odbywała się w ramach pisania tak zwanych porannych stron, o których pisze Julia Cameron w swojej książce. W skrócie polega to na tym, by wypisywać wszystko, co przyjdzie ci na myśl do momentu, aż zaczniesz słyszeć swoisty głos intuicji w głowie, który na codzień szum informacji zagłusza. Czy ten głos się odzywa możesz sprawdzić, zadając pytania i nasłuchując odpowiedzi. Z początku odpowiedzi mogą być oczywiste, jakbyś sam sobie odpowiedział, ale z czasem – i przy odpowiednim pytaniu – otrzymasz odpowiedź tak zaskakująco trafną i błyskotliwą, w tak krótkim czasie, że będziesz mieć pewność, że takiej odpowiedzi nigdy nie byłbyś w stanie sobie wymyślić. I właśnie wśród tych odpowiedzi możesz znaleźć wnioski, które pozwolą ci zobaczyć prawdziwe źródło konstruktywnej siły w tym, co cię spotkało i wyjść o ten jeden stopień wyżej.

To byłoby na tyle. Na pewno sam będę jeszcze tą technikę testował i jeśli ten wpis pewnego dnia nie zniknie z bloga, to znaczy, że technika działa (do tego czasu ten wpis będzie jeszcze dopracowywany). I mam nadzieję, że przyniesie wam dużo dobrego.

Jeśli to wypróbujesz i przekonasz się, że to działa, nie wahaj się użyć przycisków społecznościowych pod postem i podzielić się tym z osobami, którym – jak sądzisz – może to pomóc.

Dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam was serdecznie.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 25 Lipca 2013, 16:39, Rabka-Zdrój.

Przyszedł mi ostatnio do głowy pomysł, by na świstkach papieru zapisywać każde usprawiedliwienie (choćby nawet było to „nie teraz!”), jakie znajdę dla tego, by nie robić czegoś, co chcę zrobić (co nie znaczy, że mi się to robić chce, np. przez nakład pracy) lub co zrobić muszę i każdą z tych karteczek wrzucać do jednego pojemnika. Zapisuję też szkodliwe przekonania i mechanizmy, na korzystaniu z których się łapię, np. odkładanie czegoś na później, aż będzie za późno i obiecywanie sobie, że jutro z samego rana to zrobię, popadając w ten sam mechanizm). Pomysł polegał na tym, że po pewnym czasie zrobiłoby mi się niedobrze na widok tego, ile czasu, energii i nerwów poświęciłem na odkładanie tego, co miałem zrobić, chociaż w tym czasie już bym to dawno zrobił. Zakładałem też, że zrobi mi się niedobrze na samą myśl o napisaniu kolejnej karteczki.

Teraz, gdy przetestowałem tą metodę, mogę powiedzieć, że faktycznie tak działa, choć z początku byłem tak zafascynowany tym, jak wiele się dzięki tej technice uczę o sobie i swoim sposobie myślenia, że o mało się od niej nie uzależniłem, preferując wypisywanie wymówek niż pracę, do której miało mnie to zmotywować.  Na szczęście łatwo mi było sobie z tym poradzić, bo kiedy już zapisałem usprawiedliwienie, mój umysł nie miał odwagi wykorzystać go ponownie. Dlaczego więc to robi w normalnych warunkach? Bo korzystamy z nich i zapominamy o nich natychmiast, by nie naruszyły one naszego obrazu siebie jako człowieka np. pracowitego. Gdy się z tym skonfrontujemy, nie mamy już możliwości, by temu zaprzeczać i by uciekać przed tym, co mieliśmy zrobić. Doszło teraz do tego, że mojemu umysłowi skończyły się wymówki, to zaczął rozpaczliwie sięgać po „bo nie chce mi się” i „bo tak!”. Takie też zapisuję, bo one potrafią być bardzo niebezpieczne. Szczególnie „bo tak”, albowiem jest to wymówka, która dzięki swej ogólności nie daje nam powodu ani do tego, by ją odrzucać, ani do tego, by czuć się winnym z powodu korzystania z niej.

Jeśli pojawia się jakaś motywująca myśl, to zapisuję ją sobie na przyszłość, a jeśli jest naprawdę dobra, przyklejam sobie karteczkę z nią do monitora (ty możesz je przyklejać tam, gdzie będziesz często na nie patrzył).

Pomysł jest oparty na technice, jaką kiedyś widziałem na filmach, gdzie ludzie umieszczali w skarbonce pewne drobne sumy za każdym razem, gdy ulegli nawykowi, który próbowali przezwyciężyć.

Jest to naprawdę świetny sposób na poznanie samego siebie, jeśli oczywiście masz na tyle odwagi i szczerości wobec siebie, by np. przyznać się przed sobą, jak przez całe lata się okłamywałeś (i ile mógłbyś zrobić czy osiągnąć, gdybyś wiedział o tym wcześniej). To jednak fascynujące, gdy widzisz, jakie mentalne śmieci wydobywa to z twojej nieświadomości. I dopiero gdy zostanie to wydobyte, nie będzie mogło zostać wykorzystane przeciwko tobie (chyba, że przerwiesz korzystanie z tej techniki i pozwolisz usprawiedliwieniom nadal działać w tle) i pozwoli zapełnić luki po tych szkodliwych mechanizmach czymś naprawdę konstruktywnym.

Bardziej niesamowite jest jednak to, że gdy zabieramy znad naszej energii bat wymówek, dotychczas tłumiona energia zaczyna się uwalniać. Okazuje się, że to było błędne koło – nie mamy energii, by cokolwiek zacząć, bo przyzwyczailiśmy się do tego, że nasz umysł pogania ją batem z miejsca na miejsce (np. każąc jej czekać i czekać i czekać tak długo, aż nadchodzi noc, gdy nie mamy już co z nią zrobić, obiecując nam po tym, że „jutro będziemy pracować od samego rana”, tylko po to, by zrobić to samo. Nie mamy energii, bo męczymy się odkładaniem zarówno jej, jak i tego, co mamy zrobić na później, nie zauważając, że ją po drodze rozpraszamy a to na zrobienie sobie jedzenia, a to na oglądanie stron z humorem, a to na porządkowanie rzeczy w pokoju (czego normalnie nam się chce robić i z czego nie ma aż tak wielkiego pożytku).

Jeśli zdołamy tą energię uwolnić, nasz umysł może znowu próbować ją okiełznać, kusząc nas tym, byśmy najpierw zrobili coś przyjemnego albo mało ważnego, albo nie wymagającego większego wysiłku. Gdy jednak to nie zadziała, a umysłowi braknie argumentów na to, by nic nie robić, zacznie się wydzielać adrenalina, bo zostaniemy wówczas dosłownie postawieni pod ścianą i będziemy mieć wybór tylko i wyłącznie pomiędzy walką a ucieczką (zrobić to, co odkładaliśmy i mieć spokój czy odkładać to, co nieuniknione i rujnować sobie przy tym dobry obraz siebie, który tak przyjemnie łechta nasze ego). Jeśli zdecydujesz się walczyć, możesz odkryć, że ta nowa motywacja i przepływ energii to naprawdę świetne uczucie.

Jeśli twój umysł będzie cię zniechęcał tym, jak dużo jest do zrobienia i jak dużo czasu to zajmie, to sięgnij po technikę chunkingu, czyli rozbijania czaso- i pracochłonnych zadań na pomniejsze etapy. Jeśli zaś powie ci, że w tą godzinę czy pół godziny, jakie sobie na zrobienie tego dasz, nic nie zrobisz, to pomyśl sobie, że najtrudniej jest zacząć i pokonać początkowe zniecierpliwienie i chęć do tego, by to jednak rzucić i zająć się czymś innym. Pomyśl sobie, że to tylko godzina czy pół (możesz sobie ustawić budzik, by zadzwonił po danym czasie) i tylko tyle musisz przetrwać, bo jak już wpadniesz w rytm, nie będziesz chciał przerywać tego, co robisz tak szybko, wiedząc jak dużo czasu i sił kosztowało cię zmuszenie się do tego, by w ogóle zacząć.

Obie powyższe techniki wykorzystuję sam od wielu lat i to z powodzeniem.

To, co w tej technice jest istotne jest to, że opiera się ona na rozprawianiu się z wymówkami w momencie, gdy się pojawiają. Próbowałem podczas pracy z porannymi stronami, opisanymi w książce „The Artist’s Way” („Droga Artysty”) Julii Cameron „na zimno” przypominać sobie, z jakich to w przeszłości wymówek i szkodliwych przekonań korzystałem, ale sądząc po zawartości mojego woreczka z wymówkami, nie wyłapałem w ten sposób wszystkich. Możliwe, że umysłowi wydawały się one niedorzeczne dopóki nie zaczął z nich korzystać w przypływie desperacji.

Pamiętajcie tylko, by nie wykorzystywać tej techniki do motywowania się do rzeczy, do których naprawdę nie powinniście się motywować, bo w przypływie adrenaliny łatwo zrobić coś głupiego, szkodliwego czy coś, co przysporzy wam wrogów, a to, że dzięki adrenalinie przestaniecie widzieć konsekwencje nie znaczy, że was one nie spotkają.

Ja tu piszę o czymś pokroju zmotywowania się do napisania magisterki a nie pokonania naturalnych oporów przed wyrolowaniem własnej rodziny z jej części testamentu (no chyba, że rodzina to obiektywnie rzecz biorąc banda bydlaków) 🙂

Hej, widzisz te przyciski udostępniania pod spodem? Bardzo Cię proszę, udostępnij ten tekst czy to na Facebooku czy na Twitterze – zarówno jeśli sądzisz, że komuś pomoże, jak i wtedy, gdy myślisz, że i tak nikt go nie przeczyta (sam fakt, że ludzie zobaczą, że taki blog jak mój istnieje jest ogromnie pomocny i decyduje o przyszłości tego bloga). To tylko jedno czy dwa kliknięcia i zajmie ci tylko parę sekund. Z góry bardzo, ale to bardzo dziękuję.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 8 Czerwca 2013, 18:43, Rabka-Zdrój.

%d blogerów lubi to: