Tag Archive: Umiejętność


Nie pisałbym o tym, gdyby nie to, że często spotykałem się z opiniami, że stwierdzenie, że każdy x wygląda tak samo jest rasistowskie na regularnie odwiedzanych przez siebie zagranicznych serwisach.

Odpowiedź na zadane w tytule posta pytanie usłyszałem jakiś rok temu, słuchając jednej z audycji w radiu Kraków. Gościem był naukowiec, który powiedział, że u dzieci w wieku około sześciu lat dochodzi do specjalizacji w rozpoznawaniu twarzy i po tym okresie nie są one już w stanie rozróżniać twarzy u „innych” ludzi. Powiedział też, że gdyby dziecko wychowywało się z wilkami, byłoby w stanie rozpoznawać pyski wilków, ale twarzy ludzi już nie. Z tego wynika, że to naturalna ludzka cecha.

Czy ten „rasizm” jest czymś, czego „winni” są jedynie biali? Nie.

Pamiętam inną audycję sprzed wielu lat (możliwe, że też w radiu Kraków) o poszukiwaniach podróżnika i miłośnika wspinaczki wysokogórskiej (o ile dobrze pamiętam) zaginionego w Armenii. O ile dobrze zrozumiałem, gościem audycji był uczestnik wyprawy poszukiwawczej i powiedział on, że ludzie z jego grupy pytali okolicznych ludzi, czy widzieli zaginionego, na co oni odpowiadali, że widzieli. Nie wynikało to z jakiejś złośliwości wobec obcych, a właśnie z tego, że dla nich wszyscy europejczycy wyglądają tak samo, co zresztą gość audycji sam powiedział.

Teraz już wiecie dlaczego tak jest.

{A tak swoją drogą to przerąbane jest zaginąć w kraju zamieszkiwanym przez inną grupę etniczną. To tak, jakby nikt nic nie widział nawet jeśli widział i chciał pomóc tym, co widział}.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 24 Luty 2013, 23:43, Rabka-Zdrój.

Reklamy

Miałem ten problem, że chciałem spróbować tworzenia w nowych dziedzinach sztuki, ale chciałem, by to, co zrobię było od razu jak najlepsze, perfekcyjne. To jest oczywiście toksyczne myślenie i prowadzi do szybkiego bloku artystycznego, do odkładania zrobienia pierwszego kroku w kierunku poszerzenia artystycznych horyzontów w nieskończoność.

Pomyślałem więc, że mógłbym dać sobie jeden cały dzień na oglądania i czytanie każdego samouczka na dany temat. Drugi dzień byłby poświęcony na swobodne ćwiczenie tego, co zobaczyłem w samouczkach, które oglądałem lub czytałem poprzedniego dnia, albo w nowych, których do tej pory nie widziałem (poprzez „swobodne” mam na myśli pozwolenie sobie na to, by być początkującym, nie przejmowanie się rezultatami i bycie otwartym na to, czego nigdy w życiu nie próbowałem). Trzeci dzień miałbym cały na próby zrobienia najlepszej pracy, jaką jestem w stanie zrobić. Myślę, że to jest bardziej efektowne niż próby zmieszczenia tych trzech różnych procesów w jednej dobie. Tym bardziej, że człowiek uczy się podczas snu. Odkryto, że podczas snu następują duże wyładowania neuronalne, podczas których informacje są przenoszone z jednej części mózgu do drugiej. Naukowcy zablokowali myszom ten proces i okazało się, że w przeciwieństwie do swoich pobratymców, na których nie wykonano tej operacji absolutnie nie pamiętały drogi przez labirynt i musiały się uczyć rozkładu korytarzy i przechodzenia przez niego od zera.

Pomyślałem sobie też, że w ten sposób mógłbym zwalić winę za niezrobienie rysunku tylko na siebie i to, że nie poświęciłem dnia na jedną z tych rzeczy (a nie na jakiś brak inspiracji, obawy przed zepsuciem rysunku, zmęczenie nauką z samouczków lub ćwiczeniami).

To również „segmentuje” naukę. Człowiek zapamięta więcej z przerabiania 10 – 15 samouczków niż masowego czytania i oglądania i liczenia, że przechodząc od razu do robienia ostatecznego rysunku będzie się z nich cokolwiek pamiętać.

Problemem jest też to, że człowiek ma przekonanie, że wystarczy obejrzeć pokaz lub przeczytać teorię, by to już to praktycznie umieć i że przećwiczenie tego tuż po zapoznaniu się z materiałem nie przyniesie rezultatów różnych od tego, czego – jak nam się wydaje – już się nauczyliśmy.

Ten tekst jest jeszcze w trakcie dopracowywania.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 22 Luty 2013, 13:43, Rabka-Zdrój.

Jeszcze nigdy tak bardzo nie pragnąłem, by kariery pewnych osób obrały kurs rakiety, jaką ostatnio wystrzeliła Korea Północna – jak teraz, gdy media i koncerny muzyczne oraz filmowe biorą na internautach odwet za piractwo, zalewając sieć materiałami promującymi „gwiazdy” reprezentujące sobą poziom rafy koralowej, na której wylądowała rakieta mająca w przyszłości ponieść ideały komunizmu w kosmos (gdzie jest ich miejsce).

Określenie „gwiazda” sugeruje nie tylko nieosiągalny poziom umiejętności bądź cechy (urody czy charyzmy), ale również dużą odległość od człowieka, więc denerwuje mnie to, że „gwiazdy” rzucają się w moje pole widzenia jak słońce na bohatera gry Super Mario Bros 3 za każdym razem, gdy otworzę moje okno na świat (przeglądarkę internetową).

To słońce „biega” w kółko jak człowiek w palącym się domu, który miota się pomiędzy dobrem własnym a cudzym i nie wie, czy w pierwszej kolejności brać nogi za pas, czy laptop pod kurtkę.

Szczególnie agresywnie promuje się w ostatnim czasie rodzina „Brytfanek”, składająca się z autorki poradnika kucharskiego (który radzi, jak zadusić pożar w kuchni, by „jaskiniowcy” na drugim końcu świata nie pomyśleli, że puszczasz im sygnały dymne) i jej trzech córek… co jest o tyle niezrozumiałe, że są to osoby, o których sam diabeł nigdy w życiu nie słyszał.

Opinie na temat tego, dlaczego ich istnienie powinno większość społeczeństwa w ogóle obchodzić są podzielone, jednak przekłady starożytnych tekstów biblijnych z ostatniej chwili dowodzą, że jak najbardziej nie powinny, bo mają one światu jeszcze mniej do pokazania niż modelki w piśmie pornograficznym, którego największą gwiazdą jest Miss Paryża (to znaczy, przysiółka Nowej Góry w województwie małopolskim).

„Najwyraźniej nogi to nie jedyne, co Ariel otrzymała od Ursuli…”

Odmiennego zdania jest „Belonika” (którą na zdjęciu rodzinnym można poznać po tym, że można byłoby ją łańcuchem kotwicy okrętowej owinąć, a i tak by go zabrakło), ponieważ nawet ciało, na którym czołgi rozbijają sobie gąsienice nie było w stanie odwieść jej od zamiaru rozpoczęcia kariery jako tancerka.

Nie jestem przekonany, czy osoba, którą rodzona matka karmiła „na zapas” – jak na kolejną, mogącą wybuchnąć w każdej chwili, wojną światową – zasługuje na podziw i sympatię, jaką budzi osoba, która na wózku inwalidzkim potrafi dokonywać wyczynów akrobatycznych, jakie zawstydzają niejednego amatora jazdy na deskorolce… ale jeśli już koniecznie chce spróbować swoich sił w tańcu, to proponuję, aby wybrała taniec na lodzie – w razie niepowodzenia będzie mogła zapaść się pod ziemię.

„Potęgo Księżyca, dział… (bul bul bul)!”

Nie chcę przez to powiedzieć, że mam problem z tym, że ciąży ona Matce Ziemi bardziej niż powinna (nie mam nic przeciwko osobom z nadwagą. Tym bardziej, jeśli mają jakiś talent, jak Jose Garcia [„Zagubieni”, „Alcatraz”] i Gerhard „Felix” Stass [wokalista zespołu Crematory]). Mam problem z tym, w jaki sposób jej matka próbuje wynagrodzić jej to, że wygląda jak „stożek” w falochronie, do czego doprowadził jej dietetyczny analfabetyzm – chce, by świat dostrzegł „talent” jej córki w dziedzinach, w których ciężko ten talent symulować (taniec i modeling). Nie byłoby w tym nic niewybaczalnego, gdyby jej chęci skończyły się na takim etapie, jak budowa tej autostrady. Ale tak dobrze to nie ma…

Jeśli piszą o nich media, to słodzą im tak bardzo, że zawartość mojego żołądka nabiera ochoty na to, by zrobić sobie z mojego przełyku ścianę wspinaczkową.

Nie miałem już najmniejszych wątpliwości, że moja wybranka pomyślnie przeszła test na inteligencję, gdy zobaczyłem, jak zareagowała po przeczytaniu pierwszych wersów „Zmierzchu”.

„Wiktoria pozowała odważnie i widać, że nastawiona jest na medialny sukces.”

Tak głosi napis nad fotografią… jej siostry, „Beloniki”.
Cieszę się jednak, że „Traktoria” dobrze czuła się podczas sesji zdjęciowej, w której w ogóle nie brała udziału – grunt to pozytywne podejście do sprawy.

„Widać, że Weronika czuje się pewnie i jest królową obiektywu.”

Czytając pozostałe opisy można odnieść wrażenie, że autor sięgnął po pomysł, na którym oparto piosenkę „Baranek” („Na głowie kwietny ma wianek/ W ręku zielony badylek/ A przed nią bieży baranek/ A nad nią lata motylek”), by nie musieć komplementować ani jej urody, ani jej ubioru („No i charakterystyczny warkoczyk!). Co w ogóle oznacza „charakterystyczny” warkoczyk? Warkoczyk, jakiego nikomu rozsądnie myślącemu w ogóle nie przyszłoby do głowy zapleść w takim miejscu? „Charakterystyczny” to może być tępy wyraz twarzy bandyty, który próbował cię ograbić w miejscu, w którym przyciągnąłbyś do okien więcej osób wołając „pożar!”, niż zmieściłoby się na pokładzie tego pociągu.

W innym „artykule” zostały one przyrównane do „Kardaszianek” (celebrytek – milionerek), ale z powodu, który brukowiec FART litościwie pominął (są sławne z tego, że są sławne z niczego). Na tym jednak podobieństwa się nie kończą – nazwisko rodziny (tej, która ma kasy jak lodów) kojarzy się z gatunkiem kaszy, więc określenie „Kardaszianki” można skrócić do „Kaszanki”.

Jaki jest morał tej opowieści, każdy wie – nie możesz mieć umysłu A. Turinga, jeśli masz ciało Any Beatriz B.

Chwali się „Kaszanki” za to, że – pomimo obwodów niebezpiecznie zbliżających się do średnicy felgi ciężarówki Caterpillar (CAT) – są pewne siebie i szczęśliwe. W jednym z komentarzy pod artykułem na ich temat przeczytałem, że jedzenie jest dla nich sposobem kompensowania sobie braku miłości. Nie wiem, czy tak jest naprawdę, ale sądząc po tym, że…

„Zaczęłam tańczyć jako dziecko, Mama woziła mnie na zajęcia do szkoły baletowej.”

…matka nie potrafiła pokochać ich takimi, jakie są. Potrafiła pokochać je tylko wówczas, gdy odnosiły sukcesy odpowiadające jej ambicjom. Jeśli „Balonika” jest szczęśliwa i zadowolona ze swoich rozmiarów (które oznaczałyby pewną śmierć dla kilku osób na tonącym statku, gdyby to ona dobrała się do szalupy ratunkowej jako pierwsza), to dlaczego powiedziała, że…

„Taniec (…) daje mi radość, sens, wolność.”

Czy mam rozumieć, że gdy nie może tańczyć (bo najbliższy parkiet zajmują ludzie, których nie chce przypadkowo rozsmarować na ścianie lub podłodze), to życie przestaje mieć dla niej sens, popada w depresję i zaczyna szukać żyrandola, który by się pod nią nie urwał?

Czy ona chce powiedzieć, że nie czuje się wolna w rodzinie, która może sobie most pomiędzy wieżowcami z banknotów ulepić? Czy oni zamykają ją na noc w samym środku sześcianu?

„Gdy tańczę, jestem tym, kim chcę być.”

Jeśli jest naprawdę tak szczęśliwa w swojej skórze, jaką gra przed obiektywem, to dlaczego mówi, że jedynie tańcząc jest w stanie być osobą, którą chce być?

Możecie całymi miesiącami torturować mnie słuchaniem piosenek „My Jeans” czy „Hot Problems”, ale nigdy w życiu nie zdołacie mnie przekonać, że to, co ona powiedziała nie było rozpaczliwym, lecz zaszyfrowanym w obawie przed przejęciem bezpośredniej kontroli, wołaniem o pomoc (nie ma znaczenia to, że podczas wywiadu z Wojewódzkim powiedziała, że lubi jeść. Człowiek w nałogu alkoholowym lub narkotykowym również powie, że lubi pić czy zażywać, co jednak nie oznacza, że problem jest tak odległy, jak pieniądze z twojej przyszłej emerytury [chyba, że przypadkiem mieszkasz na Kajmanach czy Seszelach]).

„Przejmuję bezpośrednią kontrolę na parkiecie!”

Nie dziwię się jej… Gdybym miał matkę, która publicznie chwali się tym, że pod prysznic chodzi w szpilkach (najwyraźniej nie wystarczyło jej to, że wynajęła dziennikarzy do tego, by napisali, że jest ona najlepiej ubraną kobietą w Polsce, więc postanowiła zająć również miejsce kobiety najlepiej nieubranej), sam wzywałbym pomocy z taką rozpaczą w głosie, z jaką galijska dziewczyna, o której opowiada tekst piosenki „A Rose For Epona” zaklinała boginię jeźdźców i kawalerii, by pospieszyła na ratunek kawalerzystom ze swojego ludu, ginącym podczas migracji, na którą wyruszyli w poszukiwaniu lepszego życia (niestety, bogini najwyraźniej nie była w najlepszym nastroju i pozwoliła, by pospadali z siodeł jak małpy, które oberwały strzałami zamoczonymi w kurarze).

Kobieto, jeśli będziesz próbowała wyrachowaną ciążą zatrzymać mężczyznę przy sobie, nie bądź zaskoczona, gdy zapi…oli Wonder Woman niewidzialny odrzutowiec…

Jeśli jednak „Berta” nie jest jedyną w ich rodzinie, która próbowała pobić czasowy rekord świata w przechodzeniu z pozycji pionowej w poziomą, łażąc na „szczudłach” po mokrej posadzce, to nie wróżę żadnej z nich większego sukcesu w dziedzinach, które wymagają mózgu, który jest wystarczająco wielki, by nie grzechotać w czaszce.

Najwyraźniej jednak powtarzające się uderzenia w głowę obudziły u „Dziktorii” pamięć z poprzedniego wcielenia, w którym wiedziała, w jakich strojach będzie do twarzy czarnej blondynce, a w jakich – rudowłosej Azjatce, skoro zamierza pójść w ślady córki niemiłościwie nam (sz)panującego Davida Jonesa i radzić na swoim blogu, jak wyobrażać sobie, że ubierasz się w to, na co cię nie stać (bo chyba nie sądzisz, że milionerka będzie pisała dla chłopstwa, jak ja czy ty?) i w co się najprawdopodobniej nie zmieścisz (kiedy ostatnio widziałeś Doutzen Kroes, Naomi Campbell, Gisele Bündchen, Laetitię Castę, Josie Maran, Kelly Brook, Evę Herzigową czy Alessandrę Ambrosio w stroju, którego rozmiar sugerowałby, że ktoś pilotowi z „Halo Halo” spadochron [który – nie wiedzieć czemu – wszędzie za sobą ciągnął] podprowadził?).

Jedynie nieliczni wiedzą, że prawdziwym powodem, dla którego Lucy Pinder została modelką nie były jej duże piersi, a rosnące koszty ich…utrzymywania.

„Tak bardzo pragniemy zostać zauważeni i modlimy się w nocy o to, by nas usłyszano, a jednak nie mamy do pokazania nic oprócz nieszczerych słów i niespełnionych marzeń.”
~Covenant, „Figurehead”

Niezależnie od tego, jak dobrze chciałyby wypaść w wywiadach (zakładam, że czuwa nad tym czarodziej od Public Relations), nic nie zmieni tego, jak wiele mówi o nich (i ich wartościach) to, kogo (siostry Kardashian) wybrały sobie na swoje idolki (czego jednak nie będą w stanie powiedzieć nawet zgromadzeni w jednym pociągu najwięksi myśliciele świata to to, dlaczego 9-letnia siostra Kim tańczy na rurze [dla tancerek go-go], zainstalowanej w sypialni jej rodziców).

„Nienawidzę, gdy kobiety noszą podkład o nieodpowiednim odcieniu. Nie ma chyba nic gorszego na tym świecie od tego, że noszą zbyt jasny makijaż.” ~Kim Kardashian

Powiedziała również, że nie lubi, gdy pies ma duże jądra, co nie mogło dobrze wróżyć tym spośród piesków „Kaszanek”, które nie chciały szczekać sopranem.

Jeśli jednak myślisz, że naśladowanie stylu życia silikonowych milionerek jest głównym celem rodziny Wenus (z Willendorfu), to dałeś się im wyprowadzić w pole jak nawigacji samochodowej. Ich prawdziwym celem jest powtórzenie sukcesu, jaki odniósł domowy film pornograficzny z udziałem Kim Kardashian i Ray J’a (brata Brandy Nornwood), który „wyciekł” do sieci (zapewne za sprawą wyjątkowo dobrze zaznajomionego z komputerami „foldergeista”), a za którego sprawą świat usłyszał o kobiecie, której małżeństwo z Krisem Humphriesem (koszykarzem, który wygląda jak Taylor Lautner z filmu „Zmierzch”) potrwało zapierające dech w piersiach 72 dni.

„Kim Kardashian przypomina nam o tym, w jaki sposób stała się sławna.”

„Berta” jest jednak świadoma tego, że żadna z nich nie ma warunków do tego, by w takim filmie wystąpić; jej nie pozwala na to wiek, waga, stan cywilny, status społeczny, a „Belonice” nie pozwala na to waga i uroda, z którą może startować jedynie w Wyborach Miss Ogrodu Zoologicznego.

Mogłoby się wydawać, że szanse powodzenia tego zamiaru będą wahały się między prawdopodobieństwem znalezienia pełnego tekstu piosenki „Fear Bill Gates” („Bój Się Billa Gatesa”) zespołu Illdisposed (wiadomo, że nawet odwrotna strona okładki oryginalnej płyty zawierała wyłącznie małe fragmenty tekstu tej piosenki) a prawdopodobieństwem siłowego przyłączenia Polski do terytorium państwa położonego na samym środku Oceanu Spokojnego, w którym zmieniło się tak niewiele od czasu, gdy z odwiedzinami na Ziemię wpadł ostatni ogromny meteoryt, że mieszkańcy mogliby przysiąc, że jeszcze wczoraj pod ich oknami welociraptory hasały… jednak to nie problem dla dziewczyny, która za pomocą gorsetu potrafi nagiąć zasady narzucone przez biologię tak, by upodobnić się do kobiet z pierwszych stron… strony photoshopdisasters.com. Jej rodzicielka postanowiła – za przykładem ojca Miley Cyrus – pozwolić na to, by jej 15-letniej (widzicie, nawet wiek się zgadza) córce cyknięto pół-akt, w cichej nadziei, że – na zasadzie efektu motyla – zapoczątkuje to falę oburzenia, która przetoczy się przez cały kraj.

Zanim oburzysz się o to, że barwy narodowe twojego kraju reprezentuje damski „bagażnik”, pomyśl o tym, że to samo robi „bagażnik” Miss Polski w konkurencji bikini podczas wyborów Miss World.

Nie przewidziała jednak tego, jak wielka jest różnica pomiędzy Amerykanami (którzy oburzają się za każdym razem, gdy jedna z celebrytek nie założy stanika pod sukienkę tak zwiewną, że równie dobrze mogłaby się z niej przy silniejszym wietrze rozebrać i puszczać ją jak latawiec, a potem – gdy już wszyscy dowiedzą się, jakie parametry mają jej piersi [włącznie z tym, jaki odcień mają sutki i na jakiej wysokości klatki piersiowej się znajdują] – tłumaczy się, że była to tylko „awaria garderoby„) a Polakami (których niemal 200 lat nadopiekuńczego „ojcowania” przez okupantów [„Uważaj, co mówisz!”, „Rób, co ci każę!”, „Nie wracaj późno!”, „Mów dokąd idziesz!”] nauczyło chodzenia z głową w d…e, bowiem jedynie wtedy mieli pewność, że ich prawdziwe myśli były przed nimi (i ich donosicielami) naprawdę bezpieczne. Nie chcieli mieszać się do cudzych spraw i problemów w obawie, że skończy się to dla nich równie przyjemnie, co próba rozdzielenia dwóch wymieniających ciosy bokserów wagi ciężkiej, a to uczyniło ich (i w konsekwencji nas) ludźmi zapatrzonymi w siebie). Nikogo nie powinno więc dziwić, że fotografowanie nieletniej dziewczyny, na co dzień malującej i ubierającej się jak 30-letni, uzależniony od swojej „pracy” (rodzenie demonicznych dzieci) sukkub (tu ostrzegam przed większą nagością niż dotąd), w jeszcze bardziej sugestywnym stroju, zainteresowało polskie społeczeństwo równie bardzo, jak to, jak wysokimi nominałami podciera się celebrytka, która zamiast imienia i nazwiska nosi reklamę francuskiej stolicy (chyba, że chodzi o jedną z trzech miejscowości w Polsce) i sieci hotelów, z których została w 2007 roku wydziedziczona (nie tylko z nich).

„Czerwony Kapturku, dlaczego masz takie duże…?”

Pół miliona Amerykanów złożyło zażalenie do FCC – organu regulującego rynek telekomunikacyjny – z tego powodu, że Justin Timberlake publicznie zrobił z Janet Jackson mityczną amazonkę i miało to swój finał w sądzie. Polacy natomiast… cóż, nie przypominam sobie, by podniosły się głosy oburzenia z powodu tego, że jakaś aktorka pojawiła się na jakiejś gali w sukience tak prześwitującej, że można byłoby przez jej złożone warstwy efemerydy czytać.

Nie przypominam sobie również, by pozostawiająca w swoich piosenkach gramatyczne pogorzeliska Dorota „Doda” Barczewska (pozwoliłem sobie trzy pierwsze litery jej nazwiska przestawić, by nie zawierało ono przedrostka, który nawiązuje do nazwy mojej rodzinnej miejscowości, ale za to przestawiłem litery tak, by mówiły, jakiemu programowi telewizyjnemu polskie społeczeństwo ją zawdzięcza) była kiedykolwiek ciągnięta po scho… po sądach przez osobnika święcie przekonanego, że teledysk do „Dżagi” i amatorski film pornograficzny, jaki nagrała z „Kajdanem” (nie, nie tym z gier „Mass Effect”) tylko po to, by zawędrował do sieci internetowych rybaków, spowodował, że jego nastoletnie córki zaczęły chodzić po galeriach handlowych i mówić facetom wyglądającym na to, co mieli w portfelach, że jeśli nie wyskoczą z kasy na nowe spodnie dla nich, to zrobią im fus ro dah (a przynajmniej tyle zrozumiał z ich rozmowy, gdy na chwilę oderwał swoją uwagę od komputera, co nie zdarzało mu się każdego dnia).

Nie chciałbym być na miejscu ojca żyjącego w świecie, w którym jego córka musiałaby się rozebrać do bielizny, by nie zabić się podczas jazdy na rolkach czy na motorze.

A wystarczyło jedynie mocniej uderzyć w jądra polskiego prawa, tzn. paragraf o obrazie uczuć religijnych, który pozostawia tak bardzo szeroką możliwość interpretacji, jak – dzięki Sziwie (w którego nie wierzą zarówno chrześcijanie, jak i ateiści, co czyni to wyrażenie odpowiednim, bo neutralnym) – martwa ustawa SOPA/PIPA/ACTA (których wariacjami jak CISPA i INDECT będziemy atakowani dopóty, dopóki politykom akronimów nie zabraknie)… tylko tyle wystarczyło, by medialne robaki rozkładały ich sprawę na czynniki pierwsze przez parę następnych lat, jak w przypadku Adama „Pierogala” Darskiego z zespołu grającego poczerniały (dla jednych „wyblacknięty”) death (dla drugich „deaf”, co sugeruje muzykę od głuchych dla głuchych) metal „Bohemeth” (jeśli dobrze rozumiem, łączącego w swojej nazwie bohemę z amfetaminą), który podczas koncertu, w imię wolności słowa „wyzwolił” słowa Biblii z jej kartek, a jej kartki z jej grzbietu; albo Doroty Nieznalskiej, która – zdaniem chrześcijan – miała czelność przedstawić symbol krzyża w dokładnie taki sam obraźliwy sposób, w jaki widziano go w pierwszych wiekach istnienia chrześcijaństwa. Jej proces zakończył się po ośmiu latach jej uniewinnieniem.

{„Artystką”, na której społeczeństwo naprawdę powinno skupić jest Katinka „Tinkerbell” Simonse (to dziwne uczucie, gdy niemal identyczne nazwisko łączy osobę, którą kochasz [za jej sztukę] z osobą, którą nienawidzisz [za jej „sztukę”]), która zabiła swoją chorą kotkę, bo nie chciała zapłacić weterynarzowi za jej leczenie, a następnie zrobiła sobie torebkę z jej skóry. Żeby to było jedyne, co zrobiła – cała jej „sztuka” opiera się na znęcaniu się nad zwierzętami, zabijaniu i okaleczaniu ich ciał!}

„Brytfanki” mogły pójść drogą Joanny Krupy, która dla PETY (organizacji, która pod przykrywką opieki nad zwierzętami i walki w obronie ich praw wyłudza od wrażliwych ludzi pieniądze na „ratowanie” zwierząt, które – jak tylko znajdą się w rękach jej pracowników – uśmierca, zamiast szukać im domów, do czego – w założeniu – została powołana) zrobiła miejsce na swoim ciele, by graficy przy pomocy Photoshopa zrobili swoją magię.

Jeśli nie chcesz wiedzieć, co fanatyczni chrześcijanie chcieli jej zrobić po tym, jak to zobaczyli, to nie oglądaj zakończenia teledysku piosenki „Ov Fire and Void” Behemotha (chyba, że bawi cię widok „Pierogala” wpiep…jącego pióra).

Chociaż doniesienia na ich temat powoli zamierają, jak odgłosy dobiegającej końca walki na polu bitwy, obawiam się, że nie jest to ostatni raz, gdy zostanę wystawiony na działanie intelektualnych wymiotów kobiety, która ubiera się jak opakowanie gorzkiej czekolady z końca lat 80-tych lub początku lat 90-tych czy jej pochlebców w rodzaju Dawida „Golińskiego”, który na tym zdjęciu wygląda, jakby się nawalił i nie potrafił spojrzeniem pomiędzy dwójkę palców trafić… co sugeruje również jego porównanie „Berty” do Dity Von Teese, które mogło jedynie rykoszetować, bo karierę aktorki i modelki zaczęła ona od pracy jako tancerka go-go. Nie ma co, „Goliński” wie, jak się kobiecie przypochlebić…

Ja jednak nie mam dla niej słów cieplejszych od plemników wyciągniętych z ciekłego azotu. Równie liczne, jak owe plemniki są „strzały” zarzutów w moim kołczanie. Jednym z nich jest to, że zarzeka się, że nie promuje otyłości, co jednak nie przeszkadza jej w planach zrobienia kariery i zarabiania na modzie dla otyłych. Promuje za to „wartości rodzinne” jak załatwianie po znajomości udziału w pokazach mody w charakterze modelki czy posady choreografki w zespole Ich Troje córkom, które nie mają do tego warunków fizycznych. Za „wartości rodzinne” uważa również „siadanie” na osobowościach córek swoją osobowością do tego stopnia, że podczas wywiadów zabierają głos tylko po to, by powtórzyć niemal słowo w słowo to, co przed chwilą powiedziała ich matka. Jest do tego próżna (otwarcie przyznała z córkami w telewizji, że mają one „parcie na szkło”), arogancka (na krytykę ze strony doświadczonej dziennikarki i naczelnej pism, Karoliny Korwin-Piotrowskiej zareagowała z oburzeniem, pytając kim ONA w ogóle jest i co takiego zrobiła) i głupia jak słowa piosenek Pitbulla śpiewane w odwrotnej kolejności („Muszę być barwną osobowością, skoro media się mną interesują!” [tak, tak barwną jak kałuża twoich wymiocin]).

W chwili, gdy piszę te słowa toczą się losy świata, bo „Berta” będzie walczyć o posadę w nowym programie kulinarnym w TVN z nikim innym jak z samą Magdą Gessler, od czego próbuje ją odwieść Polsat, oferując jej poprowadzenie programu, który będzie poronionym pomysłem nie na jeden, a na dwa sposoby (miałby to być program modowo – kulinarny).

Nie byłbym sobą, gdybym nie sprawdził, jak się to potoczyło. Jak rozumiem, zdecydowała się przyjąć propozycję TVN-u, jednak wciąż nie wiadomo, czy to ona, czy też jej rywalka w nim wystąpi. W sumie szkoda, że nie zmierzyły się o prowadzenie programu w Polsacie, bo znając jego poziom, byłaby to pewnie walka w kisielu…

Sądzę, że w następnym artykule wybiorę sobie na cel celebrytę, który już od dłuższego czasu działał ludziom na nerwy swoją odpychającą osobowością czy beztalenciem. Zamiast jednak sam decydować o tym, kto powinien zostać celem następnego artykułu, chciałem dać wam możliwość przesyłania swoich propozycji. Swoje propozycje możecie przesyłać na adres e-mailowy pedigree (małpa) .pl lub przesłać je w komentarzu pod tekstem (do tego, by pozostawić komentarz nie jest wymagana rejestracja).

Czy widzicie przyciski udostępniania pod tekstem? Jeśli tak, to bardzo was o to proszę, abyście udostępnili ten tekst swoim znajomym na Facebooku. To nie kosztuje was wiele, a dla mnie to bardzo ważne – od tego zależy przyszłość tego bloga. Zostań bohaterem już dziś, podziel się tym z innymi.

Chciałem wam wszystkim serdecznie podziękować za udostępnianie tekstu. W jeden dzień przyniosło to wielki wzrost liczby odwiedzających, dlatego proszę was, abyście nie ustawali w udostępnianiu moich tekstów. Pozdrawiam was serdecznie i jeszcze raz najserdeczniej dziękuję.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 13 maj 2012, godz. 19:36, Rabka-Zdrój.

Oglądając czwarty odcinek serialu „Alcatraz” ponownie spotkałem się z opinią, że potrzeba 12 000 godzin spędzonych na nauce (w przeliczeniu jest to 500 dób), by zostać ekspertem w wybranej dziedzinie.

Chociaż niektórych z was może demotywować perspektywa studiowania danego przedmiotu tak intensywnie i przez tak długi okres czasu, mnie powyższa myśl popycha do działania – zrozumiałem, że na osiągnięcie mistrzostwa nie muszę już dłużej czekać do jesieni życia. W słuszności tego przekonania utwierdziła mnie wypowiedź założyciela i wokalisty zespołu Eluveitie na temat grającego w jego zespole perkusisty, którą przytoczyłem poniżej:

„Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby ktoś tak dużo ćwiczył. To znaczy, przez kilka pierwszych lat po dołączeniu do Eluveitie ćwiczył praktycznie każdego dnia przez – nie wiem – dziesięć, dwanaście, czternaście godzin (…) i wystarczy posłuchać jak gra, by się o tym przekonać. Jest niesamowitym perkusistą. Bardzo, bardzo się cieszę, że gra w naszym zespole i jestem z tego dumny.”

Nie wystarczy jednak, że zawieszę sobie w widocznym miejscu karteczkę przypominającą mi o tym, że za niewiele więcej niż półtora roku intensywnej pracy będę mógł sobie wydrukować swój własny dyplom ukończenia studiów doktoranckich, bo nie jestem tak wytrwały, jak wyżej wspomniany perkusista i nie mam tak silnej pasji, jak on. Jeśli chcę wytrwać w postanowieniu, że będę poświęcał na naukę przynajmniej pięć godzin dziennie, muszę sięgnąć po sposoby, które w przeszłości pozwoliły mi zachować motywację.

Jednym z nich jest mierzenie i zapisywanie postępów, a kolejnym – wykreślanie z listy zadań już wykonanych (powszechnie wiadomo, że pobudza to organizm do wydzielania dopaminy). Dlatego pomyślałem nad wykonaniem tabeli, w której jedno okienko odpowiadałoby jednej godzinie poświęconej na naukę, ale szybko stwierdziłem, że wykonanie tak wielkiej tabeli byłoby czasochłonne i pracochłonne. Następnie przypomniałem sobie, że mam jeszcze blok papieru milimetrowego w formacie A4, więc postanowiłem sprawdzić, ile jedna strona ma kratek. Pomnożyłem ilość kratek w kolumnach (270) przez ilość kratek w rzędach (180), co dało w sumie 48600 kratek. Podzieliwszy to przez liczbę godzin w dobie, otrzymałem liczbę dób (2025), a podzieliwszy liczbę dób przez ilość dni w roku, otrzymałem wynik, który mówi mi, że jedną stronę papieru milimetrowego wypełnię po pięciu i pół latach.

Bardzo chcę dokończyć ten projekt (a przynajmniej jego część), więc chcę się zabezpieczyć przed jego porzuceniem. Tym, co nie pozwalało mi nie kończyć artykułów, które mi się podobały (chociażby z tego powodu, że były ładnie napisane) jest to, że naprawdę nienawidzę tego robić – niedokończone teksty na liście wpisów na blogu działają na mnie tak, jak budynki w budowie (budynki opuszczone) działają na tych, którzy chcą podziwiać okoliczny krajobraz… a teksty są zazwyczaj tak dobrze napisane, że nie mam serca ich wyrzucać. Ponieważ nie pozwalają mi o sobie zapomnieć, jestem zmuszony dokończyć każdy z nich i na to liczę. Mam nadzieję, że konieczność dokumentowania swoich postępów nie pozwoli mi tego projektu przedwcześnie zakończyć.

Obiecałem, że jeśli projekt odniesie sukces, to podzielę się z wami pierwszymi wrażeniami i wynikami. Dzisiaj (21 maja 2012) osiągnąłem granicę 180 godzin poświęconych na naukę i zajęło mi to zaledwie 20 dni (co daje średnio 9 godzin nauki dziennie). Pierwszą wypełnioną linijkę, jak również notatki i legendę, możecie zobaczyć tutaj. Kolejne linijki możecie zobaczyć tutaj. Jest to stan z połowy lipca. Przez dłuższy czas miałem przerwę, gdzie albo uczyłem się przez jedną czy dwie godziny dziennie, albo uczyłem się w sposób niebezpośredni, co nie uważałem za warte odnotowywania (człowiek się uczy jak robić i nie robić internetowy program rozrywkowy oglądając całą ich masę, ale nie tak bardzo jak robiąc je samemu). Kolejną część opublikuję niedługo, bo na razie uzbierało się tylko ponad półtorej linijki więcej.

Oczywiście, ten system nie jest jeszcze doskonały, ale mam już parę pomysłów na to, jak go dopracować.

Zanim powrócę do nauki, chciałbym podzielić się z wami swoimi uwagami i przemyśleniami na temat tego systemu. A więc…

1. Ten system powstał, ponieważ szukałem sposobu na to, by motywować się do nauki rysowania tabletem graficznym. Jeszcze nie całkiem mi się to udało, ale przynajmniej zdołałem określić, na czym polega mój problem.

Problem polega na tym, że… jeśli zakończę dzień pracy nad rysunkiem z przekonaniem, że nie jestem w stanie w nim niczego więcej poprawić, to następnego dnia czuję paraliżujący strach przed dokończeniem pracy lub rozpoczęciem pracy nad nowym rysunkiem, ponieważ mam wrażenie, że przez czas pomiędzy jedną sesją a drugą poziom moich umiejętności nie mógł ulec zmianie (podobny problem miałem z pisaniem powieści).

Jest to oczywiście nieprawda, czego dowodzi fakt, że przeciętny człowiek po przebudzeniu z odrazą patrzy na rysunek, który jeszcze wczoraj mu się tak bardzo podobał. Wynika to z tego, że gdy świadomość dopiero uczy się proste kółka rysować, podświadomość jest już na etapie komponowania obrazu z wykorzystaniem Złotego Podziału.

Człowiekowi ciężko jest przyjąć do świadomości to, że mózgu nie zmieniają tylko świadome wnioski wyciągane podczas wykonywania danej czynności jak „Aha! Tak to się robi!”, ale sam proces wykonywania jej (naukowcy już tego dowiedli. Jeden z eksperymentów naukowych na małpach pokazał, że już sam fakt pocierania przez małpę opuszek jej palców szczoteczką do zębów fizycznie i na stałe zmieniał jej mózg, co widać było po tym, jak różniły się obrazy z rezonansu magnetycznego wykonane tuż przed i tuż po wykonaniu przez nich tej czynności).

W związku z tym postanowiłem, że w ciągu najbliższej sesji poświęcę więcej czasu na ćwiczenie rysowania tabletem. Spróbuję zmusić siebie do tego, by choć przez kilka lub kilkanaście minut dziennie ćwiczyć daną umiejętność. Jeśli podświadomość powie mi, że nie warto tabletu podpinać na parę minut, zwiększę ilość czasu, jaki na to przeznaczę. Wiem, że jeśli pokonam swój opór dostatecznie długo, by podłączyć tablet i „wejść w rytm pracy”, to nie przestanę ćwiczyć przez kilka następnych godzin.

2. Jak już napisałem powyżej, system narodził się z połączenia poprzednich metod motywowania się, jednak proces jego powstawania nie był procesem zupełnie świadomym – dopiero w połowie tego eksperymentu uświadomiłem sobie, że to, co robię wygląda jak proces defragmentacji dysku twardego, na który zawsze lubiłem patrzeć (zakładając, że wizualizacja tego procesu miała ładne barwy). Podobnie było z cienkopisami firmy Stabilo. Chociaż od zawsze je lubiłem, nie kupiłem ich specjalnie dla celów tego eksperymentu. Pozostały mi one z czasów, gdy ćwiczyłem rysowanie i kolorowanie nimi.

Zalety, jakie okazał się mieć ten system również nie były zamierzone. Mała ilość kratek, jaką mogłem wypełnić po przeczytaniu samouczka w formie tekstu lub wideo zachęcała mnie do tego, by ćwiczyć umiejętności w praktyce, a nie polegać wyłącznie na zdobywaniu wiedzy teoretycznej. Kiedy już zacząłem pisać lub rysować, nie mogłem się od tego oderwać, dzięki czemu po zakończeniu pracy mogłem wypełnić kilka lub kilkanaście kratek, nie czując takiego zmęczenia, jak po czytaniu książki czy oglądaniu filmu instruktażowego.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 15.04.2012, 16:23, Rabka-Zdrój.

Jeśli chcesz się poznać prostą, a uniwersalną technikę zwiększania produktywności, przeczytaj fragment tuż pod ostatnim obrazkiem w tym wpisie. Chociaż w poniższym tekście użyłem opowiadań jako przykładu, opisywana technika może być wykorzystywana w innych celach związanych z kreatywnym pisaniem.

A więc…
Jak sprawić, by pisanie opowiadania nie wydłużyło się w nieskończoność?
Nie jest to może problem, który byłby wystarczająco poważny, by musiała go poruszać grupa Bilderbergów na jednym ze swych otoczonych tajemnicą spotkań, ale myślę, że odpowiedź na postawione w tytule pytanie zainteresuje ludzi, którzy próbowali napisać opowiadanie, lecz nie potrafili się zmieścić w formacie opowiadania, który – ze względu na konieczność ograniczania się do określonej liczby scen czy stosowania odpowiednio szybkiej i zwięzłej narracji – jest równie restrykcyjny jak seks z fanatyczną katoliczką, a zarazem równie wymagający jak seksualny odpowiednik biegaczki narciarskiej J. Kowalczyk.

No… chyba, że problem, który napotkałem jest równie powszechny jak syndrom uporczywego podniecenia seksualnego i spotka się z równie dużym zrozumieniem…

Gdyby Sarah Carmen była pisarką, musiałaby dziennie zmiąć dwieście kartek z tym, co napisała, aby móc w końcu powiedzieć, że czuje satysfakcję.

Problem, o którym chcę napisać przypomina przypadek pewnej wiedźmy z książki Terry’ego Pratchetta, która „potrafiła zacząć słowo ‚bananowy’, ale nie potrafiła go skończyć”, wobec czego sylaba „na” namnażała się do takiej ilości, że słowo zaczynało przypominać sekwencję kodu DNA.

Problem powstaje, gdy pisząc opowiadanie, nie potrafimy go odpowiednio szybko zakończyć, wobec czego rozrasta się ono do rozmiarów powieści. Może to być szczególnie demotywujące, jeśli zależało nam na szybkim ukończeniu utworu, a końca pracy nie widać. Pojawia się pokusa, by napisać zakończenie, które przypomina symulowany orgazm (co ciekawe, słowo oznaczające punkt kulminacyjny w języku angielskim to „climax”, które oznacza również orgazm), ale – nie oszukujmy się – byłoby ono równie satysfakcjonujące co: „Za górami, za lasami był sobie kiedyś pewien bardzo zły król, który żył długo i szczęśliwie. Koniec!”.

Problem wynika z tego, że niedostatecznie dokładnie przemyśleliśmy strukturę opowiadania. Często wystarczy wymyślić zakończenie opowiadania na samym początku i pamiętać o tym, aby nie pisać o niczym, co nie prowadzi akcji w kierunku tego zakończenia, aby sobie z tym poradzić, ale pomocna może się również okazać technika, którą stosowałem do pisania recenzji w formacie A4.

Szczególnie islandzkie kobiety, bowiem mając większość w parlamencie całkowicie zakazały pornografii, czyniąc origami jedynym erotycznym zastosowaniem papieru, jakie nie grozi odsiadką.

Technika polega na napisaniu streszczenia fabuły opowiadania tak, by zmieściło się na jednej lub dwóch stronach kartki formatu A4. Mam na myśli wypisanie kolejnych działań bohaterów i wydarzeń (mogą to być również cechy i emocje bohaterów), które w logiczny sposób prowadzą do zakończenia opowiadania. Można powiedzieć, że jest to literacki odpowiednik diety typowej supermodelki, gdzie nacisk położony jest na środki przeczyszczające…

Będziesz wielki jak supermodelki, które wiedzą, co należy wzmocnić w pierwszej kolejności, nawet jeśli są tak słabe i wychudzone, że może je przewrócić pierwszy lepszy podmuch wiatru.

Bowiem nie ma wątpliwości, że całkiem sporo słów i wyrażeń pójdzie na dno mentalnego sedesu…

Jeśli zabraknie ci miejsca zanim dotrzesz do opisu zakończenia (nie martw się, może to mieć swoją dobrą stronę, bowiem może pomóc w wykryciu choroby „budowniczego świata” w jej uleczalnym stadium, cechującej się tym, że zakochany w stworzonym przez siebie świecie autor do tego stopnia skupia się na jego opisywaniu, że zapomina o fabule, dzięki czemu stoi ona jak nowe wagony PKP Intercity za górami, za lasami korporacyjnej propagandy, a dokładniej na bocznicy kolejowej, która już niedługo może wyglądać jak cmentarzysko pociągów z gry Final Fantasy VII), przyjrzyj się tekstowi i zastanów się, co możesz ująć zwięźlej lub usunąć.

Możesz spróbować również skrócić odstęp czasowy pomiędzy wydarzeniami (tym bardziej, że najpewniej miałeś zamiar wypełnić swoim bohaterom czas oczekiwania na następne wydarzenie aktywnościami godnymi „en-pe-speców” w grach fabularnych, którym cały dzień pracowicie schodzi na wchodzeniu do stodoły i wychodzeniu na podwórko, jakby to był wybieg dla modelek) bądź połączyć jedno wydarzenie z drugim – poświęcić jedną scenę na opisanie tego, co miałeś zamiar opisać w dwóch osobnych scenach, np. możesz połączyć scenę ucieczki ze sceną śmierci jednego z bohaterów albo przerwać kłótnię bohaterów ważnym telefonem, zamiast czekać z opisem rozmowy do następnej sceny, jakby to była jakaś „Moda na Sukces”, gdzie bohater będący okazem zdrowia trzech odcinków potrzebuje, by po schodach zejść.

Myślę, że pisanie streszczenia w ten sposób ma wiele zalet. Przede wszystkim, świadomość, że wystarczy zapisać zaledwie stronę kartki A4 jest znacznie bardziej motywująca niż wymyślanie fabuły na bieżąco, które może zabrać o wiele więcej czasu, a przy tym nie zbliżyć cię do ukończenia dzieła (nie masz pewności, czy w końcu nie zdecydujesz się na wycięcie danego fragmentu, np. fantazji seksualnej z udziałem ulubionej gwiazdy filmowej, na którą nawet producenci bardzo niszowych hentajów patrzyliby z moralnym oburzeniem).

Często sama myśl o tym, jak wiele pracy nas czeka sprawia, że zniechęcamy się do pisania i wydaje się nam, że pojawienie się na papierze zajmuje literze tyle, co drużynie pierścienia zajęło przebycie odcinka między jednym krańcem podziemnego labiryntu Morii, a drugim.

Ponieważ kot jest twoim najlepszym przyjacielem, wyznaje zasadę „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe” – co wyjaśnia, dlaczego za żadne skarby nie chce pozwolić ci pracować.

Mając świadomość, że chodzi wyłącznie o napisanie szybkiego zarysu fabuły, nie pozwolisz, aby twoja lewa, krytyczna półkula mózgowa sparaliżowała twoje działanie. Człowiek często czuje się sparaliżowany, jeśli chce napisać coś, co będzie od razu doskonałe. Problem polega na tym, że lewa półkula będzie krytykowała i próbowała poprawiać to, czego prawa półkula nie zdążyła jeszcze nawet stworzyć – jeśli, oczywiście, do tego dopuścisz. Próbę wykorzystywania dwóch półkul jednocześnie można porównać do dwójki ludzi w jednym kajaku, którzy mają zupełnie przeciwne wyobrażenia na temat tego, w którym kierunku powinni wiosłować, więc wiosłują w obu…

Podczas gdy większość ludzi dawno zdąży o tym zapomnieć, ty – jako aspirujący pisarz – nadal będziesz wpatrywał się w pustą kartkę, pochłonięty czymś, co do niczego nie prowadzi.

Sądzę, że to dosyć powszechny problem. Część pisarzy radziła sobie z tym pisząc w stanie, w którym nie powinno się siadać za kierownicą, a tym bardziej wysyłać rękopisu do wydawcy (niech „Zmierzch” Stephenie Meyer będzie dla was przestrogą!), by móc poprawić rękopis już na trzeźwo. Tym, którzy nie chcą ryzykować skończenia jako alkoholik, proponuję dokształcenie się w zakresie działania mózgu. Proponuję obejrzeć zamieszczoną poniżej prezentację, która pokazuje, jakie części mózgu odpowiadają za improwizację w przypadku muzyków jazzowych i raperów.  Sporą rolę odgrywa pozbycie się zahamowań i pozwolenie sobie na popełnianie pomyłek, co przywodzi na myśl obniżenie aktywności lewej półkuli mózgowej.

Ach, byłbym zapomniał…
Ograniczona ilość miejsca, jaką masz do dyspozycji nie tylko nie pozwoli ci wypychać opowiadania watą słowną czy stracić wątek, ale również sprawi, że słabsze i mocniejsze fragmenty będą ze sobą lepiej kontrastować, dzięki czemu będziesz wiedział, które pomysły pozostawić, a które usunąć. Wiedząc, że nie masz miejsca na wykorzystanie nowych, lepszych pomysłów, będziesz musiał stopniowo eliminować pomysły, które wydają ci się najsłabsze – dotąd, aż pozostaną tylko te, które utrzymują równie wysoki poziom. Myśl o tym jako o darwinowskiej stomatologii polegającej na wyrywaniu tych zębów, które mają najmniejsze szanse na przetrwanie (ale za to możesz wypełnić pozostawione przez nie „kratery” złotem lub platyną!).

Można powiedzieć, że ze streszczeniem jest podobnie jak z rysunkiem – jeśli poprawnie oddasz proporcje i podstawowe kształty już na etapie szkicowania, to ryzyko, że będziesz musiał wprowadzać poważne poprawki w późniejszych etapach pracy będzie znacznie mniejsze. Bierz przykład z operacji plastycznych – gdyby Jocelyn Wildstein nie chciała nosić takiej twarzy, to już by dawno poddałaby się operacji rekonstrukcyjnej, ale prawda jest taka, że nie może… no dobra – nie chce, ale ilu na świecie może być cymbałów i cymbałek, którzy chcą wyglądać jak dzikie koty?

Kartka ze streszczeniem bardzo szybko zaczęłaby przypominać twarz wyżej wymienionej (którą jej mąż w końcu wymienił na dziewiętnastoletnią rosyjską modelkę), gdybyś próbował je pisać ręcznie (choćby i nawet ołówkiem), więc najlepiej jest opracowywać streszczenie w edytorze tekstowym. Jeśli nie masz dostępu do Worda w pakiecie MS Office, warto pobrać w pełni funkcjonalnego, legalnego, darmowego i w niczym mu nie ustępującego „klona” tego pakietu o nazwie LibreOffice lub OpenOffice.org.

„A ja będę twym aniołem, gdy będziesz leżał pijany pod stołem…”

Jeśli twój umysł przekonuje cię, że więcej osiągniesz przez godzinę narzekając na to, jak wiele wysiłku cię czeka, zamiast w końcu zacząć pracować, ustaw sobie budzik na godzinę później i postanów sobie, że postarasz się napisać jak najwięcej w ciągu tej godziny, nie przejmując się przy tym ani trochę jakością. Będziesz przynajmniej miał co poprawiać po upływie tej godziny.

Jeśli wciąż będziesz odczuwał pokusę poprawiania wszystkiego natychmiast, mów sobie, że godzinę bez poprawiania przecież wytrzymasz. Jeśli godzina pracy wydaje ci się nadal wiązać ze zbyt dużym wysiłkiem, poszukaj takiego okresu czasu, jaki ci odpowiada.

Możesz nawet ustawić budzik na dziesięć minut i przestawiać budzik o kolejne dziesięć minut za każdym razem, gdy poczujesz, że „skoro tyle mogłeś zrobić, to będziesz w stanie zrobić drugie tyle”. Nawet pracując przez dziesięć minut, osiągniesz więcej niż nie robiąc nic.

Pamiętaj również, że zabranie się za coś kosztuje człowieka dziesięć jednostek energii, ale już podtrzymywanie czynności zaledwie dwie. Dlatego jesteśmy często w stanie utrzymywać motywację do pracy i pracować w skupieniu równie długo, co się przed pracą ociągaliśmy. Często ociągamy się przed pracą, bo nie jesteśmy w stanie poprawnie oszacować, ile czasu nam zajmie, więc praca nas zniechęca, bo wydaje się być bardziej czasochłonna niż jest naprawdę. Ustawiając budzik na określoną godzinę i postanawiając w trakcie tego czasu napisać jak najwięcej, sami decydujemy o tym, jak czasochłonna będzie praca.

Oczywiście, powyższą technikę połączoną z ustawianiem budzika można wykorzystać również w przypadku, gdy masz coś innego do zrobienia, np. napisanie jakiegoś dokumentu. Jeśli zastąpisz części opowiadania tezą, argumentacją i wnioskiem, możesz napisać nawet artykuł, przekonującą wiadomość bądź scenariusz wideo-bloga. Samą technikę wykorzystującą budzik i postanowienie zrobienia jak najwięcej w danym czasie można wykorzystać dosłownie w każdym innego celu.

Spróbuj. Jestem pewien, że nie pożałujesz. Sam używam tej techniki z budzikiem, by nie dopuścić do tego, by mój perfekcjonizm kazał mi siedzieć zbyt długo nad pustą kartką czy nie odpowiadającym mi fragmentem tekstu.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 20 Wrzesień 2011, 14.13.

Z całego serca dziękuję wszystkim osobom, które zainteresowały się artykułem, czytały lub przeczytały go, a przede wszystkim tym, które podzieliły się ze mną swoimi opiniami, gdyż pozwoliły mi one artykuł dopracować i rozwinąć.

Pozdrawiam serdecznie i życzę wam wszystkim wszystkiego najlepszego w życiu.

%d blogerów lubi to: