Tag Archive: Wytrwałość


Czy przydarzyło ci się kiedyś, że tuż przed ostatecznym terminem na wykonanie czy oddanie danej pracy (bądź przed trudnym egzaminem) zabierałeś się za szukanie zajęć zastępczych?

Takich, które długo odkładałeś?

Może nagle doszedłeś do wniosku, że tym, czego ci w tym stresującym okresie życia potrzeba to właśnie przesadzenie kwiatków, przetrzebienie gratów na poddaszu lub posprzątanie swojego pokoju?

A może poczułeś, że w przededniu egzaminu, który może zaważyć na całym twoim przyszłym życiu dobrym pomysłem byłoby powrócić do rzuconej przed laty gry na gitarze?

Jeśli uległeś tym pokusom i byłeś zadowolony z tego, że w końcu udało ci się do wykonania tych zadań zmotywować, to popadłeś w produktywną prokrastynację.

Dobra wiadomość jest taka, że mam coś dla ciebie – technikę, która się częściowo na produktywnej prokrastynacji opiera. Teraz już nie będziesz potrzebował pilących terminów, by zabrać się za coś, z czego wykonaniem długo zwlekałeś.

Technika jest bardzo prosta i ma charakter listy zadań. Sztuka polega na tym, że masz tylko trzy miejsca na wpisanie zadań, które masz do wykonania i zabrać się za kolejne zadania wolno ci tylko wówczas, gdy zwolnisz przynajmniej jedno miejsce na liście (wykonując dane zadanie). Gdy już wykonasz zadanie, dostajesz dodatkowe miejsce na nowe zadanie lub przyjemniejszą rzecz, którą chcesz zrobić – miejsc przydzielasz tyle, ile wykonałeś zadań (przy czym, gdy tych wygranych miejsc będzie za dużo i nie będziesz wiedział czym je wypełnić, lepiej zacznij nową listę i ewentualnie przepisz na nią do trzech najbardziej odpowiadających ci, wyglądających na możliwe do wykonania zadania).

Na pewno na liście powinno się znaleźć to najtrudniejsze zadanie – to, które jest bardzo pilne, a które cię przytłacza czasochłonnością, pracochłonnością itp. Pozostałe miejsca przydzielasz kolejno zadaniu o średnim stopniu ciężkości (jak zawsze, warto pamiętać o zasadzie chunkingu, czyli rozbijaniu zadań na pomniejsze fragmenty, np. zamiast „napisać książkę” piszesz „napisać jeden paragraf pierwszego rozdziału) i najłatwiejszemu czy też wymagającemu najmniejszej ilości zasobów. Gdy będziesz miał już więcej miejsc, możesz to robić według własnego uznania, ale warto pamiętać, by za każdym razem było na liście przynajmniej jedno zadanie z rodzaju tych najłatwiejszych, bo dzięki temu nie zostaniesz z listą zadań, gdzie wszystkie zadania są ciężkie do szybkiego wykonania.

Jeśli wykonasz produktywne zadanie, którego nie ma na liście, możesz je od razu dopisać i przekreślić. Im więcej będziesz widział zadań wykonanych, tym łatwiej ci będzie wpaść w rytm i zrobić jeszcze więcej danego dnia.

Technika przydziału pozwala zwalczać paraliż decyzyjny, jaki nas ogarnia, gdy opcji jest za dużo. Przy czym ten paraliż może powrócić, jeśli wypracujemy zbyt dużo wolnych miejsc do przydziału i nie będziemy wiedzieć, od którego zacząć, bo wszystkie są równie trudne, czaso- i pracochłonne. Dlatego warto w takiej sytuacji zrobić sobie nową listę i ponownie poczuć tą satysfakcję z wypracowywania sobie możliwości zrobienia czegoś, co chcemy zrobić.

Bywa i tak, że zadanie staje się nieaktualne, bo np. ktoś już coś za nas zrobił. W takim wypadku oznaczamy je krzyżykiem i zwalniamy miejsce na następne zadanie. Ważne jednak, by nie wynajdywać sobie wymówek na odpuszczanie sobie większej ilości zadań.

I to właściwie wszystko. Jestem już na trzeciej liście i każda ma po ok. 80-90 punktów.

Mam nadzieję, że wam to pomoże w podejmowaniu decyzji. Jeśli uważasz, że może to komuś pomóc, kliknij jeden z przycisków udostępniania pod wpisem. Zajmie ci to góra parę sekund, a mnie i mojemu blogowi bardzo pomoże.

Pozdrawiam serdecznie.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 19 Maj 2014, godz. 20:29, Rabka-Zdrój.

Reklamy

Przyszedł mi ostatnio do głowy pomysł, by na świstkach papieru zapisywać każde usprawiedliwienie (choćby nawet było to „nie teraz!”), jakie znajdę dla tego, by nie robić czegoś, co chcę zrobić (co nie znaczy, że mi się to robić chce, np. przez nakład pracy) lub co zrobić muszę i każdą z tych karteczek wrzucać do jednego pojemnika. Zapisuję też szkodliwe przekonania i mechanizmy, na korzystaniu z których się łapię, np. odkładanie czegoś na później, aż będzie za późno i obiecywanie sobie, że jutro z samego rana to zrobię, popadając w ten sam mechanizm). Pomysł polegał na tym, że po pewnym czasie zrobiłoby mi się niedobrze na widok tego, ile czasu, energii i nerwów poświęciłem na odkładanie tego, co miałem zrobić, chociaż w tym czasie już bym to dawno zrobił. Zakładałem też, że zrobi mi się niedobrze na samą myśl o napisaniu kolejnej karteczki.

Teraz, gdy przetestowałem tą metodę, mogę powiedzieć, że faktycznie tak działa, choć z początku byłem tak zafascynowany tym, jak wiele się dzięki tej technice uczę o sobie i swoim sposobie myślenia, że o mało się od niej nie uzależniłem, preferując wypisywanie wymówek niż pracę, do której miało mnie to zmotywować.  Na szczęście łatwo mi było sobie z tym poradzić, bo kiedy już zapisałem usprawiedliwienie, mój umysł nie miał odwagi wykorzystać go ponownie. Dlaczego więc to robi w normalnych warunkach? Bo korzystamy z nich i zapominamy o nich natychmiast, by nie naruszyły one naszego obrazu siebie jako człowieka np. pracowitego. Gdy się z tym skonfrontujemy, nie mamy już możliwości, by temu zaprzeczać i by uciekać przed tym, co mieliśmy zrobić. Doszło teraz do tego, że mojemu umysłowi skończyły się wymówki, to zaczął rozpaczliwie sięgać po „bo nie chce mi się” i „bo tak!”. Takie też zapisuję, bo one potrafią być bardzo niebezpieczne. Szczególnie „bo tak”, albowiem jest to wymówka, która dzięki swej ogólności nie daje nam powodu ani do tego, by ją odrzucać, ani do tego, by czuć się winnym z powodu korzystania z niej.

Jeśli pojawia się jakaś motywująca myśl, to zapisuję ją sobie na przyszłość, a jeśli jest naprawdę dobra, przyklejam sobie karteczkę z nią do monitora (ty możesz je przyklejać tam, gdzie będziesz często na nie patrzył).

Pomysł jest oparty na technice, jaką kiedyś widziałem na filmach, gdzie ludzie umieszczali w skarbonce pewne drobne sumy za każdym razem, gdy ulegli nawykowi, który próbowali przezwyciężyć.

Jest to naprawdę świetny sposób na poznanie samego siebie, jeśli oczywiście masz na tyle odwagi i szczerości wobec siebie, by np. przyznać się przed sobą, jak przez całe lata się okłamywałeś (i ile mógłbyś zrobić czy osiągnąć, gdybyś wiedział o tym wcześniej). To jednak fascynujące, gdy widzisz, jakie mentalne śmieci wydobywa to z twojej nieświadomości. I dopiero gdy zostanie to wydobyte, nie będzie mogło zostać wykorzystane przeciwko tobie (chyba, że przerwiesz korzystanie z tej techniki i pozwolisz usprawiedliwieniom nadal działać w tle) i pozwoli zapełnić luki po tych szkodliwych mechanizmach czymś naprawdę konstruktywnym.

Bardziej niesamowite jest jednak to, że gdy zabieramy znad naszej energii bat wymówek, dotychczas tłumiona energia zaczyna się uwalniać. Okazuje się, że to było błędne koło – nie mamy energii, by cokolwiek zacząć, bo przyzwyczailiśmy się do tego, że nasz umysł pogania ją batem z miejsca na miejsce (np. każąc jej czekać i czekać i czekać tak długo, aż nadchodzi noc, gdy nie mamy już co z nią zrobić, obiecując nam po tym, że „jutro będziemy pracować od samego rana”, tylko po to, by zrobić to samo. Nie mamy energii, bo męczymy się odkładaniem zarówno jej, jak i tego, co mamy zrobić na później, nie zauważając, że ją po drodze rozpraszamy a to na zrobienie sobie jedzenia, a to na oglądanie stron z humorem, a to na porządkowanie rzeczy w pokoju (czego normalnie nam się chce robić i z czego nie ma aż tak wielkiego pożytku).

Jeśli zdołamy tą energię uwolnić, nasz umysł może znowu próbować ją okiełznać, kusząc nas tym, byśmy najpierw zrobili coś przyjemnego albo mało ważnego, albo nie wymagającego większego wysiłku. Gdy jednak to nie zadziała, a umysłowi braknie argumentów na to, by nic nie robić, zacznie się wydzielać adrenalina, bo zostaniemy wówczas dosłownie postawieni pod ścianą i będziemy mieć wybór tylko i wyłącznie pomiędzy walką a ucieczką (zrobić to, co odkładaliśmy i mieć spokój czy odkładać to, co nieuniknione i rujnować sobie przy tym dobry obraz siebie, który tak przyjemnie łechta nasze ego). Jeśli zdecydujesz się walczyć, możesz odkryć, że ta nowa motywacja i przepływ energii to naprawdę świetne uczucie.

Jeśli twój umysł będzie cię zniechęcał tym, jak dużo jest do zrobienia i jak dużo czasu to zajmie, to sięgnij po technikę chunkingu, czyli rozbijania czaso- i pracochłonnych zadań na pomniejsze etapy. Jeśli zaś powie ci, że w tą godzinę czy pół godziny, jakie sobie na zrobienie tego dasz, nic nie zrobisz, to pomyśl sobie, że najtrudniej jest zacząć i pokonać początkowe zniecierpliwienie i chęć do tego, by to jednak rzucić i zająć się czymś innym. Pomyśl sobie, że to tylko godzina czy pół (możesz sobie ustawić budzik, by zadzwonił po danym czasie) i tylko tyle musisz przetrwać, bo jak już wpadniesz w rytm, nie będziesz chciał przerywać tego, co robisz tak szybko, wiedząc jak dużo czasu i sił kosztowało cię zmuszenie się do tego, by w ogóle zacząć.

Obie powyższe techniki wykorzystuję sam od wielu lat i to z powodzeniem.

To, co w tej technice jest istotne jest to, że opiera się ona na rozprawianiu się z wymówkami w momencie, gdy się pojawiają. Próbowałem podczas pracy z porannymi stronami, opisanymi w książce „The Artist’s Way” („Droga Artysty”) Julii Cameron „na zimno” przypominać sobie, z jakich to w przeszłości wymówek i szkodliwych przekonań korzystałem, ale sądząc po zawartości mojego woreczka z wymówkami, nie wyłapałem w ten sposób wszystkich. Możliwe, że umysłowi wydawały się one niedorzeczne dopóki nie zaczął z nich korzystać w przypływie desperacji.

Pamiętajcie tylko, by nie wykorzystywać tej techniki do motywowania się do rzeczy, do których naprawdę nie powinniście się motywować, bo w przypływie adrenaliny łatwo zrobić coś głupiego, szkodliwego czy coś, co przysporzy wam wrogów, a to, że dzięki adrenalinie przestaniecie widzieć konsekwencje nie znaczy, że was one nie spotkają.

Ja tu piszę o czymś pokroju zmotywowania się do napisania magisterki a nie pokonania naturalnych oporów przed wyrolowaniem własnej rodziny z jej części testamentu (no chyba, że rodzina to obiektywnie rzecz biorąc banda bydlaków) 🙂

Hej, widzisz te przyciski udostępniania pod spodem? Bardzo Cię proszę, udostępnij ten tekst czy to na Facebooku czy na Twitterze – zarówno jeśli sądzisz, że komuś pomoże, jak i wtedy, gdy myślisz, że i tak nikt go nie przeczyta (sam fakt, że ludzie zobaczą, że taki blog jak mój istnieje jest ogromnie pomocny i decyduje o przyszłości tego bloga). To tylko jedno czy dwa kliknięcia i zajmie ci tylko parę sekund. Z góry bardzo, ale to bardzo dziękuję.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 8 Czerwca 2013, 18:43, Rabka-Zdrój.

Miałem ten problem, że chciałem spróbować tworzenia w nowych dziedzinach sztuki, ale chciałem, by to, co zrobię było od razu jak najlepsze, perfekcyjne. To jest oczywiście toksyczne myślenie i prowadzi do szybkiego bloku artystycznego, do odkładania zrobienia pierwszego kroku w kierunku poszerzenia artystycznych horyzontów w nieskończoność.

Pomyślałem więc, że mógłbym dać sobie jeden cały dzień na oglądania i czytanie każdego samouczka na dany temat. Drugi dzień byłby poświęcony na swobodne ćwiczenie tego, co zobaczyłem w samouczkach, które oglądałem lub czytałem poprzedniego dnia, albo w nowych, których do tej pory nie widziałem (poprzez „swobodne” mam na myśli pozwolenie sobie na to, by być początkującym, nie przejmowanie się rezultatami i bycie otwartym na to, czego nigdy w życiu nie próbowałem). Trzeci dzień miałbym cały na próby zrobienia najlepszej pracy, jaką jestem w stanie zrobić. Myślę, że to jest bardziej efektowne niż próby zmieszczenia tych trzech różnych procesów w jednej dobie. Tym bardziej, że człowiek uczy się podczas snu. Odkryto, że podczas snu następują duże wyładowania neuronalne, podczas których informacje są przenoszone z jednej części mózgu do drugiej. Naukowcy zablokowali myszom ten proces i okazało się, że w przeciwieństwie do swoich pobratymców, na których nie wykonano tej operacji absolutnie nie pamiętały drogi przez labirynt i musiały się uczyć rozkładu korytarzy i przechodzenia przez niego od zera.

Pomyślałem sobie też, że w ten sposób mógłbym zwalić winę za niezrobienie rysunku tylko na siebie i to, że nie poświęciłem dnia na jedną z tych rzeczy (a nie na jakiś brak inspiracji, obawy przed zepsuciem rysunku, zmęczenie nauką z samouczków lub ćwiczeniami).

To również „segmentuje” naukę. Człowiek zapamięta więcej z przerabiania 10 – 15 samouczków niż masowego czytania i oglądania i liczenia, że przechodząc od razu do robienia ostatecznego rysunku będzie się z nich cokolwiek pamiętać.

Problemem jest też to, że człowiek ma przekonanie, że wystarczy obejrzeć pokaz lub przeczytać teorię, by to już to praktycznie umieć i że przećwiczenie tego tuż po zapoznaniu się z materiałem nie przyniesie rezultatów różnych od tego, czego – jak nam się wydaje – już się nauczyliśmy.

Ten tekst jest jeszcze w trakcie dopracowywania.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 22 Luty 2013, 13:43, Rabka-Zdrój.

Oglądając czwarty odcinek serialu „Alcatraz” ponownie spotkałem się z opinią, że potrzeba 12 000 godzin spędzonych na nauce (w przeliczeniu jest to 500 dób), by zostać ekspertem w wybranej dziedzinie.

Chociaż niektórych z was może demotywować perspektywa studiowania danego przedmiotu tak intensywnie i przez tak długi okres czasu, mnie powyższa myśl popycha do działania – zrozumiałem, że na osiągnięcie mistrzostwa nie muszę już dłużej czekać do jesieni życia. W słuszności tego przekonania utwierdziła mnie wypowiedź założyciela i wokalisty zespołu Eluveitie na temat grającego w jego zespole perkusisty, którą przytoczyłem poniżej:

„Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby ktoś tak dużo ćwiczył. To znaczy, przez kilka pierwszych lat po dołączeniu do Eluveitie ćwiczył praktycznie każdego dnia przez – nie wiem – dziesięć, dwanaście, czternaście godzin (…) i wystarczy posłuchać jak gra, by się o tym przekonać. Jest niesamowitym perkusistą. Bardzo, bardzo się cieszę, że gra w naszym zespole i jestem z tego dumny.”

Nie wystarczy jednak, że zawieszę sobie w widocznym miejscu karteczkę przypominającą mi o tym, że za niewiele więcej niż półtora roku intensywnej pracy będę mógł sobie wydrukować swój własny dyplom ukończenia studiów doktoranckich, bo nie jestem tak wytrwały, jak wyżej wspomniany perkusista i nie mam tak silnej pasji, jak on. Jeśli chcę wytrwać w postanowieniu, że będę poświęcał na naukę przynajmniej pięć godzin dziennie, muszę sięgnąć po sposoby, które w przeszłości pozwoliły mi zachować motywację.

Jednym z nich jest mierzenie i zapisywanie postępów, a kolejnym – wykreślanie z listy zadań już wykonanych (powszechnie wiadomo, że pobudza to organizm do wydzielania dopaminy). Dlatego pomyślałem nad wykonaniem tabeli, w której jedno okienko odpowiadałoby jednej godzinie poświęconej na naukę, ale szybko stwierdziłem, że wykonanie tak wielkiej tabeli byłoby czasochłonne i pracochłonne. Następnie przypomniałem sobie, że mam jeszcze blok papieru milimetrowego w formacie A4, więc postanowiłem sprawdzić, ile jedna strona ma kratek. Pomnożyłem ilość kratek w kolumnach (270) przez ilość kratek w rzędach (180), co dało w sumie 48600 kratek. Podzieliwszy to przez liczbę godzin w dobie, otrzymałem liczbę dób (2025), a podzieliwszy liczbę dób przez ilość dni w roku, otrzymałem wynik, który mówi mi, że jedną stronę papieru milimetrowego wypełnię po pięciu i pół latach.

Bardzo chcę dokończyć ten projekt (a przynajmniej jego część), więc chcę się zabezpieczyć przed jego porzuceniem. Tym, co nie pozwalało mi nie kończyć artykułów, które mi się podobały (chociażby z tego powodu, że były ładnie napisane) jest to, że naprawdę nienawidzę tego robić – niedokończone teksty na liście wpisów na blogu działają na mnie tak, jak budynki w budowie (budynki opuszczone) działają na tych, którzy chcą podziwiać okoliczny krajobraz… a teksty są zazwyczaj tak dobrze napisane, że nie mam serca ich wyrzucać. Ponieważ nie pozwalają mi o sobie zapomnieć, jestem zmuszony dokończyć każdy z nich i na to liczę. Mam nadzieję, że konieczność dokumentowania swoich postępów nie pozwoli mi tego projektu przedwcześnie zakończyć.

Obiecałem, że jeśli projekt odniesie sukces, to podzielę się z wami pierwszymi wrażeniami i wynikami. Dzisiaj (21 maja 2012) osiągnąłem granicę 180 godzin poświęconych na naukę i zajęło mi to zaledwie 20 dni (co daje średnio 9 godzin nauki dziennie). Pierwszą wypełnioną linijkę, jak również notatki i legendę, możecie zobaczyć tutaj. Kolejne linijki możecie zobaczyć tutaj. Jest to stan z połowy lipca. Przez dłuższy czas miałem przerwę, gdzie albo uczyłem się przez jedną czy dwie godziny dziennie, albo uczyłem się w sposób niebezpośredni, co nie uważałem za warte odnotowywania (człowiek się uczy jak robić i nie robić internetowy program rozrywkowy oglądając całą ich masę, ale nie tak bardzo jak robiąc je samemu). Kolejną część opublikuję niedługo, bo na razie uzbierało się tylko ponad półtorej linijki więcej.

Oczywiście, ten system nie jest jeszcze doskonały, ale mam już parę pomysłów na to, jak go dopracować.

Zanim powrócę do nauki, chciałbym podzielić się z wami swoimi uwagami i przemyśleniami na temat tego systemu. A więc…

1. Ten system powstał, ponieważ szukałem sposobu na to, by motywować się do nauki rysowania tabletem graficznym. Jeszcze nie całkiem mi się to udało, ale przynajmniej zdołałem określić, na czym polega mój problem.

Problem polega na tym, że… jeśli zakończę dzień pracy nad rysunkiem z przekonaniem, że nie jestem w stanie w nim niczego więcej poprawić, to następnego dnia czuję paraliżujący strach przed dokończeniem pracy lub rozpoczęciem pracy nad nowym rysunkiem, ponieważ mam wrażenie, że przez czas pomiędzy jedną sesją a drugą poziom moich umiejętności nie mógł ulec zmianie (podobny problem miałem z pisaniem powieści).

Jest to oczywiście nieprawda, czego dowodzi fakt, że przeciętny człowiek po przebudzeniu z odrazą patrzy na rysunek, który jeszcze wczoraj mu się tak bardzo podobał. Wynika to z tego, że gdy świadomość dopiero uczy się proste kółka rysować, podświadomość jest już na etapie komponowania obrazu z wykorzystaniem Złotego Podziału.

Człowiekowi ciężko jest przyjąć do świadomości to, że mózgu nie zmieniają tylko świadome wnioski wyciągane podczas wykonywania danej czynności jak „Aha! Tak to się robi!”, ale sam proces wykonywania jej (naukowcy już tego dowiedli. Jeden z eksperymentów naukowych na małpach pokazał, że już sam fakt pocierania przez małpę opuszek jej palców szczoteczką do zębów fizycznie i na stałe zmieniał jej mózg, co widać było po tym, jak różniły się obrazy z rezonansu magnetycznego wykonane tuż przed i tuż po wykonaniu przez nich tej czynności).

W związku z tym postanowiłem, że w ciągu najbliższej sesji poświęcę więcej czasu na ćwiczenie rysowania tabletem. Spróbuję zmusić siebie do tego, by choć przez kilka lub kilkanaście minut dziennie ćwiczyć daną umiejętność. Jeśli podświadomość powie mi, że nie warto tabletu podpinać na parę minut, zwiększę ilość czasu, jaki na to przeznaczę. Wiem, że jeśli pokonam swój opór dostatecznie długo, by podłączyć tablet i „wejść w rytm pracy”, to nie przestanę ćwiczyć przez kilka następnych godzin.

2. Jak już napisałem powyżej, system narodził się z połączenia poprzednich metod motywowania się, jednak proces jego powstawania nie był procesem zupełnie świadomym – dopiero w połowie tego eksperymentu uświadomiłem sobie, że to, co robię wygląda jak proces defragmentacji dysku twardego, na który zawsze lubiłem patrzeć (zakładając, że wizualizacja tego procesu miała ładne barwy). Podobnie było z cienkopisami firmy Stabilo. Chociaż od zawsze je lubiłem, nie kupiłem ich specjalnie dla celów tego eksperymentu. Pozostały mi one z czasów, gdy ćwiczyłem rysowanie i kolorowanie nimi.

Zalety, jakie okazał się mieć ten system również nie były zamierzone. Mała ilość kratek, jaką mogłem wypełnić po przeczytaniu samouczka w formie tekstu lub wideo zachęcała mnie do tego, by ćwiczyć umiejętności w praktyce, a nie polegać wyłącznie na zdobywaniu wiedzy teoretycznej. Kiedy już zacząłem pisać lub rysować, nie mogłem się od tego oderwać, dzięki czemu po zakończeniu pracy mogłem wypełnić kilka lub kilkanaście kratek, nie czując takiego zmęczenia, jak po czytaniu książki czy oglądaniu filmu instruktażowego.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 15.04.2012, 16:23, Rabka-Zdrój.

Chciałbym podkreślić, że zazwyczaj dzielę artykuły tak, jak Marduk podzielił Tiamat – na niebo i ziemię, przy czym niebo to teoretyczny początek, a ziemia to praktyczne zakończenie. Jeśli poszukujesz  praktycznej części, to przejdź do przedostatniego lub ostatniego podrozdziału…

Czy podążasz za tym, co kochasz? Czymś poza zasięgiem twoich możliwości?

Zamieszczony poniżej obraz przedstawia rażonego strzałą miłości Apollina i uciekającą przed nim, ugodzoną strzałą nienawiści, nimfę Dafne. Strzały wypuścił bożek miłości Eros, szukający zemsty za ciężką obrazę własnych umiejętności strzeleckich, porównywalną ze współczesną zniewagą dotyczącą rozmiaru przyrodzenia, jakiej doznał wcześniej ze strony Apollina.

Apollo, zgodnie z zamysłem „snajpera”, zapłonął wręcz narkotyczną miłością do pierwszej kobiety, jaką napotkał na swej drodze, a ponieważ to wątpliwe szczęście spotkało właśnie rzeczoną nimfę, popędził w jej kierunku – tak, jakby gołymi rękoma zwierzynę schwytać usiłował.

Niestety, pierwszym mężczyzną, jakiego zobaczyła nie był jakiś przypadkowy satyr, więc jej wyrastająca z przerażenia nienawiść skupiła się właśnie na nim. Zważywszy jednak na to, że rzucając się za nią w pogoń z „pałeczką sztafetową” na wierzchu [starożytni przedstawiali i wyobrażali sobie mitologiczne postaci najczęściej nago, a rozmnażały się one na tyle licznie, że i w tym przypadku  można wykluczyć, że chodzi wyłącznie o miłość platoniczną] nie różnił się w swoim zachowaniu od przeciętnego, chutliwego centaura, nie posiadającego wyrażenia „za przyzwoleniem” w swoim słowniku kontaktów seksualnych – trudno się dziwić temu, że przed nim uciekła.

Gdy wydawało się już, że zamkną się na niej ramiona prześladującego ją boga, wybłagała u boskich rodziców ratunek, który przyszedł w postaci przemiany w drzewo laurowe.

Powyższy wstęp nie stanowi wyłącznie pretekstu do zamieszczenia w tym wpisie mojego ulubionego obrazu, gdyż niedoszli kochankowie reprezentują tutaj dwie fundamentalne, problematyczne i niestety, rozpowszechnione postawy ludzkie. Przekonaj się, czy sam nie powielasz tych szkodliwych postaw, czytając dalej…

Kłoda w łóżku

Zabawa w chowanego nigdy nie była już taka sama, odkąd nauczyła się przybierać postać miejsca zaklepywania…

Apollo reprezentuje obsesyjne, nieugięte i niestrudzone dążenie do celów, które dążącego najzwyczajniej przerastają lub obiektywnie rzecz biorąc są praktycznie niemożliwe do osiągnięcia. Oczywiście, reprezentuje także usilne, graniczące z uporczywością, nakłanianie innych do wykonywania czynności, które nie zyskują ich aprobaty, gdyż służą głównie spełnieniu egoistycznych potrzeb nakłaniającego.

Niebezpieczeństwo nieustępliwości, graniczącej z natrętnością, polega na tym, że bardzo łatwo jest stracić korzyści z długotrwałych, pozytywnych więzi międzyludzkich z oczu, poświęcając je dla natychmiastowej gratyfikacji poprzez wymuszenie spełnienia własnych potrzeb.

Natrętność wywołuje przeradzające się w coraz bardziej ekstremalne, zależne od częstotliwości nawiedzeń i czasu trwania „kampanii”, reakcje emocjonalne – począwszy od zakłopotania lub lekceważenia, poprzez rozdrażnienie i nieuprzejmość, a na dążeniu do unikania kontaktu i nienawistnej wrogości skończywszy.

Odnoszę jednak wrażenie, że większość ludzi albo nie uświadamia sobie, jak bardzo ich prośby są uciążliwe dla innych albo robi sobie z tego tyle, co Apollo…

Jeżeli chcesz wiedzieć, czy Apollo rzeczywiście wziął maksymę „jesteś zwycięzcą, dopóki nie uznajesz swojej porażki” zbyt dosłownie, wystarczy, że zapoznasz się z pełną wersją tego mitu, albowiem prędko odkryjesz, że wykonał dla siebie z liści niedoszłej kochanki wieniec laurowy – symbol zwycięstwa. Jeżeli w ogóle można mówić o zwycięstwie, jest to zwycięstwo równie słodkie jak łyżka cynamonu…

Oczywiście, można interpretować to tak, że wieniec symbolizuje tutaj zwycięstwo nad własnym obsesyjnym dążeniem do celu i umiejętność zrezygnowania z dalszego pościgu, gdy cel okazuje się nieosiągalny. Ponownie przykładem posłużyć może Apollo, który nie dość, że miał wielmożnych bogów za przyjaciół, a nie zwrócił się do nich po pomoc, to jeszcze nie wysilił się na tyle, by dorównać Orfeuszowi, który za swoją ukochaną Eurydyką aż do piekła poszedł…

Czy uciekasz przed tym, co kochasz? Przed tym, co może dać ci szczęście?

O ile nietrudno dopatrzeć się podobieństw pomiędzy opisanym powyżej typem psychologicznym a bohaterem tego mitu, o tyle powiązania pomiędzy rzeczoną nimfą, eskapistycznym postępowaniem oraz tytułem niniejszego artykułu mogą nie być dla was całkowicie zrozumiałe czy racjonalne, ale… odpowiedzcie sobie na następujące pytanie:

Czy racjonalne jest unikanie i uciekanie przed robieniem tego, co się naprawdę kocha lub usprawiedliwianie własnej bezczynności, wygodnictwa, pesymizmu, które tylko stoją na przeszkodzie w realizacji własnych pragnień i marzeń?

Uciekanie w gry, książki, telewizję, seks, sen, substancje odurzające, marzenia… jeśli chodzi o „dafnizm”, to wszyscy jesteśmy nimfomanami.

Dafne reprezentuje niechęć i opór przed wprowadzeniem zmian w nasze życie. Czymże są korzenie drzewa laurowego, którego postać przybrała, jak nie cechami trzymającymi ludzi w miejscu nawet wtedy, gdy warunki panujące wokół są nie tyle niesprzyjające, co wręcz niebezpieczne? Mam je wymienić? Proszę bardzo…

  • Wpojone wzorce zachowań
  • Lęk przed porażką, stratą
  • Wygodnictwo
  • Nawyki
  • Pesymizm
  • Poczucie bezpieczeństwa
  • Nieprzyjemne doświadczenia

Z powyższych powodów Dafne reprezentuje zagłuszanie własnych pragnień poprzez usprawiedliwianie własnej bezczynności, wygodnictwa, lęków czy też  poniesionych porażek.

„Dafniczna” postawa może wystąpić w przebraniu znanym z przypowieści o lisie i winogronach, w której rudzielec – nie będąc w stanie dosięgnąć owoców – porzucił próby zerwania ich i usprawiedliwił swoją porażkę, umniejszając korzyści, jakie mógłby z tego mieć. „Pewnie i tak były niedobre” – wymamrotał na odchodnym.

Czy budujesz wizję przyszłości na fundamencie śmietniska podświadomości?

Rzeczywistość jest tym, co podświadomość postrzega jako rzeczywistość.

Lektura książek przypomina pożar – nie wszystko udaje się z niego wynieść, a w tym przypadku z dymem pamięci poszedł tytuł książki, w której czytałem  o tym, że w pewnych rodzinach bieda jest dziedziczona przez wiele pokoleń, czego przyczyny dopatrują się nie tyle w niemożności znalezienia pracy, co we wpływie nacechowanego przez biedę środowiska na dorastających w nim członków rodziny, albowiem wychowując się pośród ludzi odczuwających bezradność i pozbawionych wszelkiej nadziei, nabierają przekonania, że nie mają nawet co marzyć o lepszym życiu, a co dopiero się o nie starać.

Czy w przypadku osób dziedziczących duchową pustkę można w ogóle mówić o obiektywnym postrzeganiu rzeczywistości? Czy należałoby mówić prędzej o osobistej rzeczywistości?

Ponieważ człowiek jest sumą własnych doświadczeń, każdy uważa, na zasadzie logicznego ciągu przyczynowo-skutkowego, iż postrzega rzeczywistość w sposób obiektywny. Jego tok myślenia można sprowadzić do następującego schematu: „Mam problem x, ponieważ mam problem y, a problem y mam dlatego, że mam problem z, który jest rezultatem problemu v… więc rozwiązanie problemu jest niemożliwe”. Początkowo miałem podać przykład nieistniejącego bezrobotnego, który wykonał całe drzewo genealogiczne dla przyczyn swojego problemu, lecz przypomniałem sobie mój własny sposób myślenia na temat niemożności kontynuowania studiów, więc to nim posłużę się tutaj jako przykładem:

„Nie jestem w stanie kontynuować studiów, bo nie posiadam pieniędzy zarówno na opłacenie czesnego, jak i przejazdów do odległego miasta, w którym znajduje się wybrana uczelnia, jak również na wynajęcie pokoju. Nie posiadam pieniędzy, ponieważ nie mam zamożnej rodziny. Nie mam zamożnej rodziny, bo matka jest idealistką wywodzącą się z biednej rodziny, a wywodzący się z rolniczej rodziny ojciec nie tylko nie otrzymał majątku w wyniku konfliktów własnych rodziców z ich rodzeństwem, ale również wcześnie popadł w alkoholizm, więc niewiele się w życiu dorobił. W wyniku tego, że nie był obecny w moim wychowaniu, a matka nie potrafiła właściwie wyceniać swojej pracy, nie byli oni w stanie nauczyć mnie przedsiębiorczości i zaradności materialnej. Ponieważ brakowało mi zaradności materialnej i przedsiębiorczości, znalezienie pierwszej pracy stanowiło dla mnie wielkie wyzwanie i podjąłem ją dosyć późno w moim życiu. Ponieważ podjąłem ją niedostatecznie wcześnie, nie zdążyłem zdobyć wystarczająco doświadczenia, by znaleźć w miarę stałą i dobrze płatną pracę, która pozwoliłaby mi opłacić studia. Pracując na takich warunkach byłbym w stanie studiować wyłącznie zaocznie, czego nie chciałem z powodu niewystarczającego kontaktu z językiem obcym w przypadku studiów językowych, jak również nieumiejętności pogodzenia nauki z pracą, o którą siebie podejrzewałem… Nabrałem więc przekonania, że studia dzienne w kierunku tłumaczeń językowych są dla mnie nieosiągalne.”

Czy była to jednak obiektywna ocena moich możliwości, czy też rzeczywistość, jaką stworzyłem na podstawie błędnych przekonań?

Nasze mózgi odbierają miliardy bitów informacji na sekundę, a przez filtr naszych doświadczeń przedostaje się do świadomości mniej niż tysiąc, więc wszyscy postrzegamy rzeczywistość błędnie.

Cóż, raczej trudno mówić o obiektywnej ocenie rzeczywistości, jeśli inna osoba lub wydarzenie jest w stanie nas skłonić do dokonania czegoś, przed czym się opieraliśmy, bo wydawało się to nam niemożliwe do wykonania, przerażało nas możliwymi konsekwencjami lub zniechęcało wymaganym nakładem pracy.

W moim przypadku weryfikacja poglądu na temat własnych możliwości nastąpiła zarówno za sprawą wydarzenia, jak i zupełnie obcych mi osób. Pierwszą pracę znalazłem za sprawą awantury domowej, która skłoniła mnie do tego, by wyjść na miasto i jej poszukać, ale nie byłoby to możliwe, gdybym zaledwie kilka dni wcześniej nie przeczytał wyjętego z życiorysu artykułu przeznaczonego dla artystów-wolnych strzelców. W pamięci zapadł mi następujący fragment:

Autor mieszkał w mieście o wysokim poziomie bezrobocia, więc sam nie posiadał pracy. Samodzielne wynajmowanie mieszkania przekraczało jego możliwości finansowe, więc wynajął mieszkanie wspólnie z dwójką dziewczyn. Kiedy poznały jego sytuację zawodową, doszły do wniosku, że najwyraźniej szukał pracy tak, by jej nie znaleźć, wobec czego poprzysięgły mu, że nie wpuszczą go do mieszkania, jeśli nie złoży im sprawozdania z tego, co danego dnia zrobił, aby znaleźć pracę. Postawiony w takiej sytuacji, znalazł zatrudnienie w ciągu kilku dni. Co prawda, jako pomywacz w restauracji, ale pozwoliło mu to pracować nad własną karierą artystyczną i doczekać się lepszych czasów.

Nie powinno więc was zdziwić, że to właśnie myśl „nie wrócę do domu, dopóki nie znajdę pracy” towarzyszyła mi podczas chodzenia od jednego potencjalnego pracodawcy do drugiego. Na szczęście jednak uniknąłem spania pod mostem, bo znalazłem zatrudnienie w czwartym miejscu, które tamtego dnia odwiedziłem.

Najważniejszą lekcję dotyczącą postrzegania rzeczywistości otrzymałem jednak, gdy leżałem na fotelu dentystycznym przed poważnym zabiegiem, nim jeszcze wprowadzono mnie w narkozę. Zostałem podłączony do aparatury pokazującej na liczniku elektronicznym moje tętno – i to w liczbach. Zachowałem dostateczną przytomność umysłu, by – wpatrując się w licznik – najpierw wyobrażać sobie, że czeka mnie zabieg przypominający inkwizycyjne przesłuchanie czarownicy, a potem że znalazłem się w dobrych rękach wcielonych aniołów, przy których nic mi nie groziło.

Tym, co wywarło na mnie największe wrażenie była natychmiastowa i znaczna zmiana tętna przy braku świadomego wpływu na prędkość oddychania z mojej strony. Miałem wrażenie, że oscylując między jednym stanem umysłu a drugim, znalazłem przełącznik do światła podłączony do moich emocji.

Zastanawiające jest jednak to, że wystarczyło mi wymyślić sobie lęk, którego tak naprawdę nie mam, by sprawić, aby moje ciało „rozchorowało” się na samą myśl o nadchodzącej zmianie. W momencie, gdy to piszę, przypomniały mi się słowa z bloga mojego znajomego: „ciekawe, co jeszcze jest możliwe…”, gdyż zacząłem się zastanawiać, ile jeszcze możliwości zaprzepaściłem przez lęki, które nie były ani nabyte we wczesnym dzieciństwie, ani zaszczepione przez ludzi z mojego otoczenia. Podejrzewam, że nie jestem w tym odosobniony, więc w tym miejscu powinniśmy sobie odpowiedzieć na następujące pytanie…

Czy osobista rzeczywistość jest równoznaczna z obiektywną rzeczywistością?

Nie, osobista rzeczywistość nie jest obiektywną rzeczywistością. Obiektywną rzeczywistość reprezentuje nieistniejąca w wymienionym na początku artykułu micie postać – będąca średnią pomiędzy cechami Dafne i Apollina. Stanowi dla nas pewien ideał, do którego powinniśmy dążyć, bowiem potrafi realistycznie oceniać zarówno własne możliwości, jak i zasadność własnych lęków.

Podczas gdy postawę „dafniczną” można określić słowami: „nie potrafię, więc nie zamierzam próbować”, a postawę „apolliniczną” – „jak bym tak myślał, to bym nigdy nic nie zrobił”, postawę pośrednią można określić tak: „nawet jeśli tego nie potrafię, przygotuję się jak najlepiej i spróbuję, zaczynając od tego, co wiąże się z najmniejszymi możliwymi szkodami dla mnie i dla innych, a w wypadku porażki nie poddam się, tylko spróbuję nauczyć się robić to znacznie lepiej”.

„Zawsze robię to, czego jeszcze zrobić nie mogę, aby nauczyć się, jak to zrobić.” ~Salvadore Dali

Wspomniałem jednak przed chwilą lęki nabyte we wczesnym dzieciństwie, jak i lęki wynikające ze słów innych ludzi, które obniżyły naszą pewność siebie oraz poczucie wartości. Chciałbym poruszyć kwestię tych lęków w odniesieniu do postrzegania rzeczywistości.

Osobistą rzeczywistość człowieka określają przekonania przyswajane przez jego podświadomość dotąd, aż nie rozwinie on umiejętności krytycznego myślenia, która osłoni jego podświadomość przed szkodliwymi wpływami… o czym można się przekonać, patrząc na przykład dzieci, które skłonne są uwierzyć dorosłym na słowo, niezależnie od tego jakiego kalibru jest kłamstwo powiedziane czy to w imię wątpliwej rozrywki, czy dla wywołania pożądanego zachowania.

Podświadome przekonania zniekształcają postrzeganie rzeczywistości również w inny sposób. Przykładem może być niskie poczucie wartości wynikające z przekonania o własnej brzydocie zaszczepionego przez rówieśników w szkole. Przykładem może być także małżeństwo, które z czasem zaczyna przypominać porażkę, jaką był związek własnych rodziców. Przykładem może być również niskie wycenianie wartości własnej pracy, nieumiejętność żądania godziwej zapłaty za własną pracę i przyciąganie ludzi wykorzystujących to na wszelkie  sposoby.

Pamiętam dyskusję, jaka wywiązała się z mojego pytania o sposoby przebicia się do branży gier komputerowych, a która następnie przerodziła w pewnego rodzaju sesję terapeutyczną, podczas której osoby, które próbowały mi pomóc otrzymały w odpowiedzi wątpliwości nie różniące się niczym od tych, jakimi częstowała mnie własna podświadomość zawsze wtedy, gdy próbowałem coś zmienić w swoim życiu.

Uczestnicy tej dyskusji nie mogli uwierzyć, że można naprawdę wierzyć w takie rzeczy, jakie podałem jako argumenty przeciwko dążeniu do spełnienia własnych marzeń.

Podejrzewam jednak, że byliby równie zaskoczeni, gdyby dowiedzieli się, iż widniejąca na zdjęciu poniżej bielizna jest…

…namalowana bezpośrednio na ciele żywej, oddychającej modelki.

Choć wyrywanie chwastów z podświadomości było tylko nieprzewidzianym efektem ubocznym dyskusji, okazało się, że konfrontując swoje podświadome przekonania z rozsądnymi argumentami i doświadczeniem dyskutantów, byłem w stanie zapędzić podświadomość w ślepy zaułek, dzięki czemu nie była już zdolna racjonalizować coraz bardziej przypominających absurd przekonań.

Jedną z najważniejszych rzeczy, jakich nauczyłem się w życiu jest również to, że budujemy przyszłość na podstawie przeszłości – ponieważ jednak brzmi to trochę trywialnie, postaram się rozwinąć tę myśl. Wizję swojej wymarzonej przyszłości tworzymy głównie z cegieł doświadczeń z przeszłości, a ponieważ tych cegieł najczęściej wciąż brakuje, podświadomie uzupełniamy wszelkie luki w konstrukcji „zaprawą” z obaw, uprzedzeń, czarnych scenariuszy wydarzeń, szkodliwych i nieprofesjonalnych rad, dogmatów sukcesu (w rodzaju „pierwszy milion trzeba ukraść!”), usprawiedliwień, błędnych wyobrażeń, fantazji, schematycznych zachowań, liczenia na szczęście i tym podobnych…

…a potem nie możemy wyjść ze zdumienia, widząc grożącą zawaleniem wizję przyszłego życia czy kariery, którą zbudowaliśmy sobie sami na fundamentach celu lub marzenia,  a do której obawiamy się teraz zbliżyć nawet o krok.

Nietrudno sobie wyobrazić, jaką przewagę nad cegłami ma w takiej konstrukcji „zaprawa” – w odróżnieniu od konkretnych, ciążących w ręku, wymagających ciężkiej pracy cegieł, „zaprawa” powstaje w dużych ilościach przy minimalnej ilości wysiłku, a przy tym pomaga podtrzymać wrażenie, że robi się widoczne postępy w pracy nad zbudowaniem wymarzonej przyszłości, podczas gdy tak na prawdę nie jest się ani o krok bliżej celu.

Podejrzewam, że większość ludzi, gdyby tylko mogła, zbudowałaby swoją własną przyszłość wyłącznie z zaprawy…

…a tak zachowywaliby się ludzie niedojrzali emocjonalnie, gdyby tak zamurować im przejście przez szafę, prowadzące do  fantastycznej krainy Narnii…

„Nie śpię, bo trzymam kredens.”

Przyznam, że do niedawna sam wykazywałem podobną postawę w przypadku marzenia związanego ze wspomnianą powyżej dyskusją na temat branży gier komputerowych.

Zamiast sumiennie opracowywać swoje portfolio, czyli tworzyć dzieła, dzięki którym mógłbym „ująć za portfel” potencjalnego pracodawcę, zastanawiałem się, jak mógłbym przedostać się do środowiska twórców gier komputerowych i dołączyć do zespołu tworzącego ambitną grę, ale jak najmniejszym kosztem.

Podejrzewam, że moglibyście przyjąć patologiczną niechęć do wysilania się za przyczynę takiej postawy, jednak tak naprawdę chciałem uniknąć poświęcenia części życia na wykonywanie dzieł, które okazałyby się stratą czasu i wysiłku, gdyby zostały odrzucone. Najwyraźniej moje wiadro z „zaprawą” było jak róg obfitości – niewyczerpalne. Na szczęście jednak poznani ludzi z branży wybili mi podobne pomysły z głowy…

Przyglądając się mojej postawie, można śmiało powiedzieć, że miałem motywację i entuzjazm Apollina, ale mobilność i inicjatywę zakorzenionej, wegetującej Dafne. W tym względzie nie różniłem się wiele od statystycznego amatora gry na instrumencie, który porzucił swoją pasję, wmawiając sobie, że się do tego nie nadaje, choć nie próbował nawet grać wystarczająco długo, by przekonać się, czy rzeczywiście nie jest w stanie osiągnąć ponadprzeciętnej biegłości w tej dziedzinie…

…albo też młodego przedsiębiorcy, przekonanego, że nie da się konkurować z wielkimi firmami bez wielkiego kapitału zakładowego czy prężnej kampanii reklamowej (należałoby wspomnieć w tym miejscu o historii producenta gier komputerowych id Software, który z zespołu kilku pasjonatów bez niczego do stracenia przeistoczył się w wielką firmę i żywą legendę w branży, zyskując na przełamywaniu jednego dogmatu w myśli biznesowej po drugim)…

…albo mężczyzny, obawiającego się podejść do kobiety, bo odgórnie zakłada, że zostanie spławiony…

…albo jednego z was, żywiącego wielkie nadzieje i marzenia, a nie próbującego ich spełnić nawet krok po kroku, przekonanego o daremności prób ich spełnienia.

Tymczasem powinniśmy być niczym Nick Vujicic, który – posługując się metaforyką niniejszego tekstu – wbrew wszelkim oczekiwaniom przezwyciężył wrodzone „zakorzenienie”, zachował „apolliniczną” determinację, zdefiniował „niemożliwe do osiągnięcia” na nowo, przełamał piętno daremności i odszedł od koncentrowania się na sobie czy własnych potrzebach, zostając jednym z najskuteczniejszych mówców motywacyjnych świata. Jego niezwykłość widać zresztą na pierwszy rzut oka…

Lęk jest wynikiem pozostawienia wyobraźni zbyt dużego pola do popisu!

Chociaż motywem przewodnim wykładu Michaela Shermera jest związek pomiędzy dziwnymi przekonaniami a umiejętnością dostrzegania zależności, schematów, podobieństw i ukrytych prawideł rządzących rzeczywistością, poruszony został też związek rzeczonej umiejętności z racjonalnym strachem i nieracjonalnym lękiem.

Shermer podzielił błędy poznawcze na dwie kategorie: błąd pierwszego stopnia polega na przypisaniu szelestu w trawie czającemu się tam tygrysowi, który okazuje się tylko szelestem trawy poruszonej przez wiatr, z czym nie wiążą się żadne nieprzyjemne konsekwencje dla człowieka. Błąd drugiego stopnia polega na przypisaniu szelestu w trawie powiewowi wiatru,  którego przyczyną okazuje się jednak tygrys, znajdujący się wystarczająco blisko, by wrócić do legowiska z tym w pysku, który niedostatecznie szybko przebierał nogami.

Właściwe rozpoznanie stopnia błędu, jaki można popełnić w sytuacji, gdy chodzi o życie lub śmierć, a na podjęcie decyzji jest tylko ułamek sekundy czasu, może być niezwykle trudne, toteż przyjmowanie urojonych zagrożeń za prawdziwe stało się domyślnym wyborem, ewolucyjnym odruchem.  W końcu popełnienie błędu pierwszego stopnia wiąże się ze znacznie niższym kosztem, niż popełnienie błędu drugiego stopnia.

Uważniejszy czytelnik zapewne zauważy, że błąd pierwszego stopnia odpowiada postawie „dafnicznej”, podczas gdy błąd drugiego stopnia jest odpowiednikiem postawy „apollinicznej”. Ona dostrzega tyle zagrożeń, ile on lekceważy.

W tym miejscu chciałbym powrócić do właściwej części tekstu i nawiązać tak do budowania przyszłości na podstawie przeszłości, jak do twierdzenia, iż lęk jest wynikiem pozostawienia wyobraźni zbyt wielkiego pola do popisu…

Jeśli w przeszłości wyrosło przekonanie, że pierwsza rozmowa kwalifikacyjna będzie wiązała się z upokorzeniem, goryczą porażki, nieszczęściem spotkania nieuczciwego pracodawcy, zaprzepaszczeniem własnych szans przez nadmierne zdenerwowanie, to wyobraźnia na podstawie tych przekonań utworzy największą możliwą liczbę przerażających, choć niekoniecznie prawdopodobnych wizji, np. przedstawiającą możliwość spotkania się z dosyć nieuprzejmą odmową w obecności pracowników firmy lub współpracowania z ludźmi, których frustracje najwyraźniej przerodziły się w uciążliwą, chroniczną złośliwość.

Doświadczenie – bez względu na to czy dobre, czy złe – obniża strach, bo zawęża możliwości do zaledwie kilku opcji. Rzeczywistość nie jest nawet w przybliżeniu tak kreatywna jak wyobraźnia, o czym możesz się przekonać, zastanawiając się, jaka jest najgorsza, prawdopodobna i realistyczna rzecz, jaka może Ci się w danej sytuacji przytrafić.

Nie wiem, czy jesteś tego świadom, ale pośród dziesiątek czarnych scenariuszy, jakie masz w głowie – nawet, jeśli wszystkie wydają ci się prawdopodobne – zaistnieć naraz może tylko jeden jedyny… co jednak nie przeszkadza człowiekowi martwić się nimi wszystkimi jednocześnie. Pomyśl sobie przez moment, jaka jest najgorsza rzecz, jaka może się w danym przypadku stać, a następnie pomyśl, jaki jest najbardziej prawdopodobny czarny scenariusz. Wątpię, aby scenariusze się pokrywały. Im czarniejszy scenariusz, tym mniej prawdopodobny. Dlaczego?

Reakcja rzeczywistości na wykonanie niedozwolonej, nieprzewidzianej operacji jest zadziwiająco podobna do reakcji społeczeństwa na to, że naciskasz przycisk myszki i dżojstika zarazem, tzn. jesteś biseksualny.

Ludzie zazwyczaj nie mają czasu na wymyślanie najbardziej kłopotliwych dla Ciebie scenariuszy, szczególnie podczas bezpośredniej rozmowy, gdzie decyzje o tym, jak zareagować podejmowane są niemal natychmiast, a najbezpieczniejszy dla pracodawcy jest taki sposób postępowania, który przyniesie jakieś korzyści lub pozwoli uniknąć nieprzyjemnych konsekwencji.

Jeśli trzy rozmowy kwalifikacyjne przebiegły w grzecznej, przyjaznej atmosferze, to na następną rozmowę pójdziesz z przekonaniem, że jest to regułą, gdyż pracodawcy nie chcą szkodzić własnej reputacji przez obracanie kandydatów przeciwko sobie, wiedząc, że jedną z pierwszych rzeczy, jaką usłyszą ich bliscy i przyjaciele, to relacja z tego, jak zostali potraktowani, co najpewniej zostałoby przekazane dalszym osobom.

Ponieważ doświadczenie pokazuje, że rzeczywistość jest w istocie znacznie mniej kreatywna niż wyobraźnia (a przynajmniej w sytuacjach i miejscach, w których obowiązują określone normy zachowania i zasady), po odbyciu kilku rozmów kwalifikacyjnych raczej nie przyjdzie Ci już na myśl uwzględniać bardziej wymyślnych możliwości, np. tego, iż potencjalny pracodawca będzie nietrzeźwy, będzie się zachowywał chamsko, nie będzie potrafił utrzymać swoich hormonów na wodzy, że wciągnie nas w przekręty finansowe itd.

Najskuteczniejszym sposobem zmiany naszej przyszłości jest zmiana sposobu, w jaki postrzegamy przeszłość, czyli zdobycie doświadczenia, które unieważni wyobrażenia wynikające z jego braku lub błędy popełnione przez jego brak. Każdy kolejny krok w kierunku rozmowy kwalifikacyjnej likwiduje po kolei Twoje obawy. Samo wyjście z domu likwiduje obawę o to, że nie będziesz miał odwagi przyjść, że nie będzie Ci się chciało wyjść z domu. Pracownicy, których przez lata widywałeś w tej samej pracy mogą świadczyć o tym, że atmosfera w pracy jest wystarczająco dobra, by nie chcieli tej pracy zmieniać. Nawet, jeśli Twoje przypuszczenia są błędne, mogą Tobie pomóc zniwelować stres do czasu rozmowy z samym pracodawcą, gdy będziesz już mógł przekonać się, czy Twoje podejrzenia były słuszne.

Wychodząc z pierwszego budynku, w którym nie zdołałem znaleźć zatrudnienia,  dokonałem pewnego fascynującego odkrycia. Myślałem sobie, że każda kolejna rozmowa z potencjalnym pracodawcą i każda kolejna porażka będzie wyglądać tak samo – i to bez względu na to, ile prób podejmę. Spodziewałem się, że będzie tak dopóki nie zasnę i dopóki podświadomość nie uporządkuje doświadczeń i wrażeń. Byłem niezmiernie zaskoczony tym, iż doświadczenie przyszło niemal natychmiast, dzięki czemu mogłem je wykorzystać, choćby podświadomie, już podczas kolejnej próby zdobycia pracy. Przybyło mi pewności siebie, wiedziałem, jakich błędów unikać, wiedziałem, jak z pracodawcą rozmawiać, na czym się skupiać i wiedziałem, co zrobić inaczej. Tak gwałtowna zmiana wydaje się nieprawdopodobne, ale podaję przykład eksperymentu naukowego, który za tym przemawia:

Przeprowadzono niegdyś eksperyment naukowy, który polegał na określeniu za pomocą rezonansu magnetycznego części mózgu, jakie „podświetlały” się przed i podczas wykonywania przez małpę czynności, jaką było pocieranie szczoteczką do zębów o opuszki palców. I co się okazało? Ta prosta czynność fizycznie zmieniła mózg małpy.

Doświadczenie nie jest więc byle przelotną myślą, nie wywierająca większego wpływu na przebieg naszego życia.

Doświadczenia wpływają na nasze postrzeganie tego, co jest możliwe, a co nie. Tak jak doświadczenie ma za zadanie przekonać nas, że większość czarnych scenariuszy jest nieprawdopodobna, tak poniższe nagranie może pokazać wam, że pozornie niemożliwe rzeczy są jednak możliwe.

Czy widzieliście kiedyś suchą wodę? Atrament, który wyczuwa sposób położenia papieru? Żelowy magnes? Ponad dwumetrowy kij, który można schować w kieszeni? Przekonaj się sam, że to nie jest fikcja.

                                     

Podejrzewam, że nie jest to jedyny raz, gdy zajmę się tym tematem, więc dalsze przemyślenia zawrę w przyszłym artykule.

A tymczasem zostawię Was z pytaniem, na które każdy powinien odpowiedzieć sobie sam:

Czego się właściwie boisz?
Lęk to paraliżujące twoje działania myśli o zaprzepaszczeniu szans na zdobycie czegoś, czego nigdy nie będziesz miał.

Dlaczego? Pomyśl… lęk najprawdopodobniej nie pozwoli ci zrobić niczego w kierunku osiągnięcia celu, czyż nie? Powiedz mi w takim razie, czym to się różni od podjęcia próby zakończonej porażką? Niczym. No, może za wyjątkiem tego, że w pierwszym przypadku jesteś uboższy o doświadczenie.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 8 Czerwiec 2011, 13.34.

Jeśli artykuł Ci się spodobał bądź uważasz, że komuś może się spodobać, przydać lub komuś pomóc, bardzo proszę o podzielenie się ze znajomymi i przyjaciółmi linkiem do określonego wpisu lub do samego bloga. Bardzo potrzebuję promocji i konstruktywnych komentarzy, aby móc kontynuować to, co robię. Statystyki i komentarze dają mi poczucie, że nie piszę do ściany, a to dla mnie bardzo ważne.

Jestem otwarty na wszelkiego rodzaju współpracę, np. wymianę linków, użycie treści na potrzeby innych mediów (np. filmów na Youtube), gościnne wpisy na innych, często odwiedzanych blogach, promocję rzeczy (książka, grafika, tekst, artykuł rzemieślniczy, usługa itp.), które spodobają mi się osobiście i które będę uważał za nieszkodliwe lub wartościowe dla moich czytelników… i tym podobne.

Z całego serca dziękuję wszystkim osobom, które zainteresowały się artykułem, czytały lub przeczytały go, a przede wszystkim tym, które podzieliły się ze mną swoimi opiniami, gdyż pozwoliły mi one artykuł dopracować i rozwinąć.

Pozdrawiam serdecznie i życzę wam wszystkim wszystkiego najlepszego w życiu.

%d blogerów lubi to: