Tag Archive: Rozwiązanie


Nie lubię ludzi.

Tak, wreszcie to powiedziałem. I czuję się z tym świetnie.

Niby wiedziałem to od dawna, ale wielu wokół (dziwnym trafem byli to sami ekstrawertycy) przekonywali mnie, że myślę tak tylko dlatego, że ich unikam.

Pomyślałem, że może i tak było, więc w końcu im uwierzyłem.

Choć nie do końca byli w błędzie (zdołałem trafić na takie osoby, z którymi się dobrze dogadywałem), fakt pozostał faktem. Nie lubię ludzi.

Nie, nie na tyle, by dziabać nożem obcych w centrum handlowym jak ostatnio gość w galerii Vivo w Stalowej Woli, czy strzelać do nich jak inny typ w Stanach Zjednoczonych w… w… *rzucam lotką w tarczę z dotychczasowymi lokacjami* w trakcie koncertu country w Las Vegas.

Wiem, że nie jestem idealny i ta świadomość sprawia, że gdziekolwiek się znajduję, staram się pozostawić za sobą jak najmniej złych wspomnień.

Jestem dyplomatyczny, idę na kompromisy i chętnie pomagam. Nie wywołuję konfliktów i sumiennie wykonuję swoje obowiązki (na ile potrafię). Staram się być uczciwy (co nie zawsze się udaje, jak choćby wtedy, gdy szef narzuca ci podejrzane praktyki typu omijanie kasy fiskalnej przy zakupach pewnych produktów). Uczciwość to cecha, którą pielęgnowałem od najmłodszych lat, widząc, że jedna z osób z mojej rodziny ma do niej zbyt „otwarte” podejście.

Mimo to w ciągu ostatniego roku nie spotkało mnie w dziedzinie relacji międzyludzkich w pracy nic poza samymi rozczarowaniami.

Jestem osobą typu „wejść i wyjść”. Nie mieszam się w cudze sprawy. Szczególnie, jeśli nikomu nie dzieje się poważniejsza krzywda. Jesteśmy w końcu ludźmi dorosłymi i każdy odpowiada za siebie. Ja robię tak, by żyć w zgodzie z własnym sumieniem, bo w ciągu życia dostałem wystarczająco dużo dowodów na to, że to, jak postępujemy – dobrze czy źle – zawsze do nas wraca. [Jak wówczas, gdy osoba z mojej rodziny postanowiła oszczędzić pieniędzy na dokładaniu się do wspólnych rachunków i te oszczędzone pieniądze straciła przez to, że okradziono samochód pod jej opieką, dostała mandat za wyciek oleju, a szef jej nie wypłacił].

Pomimo tego nie dane mi było w spokoju pracować, bo zostałem zaplątany w intrygi polityczne wewnątrz każdej z trzech firm, w których ostatnio byłem zatrudniony. Jak zwykle było to podejście „co złego, to na nowego”.

W jednej próbowano mnie wrobić w braki w kasie, którym nie zawiniłem (tylko ostatni debil kradłby z własnej kasy, za której rozliczenie odpowiada), a w drugiej – już pierwszego dnia podpuszczano mnie, bym w zasięgu kamer poczęstował się towarem firmy, bo „wszyscy tak robią” (odmawiałem wielokrotnie, ale i tak wciśnięto mi jeden z wyrobów do rąk). Ostatecznie zrezygnowałem z tej drugiej pracy po trzech dniach, bo  szefostwo oczekiwało, że po tym czasie będę umiał tyle, co doświadczony pracownik. Współpracownicy przedstawili mu moje zasługi tak, jakbym przez całą zmianę tylko się plątał.

Tak, jak to widzę, problem polegał na konflikcie interesów szefów i pracowników. Szefom zależało, by moja pomoc skróciła czas pracy współpracowników. Gdybym przyspieszył proces o choćby godzinę, oszczędziliby miesięcznie ok. 400 zł na każdym z nich. Im to jednak najwyraźniej nie było w smak, więc próbowali się mnie pozbyć. Tym bardziej, że był to system „jak skończysz wcześniej, to wyjdziesz wcześniej”. Nie doszłoby to tego, gdyby pracowali obowiązkowo osiem godzin i płacono im za osiem godzin bez względu na to, o której się wyrobią. W tym, że pracownicy robili mniej niż osiem godzin był cel. Pracodawcy często proszą pracowników, by zostali dłużej, ponad normowany czas, by uniknąć płacenia im jak komuś na pełnym etacie. I tak właśnie miałem w poprzedniej pracy, gdzie obsługiwałem kasę.

Być może każdy tak ma. Znosi pracę, której nie lubi z zaciśniętymi zębami, bo musi. Bo ma kredyt i dzieci na utrzymaniu.

Mnie jednak kazało się to zastanowić nad czymś, co nurtowało mnie od dawna. Motyw, który poruszył film animowany „Ralf Demolka” i „Księga Życia”. Pierwszy mówi o tym, że nie możesz zmienić tego, kim jesteś, więc czemu nie wykorzystać tego, co masz i czym jesteś jak najlepiej? Drugi mówi o odwadze do bycia sobą w obliczu presji spełniania oczekiwań otoczenia.

Gdzie kończy się odgrywanie obcej mi roli? Czy moje życie będzie aż do samego końca polegało na poświęcaniu się dla innych? Czy znajdę kiedyś odwagę, by być sobą? Żyć jako artysta?

W tym punkcie życia wydaje mi się, że jedynym wyborem, jaki mam jest wybór pomiędzy pracą dla kogoś, gdzie będę znosił dalsze nadużycia, a własną firmą, do czego nie mam absolutnie żadnego przygotowania. Nie mam nawet poczucia własnej wartości i wiary we własne siły, bo to odebrały mi lata szkolne, gdy znęcali się nade mną psychicznie, emocjonalnie, a i nieraz fizycznie równieśnicy z klasy. Tak samo, jak w przypadku ludzi w wyżej wymienionych miejscach pracy nie rozumiem, co budziło ich niechęć. Owszem, nie byłem towarzyski, ale też nikomu nie wchodziłem w drogę, po cichu skupiając się na własnych zainteresowaniach.

I właśnie teraz, gdy moja sytuacja finansowa przyciska mnie, bym zaczął szukać kolejnego zajęcia, które najpewniej tylko pogłębi moją depresję, zaczynam się zastanawiać: a jeśli moim losem jest iść po linii najmniejszego oporu? Może zamiast próbować sił w czymś, w czym nie mam doświadczenia i do czego się najwyraźniej nie nadaję, może czas rozważyć wykorzystanie talentów, z którymi się urodziłem? Nawet, jeśli nie są praktyczne czy dochodowe?

Dlatego też zacząłem pracować nad swoją obecnością w mediach społecznościowych, swoją bazą marketingową. Nie dlatego, że mam produkt do sprzedania, ale dlatego, że chcę wreszcie uwierzyć, że potrafię wzbudzić zainteresowanie tym, co mam do zaoferowania. Że jestem lepszy w tym, co robię, niż chcę przed sobą przyznać (mimo licznych uzdolnień nie wydaje mi się, bym w czymkolwiek był naprawdę dobry).

Dopiero wtedy, gdy tę bazę zbuduję, będę miał na tyle pewności siebie, by założyć własną działalność i sprzedawać to, co mam światu do zaoferowania.

Mam jednak świadomość, że to może być kolejny sposób, w jaki adrenalina wydzielana na myśl o chodzeniu za pracą i znoszeniu odmów skłania mnie do ucieczki w przyjemności i nierealne wyobrażenia. Obawiam się tego, ale z drugiej strony – ile można się bać? Obawiałem się zmian całe życie. Być może teraz nadszedł czas, by w końcu stawić im czoła.

Na moich warunkach.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 6 Listopad 2017, 00:00, Rabka-Zdrój.

Jeśli chcesz się poznać prostą, a uniwersalną technikę zwiększania produktywności, przeczytaj fragment tuż pod ostatnim obrazkiem w tym wpisie. Chociaż w poniższym tekście użyłem opowiadań jako przykładu, opisywana technika może być wykorzystywana w innych celach związanych z kreatywnym pisaniem.

A więc…
Jak sprawić, by pisanie opowiadania nie wydłużyło się w nieskończoność?
Nie jest to może problem, który byłby wystarczająco poważny, by musiała go poruszać grupa Bilderbergów na jednym ze swych otoczonych tajemnicą spotkań, ale myślę, że odpowiedź na postawione w tytule pytanie zainteresuje ludzi, którzy próbowali napisać opowiadanie, lecz nie potrafili się zmieścić w formacie opowiadania, który – ze względu na konieczność ograniczania się do określonej liczby scen czy stosowania odpowiednio szybkiej i zwięzłej narracji – jest równie restrykcyjny jak seks z fanatyczną katoliczką, a zarazem równie wymagający jak seksualny odpowiednik biegaczki narciarskiej J. Kowalczyk.

No… chyba, że problem, który napotkałem jest równie powszechny jak syndrom uporczywego podniecenia seksualnego i spotka się z równie dużym zrozumieniem…

Gdyby Sarah Carmen była pisarką, musiałaby dziennie zmiąć dwieście kartek z tym, co napisała, aby móc w końcu powiedzieć, że czuje satysfakcję.

Problem, o którym chcę napisać przypomina przypadek pewnej wiedźmy z książki Terry’ego Pratchetta, która „potrafiła zacząć słowo ‚bananowy’, ale nie potrafiła go skończyć”, wobec czego sylaba „na” namnażała się do takiej ilości, że słowo zaczynało przypominać sekwencję kodu DNA.

Problem powstaje, gdy pisząc opowiadanie, nie potrafimy go odpowiednio szybko zakończyć, wobec czego rozrasta się ono do rozmiarów powieści. Może to być szczególnie demotywujące, jeśli zależało nam na szybkim ukończeniu utworu, a końca pracy nie widać. Pojawia się pokusa, by napisać zakończenie, które przypomina symulowany orgazm (co ciekawe, słowo oznaczające punkt kulminacyjny w języku angielskim to „climax”, które oznacza również orgazm), ale – nie oszukujmy się – byłoby ono równie satysfakcjonujące co: „Za górami, za lasami był sobie kiedyś pewien bardzo zły król, który żył długo i szczęśliwie. Koniec!”.

Problem wynika z tego, że niedostatecznie dokładnie przemyśleliśmy strukturę opowiadania. Często wystarczy wymyślić zakończenie opowiadania na samym początku i pamiętać o tym, aby nie pisać o niczym, co nie prowadzi akcji w kierunku tego zakończenia, aby sobie z tym poradzić, ale pomocna może się również okazać technika, którą stosowałem do pisania recenzji w formacie A4.

Szczególnie islandzkie kobiety, bowiem mając większość w parlamencie całkowicie zakazały pornografii, czyniąc origami jedynym erotycznym zastosowaniem papieru, jakie nie grozi odsiadką.

Technika polega na napisaniu streszczenia fabuły opowiadania tak, by zmieściło się na jednej lub dwóch stronach kartki formatu A4. Mam na myśli wypisanie kolejnych działań bohaterów i wydarzeń (mogą to być również cechy i emocje bohaterów), które w logiczny sposób prowadzą do zakończenia opowiadania. Można powiedzieć, że jest to literacki odpowiednik diety typowej supermodelki, gdzie nacisk położony jest na środki przeczyszczające…

Będziesz wielki jak supermodelki, które wiedzą, co należy wzmocnić w pierwszej kolejności, nawet jeśli są tak słabe i wychudzone, że może je przewrócić pierwszy lepszy podmuch wiatru.

Bowiem nie ma wątpliwości, że całkiem sporo słów i wyrażeń pójdzie na dno mentalnego sedesu…

Jeśli zabraknie ci miejsca zanim dotrzesz do opisu zakończenia (nie martw się, może to mieć swoją dobrą stronę, bowiem może pomóc w wykryciu choroby „budowniczego świata” w jej uleczalnym stadium, cechującej się tym, że zakochany w stworzonym przez siebie świecie autor do tego stopnia skupia się na jego opisywaniu, że zapomina o fabule, dzięki czemu stoi ona jak nowe wagony PKP Intercity za górami, za lasami korporacyjnej propagandy, a dokładniej na bocznicy kolejowej, która już niedługo może wyglądać jak cmentarzysko pociągów z gry Final Fantasy VII), przyjrzyj się tekstowi i zastanów się, co możesz ująć zwięźlej lub usunąć.

Możesz spróbować również skrócić odstęp czasowy pomiędzy wydarzeniami (tym bardziej, że najpewniej miałeś zamiar wypełnić swoim bohaterom czas oczekiwania na następne wydarzenie aktywnościami godnymi „en-pe-speców” w grach fabularnych, którym cały dzień pracowicie schodzi na wchodzeniu do stodoły i wychodzeniu na podwórko, jakby to był wybieg dla modelek) bądź połączyć jedno wydarzenie z drugim – poświęcić jedną scenę na opisanie tego, co miałeś zamiar opisać w dwóch osobnych scenach, np. możesz połączyć scenę ucieczki ze sceną śmierci jednego z bohaterów albo przerwać kłótnię bohaterów ważnym telefonem, zamiast czekać z opisem rozmowy do następnej sceny, jakby to była jakaś „Moda na Sukces”, gdzie bohater będący okazem zdrowia trzech odcinków potrzebuje, by po schodach zejść.

Myślę, że pisanie streszczenia w ten sposób ma wiele zalet. Przede wszystkim, świadomość, że wystarczy zapisać zaledwie stronę kartki A4 jest znacznie bardziej motywująca niż wymyślanie fabuły na bieżąco, które może zabrać o wiele więcej czasu, a przy tym nie zbliżyć cię do ukończenia dzieła (nie masz pewności, czy w końcu nie zdecydujesz się na wycięcie danego fragmentu, np. fantazji seksualnej z udziałem ulubionej gwiazdy filmowej, na którą nawet producenci bardzo niszowych hentajów patrzyliby z moralnym oburzeniem).

Często sama myśl o tym, jak wiele pracy nas czeka sprawia, że zniechęcamy się do pisania i wydaje się nam, że pojawienie się na papierze zajmuje literze tyle, co drużynie pierścienia zajęło przebycie odcinka między jednym krańcem podziemnego labiryntu Morii, a drugim.

Ponieważ kot jest twoim najlepszym przyjacielem, wyznaje zasadę „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe” – co wyjaśnia, dlaczego za żadne skarby nie chce pozwolić ci pracować.

Mając świadomość, że chodzi wyłącznie o napisanie szybkiego zarysu fabuły, nie pozwolisz, aby twoja lewa, krytyczna półkula mózgowa sparaliżowała twoje działanie. Człowiek często czuje się sparaliżowany, jeśli chce napisać coś, co będzie od razu doskonałe. Problem polega na tym, że lewa półkula będzie krytykowała i próbowała poprawiać to, czego prawa półkula nie zdążyła jeszcze nawet stworzyć – jeśli, oczywiście, do tego dopuścisz. Próbę wykorzystywania dwóch półkul jednocześnie można porównać do dwójki ludzi w jednym kajaku, którzy mają zupełnie przeciwne wyobrażenia na temat tego, w którym kierunku powinni wiosłować, więc wiosłują w obu…

Podczas gdy większość ludzi dawno zdąży o tym zapomnieć, ty – jako aspirujący pisarz – nadal będziesz wpatrywał się w pustą kartkę, pochłonięty czymś, co do niczego nie prowadzi.

Sądzę, że to dosyć powszechny problem. Część pisarzy radziła sobie z tym pisząc w stanie, w którym nie powinno się siadać za kierownicą, a tym bardziej wysyłać rękopisu do wydawcy (niech „Zmierzch” Stephenie Meyer będzie dla was przestrogą!), by móc poprawić rękopis już na trzeźwo. Tym, którzy nie chcą ryzykować skończenia jako alkoholik, proponuję dokształcenie się w zakresie działania mózgu. Proponuję obejrzeć zamieszczoną poniżej prezentację, która pokazuje, jakie części mózgu odpowiadają za improwizację w przypadku muzyków jazzowych i raperów.  Sporą rolę odgrywa pozbycie się zahamowań i pozwolenie sobie na popełnianie pomyłek, co przywodzi na myśl obniżenie aktywności lewej półkuli mózgowej.

https://ted.com/talks/view/id/1046

Ach, byłbym zapomniał…
Ograniczona ilość miejsca, jaką masz do dyspozycji nie tylko nie pozwoli ci wypychać opowiadania watą słowną czy stracić wątek, ale również sprawi, że słabsze i mocniejsze fragmenty będą ze sobą lepiej kontrastować, dzięki czemu będziesz wiedział, które pomysły pozostawić, a które usunąć. Wiedząc, że nie masz miejsca na wykorzystanie nowych, lepszych pomysłów, będziesz musiał stopniowo eliminować pomysły, które wydają ci się najsłabsze – dotąd, aż pozostaną tylko te, które utrzymują równie wysoki poziom. Myśl o tym jako o darwinowskiej stomatologii polegającej na wyrywaniu tych zębów, które mają najmniejsze szanse na przetrwanie (ale za to możesz wypełnić pozostawione przez nie „kratery” złotem lub platyną!).

Można powiedzieć, że ze streszczeniem jest podobnie jak z rysunkiem – jeśli poprawnie oddasz proporcje i podstawowe kształty już na etapie szkicowania, to ryzyko, że będziesz musiał wprowadzać poważne poprawki w późniejszych etapach pracy będzie znacznie mniejsze. Bierz przykład z operacji plastycznych – gdyby Jocelyn Wildstein nie chciała nosić takiej twarzy, to już by dawno poddałaby się operacji rekonstrukcyjnej, ale prawda jest taka, że nie może… no dobra – nie chce, ale ilu na świecie może być cymbałów i cymbałek, którzy chcą wyglądać jak dzikie koty?

Kartka ze streszczeniem bardzo szybko zaczęłaby przypominać twarz wyżej wymienionej (którą jej mąż w końcu wymienił na dziewiętnastoletnią rosyjską modelkę), gdybyś próbował je pisać ręcznie (choćby i nawet ołówkiem), więc najlepiej jest opracowywać streszczenie w edytorze tekstowym. Jeśli nie masz dostępu do Worda w pakiecie MS Office, warto pobrać w pełni funkcjonalnego, legalnego, darmowego i w niczym mu nie ustępującego „klona” tego pakietu o nazwie LibreOffice lub OpenOffice.org.

„A ja będę twym aniołem, gdy będziesz leżał pijany pod stołem…”

Jeśli twój umysł przekonuje cię, że więcej osiągniesz przez godzinę narzekając na to, jak wiele wysiłku cię czeka, zamiast w końcu zacząć pracować, ustaw sobie budzik na godzinę później i postanów sobie, że postarasz się napisać jak najwięcej w ciągu tej godziny, nie przejmując się przy tym ani trochę jakością. Będziesz przynajmniej miał co poprawiać po upływie tej godziny.

Jeśli wciąż będziesz odczuwał pokusę poprawiania wszystkiego natychmiast, mów sobie, że godzinę bez poprawiania przecież wytrzymasz. Jeśli godzina pracy wydaje ci się nadal wiązać ze zbyt dużym wysiłkiem, poszukaj takiego okresu czasu, jaki ci odpowiada.

Możesz nawet ustawić budzik na dziesięć minut i przestawiać budzik o kolejne dziesięć minut za każdym razem, gdy poczujesz, że „skoro tyle mogłeś zrobić, to będziesz w stanie zrobić drugie tyle”. Nawet pracując przez dziesięć minut, osiągniesz więcej niż nie robiąc nic.

Pamiętaj również, że zabranie się za coś kosztuje człowieka dziesięć jednostek energii, ale już podtrzymywanie czynności zaledwie dwie. Dlatego jesteśmy często w stanie utrzymywać motywację do pracy i pracować w skupieniu równie długo, co się przed pracą ociągaliśmy. Często ociągamy się przed pracą, bo nie jesteśmy w stanie poprawnie oszacować, ile czasu nam zajmie, więc praca nas zniechęca, bo wydaje się być bardziej czasochłonna niż jest naprawdę. Ustawiając budzik na określoną godzinę i postanawiając w trakcie tego czasu napisać jak najwięcej, sami decydujemy o tym, jak czasochłonna będzie praca.

Oczywiście, powyższą technikę połączoną z ustawianiem budzika można wykorzystać również w przypadku, gdy masz coś innego do zrobienia, np. napisanie jakiegoś dokumentu. Jeśli zastąpisz części opowiadania tezą, argumentacją i wnioskiem, możesz napisać nawet artykuł, przekonującą wiadomość bądź scenariusz wideo-bloga. Samą technikę wykorzystującą budzik i postanowienie zrobienia jak najwięcej w danym czasie można wykorzystać dosłownie w każdym innego celu.

Spróbuj. Jestem pewien, że nie pożałujesz. Sam używam tej techniki z budzikiem, by nie dopuścić do tego, by mój perfekcjonizm kazał mi siedzieć zbyt długo nad pustą kartką czy nie odpowiadającym mi fragmentem tekstu.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 20 Wrzesień 2011, 14.13.

Z całego serca dziękuję wszystkim osobom, które zainteresowały się artykułem, czytały lub przeczytały go, a przede wszystkim tym, które podzieliły się ze mną swoimi opiniami, gdyż pozwoliły mi one artykuł dopracować i rozwinąć.

Pozdrawiam serdecznie i życzę wam wszystkim wszystkiego najlepszego w życiu.

%d blogerów lubi to: