Tag Archive: Twórczość


Power GirlJest to metoda, którą już kiedyś wykorzystywałem, by motywować się do pisania swojej powieści. Nie przestałem z niej korzystać, bo okazała się nieskuteczna, ale dlatego, że w trakcie pisania natrafiłem na ślepą uliczkę i dosłownie nie wiedziałem, co napisać i jak dalej poprowadzić fabułę. Zanim to jednak nastąpiło, byłem w stanie pisać po kilkanaście stron formatu A4 dziennie – właśnie dzięki tej metodzie.

Co to za metoda? Po prostu nie wypuszczałem siebie z łóżka, dopóki nie napiszę określonej ilości stron. Tym samym nie pozwalałem sobie na to, by włączyć komputer – od którego jestem uzależniony – dopóki to nie będzie zrobione.

Wiedziałem, że odkładając zabranie się do pracy tylko sobie szkodzę, więc mój opór nie trwał długo.

Jeśli chodzi o rysowanie, to zrezygnowałem z zatrzymywania siebie w łóżku i ograniczyłem się tylko do nie pozwalania sobie na to, by siąść przed komputerem bez wykonania codziennej porcji pracy. Rezultat przedstawiam powyżej. Jest to pierwsza praca, jaką dokończyłem po długim czasie niemocy twórczej. Miała ona różne przyczyny: podchodziłem do rysowania zbyt perfekcjonistycznie i obawiałem się, że rysunek zepsuję – albo byłem tak podekscytowany nowym pomysłem, że starsze rysunki pozostawiałem niedokończone.

Co ciekawe, nadal jestem podekscytowany nowymi pomysłami, ale z innego, zdrowszego powodu: chcę je zobaczyć, gdy będą tak dopracowane, jak ten tutaj (z tego samego powodu chce mi się nagle kończyć starsze prace). Dlatego kończenie prac stało się priorytetem.

Owszem, bywało tak, że odczuwałem zniechęcenie na sam widok tego, co miałem danego dnia pokolorować, przekonany, że robię zbyt wolne postępy. Mówiłem sobie wtedy jednak, że skoro już narzekam na wolne postępy, to na pewno nie pozwolę sobie na to, by być o dzień pracy w plecy i by zostawić to, co już dzisiaj mi się nie chce robić, na jutro. Wolałem już przez te, dajmy na to, pół godziny zrobić „bazę” pod jutrzejsze kolorowanie niż wydłużać sobie jutrzejszą pracę przez zaniechanie tego do pięciu godzin.

Oczywiście, mam świadomość tego, że ta metoda w moim przypadku sprawdza się dlatego, że prowadzę tryb życia, który mi na niedopuszczanie się do komputera przez parę godzin z rzędu pozwala. Sądzę jednak, że jeśli naprawdę komuś zależy, to i nawet pracując po powrocie z pracy, po godzinie dziennie do celu dojdzie. Chociaż nie każdy jest uzależniony od komputera jak ja, wierzę, że każdy z nas ma pokusy, które jest mu na tyle ciężko zwalczać, że będzie wolał popracować półtorej godziny niż opierać się jej przez trzy.

Może to być ulubiony serial (dodatkowa motywacja, by go przez ociąganie się nie przegapić), gorąca kawa lub gra komputerowa czekająca na dokończenie.

Jeśli chcesz mieć porównanie, to z pracą nad szkicem i konturami tego rysunku ociągałem się przez prawie trzy tygodnie. Gdy zacząłem stosować tą technikę, całość pokolorowałem w osiem dni, pracując po kilka godzin dziennie, co jest wynikiem niezłym. Skończyłbym szybciej, gdyby nie to, że były dni, gdy spędzałem zbyt dużo czasu na detalach, w obawie, że rysunek jednym nieostrożnym ruchem zepsuję (no, ale przynajmniej nie pozwoliłem, aby mnie to powstrzymało przed dokończeniem pracy w ogóle).

To chyba wszystko, co powinieneś wiedzieć na temat tej metody. Mam nadzieję, że będzie ci dobrze służyć.

Power Girl

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 4 Grudzień 2014, 02:19, Rabka-Zdrój.

P.S. Jeśli sądzisz, że ta metoda może komuś pomóc, bardzo proszę, skorzystaj z poniższych przycisków udostępniania. To zajmie tylko parę sekund, a pomoże również mojemu blogowi. Z góry dziękuję.

Reklamy

Czy przydarzyło ci się kiedyś, że tuż przed ostatecznym terminem na wykonanie czy oddanie danej pracy (bądź przed trudnym egzaminem) zabierałeś się za szukanie zajęć zastępczych?

Takich, które długo odkładałeś?

Może nagle doszedłeś do wniosku, że tym, czego ci w tym stresującym okresie życia potrzeba to właśnie przesadzenie kwiatków, przetrzebienie gratów na poddaszu lub posprzątanie swojego pokoju?

A może poczułeś, że w przededniu egzaminu, który może zaważyć na całym twoim przyszłym życiu dobrym pomysłem byłoby powrócić do rzuconej przed laty gry na gitarze?

Jeśli uległeś tym pokusom i byłeś zadowolony z tego, że w końcu udało ci się do wykonania tych zadań zmotywować, to popadłeś w produktywną prokrastynację.

Dobra wiadomość jest taka, że mam coś dla ciebie – technikę, która się częściowo na produktywnej prokrastynacji opiera. Teraz już nie będziesz potrzebował pilących terminów, by zabrać się za coś, z czego wykonaniem długo zwlekałeś.

Technika jest bardzo prosta i ma charakter listy zadań. Sztuka polega na tym, że masz tylko trzy miejsca na wpisanie zadań, które masz do wykonania i zabrać się za kolejne zadania wolno ci tylko wówczas, gdy zwolnisz przynajmniej jedno miejsce na liście (wykonując dane zadanie). Gdy już wykonasz zadanie, dostajesz dodatkowe miejsce na nowe zadanie lub przyjemniejszą rzecz, którą chcesz zrobić – miejsc przydzielasz tyle, ile wykonałeś zadań (przy czym, gdy tych wygranych miejsc będzie za dużo i nie będziesz wiedział czym je wypełnić, lepiej zacznij nową listę i ewentualnie przepisz na nią do trzech najbardziej odpowiadających ci, wyglądających na możliwe do wykonania zadania).

Na pewno na liście powinno się znaleźć to najtrudniejsze zadanie – to, które jest bardzo pilne, a które cię przytłacza czasochłonnością, pracochłonnością itp. Pozostałe miejsca przydzielasz kolejno zadaniu o średnim stopniu ciężkości (jak zawsze, warto pamiętać o zasadzie chunkingu, czyli rozbijaniu zadań na pomniejsze fragmenty, np. zamiast „napisać książkę” piszesz „napisać jeden paragraf pierwszego rozdziału) i najłatwiejszemu czy też wymagającemu najmniejszej ilości zasobów. Gdy będziesz miał już więcej miejsc, możesz to robić według własnego uznania, ale warto pamiętać, by za każdym razem było na liście przynajmniej jedno zadanie z rodzaju tych najłatwiejszych, bo dzięki temu nie zostaniesz z listą zadań, gdzie wszystkie zadania są ciężkie do szybkiego wykonania.

Jeśli wykonasz produktywne zadanie, którego nie ma na liście, możesz je od razu dopisać i przekreślić. Im więcej będziesz widział zadań wykonanych, tym łatwiej ci będzie wpaść w rytm i zrobić jeszcze więcej danego dnia.

Technika przydziału pozwala zwalczać paraliż decyzyjny, jaki nas ogarnia, gdy opcji jest za dużo. Przy czym ten paraliż może powrócić, jeśli wypracujemy zbyt dużo wolnych miejsc do przydziału i nie będziemy wiedzieć, od którego zacząć, bo wszystkie są równie trudne, czaso- i pracochłonne. Dlatego warto w takiej sytuacji zrobić sobie nową listę i ponownie poczuć tą satysfakcję z wypracowywania sobie możliwości zrobienia czegoś, co chcemy zrobić.

Bywa i tak, że zadanie staje się nieaktualne, bo np. ktoś już coś za nas zrobił. W takim wypadku oznaczamy je krzyżykiem i zwalniamy miejsce na następne zadanie. Ważne jednak, by nie wynajdywać sobie wymówek na odpuszczanie sobie większej ilości zadań.

I to właściwie wszystko. Jestem już na trzeciej liście i każda ma po ok. 80-90 punktów.

Mam nadzieję, że wam to pomoże w podejmowaniu decyzji. Jeśli uważasz, że może to komuś pomóc, kliknij jeden z przycisków udostępniania pod wpisem. Zajmie ci to góra parę sekund, a mnie i mojemu blogowi bardzo pomoże.

Pozdrawiam serdecznie.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 19 Maj 2014, godz. 20:29, Rabka-Zdrój.

Ostatnio zwróciłem uwagę na pewien komentarz pod analizą fabuły gry „Bioshock Infinite” (która – swoją drogą – bardzo mi się spodobała, gdyż jest to jedna z tych, które skłoniły mnie do zadumy nad kwestiami, które poruszała. W tym przypadku była to, między innymi, wolność wyboru), w którym autor skrytykował to, że fabuła ma rzekomo wiele nieścisłości i to takich, których albo nie wymienił, albo były one określone dosyć ogólnie („skoro ktoś się bierze za tematykę światów równoległych, a nie umie tego robić, nie powinien się za to zabierać”).

Do tej pory nie myślałem, że będzie to dla mnie aż taki problem (tym bardziej, że uważam ludzi, którzy czepiają się o coś, przeciwko czemu nie mają argumentów albo mają takie właśnie mętne, ogólnikowe argumenty uważam za idiotów, których nie warto słuchać i którymi nie warto się przejmować). Choć z jednej strony mój problem z tym może wynikać z tego, że do krytyki Bioshocka podchodzę zbyt emocjonalnie, z drugiej… nie miałem takiego problemu z fabułą gry Heavy Rain.

Ona mi się również bardzo mi się podoba, ale tam było widać te luki i nieścisłości w fabule gołym okiem (były one jednak w dużej mierze zrozumiałe – wiele z nich wynikało z cięć i zmian, jakim ją na późnym etapie rozwoju poddano, np. początkowo każdy z czterech bohaterów mógł okazać się mordercą dzieci, wokół którego fabuła się kręci). Chociaż uznawałem zasadność krytyki, nie przeszkadzało mi to w tym, by fabułę nadal lubić.

Nie mam problemu z fabułą, bo wiem, że twórcy i w tym przypadku byli niewolnikami opowieści i jakoś musieli sprawić, by wydarzenia w grze prowadziły do z góry ustalonego zakończenia, jednocześnie w miarę logicznie wiążąc się ze sobą. I musieli to zrobić w ograniczonym czasie.

Problem w tym, że dla niektórych ludzi te wydarzenia nie były wystarczająco logiczne. Jak jednak wiadomo, nie jest sztuką zauważyć niedociągnięcia po fakcie – sztuką jest zaproponować alternatywne rozwiązanie, które nie tylko będzie dobre (np. równie emocjonalne), ale również nie będzie wymagało zmiany każdego z następujących i logicznie wynikających z tego rozwiązania wydarzenia składającego się na opowieść.

Jest to problem, który zna każdy, kto podjął się pisania np. powieści i komu zależało, by utrzymać jako taki standard pisania. To jest przyczyną odwiecznego dylematu, czy męczyć się z poprawianiem na bieżąco, czy napisać szkic całości najpierw i ryzykować tym, że gdzieś po drodze coś zmienimy, co sprawi, że całe kilkadziesiąt późniejszych stron pójdzie do zmiany albo – co gorsza – do kosza.

Komuś, kto nigdy się na poważnie za pisanie nie brał wydaje się, że kreatywnie pisać jest równie łatwo jak pisać komentarz w sieci, którego nikt nie ocenia. Pisanie opowieści to ciężka i bardzo trudna praca. Dlaczego? Pozwól, że porównam to do domku z kart: fundament jeszcze w miarę łatwo ułożyć, ale wraz z układaniem każdego kolejnego poziomu coraz więcej rzeczy musi się zgadzać z tym, na czym się to opiera (czyli co było napisane poprzednio) i bardzo szybko możesz odkryć, że aby utrzymać równowagę, wszystko musi się zgadzać ze wszystkim (dosłownie!). Człowiek ma problem z myśleniem nad więcej niż trzema rzeczami jednocześnie, a co dopiero ze śledzeniem tego, jak każdy z poprzednich elementów wpływa na ten opracowywany obecne i jak ten obecny wpłynie na te przyszłe.

Druga rzecz to ta, że nie bez powodu istnieje pojęcie „zawieszenie niewiary” (suspension of disbelief), którego wymaga czytanie książki czy oglądanie filmu. To już problem czytelnika, że jest taki „anal” (jak się w angielskim mówi o osobach przesadnie analizujących i drobiazgowych) i nie potrafi na chwilę zawiesić swojego niedowierzania, by czerpać przyjemność ze śledzenia danej opowieści.

Nie mam nic przeciwko krytyce, gdy jest ona zwykłym (i zasadnym) stwierdzeniem faktu, jednak wiele komentarzy pozostawionych przez takich mądrali na kilometr śmierdzi nadmuchanym ego i chęcią pokazania, jacy to oni są spostrzegawczy, inteligentni i w ogóle niezależnie myślący oraz gardzący tym, co podoba się wszystkim – normalnie szczyt hipsterstwa!

Co więcej, wielu zdaje się mieć pretensje do całego świata, że są pod względem zanurzania się opowieści upośledzeni i zamiast czerpać przyjemność ze śledzenia jej, jedyne o czym potrafią myśleć to odpowiednik tego, że Mona Lisa nie ma brwi…

Jestem całkowicie pewien, że większość z nich nie potrafiłaby napisać dobrej opowieści. Nawet jeśli to, co napiszą będzie logiczne i spójne, nie znaczy to, że będzie to ciekawe czy emocjonalne i w stylu, który sprawiałby, że chciałoby się to czytać.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 5 Czerwca 2013, 10:10, Rabka-Zdrój.

Miałem ten problem, że chciałem spróbować tworzenia w nowych dziedzinach sztuki, ale chciałem, by to, co zrobię było od razu jak najlepsze, perfekcyjne. To jest oczywiście toksyczne myślenie i prowadzi do szybkiego bloku artystycznego, do odkładania zrobienia pierwszego kroku w kierunku poszerzenia artystycznych horyzontów w nieskończoność.

Pomyślałem więc, że mógłbym dać sobie jeden cały dzień na oglądania i czytanie każdego samouczka na dany temat. Drugi dzień byłby poświęcony na swobodne ćwiczenie tego, co zobaczyłem w samouczkach, które oglądałem lub czytałem poprzedniego dnia, albo w nowych, których do tej pory nie widziałem (poprzez „swobodne” mam na myśli pozwolenie sobie na to, by być początkującym, nie przejmowanie się rezultatami i bycie otwartym na to, czego nigdy w życiu nie próbowałem). Trzeci dzień miałbym cały na próby zrobienia najlepszej pracy, jaką jestem w stanie zrobić. Myślę, że to jest bardziej efektowne niż próby zmieszczenia tych trzech różnych procesów w jednej dobie. Tym bardziej, że człowiek uczy się podczas snu. Odkryto, że podczas snu następują duże wyładowania neuronalne, podczas których informacje są przenoszone z jednej części mózgu do drugiej. Naukowcy zablokowali myszom ten proces i okazało się, że w przeciwieństwie do swoich pobratymców, na których nie wykonano tej operacji absolutnie nie pamiętały drogi przez labirynt i musiały się uczyć rozkładu korytarzy i przechodzenia przez niego od zera.

Pomyślałem sobie też, że w ten sposób mógłbym zwalić winę za niezrobienie rysunku tylko na siebie i to, że nie poświęciłem dnia na jedną z tych rzeczy (a nie na jakiś brak inspiracji, obawy przed zepsuciem rysunku, zmęczenie nauką z samouczków lub ćwiczeniami).

To również „segmentuje” naukę. Człowiek zapamięta więcej z przerabiania 10 – 15 samouczków niż masowego czytania i oglądania i liczenia, że przechodząc od razu do robienia ostatecznego rysunku będzie się z nich cokolwiek pamiętać.

Problemem jest też to, że człowiek ma przekonanie, że wystarczy obejrzeć pokaz lub przeczytać teorię, by to już to praktycznie umieć i że przećwiczenie tego tuż po zapoznaniu się z materiałem nie przyniesie rezultatów różnych od tego, czego – jak nam się wydaje – już się nauczyliśmy.

Ten tekst jest jeszcze w trakcie dopracowywania.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 22 Luty 2013, 13:43, Rabka-Zdrój.

Tak, jak głosi tytuł jest to projekt polegający na tłumaczeniu genialnych książek, które nigdy nie zostały wydane po polsku i które z powodu swojego wieku, małego rozgłosu czy niszowej tematyki najpewniej nigdy nie pojawią się na polskim rynku.

O powodzenie tego projektu się nie obawiam, ponieważ jestem w połowie drogi do ukończenia szkicu tłumaczenia pierwszej z książek: „The Artist’s Way: A Spiritual Guide to Higher Creativity”. Jest to książka, która uczyniła autorkę, Julię Cameron sławną. Pomaga ona w przezwyciężeniu szkodliwych przekonań, które nie pozwalają nam tworzyć i korzystać z własnej kreatywności. Myślę jednak, że nawet jeśli nie chcesz zostać artystą-amatorem, to i tak możesz skorzystać na tym, co książka pomaga przepracować: strach, trudności z przyjmowaniem krytyki, perfekcjonizm, niskie poczucie wartości, poczucie wstydu, zwątpienie w siebie i swoje możliwości i wiele innych.

Powodem, dla którego zdecydowałem się przetłumaczyć właśnie tą książkę jako pierwszą jest to, że bardzo mi pomogła i wierzę, że może pomóc jeszcze niejednej osobie.

Niestety, nie posiadam wersji wydanej w 10-tą rocznicę pierwszego ukazania się książki, a właśnie tą z 1991 roku. Nie wiem, jak wiele te wersje różni. Wiem jednak, że ta książka nie straciła nic ze swojej aktualności.

Będzie to prawdopodobnie pierwsze kompletne tłumaczenie po polsku. Wiem, że gdzieś na blogach publikowane były fragmenty i streszczenia ćwiczeń, ale mnie to nie zadowala.

Całość najprawdopodobniej opublikuję tutaj na blogu.

Moim celem jest spopularyzowanie tłumaczonych książek tak, by jakiś wydawca zdecydował się skorzystać z mojego tłumaczenia, by tą książkę na polskim rynku wydać.

Po ukończeniu tłumaczenia tej książki planuję przetłumaczyć „Holographic Universe” Michael’a Talbota, która w naukowy, logiczny sposób próbuje wyjaśnić zjawiska paranormalne. W dalszej kolejności myślę nad „Predictably Irrational” Dana Ariely’ego – przystępną i humorystyczną książkę o ekonomii behawioralnej pokazującą, że nasza psychika nie tylko każe nam postępować  sposób irracjonalny przy podejmowaniu decyzji, ale też sprawia, że postępujemy w taki sposób raz za razem.

Przewiduję tłumaczenie wyłącznie książek, które czegoś uczą, a nie powieści czy opowiadań (chyba, że mi się spodobają, a ich nieprzetłumaczenie będę widział jako wielką stratę dla ludzkości). Jestem też otwarty na propozycje. Możliwe jednak, że nie do każdej książki będę miał dostęp.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 11 Styczeń 2013, 00:44, Rabka-Zdrój.

%d blogerów lubi to: