Tag Archive: Warsztat Pisarski


Jeśli chcesz się poznać prostą, a uniwersalną technikę zwiększania produktywności, przeczytaj fragment tuż pod ostatnim obrazkiem w tym wpisie. Chociaż w poniższym tekście użyłem opowiadań jako przykładu, opisywana technika może być wykorzystywana w innych celach związanych z kreatywnym pisaniem.

A więc…
Jak sprawić, by pisanie opowiadania nie wydłużyło się w nieskończoność?
Nie jest to może problem, który byłby wystarczająco poważny, by musiała go poruszać grupa Bilderbergów na jednym ze swych otoczonych tajemnicą spotkań, ale myślę, że odpowiedź na postawione w tytule pytanie zainteresuje ludzi, którzy próbowali napisać opowiadanie, lecz nie potrafili się zmieścić w formacie opowiadania, który – ze względu na konieczność ograniczania się do określonej liczby scen czy stosowania odpowiednio szybkiej i zwięzłej narracji – jest równie restrykcyjny jak seks z fanatyczną katoliczką, a zarazem równie wymagający jak seksualny odpowiednik biegaczki narciarskiej J. Kowalczyk.

No… chyba, że problem, który napotkałem jest równie powszechny jak syndrom uporczywego podniecenia seksualnego i spotka się z równie dużym zrozumieniem…

Gdyby Sarah Carmen była pisarką, musiałaby dziennie zmiąć dwieście kartek z tym, co napisała, aby móc w końcu powiedzieć, że czuje satysfakcję.

Problem, o którym chcę napisać przypomina przypadek pewnej wiedźmy z książki Terry’ego Pratchetta, która „potrafiła zacząć słowo ‚bananowy’, ale nie potrafiła go skończyć”, wobec czego sylaba „na” namnażała się do takiej ilości, że słowo zaczynało przypominać sekwencję kodu DNA.

Problem powstaje, gdy pisząc opowiadanie, nie potrafimy go odpowiednio szybko zakończyć, wobec czego rozrasta się ono do rozmiarów powieści. Może to być szczególnie demotywujące, jeśli zależało nam na szybkim ukończeniu utworu, a końca pracy nie widać. Pojawia się pokusa, by napisać zakończenie, które przypomina symulowany orgazm (co ciekawe, słowo oznaczające punkt kulminacyjny w języku angielskim to „climax”, które oznacza również orgazm), ale – nie oszukujmy się – byłoby ono równie satysfakcjonujące co: „Za górami, za lasami był sobie kiedyś pewien bardzo zły król, który żył długo i szczęśliwie. Koniec!”.

Problem wynika z tego, że niedostatecznie dokładnie przemyśleliśmy strukturę opowiadania. Często wystarczy wymyślić zakończenie opowiadania na samym początku i pamiętać o tym, aby nie pisać o niczym, co nie prowadzi akcji w kierunku tego zakończenia, aby sobie z tym poradzić, ale pomocna może się również okazać technika, którą stosowałem do pisania recenzji w formacie A4.

Szczególnie islandzkie kobiety, bowiem mając większość w parlamencie całkowicie zakazały pornografii, czyniąc origami jedynym erotycznym zastosowaniem papieru, jakie nie grozi odsiadką.

Technika polega na napisaniu streszczenia fabuły opowiadania tak, by zmieściło się na jednej lub dwóch stronach kartki formatu A4. Mam na myśli wypisanie kolejnych działań bohaterów i wydarzeń (mogą to być również cechy i emocje bohaterów), które w logiczny sposób prowadzą do zakończenia opowiadania. Można powiedzieć, że jest to literacki odpowiednik diety typowej supermodelki, gdzie nacisk położony jest na środki przeczyszczające…

Będziesz wielki jak supermodelki, które wiedzą, co należy wzmocnić w pierwszej kolejności, nawet jeśli są tak słabe i wychudzone, że może je przewrócić pierwszy lepszy podmuch wiatru.

Bowiem nie ma wątpliwości, że całkiem sporo słów i wyrażeń pójdzie na dno mentalnego sedesu…

Jeśli zabraknie ci miejsca zanim dotrzesz do opisu zakończenia (nie martw się, może to mieć swoją dobrą stronę, bowiem może pomóc w wykryciu choroby „budowniczego świata” w jej uleczalnym stadium, cechującej się tym, że zakochany w stworzonym przez siebie świecie autor do tego stopnia skupia się na jego opisywaniu, że zapomina o fabule, dzięki czemu stoi ona jak nowe wagony PKP Intercity za górami, za lasami korporacyjnej propagandy, a dokładniej na bocznicy kolejowej, która już niedługo może wyglądać jak cmentarzysko pociągów z gry Final Fantasy VII), przyjrzyj się tekstowi i zastanów się, co możesz ująć zwięźlej lub usunąć.

Możesz spróbować również skrócić odstęp czasowy pomiędzy wydarzeniami (tym bardziej, że najpewniej miałeś zamiar wypełnić swoim bohaterom czas oczekiwania na następne wydarzenie aktywnościami godnymi „en-pe-speców” w grach fabularnych, którym cały dzień pracowicie schodzi na wchodzeniu do stodoły i wychodzeniu na podwórko, jakby to był wybieg dla modelek) bądź połączyć jedno wydarzenie z drugim – poświęcić jedną scenę na opisanie tego, co miałeś zamiar opisać w dwóch osobnych scenach, np. możesz połączyć scenę ucieczki ze sceną śmierci jednego z bohaterów albo przerwać kłótnię bohaterów ważnym telefonem, zamiast czekać z opisem rozmowy do następnej sceny, jakby to była jakaś „Moda na Sukces”, gdzie bohater będący okazem zdrowia trzech odcinków potrzebuje, by po schodach zejść.

Myślę, że pisanie streszczenia w ten sposób ma wiele zalet. Przede wszystkim, świadomość, że wystarczy zapisać zaledwie stronę kartki A4 jest znacznie bardziej motywująca niż wymyślanie fabuły na bieżąco, które może zabrać o wiele więcej czasu, a przy tym nie zbliżyć cię do ukończenia dzieła (nie masz pewności, czy w końcu nie zdecydujesz się na wycięcie danego fragmentu, np. fantazji seksualnej z udziałem ulubionej gwiazdy filmowej, na którą nawet producenci bardzo niszowych hentajów patrzyliby z moralnym oburzeniem).

Często sama myśl o tym, jak wiele pracy nas czeka sprawia, że zniechęcamy się do pisania i wydaje się nam, że pojawienie się na papierze zajmuje literze tyle, co drużynie pierścienia zajęło przebycie odcinka między jednym krańcem podziemnego labiryntu Morii, a drugim.

Ponieważ kot jest twoim najlepszym przyjacielem, wyznaje zasadę „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe” – co wyjaśnia, dlaczego za żadne skarby nie chce pozwolić ci pracować.

Mając świadomość, że chodzi wyłącznie o napisanie szybkiego zarysu fabuły, nie pozwolisz, aby twoja lewa, krytyczna półkula mózgowa sparaliżowała twoje działanie. Człowiek często czuje się sparaliżowany, jeśli chce napisać coś, co będzie od razu doskonałe. Problem polega na tym, że lewa półkula będzie krytykowała i próbowała poprawiać to, czego prawa półkula nie zdążyła jeszcze nawet stworzyć – jeśli, oczywiście, do tego dopuścisz. Próbę wykorzystywania dwóch półkul jednocześnie można porównać do dwójki ludzi w jednym kajaku, którzy mają zupełnie przeciwne wyobrażenia na temat tego, w którym kierunku powinni wiosłować, więc wiosłują w obu…

Podczas gdy większość ludzi dawno zdąży o tym zapomnieć, ty – jako aspirujący pisarz – nadal będziesz wpatrywał się w pustą kartkę, pochłonięty czymś, co do niczego nie prowadzi.

Sądzę, że to dosyć powszechny problem. Część pisarzy radziła sobie z tym pisząc w stanie, w którym nie powinno się siadać za kierownicą, a tym bardziej wysyłać rękopisu do wydawcy (niech „Zmierzch” Stephenie Meyer będzie dla was przestrogą!), by móc poprawić rękopis już na trzeźwo. Tym, którzy nie chcą ryzykować skończenia jako alkoholik, proponuję dokształcenie się w zakresie działania mózgu. Proponuję obejrzeć zamieszczoną poniżej prezentację, która pokazuje, jakie części mózgu odpowiadają za improwizację w przypadku muzyków jazzowych i raperów.  Sporą rolę odgrywa pozbycie się zahamowań i pozwolenie sobie na popełnianie pomyłek, co przywodzi na myśl obniżenie aktywności lewej półkuli mózgowej.

https://ted.com/talks/view/id/1046

Ach, byłbym zapomniał…
Ograniczona ilość miejsca, jaką masz do dyspozycji nie tylko nie pozwoli ci wypychać opowiadania watą słowną czy stracić wątek, ale również sprawi, że słabsze i mocniejsze fragmenty będą ze sobą lepiej kontrastować, dzięki czemu będziesz wiedział, które pomysły pozostawić, a które usunąć. Wiedząc, że nie masz miejsca na wykorzystanie nowych, lepszych pomysłów, będziesz musiał stopniowo eliminować pomysły, które wydają ci się najsłabsze – dotąd, aż pozostaną tylko te, które utrzymują równie wysoki poziom. Myśl o tym jako o darwinowskiej stomatologii polegającej na wyrywaniu tych zębów, które mają najmniejsze szanse na przetrwanie (ale za to możesz wypełnić pozostawione przez nie „kratery” złotem lub platyną!).

Można powiedzieć, że ze streszczeniem jest podobnie jak z rysunkiem – jeśli poprawnie oddasz proporcje i podstawowe kształty już na etapie szkicowania, to ryzyko, że będziesz musiał wprowadzać poważne poprawki w późniejszych etapach pracy będzie znacznie mniejsze. Bierz przykład z operacji plastycznych – gdyby Jocelyn Wildstein nie chciała nosić takiej twarzy, to już by dawno poddałaby się operacji rekonstrukcyjnej, ale prawda jest taka, że nie może… no dobra – nie chce, ale ilu na świecie może być cymbałów i cymbałek, którzy chcą wyglądać jak dzikie koty?

Kartka ze streszczeniem bardzo szybko zaczęłaby przypominać twarz wyżej wymienionej (którą jej mąż w końcu wymienił na dziewiętnastoletnią rosyjską modelkę), gdybyś próbował je pisać ręcznie (choćby i nawet ołówkiem), więc najlepiej jest opracowywać streszczenie w edytorze tekstowym. Jeśli nie masz dostępu do Worda w pakiecie MS Office, warto pobrać w pełni funkcjonalnego, legalnego, darmowego i w niczym mu nie ustępującego „klona” tego pakietu o nazwie LibreOffice lub OpenOffice.org.

„A ja będę twym aniołem, gdy będziesz leżał pijany pod stołem…”

Jeśli twój umysł przekonuje cię, że więcej osiągniesz przez godzinę narzekając na to, jak wiele wysiłku cię czeka, zamiast w końcu zacząć pracować, ustaw sobie budzik na godzinę później i postanów sobie, że postarasz się napisać jak najwięcej w ciągu tej godziny, nie przejmując się przy tym ani trochę jakością. Będziesz przynajmniej miał co poprawiać po upływie tej godziny.

Jeśli wciąż będziesz odczuwał pokusę poprawiania wszystkiego natychmiast, mów sobie, że godzinę bez poprawiania przecież wytrzymasz. Jeśli godzina pracy wydaje ci się nadal wiązać ze zbyt dużym wysiłkiem, poszukaj takiego okresu czasu, jaki ci odpowiada.

Możesz nawet ustawić budzik na dziesięć minut i przestawiać budzik o kolejne dziesięć minut za każdym razem, gdy poczujesz, że „skoro tyle mogłeś zrobić, to będziesz w stanie zrobić drugie tyle”. Nawet pracując przez dziesięć minut, osiągniesz więcej niż nie robiąc nic.

Pamiętaj również, że zabranie się za coś kosztuje człowieka dziesięć jednostek energii, ale już podtrzymywanie czynności zaledwie dwie. Dlatego jesteśmy często w stanie utrzymywać motywację do pracy i pracować w skupieniu równie długo, co się przed pracą ociągaliśmy. Często ociągamy się przed pracą, bo nie jesteśmy w stanie poprawnie oszacować, ile czasu nam zajmie, więc praca nas zniechęca, bo wydaje się być bardziej czasochłonna niż jest naprawdę. Ustawiając budzik na określoną godzinę i postanawiając w trakcie tego czasu napisać jak najwięcej, sami decydujemy o tym, jak czasochłonna będzie praca.

Oczywiście, powyższą technikę połączoną z ustawianiem budzika można wykorzystać również w przypadku, gdy masz coś innego do zrobienia, np. napisanie jakiegoś dokumentu. Jeśli zastąpisz części opowiadania tezą, argumentacją i wnioskiem, możesz napisać nawet artykuł, przekonującą wiadomość bądź scenariusz wideo-bloga. Samą technikę wykorzystującą budzik i postanowienie zrobienia jak najwięcej w danym czasie można wykorzystać dosłownie w każdym innego celu.

Spróbuj. Jestem pewien, że nie pożałujesz. Sam używam tej techniki z budzikiem, by nie dopuścić do tego, by mój perfekcjonizm kazał mi siedzieć zbyt długo nad pustą kartką czy nie odpowiadającym mi fragmentem tekstu.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 20 Wrzesień 2011, 14.13.

Z całego serca dziękuję wszystkim osobom, które zainteresowały się artykułem, czytały lub przeczytały go, a przede wszystkim tym, które podzieliły się ze mną swoimi opiniami, gdyż pozwoliły mi one artykuł dopracować i rozwinąć.

Pozdrawiam serdecznie i życzę wam wszystkim wszystkiego najlepszego w życiu.

Wiesz…

Jeśli chcę rozpocząć przygodę z książkami nieznanego mi dotychczas autora, poszukuję w sieci opinii innych czytelników na temat tego, która z jego książek jest najlepsza. Nie chciałbym się bowiem do autora uprzedzić, czytając książkę, która – łagodnie mówiąc – nie oddaje sprawiedliwości jego talentowi, a tym bardziej taką, którą – mówiąc dosadnie – należałoby zakopać głęboko na samym środku pustyni, najlepiej tuż obok milionów kartridży z grą E.T.

Natknąłem się na forum poświęcone Agacie Christie, gdzie czytelnicy dzielili się listami dziesięciu ulubionych książek jej autorstwa – spośród tych, w których występowała najpopularniejsza ze stworzonych przez nią postaci – detektyw Hercule Poirot. Pierwszą książką, którą przeczytałem było „The Clocks” (polski tytuł: „Przyjdź i Zgiń”), którą jeden z czytelników umieścił na pierwszym miejscu listy. Nie przeczytałem wystarczająco dużo książek, by stwierdzić, która książka Agathy Christie zasługuje na pierwsze miejsce, ale jest to niewątpliwie bardzo dobra książka, godna polecenia.

Następna w kolejności była książka „Five Little Pigs” („Pięć Małych Świnek”). Mój „pajęczy zmysł” powinienem był zareagować na to, że tytuł książki znalazł się na dosyć niskiej pozycji na każdej z list. Dosyć szybko przekonałem się, co z tą książką jest nie tak. Ale po kolei…

Fabuła przedstawia się następująco: zamordowano cenionego malarza, Amyasa Crale’a. Przytłaczająca ilość dowodów wskazywała na to, że został otruty cykutą przez swoją żonę, co miało być spowodowane jej zazdrością o młodą Elsę Greer, dla której chciał się z nią rozwieść. Podczas rozprawy sądowej Caroline Crale przyjęła postawę defetystyczną, została zaszczuta, a następnie osadzona w więzieniu, gdzie po roku umarła. Przed śmiercią jednak wysłała do swojej córki, Angeli Warren, list, w którym zapewniła ją, że nie zamordowała swojego męża. Hercule Poirot został wynajęty przez drugą córkę małżeństwa Crale’ów, która słyszała, iż potrafił rozwiązywać sprawy na podstawie przeprowadzonych rozmów. Chce poznać prawdę, bo w czasie, gdy popełniono morderstwo była zbyt młoda. Na terenie domu, w którym doszło do morderstwa było pięć osób, które detektyw musi przesłuchać. Część z tych osób nie wierzy w winę Caroline, twierdząc, że nie pasowało to do jej charakteru. Detektyw odwiedza każdą z osób, przeprowadza z nimi rozmowy pod pretekstem, że pisze książkę na ten temat, a potem prosi ich, aby spisali wszystko, co wiedzą i pamiętają na ten temat i przesłali te notatki na jego adres.

Myślę, że powyższy fragment na temat jego klientki wyjaśnia, dlaczego alternatywny tytuł książki brzmi „Murder in Retrospect” („Morderstwo w Retrospektywie”). Tutaj dochodzimy do pierwszego problemu: ponieważ akcja rozgrywa się szesnaście lat po morderstwie, brakuje napięcia dramatycznego wynikającego z możliwości popełnienia przez sprawcę kolejnego morderstwa, np. na świadku. Napięcia nie pomaga budować również to, że od samego początku wiadomo, kto Amyasa Crale’a zamordował… no, niezupełnie, bo szybko można dojść do wniosku, że skoro autorka tak usilnie dowodzi winy Caroline Crale, to mordercą okaże się ktoś inny.

Większy problem polega jednak na tym, że cztery piąte książki poświęcono na przeciąganie liny pomiędzy „ona to zrobiła, bo…” i „ona tego nie zrobiła, bo…”. Nie dość, że jest tylko pięciu podejrzanych, to jeszcze większość postaci nie miała większego motywu poza „byłem po stronie Caroline i nienawidziłem Amyasa” i „byłem po stronie Amyasa i nienawidziłem Caroline”.

Chwalono Agathę Christie za to, że postępowała uczciwie z czytelnikami, dostarczając wszystkich wskazówek potrzebnych do ustalenia mordercy i „The Clocks” jest doskonałym przykładem na to, że tak jest w istocie. Ale czy można to samo powiedzieć o tej książce?

Być może wina leży po mojej stronie, ale przeczytałem ponad połowę książki i nadal nie wiedziałem, jaki motyw miałaby mieć Angela Warren. Chyba nie to, że nie chciała wyjeżdżać do szkoły za granicą…

Dopiero wtedy, gdy jego klientka, Carla Lemarchant, przeczytała zapisane wspomnienia tych pięciu osób, podała hurtem logiczny motyw dla każdego z nich, ale kiedy dobrnąłem do tego momentu, okazało się, że zostało zaledwie kilkadziesiąt stron do końca.

Nie należy się tutaj spodziewać badania miejsca zbrodni (pomijając może wizytę w domu, w którym rozgrywały się wydarzenia poprzedzające morderstwo), ani dochodzenia do prawdy dzięki zebranym dowodom rzeczowym. Działania detektywa ograniczają się do prowadzenia rozmów ze świadkami. Rozumiem, że wynika to z retrospekcyjnego charakteru śledztwa i zamysłu autorki, ale… Nie byłoby w rzeczonych rozmowach nic złego, gdyby coś z nich wynikało, gdyby prowadziły do nagłych zwrotów akcji i niespodzianek, dostarczały informacji pozwalających podejrzewać raz jednego, raz drugiego bohatera itd., ale tak nie jest. Jaką więc rolę one spełniają?

W moim przekonaniu rolą prowadzonych rozmów jest potwierdzanie tego, co wiadomo o Caroline Crale i pogrążanie jej jeszcze bardziej. Celem autorki było przedstawienie tych samych wydarzeń z różnych punktów widzenia, co jednak sprowadza się do „nie mogła tego zrobić – to do niej niepodobne” i „nie mógł tego zrobić nikt inny – ona była złą kobietą”.

„Lektura powieści to nie porywająca przygoda, zatykająca dech w piersiach akcja, trzymająca w napięciu fabuła. Wręcz przeciwnie. To niespieszne, czasami wręcz ślamazarne odkrywanie prawdy.” ~Artur Długosz, magazyn kultury popularnej Esensja.

Myślę, że powyższe słowa doskonale oddają to, czym jest „Five Little Pigs”.

Chyba jedyną rzeczą, która skłaniała mnie do tego, by czytać dalej (pomijając fałszywą nadzieję na to, że lada chwila wydarzy się coś przełomowego) była chęć dowiedzenia się, jak autorka wytłumaczy to, że Caroline Crale tego nie zrobiła, chociaż miała motyw, groziła mężu śmiercią, znaleziono w jej szafce butelkę z trucizną, przyznała się do zabrania trucizny itd.

Zakończenie zostało napisane w bardzo zgrabny sposób. Zatarło niezbyt dobre wrażenie, jakie wywarła na mnie początkowa i środkowa część powieści. Myślę, że jeśli jest powód, dla którego warto przeczytać tę książkę, to właśnie dla samego zakończenia. Tym bardziej, że zaskakuje podwójnie…

Jeśli miałbym ocenić powieść w skali od 1 do 10, dałbym jej 7, ale tylko ze względu na zakończenie.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 4 Sierpień 2011, 16.09.

%d blogerów lubi to: