Tag Archive: Problem Społeczny


To ironiczne, że za przedstawicielkę „czystej” rasy uważa się dziewczyna będąca owocem genetycznego wynaturzenia…

Nie tak dawno temu natknąłem się na całkiem interesującą prezentację (lub popularnonaukowy wykład) zatytułowaną „Psychologia Wszystkiego”. Chociaż tytuł jest trochę na wyrost, występujący w tym nagraniu profesor rzeczywiście porusza całkiem sporo tematów. Jednym z nich są uprzedzenia i to na nich się skupię (mimo to gorąco, gorąco polecam obejrzenie całego filmu. Dla tych, którzy mają pojęcie o psychologii początkowa część może się dłużyć, ale dalsza część to nieustająca seria fascynujących opisów eksperymentów i odkryć). Część o której mówię rozpoczyna się ok. 10-tej minuty.

Profesor mówi, że ludzie różnią się od siebie tym, jak szybko i łatwo odczuwają obrzydzenie (np. brudem, zarazkami, nieprzyjemnymi zapachami itp.) i ci, którym takie uczucie przychodzi łatwo, bardzo często są również rasistami, homofobami lub brzydzą się ludźmi z nizin społecznych, np. bezdomnymi.

Ciekawe było też to, że naukowcy byli w stanie dowieść związku pomiędzy obrzydzeniem a uprzedzeniami (czy też niechęcią do „outgroups” – grup ludzi od nas innych i nam obcych) poprzez poproszenie części ochotników o odpowiadanie na pytania zawarte w ankietach w pokoju, w którym wcześniej rozpylono odór pierdnięć za pomocą aerozolu. Ci, którzy robili to w tym śmierdzącym pomieszczeniu byli bardziej złośliwi, podli… szczególnie dla ludzi z tych „outgroups” (imigrantów, mniejszości seksualnych itp.).

Moim pierwszym odruchem było przypomnienie sobie, czy ludzie z mojej rodziny bądź otoczenia, o których wiem, że są pedantami, wypowiadali się w sposób, który wskazywałby na to, że są uprzedzeni. Doliczyłem się co najmniej czterech pedantów, którzy są albo rasistami, albo homofobami.

Rasizmu nie uważam za prawdziwą ideologię (ani tym bardziej za pogląd, który musiałbym szanować z racji tego, że podpada pod „wolność słowa”), a raczej za prymitywny mechanizm obronny. Z biblioteki w moim koledżu pożyczyłem kiedyś białą, niestandardowo dużą i szeroką książkę napisaną przez neurologa i jego syna, również neurologa (nie mogę znaleźć w sieci ani jej tytułu, ani jej autorów. Jak znajdę, to podam). Przeczytałem w niej, że (bodaj) w Niemczech przeprowadzono eksperyment naukowy, który polegał na nauczeniu ludzi, którzy zadeklarowali się jako osoby o poglądach rasistowskich technik relaksacyjnych. W rezultacie 25% z nich na stałe porzuciło swoje rasistowskie poglądy.

W pozostałych kwestiach związanych z rasizmem zgadzam się z użytkownikiem The Amazing Atheist (gorąco polecam oglądanie jego filmów, to piekielnie inteligentny, mądry, oczytany i zabawny człowiek), szczególnie z tym, że żaden biały nie przypisze głupoty innego białego temu, że jest biały.

Spotkałem się również z wynikami badań, które sugerują, że istnieje związek pomiędzy szerokimi gustami muzycznymi i otwartością na nową muzykę, a poglądami (np. filozoficznymi czy politycznymi). Tak więc ci, którzy słuchają szerokiej gamy gatunków muzycznych są bardziej liberalni w swych poglądach, a ci, których gusta muzyczne są bardzo, bardzo ograniczone… cóż… to by tłumaczyło, dlaczego pośród metalowych elitystów, miłośników trve kvlt grim black metalu jest tylu faszystów…

Czarny black metal - ponieważ "czarny" metal się o to prosił (na zdjęciu: Andrew Crowley z jamajskiego zespołu blackmetalowego Orisha Shakpana).

Czarny black metal – ponieważ „czarny” metal się po prostu o to prosił (na zdjęciu: Andrew Crowley z jamajskiego zespołu blackmetalowego Orisha Shakpana).

Jak to jest w przypadku osób, które znacie? Zgadzacie się z tym? Piszcie!

P.S. Pomimo, iż użyłem określenia „genetyczne wynaturzenie” w stosunku do jednej rudowłosej dziewczyny z powodu jej opartych na uprzedzeniach przekonań, nie znaczy to, że jestem uprzedzony do osób rudych. Pisząc „wynaturzenie” miałem na myśli to, że rude włosy są wynikiem błędu genetycznego (a o tym, że nie było to przez naturę zaplanowane świadczy choćby fakt, że osoby rudowłose mają większą zapadalność na czerniaka), o czym chyba wie każdy, kto uważał na lekcjach biologii.

Nie mam też skłonności do popełniania błędu konfirmacji (confirmation bias), która kazałaby mi się dopatrywać np. fałszywości u osób rudych i ignorować przypadki, które zaprzeczają istnieniu takiej prawidłowości; mam rudowłosych członków rodziny oraz przyjaciół (jak również idoli i idolki, np. Simone Simons z genialnego zespołu Epica) i mam o nich całkiem dobre zdanie – w przeciwieństwie do jednej z czterech osób wspomnianych powyżej. Specjalnie dla tej osoby musiałem stworzyć określenie rufusofobia (od łac. „rufus” – rudowłosy) i capillocoloryzm (uprzedzenie do koloru włosów. Określenie utworzone od łac. „capilli” oznaczającego włosy i łac. „color” oznaczającego kolor). To zadziwiające, że podobne słowa nie zostały jeszcze utworzone (a przynajmniej ja o ich istnieniu nic nie wiem. Jeśli ktoś zna istniejące określania dla tych rzeczy, niech się nimi ze mną podzieli w komentarzu).

Mam nadzieję, że pozostałe osoby o rudych włosach nie wezmą tego do siebie, bowiem nie było to moim zamiarem. Jeśli poczułeś się urażony, to przepraszam. Jeśli jest to dla ciebie jakimś pocieszeniem, sam nie mam idealnego kodu genetycznego, o czym najlepiej świadczy moje zdrowie.

Hej, jeśli uważasz, że kogoś może to zainteresować, bardzo proszę kliknij na jeden z przycisków udostępniania pod spodem. To zajmuje tylko kilka sekund, a mnie bardzo pomaga. Nie martw się, że „i tak nikt nie przeczyta” – nawet samo uświadomienie ich, że mój blog istnieje jest bardzo pomocne.

Z góry serdecznie dziękuję i pozdrawiam!

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 10 Stycznia 2013, 19:02, Rabka-Zdrój.

Jeszcze nigdy tak bardzo nie pragnąłem, by kariery pewnych osób obrały kurs rakiety, jaką ostatnio wystrzeliła Korea Północna – jak teraz, gdy media i koncerny muzyczne oraz filmowe biorą na internautach odwet za piractwo, zalewając sieć materiałami promującymi „gwiazdy” reprezentujące sobą poziom rafy koralowej, na której wylądowała rakieta mająca w przyszłości ponieść ideały komunizmu w kosmos (gdzie jest ich miejsce).

Określenie „gwiazda” sugeruje nie tylko nieosiągalny poziom umiejętności bądź cechy (urody czy charyzmy), ale również dużą odległość od człowieka, więc denerwuje mnie to, że „gwiazdy” rzucają się w moje pole widzenia jak słońce na bohatera gry Super Mario Bros 3 za każdym razem, gdy otworzę moje okno na świat (przeglądarkę internetową).

To słońce „biega” w kółko jak człowiek w palącym się domu, który miota się pomiędzy dobrem własnym a cudzym i nie wie, czy w pierwszej kolejności brać nogi za pas, czy laptop pod kurtkę.

Szczególnie agresywnie promuje się w ostatnim czasie rodzina „Brytfanek”, składająca się z autorki poradnika kucharskiego (który radzi, jak zadusić pożar w kuchni, by „jaskiniowcy” na drugim końcu świata nie pomyśleli, że puszczasz im sygnały dymne) i jej trzech córek… co jest o tyle niezrozumiałe, że są to osoby, o których sam diabeł nigdy w życiu nie słyszał.

Opinie na temat tego, dlaczego ich istnienie powinno większość społeczeństwa w ogóle obchodzić są podzielone, jednak przekłady starożytnych tekstów biblijnych z ostatniej chwili dowodzą, że jak najbardziej nie powinny, bo mają one światu jeszcze mniej do pokazania niż modelki w piśmie pornograficznym, którego największą gwiazdą jest Miss Paryża (to znaczy, przysiółka Nowej Góry w województwie małopolskim).

„Najwyraźniej nogi to nie jedyne, co Ariel otrzymała od Ursuli…”

Odmiennego zdania jest „Belonika” (którą na zdjęciu rodzinnym można poznać po tym, że można byłoby ją łańcuchem kotwicy okrętowej owinąć, a i tak by go zabrakło), ponieważ nawet ciało, na którym czołgi rozbijają sobie gąsienice nie było w stanie odwieść jej od zamiaru rozpoczęcia kariery jako tancerka.

Nie jestem przekonany, czy osoba, którą rodzona matka karmiła „na zapas” – jak na kolejną, mogącą wybuchnąć w każdej chwili, wojną światową – zasługuje na podziw i sympatię, jaką budzi osoba, która na wózku inwalidzkim potrafi dokonywać wyczynów akrobatycznych, jakie zawstydzają niejednego amatora jazdy na deskorolce… ale jeśli już koniecznie chce spróbować swoich sił w tańcu, to proponuję, aby wybrała taniec na lodzie – w razie niepowodzenia będzie mogła zapaść się pod ziemię.

„Potęgo Księżyca, dział… (bul bul bul)!”

Nie chcę przez to powiedzieć, że mam problem z tym, że ciąży ona Matce Ziemi bardziej niż powinna (nie mam nic przeciwko osobom z nadwagą. Tym bardziej, jeśli mają jakiś talent, jak Jose Garcia [„Zagubieni”, „Alcatraz”] i Gerhard „Felix” Stass [wokalista zespołu Crematory]). Mam problem z tym, w jaki sposób jej matka próbuje wynagrodzić jej to, że wygląda jak „stożek” w falochronie, do czego doprowadził jej dietetyczny analfabetyzm – chce, by świat dostrzegł „talent” jej córki w dziedzinach, w których ciężko ten talent symulować (taniec i modeling). Nie byłoby w tym nic niewybaczalnego, gdyby jej chęci skończyły się na takim etapie, jak budowa tej autostrady. Ale tak dobrze to nie ma…

Jeśli piszą o nich media, to słodzą im tak bardzo, że zawartość mojego żołądka nabiera ochoty na to, by zrobić sobie z mojego przełyku ścianę wspinaczkową.

Nie miałem już najmniejszych wątpliwości, że moja wybranka pomyślnie przeszła test na inteligencję, gdy zobaczyłem, jak zareagowała po przeczytaniu pierwszych wersów „Zmierzchu”.

„Wiktoria pozowała odważnie i widać, że nastawiona jest na medialny sukces.”

Tak głosi napis nad fotografią… jej siostry, „Beloniki”.
Cieszę się jednak, że „Traktoria” dobrze czuła się podczas sesji zdjęciowej, w której w ogóle nie brała udziału – grunt to pozytywne podejście do sprawy.

„Widać, że Weronika czuje się pewnie i jest królową obiektywu.”

Czytając pozostałe opisy można odnieść wrażenie, że autor sięgnął po pomysł, na którym oparto piosenkę „Baranek” („Na głowie kwietny ma wianek/ W ręku zielony badylek/ A przed nią bieży baranek/ A nad nią lata motylek”), by nie musieć komplementować ani jej urody, ani jej ubioru („No i charakterystyczny warkoczyk!). Co w ogóle oznacza „charakterystyczny” warkoczyk? Warkoczyk, jakiego nikomu rozsądnie myślącemu w ogóle nie przyszłoby do głowy zapleść w takim miejscu? „Charakterystyczny” to może być tępy wyraz twarzy bandyty, który próbował cię ograbić w miejscu, w którym przyciągnąłbyś do okien więcej osób wołając „pożar!”, niż zmieściłoby się na pokładzie tego pociągu.

W innym „artykule” zostały one przyrównane do „Kardaszianek” (celebrytek – milionerek), ale z powodu, który brukowiec FART litościwie pominął (są sławne z tego, że są sławne z niczego). Na tym jednak podobieństwa się nie kończą – nazwisko rodziny (tej, która ma kasy jak lodów) kojarzy się z gatunkiem kaszy, więc określenie „Kardaszianki” można skrócić do „Kaszanki”.

Jaki jest morał tej opowieści, każdy wie – nie możesz mieć umysłu A. Turinga, jeśli masz ciało Any Beatriz B.

Chwali się „Kaszanki” za to, że – pomimo obwodów niebezpiecznie zbliżających się do średnicy felgi ciężarówki Caterpillar (CAT) – są pewne siebie i szczęśliwe. W jednym z komentarzy pod artykułem na ich temat przeczytałem, że jedzenie jest dla nich sposobem kompensowania sobie braku miłości. Nie wiem, czy tak jest naprawdę, ale sądząc po tym, że…

„Zaczęłam tańczyć jako dziecko, Mama woziła mnie na zajęcia do szkoły baletowej.”

…matka nie potrafiła pokochać ich takimi, jakie są. Potrafiła pokochać je tylko wówczas, gdy odnosiły sukcesy odpowiadające jej ambicjom. Jeśli „Balonika” jest szczęśliwa i zadowolona ze swoich rozmiarów (które oznaczałyby pewną śmierć dla kilku osób na tonącym statku, gdyby to ona dobrała się do szalupy ratunkowej jako pierwsza), to dlaczego powiedziała, że…

„Taniec (…) daje mi radość, sens, wolność.”

Czy mam rozumieć, że gdy nie może tańczyć (bo najbliższy parkiet zajmują ludzie, których nie chce przypadkowo rozsmarować na ścianie lub podłodze), to życie przestaje mieć dla niej sens, popada w depresję i zaczyna szukać żyrandola, który by się pod nią nie urwał?

Czy ona chce powiedzieć, że nie czuje się wolna w rodzinie, która może sobie most pomiędzy wieżowcami z banknotów ulepić? Czy oni zamykają ją na noc w samym środku sześcianu?

„Gdy tańczę, jestem tym, kim chcę być.”

Jeśli jest naprawdę tak szczęśliwa w swojej skórze, jaką gra przed obiektywem, to dlaczego mówi, że jedynie tańcząc jest w stanie być osobą, którą chce być?

Możecie całymi miesiącami torturować mnie słuchaniem piosenek „My Jeans” czy „Hot Problems”, ale nigdy w życiu nie zdołacie mnie przekonać, że to, co ona powiedziała nie było rozpaczliwym, lecz zaszyfrowanym w obawie przed przejęciem bezpośredniej kontroli, wołaniem o pomoc (nie ma znaczenia to, że podczas wywiadu z Wojewódzkim powiedziała, że lubi jeść. Człowiek w nałogu alkoholowym lub narkotykowym również powie, że lubi pić czy zażywać, co jednak nie oznacza, że problem jest tak odległy, jak pieniądze z twojej przyszłej emerytury [chyba, że przypadkiem mieszkasz na Kajmanach czy Seszelach]).

„Przejmuję bezpośrednią kontrolę na parkiecie!”

Nie dziwię się jej… Gdybym miał matkę, która publicznie chwali się tym, że pod prysznic chodzi w szpilkach (najwyraźniej nie wystarczyło jej to, że wynajęła dziennikarzy do tego, by napisali, że jest ona najlepiej ubraną kobietą w Polsce, więc postanowiła zająć również miejsce kobiety najlepiej nieubranej), sam wzywałbym pomocy z taką rozpaczą w głosie, z jaką galijska dziewczyna, o której opowiada tekst piosenki „A Rose For Epona” zaklinała boginię jeźdźców i kawalerii, by pospieszyła na ratunek kawalerzystom ze swojego ludu, ginącym podczas migracji, na którą wyruszyli w poszukiwaniu lepszego życia (niestety, bogini najwyraźniej nie była w najlepszym nastroju i pozwoliła, by pospadali z siodeł jak małpy, które oberwały strzałami zamoczonymi w kurarze).

Kobieto, jeśli będziesz próbowała wyrachowaną ciążą zatrzymać mężczyznę przy sobie, nie bądź zaskoczona, gdy zapi…oli Wonder Woman niewidzialny odrzutowiec…

Jeśli jednak „Berta” nie jest jedyną w ich rodzinie, która próbowała pobić czasowy rekord świata w przechodzeniu z pozycji pionowej w poziomą, łażąc na „szczudłach” po mokrej posadzce, to nie wróżę żadnej z nich większego sukcesu w dziedzinach, które wymagają mózgu, który jest wystarczająco wielki, by nie grzechotać w czaszce.

Najwyraźniej jednak powtarzające się uderzenia w głowę obudziły u „Dziktorii” pamięć z poprzedniego wcielenia, w którym wiedziała, w jakich strojach będzie do twarzy czarnej blondynce, a w jakich – rudowłosej Azjatce, skoro zamierza pójść w ślady córki niemiłościwie nam (sz)panującego Davida Jonesa i radzić na swoim blogu, jak wyobrażać sobie, że ubierasz się w to, na co cię nie stać (bo chyba nie sądzisz, że milionerka będzie pisała dla chłopstwa, jak ja czy ty?) i w co się najprawdopodobniej nie zmieścisz (kiedy ostatnio widziałeś Doutzen Kroes, Naomi Campbell, Gisele Bündchen, Laetitię Castę, Josie Maran, Kelly Brook, Evę Herzigową czy Alessandrę Ambrosio w stroju, którego rozmiar sugerowałby, że ktoś pilotowi z „Halo Halo” spadochron [który – nie wiedzieć czemu – wszędzie za sobą ciągnął] podprowadził?).

Jedynie nieliczni wiedzą, że prawdziwym powodem, dla którego Lucy Pinder została modelką nie były jej duże piersi, a rosnące koszty ich…utrzymywania.

„Tak bardzo pragniemy zostać zauważeni i modlimy się w nocy o to, by nas usłyszano, a jednak nie mamy do pokazania nic oprócz nieszczerych słów i niespełnionych marzeń.”
~Covenant, „Figurehead”

Niezależnie od tego, jak dobrze chciałyby wypaść w wywiadach (zakładam, że czuwa nad tym czarodziej od Public Relations), nic nie zmieni tego, jak wiele mówi o nich (i ich wartościach) to, kogo (siostry Kardashian) wybrały sobie na swoje idolki (czego jednak nie będą w stanie powiedzieć nawet zgromadzeni w jednym pociągu najwięksi myśliciele świata to to, dlaczego 9-letnia siostra Kim tańczy na rurze [dla tancerek go-go], zainstalowanej w sypialni jej rodziców).

„Nienawidzę, gdy kobiety noszą podkład o nieodpowiednim odcieniu. Nie ma chyba nic gorszego na tym świecie od tego, że noszą zbyt jasny makijaż.” ~Kim Kardashian

Powiedziała również, że nie lubi, gdy pies ma duże jądra, co nie mogło dobrze wróżyć tym spośród piesków „Kaszanek”, które nie chciały szczekać sopranem.

Jeśli jednak myślisz, że naśladowanie stylu życia silikonowych milionerek jest głównym celem rodziny Wenus (z Willendorfu), to dałeś się im wyprowadzić w pole jak nawigacji samochodowej. Ich prawdziwym celem jest powtórzenie sukcesu, jaki odniósł domowy film pornograficzny z udziałem Kim Kardashian i Ray J’a (brata Brandy Nornwood), który „wyciekł” do sieci (zapewne za sprawą wyjątkowo dobrze zaznajomionego z komputerami „foldergeista”), a za którego sprawą świat usłyszał o kobiecie, której małżeństwo z Krisem Humphriesem (koszykarzem, który wygląda jak Taylor Lautner z filmu „Zmierzch”) potrwało zapierające dech w piersiach 72 dni.

„Kim Kardashian przypomina nam o tym, w jaki sposób stała się sławna.”

„Berta” jest jednak świadoma tego, że żadna z nich nie ma warunków do tego, by w takim filmie wystąpić; jej nie pozwala na to wiek, waga, stan cywilny, status społeczny, a „Belonice” nie pozwala na to waga i uroda, z którą może startować jedynie w Wyborach Miss Ogrodu Zoologicznego.

Mogłoby się wydawać, że szanse powodzenia tego zamiaru będą wahały się między prawdopodobieństwem znalezienia pełnego tekstu piosenki „Fear Bill Gates” („Bój Się Billa Gatesa”) zespołu Illdisposed (wiadomo, że nawet odwrotna strona okładki oryginalnej płyty zawierała wyłącznie małe fragmenty tekstu tej piosenki) a prawdopodobieństwem siłowego przyłączenia Polski do terytorium państwa położonego na samym środku Oceanu Spokojnego, w którym zmieniło się tak niewiele od czasu, gdy z odwiedzinami na Ziemię wpadł ostatni ogromny meteoryt, że mieszkańcy mogliby przysiąc, że jeszcze wczoraj pod ich oknami welociraptory hasały… jednak to nie problem dla dziewczyny, która za pomocą gorsetu potrafi nagiąć zasady narzucone przez biologię tak, by upodobnić się do kobiet z pierwszych stron… strony photoshopdisasters.com. Jej rodzicielka postanowiła – za przykładem ojca Miley Cyrus – pozwolić na to, by jej 15-letniej (widzicie, nawet wiek się zgadza) córce cyknięto pół-akt, w cichej nadziei, że – na zasadzie efektu motyla – zapoczątkuje to falę oburzenia, która przetoczy się przez cały kraj.

Zanim oburzysz się o to, że barwy narodowe twojego kraju reprezentuje damski „bagażnik”, pomyśl o tym, że to samo robi „bagażnik” Miss Polski w konkurencji bikini podczas wyborów Miss World.

Nie przewidziała jednak tego, jak wielka jest różnica pomiędzy Amerykanami (którzy oburzają się za każdym razem, gdy jedna z celebrytek nie założy stanika pod sukienkę tak zwiewną, że równie dobrze mogłaby się z niej przy silniejszym wietrze rozebrać i puszczać ją jak latawiec, a potem – gdy już wszyscy dowiedzą się, jakie parametry mają jej piersi [włącznie z tym, jaki odcień mają sutki i na jakiej wysokości klatki piersiowej się znajdują] – tłumaczy się, że była to tylko „awaria garderoby„) a Polakami (których niemal 200 lat nadopiekuńczego „ojcowania” przez okupantów [„Uważaj, co mówisz!”, „Rób, co ci każę!”, „Nie wracaj późno!”, „Mów dokąd idziesz!”] nauczyło chodzenia z głową w d…e, bowiem jedynie wtedy mieli pewność, że ich prawdziwe myśli były przed nimi (i ich donosicielami) naprawdę bezpieczne. Nie chcieli mieszać się do cudzych spraw i problemów w obawie, że skończy się to dla nich równie przyjemnie, co próba rozdzielenia dwóch wymieniających ciosy bokserów wagi ciężkiej, a to uczyniło ich (i w konsekwencji nas) ludźmi zapatrzonymi w siebie). Nikogo nie powinno więc dziwić, że fotografowanie nieletniej dziewczyny, na co dzień malującej i ubierającej się jak 30-letni, uzależniony od swojej „pracy” (rodzenie demonicznych dzieci) sukkub (tu ostrzegam przed większą nagością niż dotąd), w jeszcze bardziej sugestywnym stroju, zainteresowało polskie społeczeństwo równie bardzo, jak to, jak wysokimi nominałami podciera się celebrytka, która zamiast imienia i nazwiska nosi reklamę francuskiej stolicy (chyba, że chodzi o jedną z trzech miejscowości w Polsce) i sieci hotelów, z których została w 2007 roku wydziedziczona (nie tylko z nich).

„Czerwony Kapturku, dlaczego masz takie duże…?”

Pół miliona Amerykanów złożyło zażalenie do FCC – organu regulującego rynek telekomunikacyjny – z tego powodu, że Justin Timberlake publicznie zrobił z Janet Jackson mityczną amazonkę i miało to swój finał w sądzie. Polacy natomiast… cóż, nie przypominam sobie, by podniosły się głosy oburzenia z powodu tego, że jakaś aktorka pojawiła się na jakiejś gali w sukience tak prześwitującej, że można byłoby przez jej złożone warstwy efemerydy czytać.

Nie przypominam sobie również, by pozostawiająca w swoich piosenkach gramatyczne pogorzeliska Dorota „Doda” Barczewska (pozwoliłem sobie trzy pierwsze litery jej nazwiska przestawić, by nie zawierało ono przedrostka, który nawiązuje do nazwy mojej rodzinnej miejscowości, ale za to przestawiłem litery tak, by mówiły, jakiemu programowi telewizyjnemu polskie społeczeństwo ją zawdzięcza) była kiedykolwiek ciągnięta po scho… po sądach przez osobnika święcie przekonanego, że teledysk do „Dżagi” i amatorski film pornograficzny, jaki nagrała z „Kajdanem” (nie, nie tym z gier „Mass Effect”) tylko po to, by zawędrował do sieci internetowych rybaków, spowodował, że jego nastoletnie córki zaczęły chodzić po galeriach handlowych i mówić facetom wyglądającym na to, co mieli w portfelach, że jeśli nie wyskoczą z kasy na nowe spodnie dla nich, to zrobią im fus ro dah (a przynajmniej tyle zrozumiał z ich rozmowy, gdy na chwilę oderwał swoją uwagę od komputera, co nie zdarzało mu się każdego dnia).

Nie chciałbym być na miejscu ojca żyjącego w świecie, w którym jego córka musiałaby się rozebrać do bielizny, by nie zabić się podczas jazdy na rolkach czy na motorze.

A wystarczyło jedynie mocniej uderzyć w jądra polskiego prawa, tzn. paragraf o obrazie uczuć religijnych, który pozostawia tak bardzo szeroką możliwość interpretacji, jak – dzięki Sziwie (w którego nie wierzą zarówno chrześcijanie, jak i ateiści, co czyni to wyrażenie odpowiednim, bo neutralnym) – martwa ustawa SOPA/PIPA/ACTA (których wariacjami jak CISPA i INDECT będziemy atakowani dopóty, dopóki politykom akronimów nie zabraknie)… tylko tyle wystarczyło, by medialne robaki rozkładały ich sprawę na czynniki pierwsze przez parę następnych lat, jak w przypadku Adama „Pierogala” Darskiego z zespołu grającego poczerniały (dla jednych „wyblacknięty”) death (dla drugich „deaf”, co sugeruje muzykę od głuchych dla głuchych) metal „Bohemeth” (jeśli dobrze rozumiem, łączącego w swojej nazwie bohemę z amfetaminą), który podczas koncertu, w imię wolności słowa „wyzwolił” słowa Biblii z jej kartek, a jej kartki z jej grzbietu; albo Doroty Nieznalskiej, która – zdaniem chrześcijan – miała czelność przedstawić symbol krzyża w dokładnie taki sam obraźliwy sposób, w jaki widziano go w pierwszych wiekach istnienia chrześcijaństwa. Jej proces zakończył się po ośmiu latach jej uniewinnieniem.

{„Artystką”, na której społeczeństwo naprawdę powinno skupić jest Katinka „Tinkerbell” Simonse (to dziwne uczucie, gdy niemal identyczne nazwisko łączy osobę, którą kochasz [za jej sztukę] z osobą, którą nienawidzisz [za jej „sztukę”]), która zabiła swoją chorą kotkę, bo nie chciała zapłacić weterynarzowi za jej leczenie, a następnie zrobiła sobie torebkę z jej skóry. Żeby to było jedyne, co zrobiła – cała jej „sztuka” opiera się na znęcaniu się nad zwierzętami, zabijaniu i okaleczaniu ich ciał!}

„Brytfanki” mogły pójść drogą Joanny Krupy, która dla PETY (organizacji, która pod przykrywką opieki nad zwierzętami i walki w obronie ich praw wyłudza od wrażliwych ludzi pieniądze na „ratowanie” zwierząt, które – jak tylko znajdą się w rękach jej pracowników – uśmierca, zamiast szukać im domów, do czego – w założeniu – została powołana) zrobiła miejsce na swoim ciele, by graficy przy pomocy Photoshopa zrobili swoją magię.

Jeśli nie chcesz wiedzieć, co fanatyczni chrześcijanie chcieli jej zrobić po tym, jak to zobaczyli, to nie oglądaj zakończenia teledysku piosenki „Ov Fire and Void” Behemotha (chyba, że bawi cię widok „Pierogala” wpiep…jącego pióra).

Chociaż doniesienia na ich temat powoli zamierają, jak odgłosy dobiegającej końca walki na polu bitwy, obawiam się, że nie jest to ostatni raz, gdy zostanę wystawiony na działanie intelektualnych wymiotów kobiety, która ubiera się jak opakowanie gorzkiej czekolady z końca lat 80-tych lub początku lat 90-tych czy jej pochlebców w rodzaju Dawida „Golińskiego”, który na tym zdjęciu wygląda, jakby się nawalił i nie potrafił spojrzeniem pomiędzy dwójkę palców trafić… co sugeruje również jego porównanie „Berty” do Dity Von Teese, które mogło jedynie rykoszetować, bo karierę aktorki i modelki zaczęła ona od pracy jako tancerka go-go. Nie ma co, „Goliński” wie, jak się kobiecie przypochlebić…

Ja jednak nie mam dla niej słów cieplejszych od plemników wyciągniętych z ciekłego azotu. Równie liczne, jak owe plemniki są „strzały” zarzutów w moim kołczanie. Jednym z nich jest to, że zarzeka się, że nie promuje otyłości, co jednak nie przeszkadza jej w planach zrobienia kariery i zarabiania na modzie dla otyłych. Promuje za to „wartości rodzinne” jak załatwianie po znajomości udziału w pokazach mody w charakterze modelki czy posady choreografki w zespole Ich Troje córkom, które nie mają do tego warunków fizycznych. Za „wartości rodzinne” uważa również „siadanie” na osobowościach córek swoją osobowością do tego stopnia, że podczas wywiadów zabierają głos tylko po to, by powtórzyć niemal słowo w słowo to, co przed chwilą powiedziała ich matka. Jest do tego próżna (otwarcie przyznała z córkami w telewizji, że mają one „parcie na szkło”), arogancka (na krytykę ze strony doświadczonej dziennikarki i naczelnej pism, Karoliny Korwin-Piotrowskiej zareagowała z oburzeniem, pytając kim ONA w ogóle jest i co takiego zrobiła) i głupia jak słowa piosenek Pitbulla śpiewane w odwrotnej kolejności („Muszę być barwną osobowością, skoro media się mną interesują!” [tak, tak barwną jak kałuża twoich wymiocin]).

W chwili, gdy piszę te słowa toczą się losy świata, bo „Berta” będzie walczyć o posadę w nowym programie kulinarnym w TVN z nikim innym jak z samą Magdą Gessler, od czego próbuje ją odwieść Polsat, oferując jej poprowadzenie programu, który będzie poronionym pomysłem nie na jeden, a na dwa sposoby (miałby to być program modowo – kulinarny).

Nie byłbym sobą, gdybym nie sprawdził, jak się to potoczyło. Jak rozumiem, zdecydowała się przyjąć propozycję TVN-u, jednak wciąż nie wiadomo, czy to ona, czy też jej rywalka w nim wystąpi. W sumie szkoda, że nie zmierzyły się o prowadzenie programu w Polsacie, bo znając jego poziom, byłaby to pewnie walka w kisielu…

Sądzę, że w następnym artykule wybiorę sobie na cel celebrytę, który już od dłuższego czasu działał ludziom na nerwy swoją odpychającą osobowością czy beztalenciem. Zamiast jednak sam decydować o tym, kto powinien zostać celem następnego artykułu, chciałem dać wam możliwość przesyłania swoich propozycji. Swoje propozycje możecie przesyłać na adres e-mailowy pedigree (małpa) .pl lub przesłać je w komentarzu pod tekstem (do tego, by pozostawić komentarz nie jest wymagana rejestracja).

Czy widzicie przyciski udostępniania pod tekstem? Jeśli tak, to bardzo was o to proszę, abyście udostępnili ten tekst swoim znajomym na Facebooku. To nie kosztuje was wiele, a dla mnie to bardzo ważne – od tego zależy przyszłość tego bloga. Zostań bohaterem już dziś, podziel się tym z innymi.

Chciałem wam wszystkim serdecznie podziękować za udostępnianie tekstu. W jeden dzień przyniosło to wielki wzrost liczby odwiedzających, dlatego proszę was, abyście nie ustawali w udostępnianiu moich tekstów. Pozdrawiam was serdecznie i jeszcze raz najserdeczniej dziękuję.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 13 maj 2012, godz. 19:36, Rabka-Zdrój.

%d blogerów lubi to: