Tag Archive: Psychologia


Przyszedł mi ostatnio do głowy pomysł, by na świstkach papieru zapisywać każde usprawiedliwienie (choćby nawet było to „nie teraz!”), jakie znajdę dla tego, by nie robić czegoś, co chcę zrobić (co nie znaczy, że mi się to robić chce, np. przez nakład pracy) lub co zrobić muszę i każdą z tych karteczek wrzucać do jednego pojemnika. Zapisuję też szkodliwe przekonania i mechanizmy, na korzystaniu z których się łapię, np. odkładanie czegoś na później, aż będzie za późno i obiecywanie sobie, że jutro z samego rana to zrobię, popadając w ten sam mechanizm). Pomysł polegał na tym, że po pewnym czasie zrobiłoby mi się niedobrze na widok tego, ile czasu, energii i nerwów poświęciłem na odkładanie tego, co miałem zrobić, chociaż w tym czasie już bym to dawno zrobił. Zakładałem też, że zrobi mi się niedobrze na samą myśl o napisaniu kolejnej karteczki.

Teraz, gdy przetestowałem tą metodę, mogę powiedzieć, że faktycznie tak działa, choć z początku byłem tak zafascynowany tym, jak wiele się dzięki tej technice uczę o sobie i swoim sposobie myślenia, że o mało się od niej nie uzależniłem, preferując wypisywanie wymówek niż pracę, do której miało mnie to zmotywować.  Na szczęście łatwo mi było sobie z tym poradzić, bo kiedy już zapisałem usprawiedliwienie, mój umysł nie miał odwagi wykorzystać go ponownie. Dlaczego więc to robi w normalnych warunkach? Bo korzystamy z nich i zapominamy o nich natychmiast, by nie naruszyły one naszego obrazu siebie jako człowieka np. pracowitego. Gdy się z tym skonfrontujemy, nie mamy już możliwości, by temu zaprzeczać i by uciekać przed tym, co mieliśmy zrobić. Doszło teraz do tego, że mojemu umysłowi skończyły się wymówki, to zaczął rozpaczliwie sięgać po „bo nie chce mi się” i „bo tak!”. Takie też zapisuję, bo one potrafią być bardzo niebezpieczne. Szczególnie „bo tak”, albowiem jest to wymówka, która dzięki swej ogólności nie daje nam powodu ani do tego, by ją odrzucać, ani do tego, by czuć się winnym z powodu korzystania z niej.

Jeśli pojawia się jakaś motywująca myśl, to zapisuję ją sobie na przyszłość, a jeśli jest naprawdę dobra, przyklejam sobie karteczkę z nią do monitora (ty możesz je przyklejać tam, gdzie będziesz często na nie patrzył).

Pomysł jest oparty na technice, jaką kiedyś widziałem na filmach, gdzie ludzie umieszczali w skarbonce pewne drobne sumy za każdym razem, gdy ulegli nawykowi, który próbowali przezwyciężyć.

Jest to naprawdę świetny sposób na poznanie samego siebie, jeśli oczywiście masz na tyle odwagi i szczerości wobec siebie, by np. przyznać się przed sobą, jak przez całe lata się okłamywałeś (i ile mógłbyś zrobić czy osiągnąć, gdybyś wiedział o tym wcześniej). To jednak fascynujące, gdy widzisz, jakie mentalne śmieci wydobywa to z twojej nieświadomości. I dopiero gdy zostanie to wydobyte, nie będzie mogło zostać wykorzystane przeciwko tobie (chyba, że przerwiesz korzystanie z tej techniki i pozwolisz usprawiedliwieniom nadal działać w tle) i pozwoli zapełnić luki po tych szkodliwych mechanizmach czymś naprawdę konstruktywnym.

Bardziej niesamowite jest jednak to, że gdy zabieramy znad naszej energii bat wymówek, dotychczas tłumiona energia zaczyna się uwalniać. Okazuje się, że to było błędne koło – nie mamy energii, by cokolwiek zacząć, bo przyzwyczailiśmy się do tego, że nasz umysł pogania ją batem z miejsca na miejsce (np. każąc jej czekać i czekać i czekać tak długo, aż nadchodzi noc, gdy nie mamy już co z nią zrobić, obiecując nam po tym, że „jutro będziemy pracować od samego rana”, tylko po to, by zrobić to samo. Nie mamy energii, bo męczymy się odkładaniem zarówno jej, jak i tego, co mamy zrobić na później, nie zauważając, że ją po drodze rozpraszamy a to na zrobienie sobie jedzenia, a to na oglądanie stron z humorem, a to na porządkowanie rzeczy w pokoju (czego normalnie nam się chce robić i z czego nie ma aż tak wielkiego pożytku).

Jeśli zdołamy tą energię uwolnić, nasz umysł może znowu próbować ją okiełznać, kusząc nas tym, byśmy najpierw zrobili coś przyjemnego albo mało ważnego, albo nie wymagającego większego wysiłku. Gdy jednak to nie zadziała, a umysłowi braknie argumentów na to, by nic nie robić, zacznie się wydzielać adrenalina, bo zostaniemy wówczas dosłownie postawieni pod ścianą i będziemy mieć wybór tylko i wyłącznie pomiędzy walką a ucieczką (zrobić to, co odkładaliśmy i mieć spokój czy odkładać to, co nieuniknione i rujnować sobie przy tym dobry obraz siebie, który tak przyjemnie łechta nasze ego). Jeśli zdecydujesz się walczyć, możesz odkryć, że ta nowa motywacja i przepływ energii to naprawdę świetne uczucie.

Jeśli twój umysł będzie cię zniechęcał tym, jak dużo jest do zrobienia i jak dużo czasu to zajmie, to sięgnij po technikę chunkingu, czyli rozbijania czaso- i pracochłonnych zadań na pomniejsze etapy. Jeśli zaś powie ci, że w tą godzinę czy pół godziny, jakie sobie na zrobienie tego dasz, nic nie zrobisz, to pomyśl sobie, że najtrudniej jest zacząć i pokonać początkowe zniecierpliwienie i chęć do tego, by to jednak rzucić i zająć się czymś innym. Pomyśl sobie, że to tylko godzina czy pół (możesz sobie ustawić budzik, by zadzwonił po danym czasie) i tylko tyle musisz przetrwać, bo jak już wpadniesz w rytm, nie będziesz chciał przerywać tego, co robisz tak szybko, wiedząc jak dużo czasu i sił kosztowało cię zmuszenie się do tego, by w ogóle zacząć.

Obie powyższe techniki wykorzystuję sam od wielu lat i to z powodzeniem.

To, co w tej technice jest istotne jest to, że opiera się ona na rozprawianiu się z wymówkami w momencie, gdy się pojawiają. Próbowałem podczas pracy z porannymi stronami, opisanymi w książce „The Artist’s Way” („Droga Artysty”) Julii Cameron „na zimno” przypominać sobie, z jakich to w przeszłości wymówek i szkodliwych przekonań korzystałem, ale sądząc po zawartości mojego woreczka z wymówkami, nie wyłapałem w ten sposób wszystkich. Możliwe, że umysłowi wydawały się one niedorzeczne dopóki nie zaczął z nich korzystać w przypływie desperacji.

Pamiętajcie tylko, by nie wykorzystywać tej techniki do motywowania się do rzeczy, do których naprawdę nie powinniście się motywować, bo w przypływie adrenaliny łatwo zrobić coś głupiego, szkodliwego czy coś, co przysporzy wam wrogów, a to, że dzięki adrenalinie przestaniecie widzieć konsekwencje nie znaczy, że was one nie spotkają.

Ja tu piszę o czymś pokroju zmotywowania się do napisania magisterki a nie pokonania naturalnych oporów przed wyrolowaniem własnej rodziny z jej części testamentu (no chyba, że rodzina to obiektywnie rzecz biorąc banda bydlaków) 🙂

Hej, widzisz te przyciski udostępniania pod spodem? Bardzo Cię proszę, udostępnij ten tekst czy to na Facebooku czy na Twitterze – zarówno jeśli sądzisz, że komuś pomoże, jak i wtedy, gdy myślisz, że i tak nikt go nie przeczyta (sam fakt, że ludzie zobaczą, że taki blog jak mój istnieje jest ogromnie pomocny i decyduje o przyszłości tego bloga). To tylko jedno czy dwa kliknięcia i zajmie ci tylko parę sekund. Z góry bardzo, ale to bardzo dziękuję.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 8 Czerwca 2013, 18:43, Rabka-Zdrój.

Nie pisałbym o tym, gdyby nie to, że często spotykałem się z opiniami, że stwierdzenie, że każdy x wygląda tak samo jest rasistowskie na regularnie odwiedzanych przez siebie zagranicznych serwisach.

Odpowiedź na zadane w tytule posta pytanie usłyszałem jakiś rok temu, słuchając jednej z audycji w radiu Kraków. Gościem był naukowiec, który powiedział, że u dzieci w wieku około sześciu lat dochodzi do specjalizacji w rozpoznawaniu twarzy i po tym okresie nie są one już w stanie rozróżniać twarzy u „innych” ludzi. Powiedział też, że gdyby dziecko wychowywało się z wilkami, byłoby w stanie rozpoznawać pyski wilków, ale twarzy ludzi już nie. Z tego wynika, że to naturalna ludzka cecha.

Czy ten „rasizm” jest czymś, czego „winni” są jedynie biali? Nie.

Pamiętam inną audycję sprzed wielu lat (możliwe, że też w radiu Kraków) o poszukiwaniach podróżnika i miłośnika wspinaczki wysokogórskiej (o ile dobrze pamiętam) zaginionego w Armenii. O ile dobrze zrozumiałem, gościem audycji był uczestnik wyprawy poszukiwawczej i powiedział on, że ludzie z jego grupy pytali okolicznych ludzi, czy widzieli zaginionego, na co oni odpowiadali, że widzieli. Nie wynikało to z jakiejś złośliwości wobec obcych, a właśnie z tego, że dla nich wszyscy europejczycy wyglądają tak samo, co zresztą gość audycji sam powiedział.

Teraz już wiecie dlaczego tak jest.

{A tak swoją drogą to przerąbane jest zaginąć w kraju zamieszkiwanym przez inną grupę etniczną. To tak, jakby nikt nic nie widział nawet jeśli widział i chciał pomóc tym, co widział}.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 24 Luty 2013, 23:43, Rabka-Zdrój.

Miałem ten problem, że chciałem spróbować tworzenia w nowych dziedzinach sztuki, ale chciałem, by to, co zrobię było od razu jak najlepsze, perfekcyjne. To jest oczywiście toksyczne myślenie i prowadzi do szybkiego bloku artystycznego, do odkładania zrobienia pierwszego kroku w kierunku poszerzenia artystycznych horyzontów w nieskończoność.

Pomyślałem więc, że mógłbym dać sobie jeden cały dzień na oglądania i czytanie każdego samouczka na dany temat. Drugi dzień byłby poświęcony na swobodne ćwiczenie tego, co zobaczyłem w samouczkach, które oglądałem lub czytałem poprzedniego dnia, albo w nowych, których do tej pory nie widziałem (poprzez „swobodne” mam na myśli pozwolenie sobie na to, by być początkującym, nie przejmowanie się rezultatami i bycie otwartym na to, czego nigdy w życiu nie próbowałem). Trzeci dzień miałbym cały na próby zrobienia najlepszej pracy, jaką jestem w stanie zrobić. Myślę, że to jest bardziej efektowne niż próby zmieszczenia tych trzech różnych procesów w jednej dobie. Tym bardziej, że człowiek uczy się podczas snu. Odkryto, że podczas snu następują duże wyładowania neuronalne, podczas których informacje są przenoszone z jednej części mózgu do drugiej. Naukowcy zablokowali myszom ten proces i okazało się, że w przeciwieństwie do swoich pobratymców, na których nie wykonano tej operacji absolutnie nie pamiętały drogi przez labirynt i musiały się uczyć rozkładu korytarzy i przechodzenia przez niego od zera.

Pomyślałem sobie też, że w ten sposób mógłbym zwalić winę za niezrobienie rysunku tylko na siebie i to, że nie poświęciłem dnia na jedną z tych rzeczy (a nie na jakiś brak inspiracji, obawy przed zepsuciem rysunku, zmęczenie nauką z samouczków lub ćwiczeniami).

To również „segmentuje” naukę. Człowiek zapamięta więcej z przerabiania 10 – 15 samouczków niż masowego czytania i oglądania i liczenia, że przechodząc od razu do robienia ostatecznego rysunku będzie się z nich cokolwiek pamiętać.

Problemem jest też to, że człowiek ma przekonanie, że wystarczy obejrzeć pokaz lub przeczytać teorię, by to już to praktycznie umieć i że przećwiczenie tego tuż po zapoznaniu się z materiałem nie przyniesie rezultatów różnych od tego, czego – jak nam się wydaje – już się nauczyliśmy.

Ten tekst jest jeszcze w trakcie dopracowywania.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 22 Luty 2013, 13:43, Rabka-Zdrój.

Oglądając czwarty odcinek serialu „Alcatraz” ponownie spotkałem się z opinią, że potrzeba 12 000 godzin spędzonych na nauce (w przeliczeniu jest to 500 dób), by zostać ekspertem w wybranej dziedzinie.

Chociaż niektórych z was może demotywować perspektywa studiowania danego przedmiotu tak intensywnie i przez tak długi okres czasu, mnie powyższa myśl popycha do działania – zrozumiałem, że na osiągnięcie mistrzostwa nie muszę już dłużej czekać do jesieni życia. W słuszności tego przekonania utwierdziła mnie wypowiedź założyciela i wokalisty zespołu Eluveitie na temat grającego w jego zespole perkusisty, którą przytoczyłem poniżej:

„Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby ktoś tak dużo ćwiczył. To znaczy, przez kilka pierwszych lat po dołączeniu do Eluveitie ćwiczył praktycznie każdego dnia przez – nie wiem – dziesięć, dwanaście, czternaście godzin (…) i wystarczy posłuchać jak gra, by się o tym przekonać. Jest niesamowitym perkusistą. Bardzo, bardzo się cieszę, że gra w naszym zespole i jestem z tego dumny.”

Nie wystarczy jednak, że zawieszę sobie w widocznym miejscu karteczkę przypominającą mi o tym, że za niewiele więcej niż półtora roku intensywnej pracy będę mógł sobie wydrukować swój własny dyplom ukończenia studiów doktoranckich, bo nie jestem tak wytrwały, jak wyżej wspomniany perkusista i nie mam tak silnej pasji, jak on. Jeśli chcę wytrwać w postanowieniu, że będę poświęcał na naukę przynajmniej pięć godzin dziennie, muszę sięgnąć po sposoby, które w przeszłości pozwoliły mi zachować motywację.

Jednym z nich jest mierzenie i zapisywanie postępów, a kolejnym – wykreślanie z listy zadań już wykonanych (powszechnie wiadomo, że pobudza to organizm do wydzielania dopaminy). Dlatego pomyślałem nad wykonaniem tabeli, w której jedno okienko odpowiadałoby jednej godzinie poświęconej na naukę, ale szybko stwierdziłem, że wykonanie tak wielkiej tabeli byłoby czasochłonne i pracochłonne. Następnie przypomniałem sobie, że mam jeszcze blok papieru milimetrowego w formacie A4, więc postanowiłem sprawdzić, ile jedna strona ma kratek. Pomnożyłem ilość kratek w kolumnach (270) przez ilość kratek w rzędach (180), co dało w sumie 48600 kratek. Podzieliwszy to przez liczbę godzin w dobie, otrzymałem liczbę dób (2025), a podzieliwszy liczbę dób przez ilość dni w roku, otrzymałem wynik, który mówi mi, że jedną stronę papieru milimetrowego wypełnię po pięciu i pół latach.

Bardzo chcę dokończyć ten projekt (a przynajmniej jego część), więc chcę się zabezpieczyć przed jego porzuceniem. Tym, co nie pozwalało mi nie kończyć artykułów, które mi się podobały (chociażby z tego powodu, że były ładnie napisane) jest to, że naprawdę nienawidzę tego robić – niedokończone teksty na liście wpisów na blogu działają na mnie tak, jak budynki w budowie (budynki opuszczone) działają na tych, którzy chcą podziwiać okoliczny krajobraz… a teksty są zazwyczaj tak dobrze napisane, że nie mam serca ich wyrzucać. Ponieważ nie pozwalają mi o sobie zapomnieć, jestem zmuszony dokończyć każdy z nich i na to liczę. Mam nadzieję, że konieczność dokumentowania swoich postępów nie pozwoli mi tego projektu przedwcześnie zakończyć.

Obiecałem, że jeśli projekt odniesie sukces, to podzielę się z wami pierwszymi wrażeniami i wynikami. Dzisiaj (21 maja 2012) osiągnąłem granicę 180 godzin poświęconych na naukę i zajęło mi to zaledwie 20 dni (co daje średnio 9 godzin nauki dziennie). Pierwszą wypełnioną linijkę, jak również notatki i legendę, możecie zobaczyć tutaj. Kolejne linijki możecie zobaczyć tutaj. Jest to stan z połowy lipca. Przez dłuższy czas miałem przerwę, gdzie albo uczyłem się przez jedną czy dwie godziny dziennie, albo uczyłem się w sposób niebezpośredni, co nie uważałem za warte odnotowywania (człowiek się uczy jak robić i nie robić internetowy program rozrywkowy oglądając całą ich masę, ale nie tak bardzo jak robiąc je samemu). Kolejną część opublikuję niedługo, bo na razie uzbierało się tylko ponad półtorej linijki więcej.

Oczywiście, ten system nie jest jeszcze doskonały, ale mam już parę pomysłów na to, jak go dopracować.

Zanim powrócę do nauki, chciałbym podzielić się z wami swoimi uwagami i przemyśleniami na temat tego systemu. A więc…

1. Ten system powstał, ponieważ szukałem sposobu na to, by motywować się do nauki rysowania tabletem graficznym. Jeszcze nie całkiem mi się to udało, ale przynajmniej zdołałem określić, na czym polega mój problem.

Problem polega na tym, że… jeśli zakończę dzień pracy nad rysunkiem z przekonaniem, że nie jestem w stanie w nim niczego więcej poprawić, to następnego dnia czuję paraliżujący strach przed dokończeniem pracy lub rozpoczęciem pracy nad nowym rysunkiem, ponieważ mam wrażenie, że przez czas pomiędzy jedną sesją a drugą poziom moich umiejętności nie mógł ulec zmianie (podobny problem miałem z pisaniem powieści).

Jest to oczywiście nieprawda, czego dowodzi fakt, że przeciętny człowiek po przebudzeniu z odrazą patrzy na rysunek, który jeszcze wczoraj mu się tak bardzo podobał. Wynika to z tego, że gdy świadomość dopiero uczy się proste kółka rysować, podświadomość jest już na etapie komponowania obrazu z wykorzystaniem Złotego Podziału.

Człowiekowi ciężko jest przyjąć do świadomości to, że mózgu nie zmieniają tylko świadome wnioski wyciągane podczas wykonywania danej czynności jak „Aha! Tak to się robi!”, ale sam proces wykonywania jej (naukowcy już tego dowiedli. Jeden z eksperymentów naukowych na małpach pokazał, że już sam fakt pocierania przez małpę opuszek jej palców szczoteczką do zębów fizycznie i na stałe zmieniał jej mózg, co widać było po tym, jak różniły się obrazy z rezonansu magnetycznego wykonane tuż przed i tuż po wykonaniu przez nich tej czynności).

W związku z tym postanowiłem, że w ciągu najbliższej sesji poświęcę więcej czasu na ćwiczenie rysowania tabletem. Spróbuję zmusić siebie do tego, by choć przez kilka lub kilkanaście minut dziennie ćwiczyć daną umiejętność. Jeśli podświadomość powie mi, że nie warto tabletu podpinać na parę minut, zwiększę ilość czasu, jaki na to przeznaczę. Wiem, że jeśli pokonam swój opór dostatecznie długo, by podłączyć tablet i „wejść w rytm pracy”, to nie przestanę ćwiczyć przez kilka następnych godzin.

2. Jak już napisałem powyżej, system narodził się z połączenia poprzednich metod motywowania się, jednak proces jego powstawania nie był procesem zupełnie świadomym – dopiero w połowie tego eksperymentu uświadomiłem sobie, że to, co robię wygląda jak proces defragmentacji dysku twardego, na który zawsze lubiłem patrzeć (zakładając, że wizualizacja tego procesu miała ładne barwy). Podobnie było z cienkopisami firmy Stabilo. Chociaż od zawsze je lubiłem, nie kupiłem ich specjalnie dla celów tego eksperymentu. Pozostały mi one z czasów, gdy ćwiczyłem rysowanie i kolorowanie nimi.

Zalety, jakie okazał się mieć ten system również nie były zamierzone. Mała ilość kratek, jaką mogłem wypełnić po przeczytaniu samouczka w formie tekstu lub wideo zachęcała mnie do tego, by ćwiczyć umiejętności w praktyce, a nie polegać wyłącznie na zdobywaniu wiedzy teoretycznej. Kiedy już zacząłem pisać lub rysować, nie mogłem się od tego oderwać, dzięki czemu po zakończeniu pracy mogłem wypełnić kilka lub kilkanaście kratek, nie czując takiego zmęczenia, jak po czytaniu książki czy oglądaniu filmu instruktażowego.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 15.04.2012, 16:23, Rabka-Zdrój.

Chociaż obserwowanie klepsydry przesypującej piasek w ciągu sekundy, a nie godziny, wydaje się nam całą wiecznością, w podobny sposób czas nam się dłuży, gdy tęsknie wyczekujemy zmian w życiu...

Myślę, że nie jestem sam w tym, że często zastanawiałem się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym przeskoczył „klasowe ogrodzenie” (wiecie, to które dla wielu ludzi nie różni się wiele od tego) i przedostał się na jej drugą stronę, gdzie trawa wydaje się zawsze „zieleńsza”.

Ostatnio jednak przyszło mi na myśl, że niekoniecznie byłbym szczęśliwszy, posiadając to, czego należałoby się raczej spodziewać po ludziach, których portfele brewiarz przypominają. Dlaczego? Dlatego, że najprawdopodobniej nie byłbym wolny od choroby umysłowej równie powszechnej jak bakterie, które wybiły jedną trzecią ludności średniowiecznej Europy – choroby „nigdy nie potrafię docenić tego, co mam”, której często towarzyszy objaw „chcę więcej, więcej, więcej, bo nigdy nie wystarcza mi to, co już posiadam”, o czym zresztą pięknie śpiewa Simone Simons z zespołu Epica w piosence „Never Enough” oraz „Another Me In Lack’ech„.

“Ziemia zapewnia wystarczająco wiele, by zaspokoić potrzeby każdego człowieka, ale niewystarczająco wiele, by zaspokoić jego żądze.” ~Mahatma Gandhi

Oczywiście, ludzie zarabiający miesięcznie w okolicach tego, ile mierzą sobie himalajskie szczyty nie mają takich problemów, jakie mają ludzie żyjący „minimalistycznie”, ale podczas gdy ci pierwsi prawdopodobnie nigdy nie doświadczą problemów ludzi, którzy przez pole minowe podatków idą z wykrywaczem metalu (np. w postaci prawnika), ci drudzy nadal mogą dołączyć do grona „minimalistów” (co się zresztą sławnym, popularnym osobom wymienionym w tym artykule [i komentarzu do niego] skutecznie udało).

Człowiek żyjący skromnie musi się troszczyć tylko o to, by żyło mu się trochę lepiej, a człowiek zamożny musi pracować zarówno na to, by utrzymać standard życia, do jakiego się przyzwyczaił, jak i na to, by uniknąć życia w sposób, w jaki żyć nie potrafi. Stawia go to w sytuacji rekinów, które właściwie nigdy nie śpią, ponieważ muszą wiecznie pracować, by nie pójść na dno jak ś.p. załoga łodzi podwodnej „Kursk”.

„Pieniądze szczęścia nie dają, ale pozwalają wygodnie być nieszczęśliwym.”

Oczywiście, mam świadomość tego, jak bardzo przyjemnie jest mieć poczucie bezpieczeństwa wynikające z materialnego zabezpieczenia i nie mieć trudności, z którymi się walczy obecnie, ale doszedłem do wniosku, że nie posiadając tego, co posiada przeciętny człowiek, mogę się cieszyć większą niezależnością twórczą – nie muszę poświęcać czasu i sił na utrzymywanie życia towarzyskiego, życia zawodowego, życia rodzinnego (oczywiście, nie akceptuję rozwiązania w rodzaju „załóż rodzinę, a następnie całkowicie obarcz obowiązkami związanymi z jej utrzymywaniem swoją partnerkę”, bowiem byłoby to nieodpowiedzialne, a nieodpowiedzialni ludzie zasługują na to, by im strzały z rozszczepiającymi się grotami w cewkę moczową wepchnąć), więc mam więcej czasu, chęci i sił na robienie tego, co lubię najbardziej – na twórczość artystyczną i intelektualną.

Nie powiedziałbym, że mnie to, co teraz napiszę szczególnie cieszy, ale zauważyłem, że jestem bardziej produktywny, jeśli moja sytuacja materialna lub rodzinna jest równie stabilna jak galaretka podczas trzęsienia ziemi – jeśli mam święty spokój i jestem wolny od problemów materialnych, skłaniam się do tego, by spędzić dzień na oglądaniu internetowych programów rozrywkowych (web shows) i graniu w gry komputerowe, bo nie odczuwam presji – wydaje mi się, że następny dzień będzie równie przyjemny i mogę odłożyć zaplanowaną pracę na jutro. Gdybym był zamożniejszy, taką sytuację miałbym codziennie, bo w końcu po co robić coś przyjemnego, co wymaga pracy, skoro można robić coś przyjemnego, co pracy nie wymaga.

Czas, jaki mam na wykonanie określonego projektu zaczynam doceniać dopiero wtedy, gdy rachunki zaczynają mnie ścigać z bezwzględnością psychopatycznej Shodan z gry System Shock 2. Dlaczego? To trochę tak, jakbyś wiedział, że możesz lada dzień, z powodu toczącej twój organizm choroby, umrzeć i próbował każdy dzień wykorzystać na zrobienie czegoś konstruktywnego. W każdym razie ja czuję silne wyrzuty sumienia, jeśli kładę się spać, nie zrobiwszy danego dnia niczego wartościowego… czegoś, co można byłoby w praktyczny sposób wykorzystać w przyszłości.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 7 Listopad 2011, 19:52.

%d blogerów lubi to: