Tag Archive: Podejście


Bardzo często śmierć w mojej rodzinie czy w kręgu moich znajomych poprzedzają swego rodzaju znaki dane przez los.

Czasem łapię się na tym, że rozpoznaję je jako takie znaki, zanim ten ktoś umrze, a czasem – dopiero, gdy jest po wszystkim.

Najczęściej te znaki mają charakter odpowiadający charakterowi czy osobowości danej osoby. Dla przykładu: zanim zmarł kuzyn mojej matki, w radiu zaczęło grać „You’re in the Army Now” („Teraz jesteś w wojsku”) Status Quo. Samo w sobie to nic nadzwyczajnego, bo tą piosenkę często w tej stacji puszczają. Znaczenia jednak nabiera to, że sam tytuł ściśle wiązał się z losem kuzyna matki, który właśnie będąc w wojsku nabawił się choroby, która towarzyszyła mu przez resztę życia i wskutek której po wielu latach zmarł.

Co więcej, radio w połowie piosenki na długą chwilę po prostu przestało grać.

Zamilkło.

Zaledwie parę tygodni zwróciłem uwagę na to, że paląc w piecu, położyłem dwie długie szczapy drewna na wiadrze tak, że przypominały znak krzyża. Nawet podzieliłem się z tym odkryciem z rodziną, więc może ona nawet poświadczyć, że tak było.

I co się okazało? Zaledwie trzy dni później dowiedzieliśmy się, że kuzyn ojca – kościelny – spiesząc się na mszę, przewrócił się na rowerze i uderzył głową w kamień. Niedługo potem zmarł.

Czy swój wypadek zlekceważył, czy też został zignorowany przez lekarza – nie wiem.

Pamiętam również, że zostałem poproszony przez matkę, by kupić kartkę na święta Bożego Narodzenia, bo chciała ją wysłać do rodziny w Tenczynie koło Lubnia (w Małopolsce).

Czy to ja wybrałem kartkę, czy też wybrała ją dla mnie sprzedawczyni nie pamiętam. Ważne było to, że była czarna.

Na parę dni przed świętami wydarzył się wypadek samochodowy, w którym zginęła moja ciotka.

Należała właśnie do rodziny mieszkającej w Tenczynie. W tym samym domu, do którego wysłaliśmy kartkę.

Pewnie zdążyłbym zapomnieć o tym, jak wyglądała, gdyby nie to, że moja babka a matka mojej matki na pogrzebie mi o tym przypomniała.

Nie robiła tego z jakimś wielkim wyrzutem, ale jednak widziała związek między jednym a drugim.

Były oczywiście inne znaki, jak to, że bardzo jej zależało, bym nie odwoływał korepetycji dla jej syna danego dnia, bo miałaby pretekst, by do nas przyjechać. Był to oczywiście ostatni raz, gdy moja matka widziała ją żywą.

Również dzień wypadku był szczególny, bo ciotka wręcz wybłagała u szefowej to, by pozwoliła jej wyjechać do Polski (pracowała za granicą) akurat w ten dzień. Szefowa bardzo się opierała, ale w końcu jednak uległa.

W poście „Dlaczego pokonując życiowe przepaści zyskujemy poczucie celowości życia?” opisałem przypadek, gdzie na kilka godzin przed samobójstwem bliskiej osoby mojej bratowej i kolegi z klasy mojego ojca, czy to niechcący, czy też intuicyjnie zjechałem z niepowiązanego tematu, o którym wtedy pisałem na aluzje do samobójstwa, wieszania się i Judasza.

Miało to o tyle wielkie znaczenie, że ta osoba się powiesiła.

Nie zawsze jednak takie znaki były przyjemne (to znaczy, nigdy nie są, ale rzadko kiedy sprawiają wrażenie złośliwego Poltergeista). Niedługo przed tym, gdy powiesił się przyjaciel moich rodziców, krewny mojego byłego pracodawcy i przyjaciela oraz ojciec moich dobrych kolegów z dzieciństwa, straciłem ulubiony kubek z kalendarzem.

Straciłem go w nie-byle-jaki sposób.

Otóż, siedziałem w swoim pokoju, przy biurku ustawionym bokiem do kuchni, gdy nagle usłyszałem huk. Popatrzyłem w  tamtą stronę i zobaczyłem jego odłamki na podłodze.

Nie miał prawa spaść przez moją czy czyjąkolwiek nieostrożność, bo mam alergię na ludzi kładących naczynia na samym skraju stołów czy innych wysokich powierzchni. Na pewno bym dopilnował, by tak nie stał.

Nikogo też w kuchni nie było. Wiem, bo nie mam w pokoju drzwi. Wiedziałbym, gdyby ktoś tam był.

Światło było zgaszone, więc nie uszłoby mojej uwadze, gdyby ktoś je włączył.

Tak czy inaczej, natychmiast wstałem i poszedłem sprawdzić, co się stało. Myślałem, że to może koty, które wówczas mieszkały w naszym domu buszowały po barku, na którym ten kubek stał.

Okazało się, że nie. Gdy włączyłem światło, okazało się, że oba w tym czasie spały.

To, że kubek został strącony z takim gniewem odpowiadało temu, że przez wywołany rakiem alkoholizm zrobił się agresywny i w końcu został wyrzucony z domu.

Nie był to jednak jedyny znak.

Tuż przed jego śmiercią zobaczyłem go po drugiej stronie ulicy, tuż przed jego domem, gdy wracałem ze szkoły. Szedł w przeciwnym kierunku.

Później dowiedziałem się, że to nie mógł być on, bo w tym czasie zaginął.

Jak to więc możliwe, że go w tym czasie widziałem?

Możliwe, że to był tzw. „zwiastun”. Projekcja osoby zmarłej w miejscu, w której jej nie powinno być.

To samo przydarzyło się mojej matce, gdy wracała ze szkoły. Nie wiedziała, że w czasie, gdy była w szkole zmarła jej ukochana babka. Zdziwiło ją jednak to, że spotkała babkę kilometr od domu, bo jej babka była w tym czasie praktycznie sparaliżowana.

Zwiastuny często mają to do siebie, że się nie odzywają, a tuż po ich spotkaniu nie potrafimy nawet OGÓLNIE powiedzieć, w co były ubrane. Ani jakiego koloru były, ani z jakiego materiału je wykonano – nic. Zupełnie, jakby te osoby były wytworem wyobraźni.

Co innego, gdybym tylko przelotnie spojrzał na tamtego samobójcę. Ale tak nie było. Patrzyłem się w jego kierunku dopóki się nie minęliśmy – przez długą chwilę.

Ciekawy przypadek stanowi mój wuj. W chwili, gdy zmarł jego ojciec był na wyjeździe. Wrócił cały roztrzęsiony. Twierdził, że jego ojciec stanął mu na środku drogi i że go potrącił. Wyszedł z samochodu, by go szukać, ale nie znalazł śladu jego ciała. Dopiero w domu dowiedział się, że jego ojciec od kilku godzin nie żyje – zmarł w domu na raka skóry (czerniaka).

Pamiętam również pewien pół-sen. Zaczęło się od tego, że nagle, przed północą, niespodziewanie spadła jakość łącza internetowego i napięcie prądu. Nie mogłem już siedzieć w Internecie, więc poszedłem spać.

Sen, jaki przyszedł tamtej nocy był dziwny. Nawet do końca nie wiem, czy to był sen. Widziałem sam siebie w miejscu, w którym leżałem. Do dziś pamiętam każdy szczegół. Zacząłem słyszeć dźwięki dochodzące z drzwi na parterze. Zamykania i otwierania, zamykania i otwierania. Zrobiło mi się bardzo nieswojo, ale usłyszałem w głowie, że nie powinienem się bać i że gdy nie będę schodził na dół (spałem na piętrze), nic mi nie będzie. Więc posłuchałem.

To, co przemawia za tym, że to był sen to fakt, że nie będąc na dole, wiedziałem jak wygląda osoba, która nas „odwiedziła”. Nie nie do końca ją wówczas rozpoznałem (choć miałem pewne podejrzenia), ale gdy nazajutrz opowiedziałem matce, jak wyglądała, jednoznacznie rozpoznała w nim starego elektryka S., bardzo dobrego przyjaciela mojego ojca. S. zmarł kilka lat wcześniej, o ile dobrze pamiętam.

Tak czy inaczej, widziałem, że przyszedł ojca ostrzec przed jeżdżeniem samochodem w tych dniach.

Czy faktycznie – po cichu – zastosował się do tego ostrzeżenia, czy po prostu miał szczęście i nie uległ żadnemu wypadkowi – nie wiem. Nie pamiętam nawet, czy musiał w tamtym czasie gdzieś jeździć. Ważne jest to, że ostrzeżenie okazało się dotyczyć całego naszego domu. Zaledwie parę dni później wydarzył się wypadek samochodowy, w którym zginęła siostra chłopaka, z którym chodziłem do klasy w podstawówce, kolega z klasy mojego brata, a kuzyn sąsiada i bardzo dobrego przyjaciela (przyjaciela z dzieciństwa) został poważnie ranny (ale przeżył).

Ja wiem, ja wiem – dla kogoś, kto nigdy podobnych przeżyć nie miał, może się to wszystko wydawać wyssane z palca.

Co bym jednak nie powiedział i tak tych osób nie przekonam.

Jedyny sposób, by to zweryfikować to doświadczyć tego na własnej skórze, ale tego akurat nikomu nie życzę.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 8 Listopad 2015, godz. 00:18, Rabka-Zdrój.

Reklamy

Czy przydarzyło ci się kiedyś, że tuż przed ostatecznym terminem na wykonanie czy oddanie danej pracy (bądź przed trudnym egzaminem) zabierałeś się za szukanie zajęć zastępczych?

Takich, które długo odkładałeś?

Może nagle doszedłeś do wniosku, że tym, czego ci w tym stresującym okresie życia potrzeba to właśnie przesadzenie kwiatków, przetrzebienie gratów na poddaszu lub posprzątanie swojego pokoju?

A może poczułeś, że w przededniu egzaminu, który może zaważyć na całym twoim przyszłym życiu dobrym pomysłem byłoby powrócić do rzuconej przed laty gry na gitarze?

Jeśli uległeś tym pokusom i byłeś zadowolony z tego, że w końcu udało ci się do wykonania tych zadań zmotywować, to popadłeś w produktywną prokrastynację.

Dobra wiadomość jest taka, że mam coś dla ciebie – technikę, która się częściowo na produktywnej prokrastynacji opiera. Teraz już nie będziesz potrzebował pilących terminów, by zabrać się za coś, z czego wykonaniem długo zwlekałeś.

Technika jest bardzo prosta i ma charakter listy zadań. Sztuka polega na tym, że masz tylko trzy miejsca na wpisanie zadań, które masz do wykonania i zabrać się za kolejne zadania wolno ci tylko wówczas, gdy zwolnisz przynajmniej jedno miejsce na liście (wykonując dane zadanie). Gdy już wykonasz zadanie, dostajesz dodatkowe miejsce na nowe zadanie lub przyjemniejszą rzecz, którą chcesz zrobić – miejsc przydzielasz tyle, ile wykonałeś zadań (przy czym, gdy tych wygranych miejsc będzie za dużo i nie będziesz wiedział czym je wypełnić, lepiej zacznij nową listę i ewentualnie przepisz na nią do trzech najbardziej odpowiadających ci, wyglądających na możliwe do wykonania zadania).

Na pewno na liście powinno się znaleźć to najtrudniejsze zadanie – to, które jest bardzo pilne, a które cię przytłacza czasochłonnością, pracochłonnością itp. Pozostałe miejsca przydzielasz kolejno zadaniu o średnim stopniu ciężkości (jak zawsze, warto pamiętać o zasadzie chunkingu, czyli rozbijaniu zadań na pomniejsze fragmenty, np. zamiast „napisać książkę” piszesz „napisać jeden paragraf pierwszego rozdziału) i najłatwiejszemu czy też wymagającemu najmniejszej ilości zasobów. Gdy będziesz miał już więcej miejsc, możesz to robić według własnego uznania, ale warto pamiętać, by za każdym razem było na liście przynajmniej jedno zadanie z rodzaju tych najłatwiejszych, bo dzięki temu nie zostaniesz z listą zadań, gdzie wszystkie zadania są ciężkie do szybkiego wykonania.

Jeśli wykonasz produktywne zadanie, którego nie ma na liście, możesz je od razu dopisać i przekreślić. Im więcej będziesz widział zadań wykonanych, tym łatwiej ci będzie wpaść w rytm i zrobić jeszcze więcej danego dnia.

Technika przydziału pozwala zwalczać paraliż decyzyjny, jaki nas ogarnia, gdy opcji jest za dużo. Przy czym ten paraliż może powrócić, jeśli wypracujemy zbyt dużo wolnych miejsc do przydziału i nie będziemy wiedzieć, od którego zacząć, bo wszystkie są równie trudne, czaso- i pracochłonne. Dlatego warto w takiej sytuacji zrobić sobie nową listę i ponownie poczuć tą satysfakcję z wypracowywania sobie możliwości zrobienia czegoś, co chcemy zrobić.

Bywa i tak, że zadanie staje się nieaktualne, bo np. ktoś już coś za nas zrobił. W takim wypadku oznaczamy je krzyżykiem i zwalniamy miejsce na następne zadanie. Ważne jednak, by nie wynajdywać sobie wymówek na odpuszczanie sobie większej ilości zadań.

I to właściwie wszystko. Jestem już na trzeciej liście i każda ma po ok. 80-90 punktów.

Mam nadzieję, że wam to pomoże w podejmowaniu decyzji. Jeśli uważasz, że może to komuś pomóc, kliknij jeden z przycisków udostępniania pod wpisem. Zajmie ci to góra parę sekund, a mnie i mojemu blogowi bardzo pomoże.

Pozdrawiam serdecznie.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 19 Maj 2014, godz. 20:29, Rabka-Zdrój.

Naszła mnie dziś taka myśl:

Kiedy robisz rzeczy dobrze, łatwo odnieść wrażenie, że nie robisz ze swoim życiem nic.

A mógłbym już nie żyć, być kaleką, skłócić się ze wszystkimi wokół, szefować międzynarodowemu kartelowi narkotykowemu.

Dobrych decyzji, odczuwanych jako słuszne, nie pamiętasz*, bo w przeciwieństwie do tych złych nie musisz ich ciągle racjonalizować – racjonalizować za każdym razem, gdy przyjdą ci na myśl, utrwalając je przy tym w pamięci jak materiał przed egzaminem.

*Ktoś może powiedzieć, że pamięta się o osiągnięciu rzeczy społecznie pożądanych lub widzianych przez społeczeństwo jako sukces czy symbol statusu, ale w tym rzecz, że to społeczeństwo ci ciągle przypomina i cię ciągle przekonuje cię, że ich osiągnięcie jest dobrą decyzją. Jeśli po osiągnięciu tego poczujesz się (nadal) nieszczęśliwy, to co zrobisz? Będziesz racjonalizował to, dlaczego warto było to osiągnąć. Tym mocniej, im więcej wysiłku kosztowało cię ich osiągnięcie.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 22 Grudnia 2013, godz. 14:02, Rabka-Zdrój.

Miałem ten problem, że chciałem spróbować tworzenia w nowych dziedzinach sztuki, ale chciałem, by to, co zrobię było od razu jak najlepsze, perfekcyjne. To jest oczywiście toksyczne myślenie i prowadzi do szybkiego bloku artystycznego, do odkładania zrobienia pierwszego kroku w kierunku poszerzenia artystycznych horyzontów w nieskończoność.

Pomyślałem więc, że mógłbym dać sobie jeden cały dzień na oglądania i czytanie każdego samouczka na dany temat. Drugi dzień byłby poświęcony na swobodne ćwiczenie tego, co zobaczyłem w samouczkach, które oglądałem lub czytałem poprzedniego dnia, albo w nowych, których do tej pory nie widziałem (poprzez „swobodne” mam na myśli pozwolenie sobie na to, by być początkującym, nie przejmowanie się rezultatami i bycie otwartym na to, czego nigdy w życiu nie próbowałem). Trzeci dzień miałbym cały na próby zrobienia najlepszej pracy, jaką jestem w stanie zrobić. Myślę, że to jest bardziej efektowne niż próby zmieszczenia tych trzech różnych procesów w jednej dobie. Tym bardziej, że człowiek uczy się podczas snu. Odkryto, że podczas snu następują duże wyładowania neuronalne, podczas których informacje są przenoszone z jednej części mózgu do drugiej. Naukowcy zablokowali myszom ten proces i okazało się, że w przeciwieństwie do swoich pobratymców, na których nie wykonano tej operacji absolutnie nie pamiętały drogi przez labirynt i musiały się uczyć rozkładu korytarzy i przechodzenia przez niego od zera.

Pomyślałem sobie też, że w ten sposób mógłbym zwalić winę za niezrobienie rysunku tylko na siebie i to, że nie poświęciłem dnia na jedną z tych rzeczy (a nie na jakiś brak inspiracji, obawy przed zepsuciem rysunku, zmęczenie nauką z samouczków lub ćwiczeniami).

To również „segmentuje” naukę. Człowiek zapamięta więcej z przerabiania 10 – 15 samouczków niż masowego czytania i oglądania i liczenia, że przechodząc od razu do robienia ostatecznego rysunku będzie się z nich cokolwiek pamiętać.

Problemem jest też to, że człowiek ma przekonanie, że wystarczy obejrzeć pokaz lub przeczytać teorię, by to już to praktycznie umieć i że przećwiczenie tego tuż po zapoznaniu się z materiałem nie przyniesie rezultatów różnych od tego, czego – jak nam się wydaje – już się nauczyliśmy.

Ten tekst jest jeszcze w trakcie dopracowywania.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 22 Luty 2013, 13:43, Rabka-Zdrój.

%d blogerów lubi to: