Tag Archive: Reklama


Nie lubię ludzi.

Tak, wreszcie to powiedziałem. I czuję się z tym świetnie.

Niby wiedziałem to od dawna, ale wielu wokół (dziwnym trafem byli to sami ekstrawertycy) przekonywali mnie, że myślę tak tylko dlatego, że ich unikam.

Pomyślałem, że może i tak było, więc w końcu im uwierzyłem.

Choć nie do końca byli w błędzie (zdołałem trafić na takie osoby, z którymi się dobrze dogadywałem), fakt pozostał faktem. Nie lubię ludzi.

Nie, nie na tyle, by dziabać nożem obcych w centrum handlowym jak ostatnio gość w galerii Vivo w Stalowej Woli, czy strzelać do nich jak inny typ w Stanach Zjednoczonych w… w… *rzucam lotką w tarczę z dotychczasowymi lokacjami* w trakcie koncertu country w Las Vegas.

Wiem, że nie jestem idealny i ta świadomość sprawia, że gdziekolwiek się znajduję, staram się pozostawić za sobą jak najmniej złych wspomnień.

Jestem dyplomatyczny, idę na kompromisy i chętnie pomagam. Nie wywołuję konfliktów i sumiennie wykonuję swoje obowiązki (na ile potrafię). Staram się być uczciwy (co nie zawsze się udaje, jak choćby wtedy, gdy szef narzuca ci podejrzane praktyki typu omijanie kasy fiskalnej przy zakupach pewnych produktów). Uczciwość to cecha, którą pielęgnowałem od najmłodszych lat, widząc, że jedna z osób z mojej rodziny ma do niej zbyt „otwarte” podejście.

Mimo to w ciągu ostatniego roku nie spotkało mnie w dziedzinie relacji międzyludzkich w pracy nic poza samymi rozczarowaniami.

Jestem osobą typu „wejść i wyjść”. Nie mieszam się w cudze sprawy. Szczególnie, jeśli nikomu nie dzieje się poważniejsza krzywda. Jesteśmy w końcu ludźmi dorosłymi i każdy odpowiada za siebie. Ja robię tak, by żyć w zgodzie z własnym sumieniem, bo w ciągu życia dostałem wystarczająco dużo dowodów na to, że to, jak postępujemy – dobrze czy źle – zawsze do nas wraca. [Jak wówczas, gdy osoba z mojej rodziny postanowiła oszczędzić pieniędzy na dokładaniu się do wspólnych rachunków i te oszczędzone pieniądze straciła przez to, że okradziono samochód pod jej opieką, dostała mandat za wyciek oleju, a szef jej nie wypłacił].

Pomimo tego nie dane mi było w spokoju pracować, bo zostałem zaplątany w intrygi polityczne wewnątrz każdej z trzech firm, w których ostatnio byłem zatrudniony. Jak zwykle było to podejście „co złego, to na nowego”.

W jednej próbowano mnie wrobić w braki w kasie, którym nie zawiniłem (tylko ostatni debil kradłby z własnej kasy, za której rozliczenie odpowiada), a w drugiej – już pierwszego dnia podpuszczano mnie, bym w zasięgu kamer poczęstował się towarem firmy, bo „wszyscy tak robią” (odmawiałem wielokrotnie, ale i tak wciśnięto mi jeden z wyrobów do rąk). Ostatecznie zrezygnowałem z tej drugiej pracy po trzech dniach, bo  szefostwo oczekiwało, że po tym czasie będę umiał tyle, co doświadczony pracownik. Współpracownicy przedstawili mu moje zasługi tak, jakbym przez całą zmianę tylko się plątał.

Tak, jak to widzę, problem polegał na konflikcie interesów szefów i pracowników. Szefom zależało, by moja pomoc skróciła czas pracy współpracowników. Gdybym przyspieszył proces o choćby godzinę, oszczędziliby miesięcznie ok. 400 zł na każdym z nich. Im to jednak najwyraźniej nie było w smak, więc próbowali się mnie pozbyć. Tym bardziej, że był to system „jak skończysz wcześniej, to wyjdziesz wcześniej”. Nie doszłoby to tego, gdyby pracowali obowiązkowo osiem godzin i płacono im za osiem godzin bez względu na to, o której się wyrobią. W tym, że pracownicy robili mniej niż osiem godzin był cel. Pracodawcy często proszą pracowników, by zostali dłużej, ponad normowany czas, by uniknąć płacenia im jak komuś na pełnym etacie. I tak właśnie miałem w poprzedniej pracy, gdzie obsługiwałem kasę.

Być może każdy tak ma. Znosi pracę, której nie lubi z zaciśniętymi zębami, bo musi. Bo ma kredyt i dzieci na utrzymaniu.

Mnie jednak kazało się to zastanowić nad czymś, co nurtowało mnie od dawna. Motyw, który poruszył film animowany „Ralf Demolka” i „Księga Życia”. Pierwszy mówi o tym, że nie możesz zmienić tego, kim jesteś, więc czemu nie wykorzystać tego, co masz i czym jesteś jak najlepiej? Drugi mówi o odwadze do bycia sobą w obliczu presji spełniania oczekiwań otoczenia.

Gdzie kończy się odgrywanie obcej mi roli? Czy moje życie będzie aż do samego końca polegało na poświęcaniu się dla innych? Czy znajdę kiedyś odwagę, by być sobą? Żyć jako artysta?

W tym punkcie życia wydaje mi się, że jedynym wyborem, jaki mam jest wybór pomiędzy pracą dla kogoś, gdzie będę znosił dalsze nadużycia, a własną firmą, do czego nie mam absolutnie żadnego przygotowania. Nie mam nawet poczucia własnej wartości i wiary we własne siły, bo to odebrały mi lata szkolne, gdy znęcali się nade mną psychicznie, emocjonalnie, a i nieraz fizycznie równieśnicy z klasy. Tak samo, jak w przypadku ludzi w wyżej wymienionych miejscach pracy nie rozumiem, co budziło ich niechęć. Owszem, nie byłem towarzyski, ale też nikomu nie wchodziłem w drogę, po cichu skupiając się na własnych zainteresowaniach.

I właśnie teraz, gdy moja sytuacja finansowa przyciska mnie, bym zaczął szukać kolejnego zajęcia, które najpewniej tylko pogłębi moją depresję, zaczynam się zastanawiać: a jeśli moim losem jest iść po linii najmniejszego oporu? Może zamiast próbować sił w czymś, w czym nie mam doświadczenia i do czego się najwyraźniej nie nadaję, może czas rozważyć wykorzystanie talentów, z którymi się urodziłem? Nawet, jeśli nie są praktyczne czy dochodowe?

Dlatego też zacząłem pracować nad swoją obecnością w mediach społecznościowych, swoją bazą marketingową. Nie dlatego, że mam produkt do sprzedania, ale dlatego, że chcę wreszcie uwierzyć, że potrafię wzbudzić zainteresowanie tym, co mam do zaoferowania. Że jestem lepszy w tym, co robię, niż chcę przed sobą przyznać (mimo licznych uzdolnień nie wydaje mi się, bym w czymkolwiek był naprawdę dobry).

Dopiero wtedy, gdy tę bazę zbuduję, będę miał na tyle pewności siebie, by założyć własną działalność i sprzedawać to, co mam światu do zaoferowania.

Mam jednak świadomość, że to może być kolejny sposób, w jaki adrenalina wydzielana na myśl o chodzeniu za pracą i znoszeniu odmów skłania mnie do ucieczki w przyjemności i nierealne wyobrażenia. Obawiam się tego, ale z drugiej strony – ile można się bać? Obawiałem się zmian całe życie. Być może teraz nadszedł czas, by w końcu stawić im czoła.

Na moich warunkach.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 6 Listopad 2017, 00:00, Rabka-Zdrój.

Reklamy

Jak wikingowie przybyli chłopcy z One Direction i bez waszych kobiet nie wrócą.

„Jednokierunkowcy” to zespół utworzony przez uczestników brytyjskiej edycji „Bożyszcza” (a nie, to jednak był „MaX Factor”), którzy zaprezentowali swoje umiejętności przed jurorami osobno, ale poodpadali w eliminacjach jak guziki od koszuli, w której biust mieści się tylko przy wydechu, w związku z czym postanowili być do bani razem.

Oczywiście, do logicznej konkluzji, by przejść przez eliminacje jak meksykańscy imigranci przez amerykańską granicę (w kupie) nie doszli oni sami – to jeden z jurorów, Simon Cow(b)ell, zasugerował każdemu z nich, by powrócił do programu oknem, skoro wyrzucono go drzwiami, obchodząc przy tym zasady jak zdyskwalifikowani, nienawidzący się nawzajem łyżwiarze w komedii „Ostrza Chwały”, którzy postanowili wystąpić jako… para.

Jak powiedział, tak uczynili – wystąpili jako zespół i… okazało się, że przelanie pięciu niedostatecznie dobrych zup do jednego garnka dało w efekcie zupę, którą można śmiało rodzinie królewskiej z szampanem i kawiorem podać – tacy dobrzy byli…

Jurorzy nie mieli serca odrzucać całego zespołu tylko dlatego, że część jego członków fałszowała, jak tylko potrafiła, by pozostali – poprzez kontrast – wydawali się śpiewać lepiej, niż kiedykolwiek będą w stanie.

W ten sposób narodził się zespół, którego członkowie – nie chcąc być oskarżeni o to, że uwodzą komplementami mocno nieletnie odbiorczynie ich muzyki (a szczególnie te, które pewności siebie mają tyle, co Polska kopalni kryptonitu), by opchnąć więcej płyt – stanowczo zaprzeczają, jakoby w ogóle interesowały ich dziewczyny.

Mogą temu jednak zaprzeczać tylko swoim zachowaniem, bowiem ich wydawca nalegał na to, by dali swoim fankom możliwość fantazjowania na ich temat, a nie byłoby to możliwe, gdyby byli na łańcuchu związku, z którego sam Fenrir nie zdołałby się zerwać lub byli z innego powodu niedostępni.

Z tego powodu muszą podczas wywiadów mówić o swoich dziewczynach, od których ich fanki mogą ich w swoich urojeniach „uratować”, np. zamykając przeręble w zamarzniętym jeziorze, zanim zdążą się one z nich wydostać (ale to tylko kwestia czasu, nim nauczą się od fanek Justina Biebera wysyłania do tych, które uważają za swoje rywalki kartek świątecznych z groźbami i życzeniami śmierci [poprawka: za późno…]).

Wiedz, że namierzyłem cię po danych osobowych, które w magiczny sposób pozyskałem z gróźb w komentarzach na YouTube i zgłosiłem cię na cyberpolicję. Kawaleria Cyberii już po ciebie jedzie. Konsekwencje już nigdy nie będą takie same!

Jeśli chodzi o partnerki, jakie sobie wybrali, przypomina mi to zabawę w wolne krzesło. Harry tak nie chciał być ostatnim singlem w zespole, że znienacka (przypomnijcie mi, bym sprawdził, czy „nienacek” to nie czasem staropolskie określenie dla „d…y”) wyciągnął składany taboret turystyczny w postaci 14 lat od niego starszej partnerki (dziennikarki), przez co tytuł „ostatniego na placu boju” („Last Man Standing” lub „Ten, którego przy wybieraniu zawodników do drużyn na zajęciach z wychowania fizycznego zawsze ‚wybierają’ na samym końcu”) przypadł Niallowi (nie, nie wiem, który to jest. Możecie już przestać wysyłać mi swoje gołębie pocztowe z tym pytaniem. Nie mieszczą mi się już w piekarniku!). Nie nacieszył się nim jednak długo – kryptopedofilce, z którą był Harry znudził się on (Harry, nie – Niall) na tydzień przed swymi 18. urodzinami (czyżby zakazany owoc stracił swój smak? A to ci dopiero zaskoczenie!).

Bardziej zaskoczony był już chyba tylko Mark z „The Room”. Za każdym razem, gdy dziewczyna jego przyjaciela proponowała mu, by się z nią za jego plecami przespał, był tym tak zaskoczony, jak za pierwszym razem – pomimo tego, że za każdym razem się na to godził (jak zauważył Nostalgia Critic).

Harry jednak nie ustaje w poszukiwaniach kobiety ze swoich marzeń zadań tekstowych z podstawówki („Teraz mam dwa razy więcej lat niż ty, gdy ja byłam w twoim wieku…”) i ostatnio zawłóczył się na audycję w stacji radiowej, by pokazać (tak, pokazać!) wielki plakat z paradującą w stroju kąpielowym Kim Kardashian (której intelekt – głęboki jak odbytnica lalki Garbie – mogliśmy podziwiać w części pierwszej „abrakadabry”) z dołączoną do niego karteczką z napisem: „A może byś tak do mnie zadzwoniła?”

A może byś tak jej jeszcze swój numer telefonu napisał (żeby mogła go z pisków flamastra po papierze odszyfrować), rebusie jeden?

Może wysłałaby ci chociaż faks na komórkę, a tak…?

{Nie żeby mnie to obchodziło… jeśli o mnie chodzi, to równie dobrze mogliby powpadać między nachodzące na siebie płyty tektoniczne, a i tak spędziłbym pierwsze doby akcji poszukiwawczej na oglądaniu powtórek odcinków serialu „Kości”}.

Eryk nie wiedział jeszcze, że środek jeziora to nie jest miejsce, z którego powraca się po wyjawieniu swojej orientacji dziewczynie, której narobiło się wielkich nadziei.

Choć ich zachowanie daje osobom darzącym ich sympatią podobną do tej, jaką cieszą się choroby weneryczne argument przemawiający przeciwko temu, że są „heterosami” (i to tak wielki jak działo w Junon City), ich miłośniczki odpierają te zarzuty, argumentując to tym, że mają dziewczyny z krwi i kości (i pewnie już niedługo – silikonu). Jest to jednak argument równie skuteczny, co granat, który odbił się pod nogi rzucającego, bo dowodzi tego, że orientacja i uroda członków zespołu ma większe znaczenie dla odbioru ich muzyki przez fanki, niż chciałyby one przed sobą przyznać (człowiek musiałby być upośledzony w stopniu uprawniającym go do uczestnictwa w politycznej paraolimpiadzie w unijnym parlamencie, by myśleć, że zespół sprzedałby równie wiele nagrań, gdyby jego członkowie urodą ustępowali tylko trochę kokatryksom i byli w wieku, który każe sądzić, że swoje osiemnastki świętowali w czasach, gdy najstarszych sekwoi jeszcze na świecie nie było).

Niektóre z nich rozpaczliwie próbują odrzucić ten granat, pytając: „Jeśli nawet są gejami, to jaki ma to związek z ich muzyką i czemu was to w ogóle obchodzi?”, a to może się dla nich skończyć jedynie wybuchem, po którym ich twarze będą wyglądały, jakby sobie parówki (nie, nie te co myślisz) nad wylotem komina hutniczego robiły.

Elton nigdy nie nauczył się poddawać w wątpliwość pierwszych odpowiedzi Gagi, więc był jedynym, który myślał, że wygląda tak, bo rzuciła się w pogoń za najnowszym krzykiem mody (tak naprawdę, Gaga nigdy nie pozwoliłaby zarzynanej modzie nawet krzyknąć, a co dopiero jej uciec), a nie dlatego, że zamroczona prochami nie zauważyła, że ciągnie „kokainę” z worka odkurzacza.

Obchodzi mnie to dlatego, że wykorzystują „ziomansowanie” („Bromance„), czyli ogrzewanie sobie dłoni o tyłek kolegi czy też prostowanie jego genitaliów jak krawata – jako strategii marketingowej (nie mówiąc już o tym, że są to teraz osoby publiczne, od których zależy, czy moja hipotetyczna córka wyrośnie na zakonnicę, czy na latarnicę). A jeśli zamierzasz się oburzać, że przecież nie ma w tym nic zdrożnego, to miej się na baczności, bo zanim się obejrzysz, a zaczniesz wychodzić z pełnymi torbami z sex-shopu dla katolików (wszystko, do czego dodasz określenie „katolicki” brzmi od razu lepiej, nawet jeśli jest to ośrodek planowania rodziny [jak na zachodzie określa się kliniki aborcyjne]).

Choć domyślenie się tego, że ich „ziomansowanie” jest sztuczką marketingową nie wymaga zdolności umysłowych pozwalających liczby długie jak kolejki w PRL-u w pamięci dzielić… jest coś, co może cię zaskoczyć równie bardzo jak obudzenie się w rakiecie, która jest na najlepszej drodze na Plutona (zakładając oczywiście, że w okolicach roku 2000 byłeś w wieku, z którego pamiętasz tak wiele, jakbyś przez cały ten okres próbował się piciem przed czekającą cię operacją „unieprzytomnić” lub byłeś w okresie życia, w którym matka natura wybiła ci twój pierwszy zestaw zębów [sądząc po ich jakości – z Pierdonki]).

Miałem dziś najgorszy koszmar w życiu – śniło mi się, że zabrakło mi zębów, które mogłaby mi wyrwać.

Jestem przekonany, że to, w jaki sposób dotykają się przed obiektywami kamer i aparatów (zupełnie, jakby zaufanie do siebie nawzajem sprawdzali, próbując określić, czy portfele chowają w kieszeni na zadku [dobrze], czy między jądrami [niedobrze]) jest odrobinę łagodniejszą wersją strategii, jaką z piorunującą skutecznością przyjęto w przypadku teledysku do piosenki „Ja Soszła S Uma” zespołu t.A.T.u., w którym przedstawiono dwie urodziwe wokalistki, całujące się ze sobą w przemoczonych od deszczu mundurkach szkolnych w wersji ze spódniczką mini (jakiś geniusz marketingu pomyślał, że nikt nie zorientuje się, że podaje się za wynalazcę marketingowego koła, ponieważ osoby, do których kierowana jest muzyka „Sun Collection” prędzej przypomną sobie swoje poprzednie wcielenie niż sposób, w jaki sławę zdobyły cy… to znaczy, „tatuszki nierozłączki”).

W każdym razie, słuchając „What Makes You Beautiful” – bardziej z obowiązku apatyka (jeśli chcę być profesjonalistą pośród apatyków, muszę wiedzieć jak najwięcej o tym, co już nie mogłoby mnie obchodzić mniej) niż dla wrażeń (już prędzej poszedłbym sobie popływać w stojącej cysternie betoniarki, niż słuchał ich dla przyjemności) – doszedłem do wniosku, że członkowie „Own Neglection” potrafią lepiej zagrać tych, którzy są nieszczęśliwymi ofiarami biologicznej gry w butelkę (bo muszą całować facetów) niż uczucia do dziewczyn, bo zachwyt nad urodą i pociąg do panienki, jaki wyrazili w „(M)what Makes You Beautiful” zabrzmiał tak szczerze, jak troska o moją potencję, jaką wyrażają „niezjajomi” (z początku była to tylko literówka, ale ponieważ to słowo pasuje do tematyki wiadomości, postanowiłem zachować oryginalną pisownię) w e-mailach, jakie otrzymuję z całego świata.

{a tak na marginesie… gdy sprawdzam wiadomości, które moja skrzynka pocztowa – jak zazdrosna dziewczyna – umieszcza w folderach, w których ich najpewniej nie przeczytam, dowiaduję się, że pieniądze wisi mi FBI czy ONZ, w związku z czym koniecznie chcą mi je oddać. Miło jest wiedzieć, że sumy, które mi są winni w teorii czynią mnie jednym z najbogatszych ludzi świata}.

Romney nie sądził, że „monety” uczynią go bardziej szczerym w kwestii „wartości rodzinnych”, aniżeliby sobie tego życzył…

Patrząc na to jednak z drugiej strony… jeśli nastoletnie dziewczyny naprawdę mają potrzebę fantazjowania na temat tego, że „chłopczęta” z „Gone Erection” w ogóle obchodzi to, czy i w jakim systemie słonecznym bądź na jakiej gałęzi klasyfikacji biologicznej się urodziły, to jakim byłbym człowiekiem pół-nocnym elfem, gdybym im tego odmówił?

W końcu z ciepłym słowem jest jak z mlekiem – jeśli ktoś naprawdę potrzebuje mleka, to jest mu to obojętne, czy mleko pochodzi od krowy, czy od kozy, która przed chwilą stary tapczan wpier…iła…

Ruch „Occupy” (czyt. „Okupaj”) przeniósł się na pastwiska, gdzie ofiary rabunkowej polityki rolnej postanowiły przełamać krowią obojętność decydentów na ul. Wiejskiej i – nie przebierając w słowach i środkach – przypomnieć im o tym, jak chora jest sytuacja rozwścieczonych krów w całym kraju.

{Nie powinna więc dziwić popularność niemieckiej strony internetowej, gdzie osoby, które nie czuły się z tym jak z otrzymaniem życzeń urodzinowych na pogrzebie, mogły dostać automatycznie wygenerowany komplement. Niestety, nie mogę podać adresu strony, bo nie mogę go znaleźć w podręczniku do niemieckiego, w którym – jak mi się wydaje – go widziałem.

Zresztą, byłem na tej stronie wiele lat temu i już wtedy działała ona jak demokracja pod zaborami (czego przyczyną mogło być to, że używałem wówczas przeglądarki, która chciała mnie przyprawić o zawał, otwierając się dopiero wtedy, gdy zdążyłem zapomnieć nie tylko po co ją otwierałem, ale i o tym, że ją w ogóle otwierałem. Jeżeli jakimś cudem podejrzewałem, że istnieje dla niej alternatywa, to prawdopodobnie myślałem, że będę musiał ją sobie złożyć sam jak system operacyjny Linux). Udało mi się jednak znaleźć angielski odpowiednik tej strony.

Sprawdzając ją, utwierdziłem się w przekonaniu, że nawet komplementy z głębi komputera wydają się bardziej szczere niż to, co chłopczęta z „Bun Disfashion” śpiewają dziewczynie zakochanej w betonie, piachu i glebie (bo tak się do ziemi uśmiecha) i odwracającej głowę na widok osób wchodzących do pomieszczenia (najwyraźniej mają gęby jak trufle), bo komputer nie wie, co mówi i nie ma żadnego interesu w tym, by mi czadzić, kadzić czy jak to tam się nazywa…}.

Zastanawiam się, dlaczego odnoszę nieodparte wrażenie, że powinienem tym razem dokładnie przeczytać warunki korzystania z serwisu… Ach, do diabła z tym – co może mi grozić ze strony nawigacji satelitarnej i serwisu pogodowego?

Najwyraźniej powodu, by kadzić swoim fankom nie mają również członkowie „One Fixation”, bo znani są z tego, że oceniają swoje fanki po urodzie” (w skali od 1 do 10) w ich obecności (ich skalę ocen opublikował magazyn). Jeśli uważają, że „szpecisz im krajobraz” to powiedzą, że masz „świetną osobowość” lub „że nie jesteś obrazą dla oczu” (niezależnie od tego, jak bardzo będą próbowali z siebie robić aniołów, nigdy nie pozbędą się plamy, jaką pozostawił moment prawdy, gdy Harry na wizji szepnął zwycięzcy X Factora do ucha: „Pomyśl sobie, ile ci…k będziesz teraz miał”. W pełni zasługują sobie na fanki pokroju tych, które rozbiły obozy w ogródku jednego z nich [no dobra, pod jego domem] i wsuwają karteczki z wiadomościami pod jego drzwiami o północy).

Pomiędzy „Od Przedszkola do Idola” a „eX Tractor”.

A skoro jesteśmy już przy kadzeniu… „One Dyslection” na szczęście nie jest zespołem, którego członkowie śpiewają na tyle źle, że musiałbym płukać swoje uszy dziesięcioma minutami Anette Olzon śpiewającej „kwiczące świnie”, a już na pewno nie śpiewają na tyle okropnie, by zniżyć się do używania Autotune’a (dźwiękowego odpowiednika Photoshopa). Gdyby go używali, to musiałbym przez cały miesiąc przepłukiwać uszy muzyką znacznie brutalniejszą od tej, którą grał zespół The Berzerker (a ciężko przebić brutalnością dźwięku zespół, który łączył industrial metal, death metal, noise, grindcore i ekstremalne gatunki muzyki elektronicznej jak gabba czy speedcore. Jedynym, co do tej pory zdołało to osiągnąć jest pogłośniony szum telewizora bez sygnału), by uciszyć głos Zimosa, autotune’ującego alfonsa z Saints Row 3 w mojej głowie.

A przynajmniej tak myślałem do czasu, gdy tego, co napisałem powyżej nie przeczytała osoba, która najwyraźniej chciała na własne oczy zobaczyć, jak idę do ojca i mówię mu: „Pie…yć twoje Euro – na innym kanale leci mój ulubiony szum! Przełączaj!”, bo zasugerowała mi, abym sprawdził, czy są oni na pewno tacy wolni od zakusów diabła noszącego imię „Ałtotiun” i czy za jego sprawą nie chowają swoich aureoli jak niewierny małżonek pierścionka do portfela (mała rada – jeśli nie chcecie wywołać ogólnej wesołości, pisząc z ludźmi z zagranicy mówiącymi po angielsku, nie zapominajcie na aureolę mówić „halo” [czyt. hej-loł] lub ostatecznie „aureole”, bo „aureola” w pierwszej kolejności skojarzy im się ze słowem „areola”, oznaczającym otoczkę sutka).

Legenda, jakiej nawet nawet najstarsze elfy nie pamiętają, głosi, że jeśli przez godzinę będziesz się temu podpisowi uważnie przyglądał, to na powyższym obrazku zobaczysz jak jedna dziewczyna bawi się piersiami drugiej, z czym kojarzyłby się milionom graczy tytuł serii „Halo”, gdyby w języku angielskim nie funkcjonowało inne słowo  dla aureoli.

Niezależnie od tego, jak bardzo mam teraz ochotę rzucić w nią fortepianem za to, że dodała mi roboty, nasypując ziemi do dołu, jaki dla nich kopię, muszę przyznać jej rację – podkład wokalny faktycznie „wyklepano” i „zaszpachlowano” „Autotuningiem” (szczególnie w „S(h)ave You Tonight”). Wydaje mi się jednak, że nie wiedząc, na co zwracać uwagę podczas słuchania ich albumu, usłyszeć to są w stanie jedynie ci, którzy jednocześnie potrafią odbierać częstotliwości, na jakich swoje ryki godowe „nadają” wieloryby (jeśli to potrafisz, to gratuluję – myślę, że zrobisz na swoim nowo odkrytym talencie do przechwytywania wielorybich „SMS-ów” prawdziwą fortunę).

Poznać to, że nie poprawiali głównych wokali z obsesyjnym perfekcjonizmem podmiotu lirycznego piosenki „Prototyp” zespołu Eisbrecher (nowoczesnego odpowiednika doktora Frankensteina, który buduje ideał kobiety, składając go z najlepszych części poszczególnych kobiet) możesz po tym, że zostawili partię Liama na samym początku utworu „More Than Diss/This”, gdzie jego głos jest na granicy załamania się jak most, który czasy Majów pamięta.

Definicja talentu: stworzyć utwór, który jest zarówno emocjonalny, jak i energiczny, melancholijny, jak i podniosły, dynamiczny, jak i melodyjny, oryginalny, jak i przystępny, motywujący, jak i poruszający, nie wydając z siebie ani jednego słowa.

A skoro jesteśmy już przy temacie śpiewu…

Są pytania, na które odpowiedzieć jest równie ciężko, co na niektóre z pytań filozoraptora, pomimo tego, że wymagają jedynie odpowiedzi „tak” lub „nie”. Jednym z nich jest pytanie: „Czy ten ktoś potrafi śpiewać, czy może stworzył dla siebie rynek pośród osób, które jeszcze nie wiedzą, że są masochistami (szkoda, bo wiedzieliby przynajmniej, gdzie wymarzonych partnerów szukać – większość z nas nie ma takiego luksusu) albo są bardzo wybredne, jeśli chodzi o powód, z jakiego mogłyby się wepchnąć przed kolejkę do gabinetu doktor Śmierci (popełnić samobójstwo)?”.

Na świecie funkcjonuje sofizmat (czyli popularne, ale nijak nie przystające do rzeczywistości przekonanie, jak np. to, że świat jest płaski jak krocze Kena [lalki] czy to, że można stracić parę kilogramów pomiędzy zamówieniem stroju w mniejszym rozmiarze niż się ma a jego dostawą do domu), że wystarczy mieć ładny głos, by „ładnie śpiewać”. Jeśli przez „ładnie śpiewać” rozumiesz „śpiewać ładnym głosem i nie fałszować” to w porządku – chłopczęta z „Home Dissection” potrafią jedno, jak i drugie, ale to jeszcze nie wystarczy, aby móc powiedzieć o nich, że potrafią śpiewać na poziomie artystów, których talentu wokalnego nikt o dodatnim ilorazie inteligencji nie odważy się zakwestionować, o czym – jak mam nadzieję (bo szkoda mi marnować nabojów do FN P90 TR) – za moment sam się przekonasz.

Słuchając po latach utworów z dzieciństwa, pomyślałem sobie, że pop można porównać do słodyczy: ich konsumpcja daje uczucie przyjemności, ale nie mają one wartości odżywczych (głębi i treści) posiłków, w których dobrze smakuje to, co jest organizmowi potrzebne.

Poziomu umiejętności wokalnych nie mierzę na podstawie tego, jak wiele osób udało się wykonawcom na swój „talent” nabrać, bo gdybym tak chciał w ten sposób poziom umiejętności innych wykonawców mierzyć, większość z nich odpadłoby na pytaniu: „czy śpiewasz w sposób, który sprawia, że cała twoja rodzina zupełnie nagle decyduje się urządzić sobie grilla, pomimo tego, że na zewnątrz niepodzielnie panuje mróz jak w pojemniku z ciekłym azotem; szaleje burza śnieżna, jaką widziano jedynie przed wynalezieniem podatków; sypie gradem tak wielkim, jak implanty króliczków Playboy’a i na dodatek zanosi się na huragan o sile sugerującej, że zerwał się on z łańcucha grawitacji Jowisza?”).

Piosenka zespołu Covenant („Theremin”) nauczyła mnie, że dosyć prosta muzyka elektroniczna (a dokładniej Electro Body Music) może mieć głęboki tekst i nie musi być nudna, jeśli jej autor wie, jakie dźwięki wybrać.

A więc… skoro ustaliliśmy, że nie śpiewają jak laserowy theremin, któremu brakuje „klawiszy”, w następnej kolejności musimy zadać sobie pytanie, czy potrafią oni „grać” na swoim głosie jak na instrumencie – czy są w stanie go zmieniać jak ubrania, modulować go jak np. Christian Älvestam (nie chodzi mi tylko o to, ile oktaw ma jego głos, ale też o to, że potrafi płynnie przechodzić między różnej głębokości niskimi i wysokimi growlami a czystym „normalnym” i wysokim wokalem, śpiewać w różnych stylach i to zarówno energicznie, jak i emocjonalnie. Jego głos jest równie wszechstronny, co scyzoryk „na każdą okazję” wynaleziony przez paranoika).

Czy ci z „Gun Detection” ciągną jedną nutę jak psa za ogon, czy też zmieniają ton piosenek, styl wokalny, barwę i wysokość głosu? Choć nie chce mi to przejść przez gardło, w tej kategorii wypadli lepiej niż Unheilig na swoim ostatnim albumie, gdzie mistrzowskie połączenie oryginalnego, energicznego, skocznego i głębokiego (no, może pomijając piosenki pokroju „Mona Lisa”) Neue Deutsche Haerte zastąpiono monotonnymi, pół-mówionymi, ledwo się rymującymi i ckliwymi balladami, które w dodatku pozbawione są emocjonalności czy melancholijnej podniosłości utworów „An Deiner Seite” czy „Astronaut”.

…a teraz jedyne, co w jego piosenkach po „Astronaucie” zostało to kosmiczny dystans…

Chociaż mam różne powody, dla których o tym piszę, tym głównym  jest ten, że chciałem pokazać, iż w przeciwieństwie do zagorzałych fanatyków „Wander Erection” potrafię być obiektywnie krytyczny wobec zespołów, za które gotów byłbym polec w wojnie na komentarze.

{Dlatego też miałem ochotę zacisnąć szczęki na rozpędzonej pile tarczowej, gdy usłyszałem, jak monotonny stał się wokal Charlotte Wessels z zespołu Delain i jak pozbawione wyobraźni są riffy na ich najnowszym albumie, „We Are The Others”, w porównaniu z tymi na „April Rain” i „Lucidity” (nawet jej „oryginalnie” brzmiące podciąganie końcówek słów w jednym z ich lepszych utworów, „Get The Devil Out Of Me”, podejrzanie przypomina sposób, w jaki końcówki słów podciąga Emilie Autumn w „Let The Record Show”, co jest o tyle pogrążające, że nawet internauci mają problem z określeniem, kto jeszcze śpiewa jak ona). Po raz pierwszy zaczęły mi również przeszkadzać teksty ich piosenek – tak ograniczonego słownictwa jak w „Babylon” spodziewałbym się po Terminal Choice, ale nie po nich (co nie zmienia faktu, że uważam starszego Terminal Choice za arcyboga industrial-metalu)}.

Zostawmy jednak pornograficzny poziom inwencji wokalnej Charlotte Wessels i zastanówmy się, czy ci z „Fun Deflection” potrafią modelować głos z łatwością (i kreatywnością), z jaką przeciętne dziecko powołuje do życia światy z plasteliny w swoich rękach.

Napisałbym, że braku obiektywizmu nie można zarzucić kotu, ale odnoszę wrażenie, że ten kot pamięta więcej ze swojego poprzedniego wcielenia, niż mogłoby się wydawać…

Zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa istnieje całkiem spora szansa, że jeśli popełnisz samobójstwo, to odrodzisz się w Chinach lub w ekonomicznym zwieraczu Afryki. Rachunek prawdopodobieństwa mówi również, że im więcej „podwykonawców” w swoim umyśle do „budowy” tekstu zatrudniasz, tym większa jest szansa na to, że jeden z nich będzie chciał z procesu budowy zrobić speedrun („przejść” budowę jak grę komputerową w rekordowo krótkim czasie), np. opierając ocenę zdolności wokalnych „Run Diversion” na podstawie jedynie dwóch utworów.

Przyszedł jednak moment inspekcji „budowlanej” (odsłuchanie całego albumu „Up All Night”), w którym uświadomiłem sobie, że mało brakowało, a na pytanie dotyczące ich zdolności wokalnych odpowiedziałbym: „Nie [potrafią tego] tak dobrze, jak większość innych wykonawców, ale dają rady” (co jest jak szóstka dla ucznia, który zamiast sprawdzianu z matematyki oddał zapis nutowy dzwonka Nokii), czym zatwierdziłbym budynek, który z ziemią zrównać może nawet wibrujące po rurach pierdnięcie. To był dla mnie sygnał, że muszę przepier…lać swój czas efektywniej.

Gdyby od tego zależała zasobność skarbu państwa, troszczyłby się również o to, by „seryjny samobójca” regularnie odwiedzał ludzi próbujących zobowiązać Polaków (pod rygorem osadzenia w więzieniu) do przyjmowania szczepionek groźniejszych od chorób, przed którymi miały one chronić.

Celowo ignorowałem melodię podczas przesłuchiwania ich „(f)a(i)lbumu”, by  skupić się – jak potwornie powolny morderca z ekstremalnie nieskuteczną bronią na swojej ofierze – tylko i wyłącznie na tym, jak śpiewają i znaleźć moment, w którym mógłbym powiedzieć: „O, tutaj zakręcił głosem jak lassem, a tutaj ‚zaswingował’!'”, ale takich momentów nie było wiele. Odniosłem wrażenie, że potrafią oscylować jedynie między różnymi odcieniami wysokiego śpiewu (często „wyrzucanego” z płuc z siłą, z jaką przerzucano przez okno bandytów w westernach), śpiewem tak miękkim jak patelnie „topniejące” w rękach Anety Florczyk (rekordzistki Guinnessa w zawijaniu patelni w rulon w 2008 roku [tu możesz zobaczyć nagranie tego dokonania]), a śpiewem powolnym i głębokim, jakby się lada moment ze słowami „nikt mnie nie kocha…” i z parkometrem przywiązanym do szyi z mostu rzucić mieli (nie, nie mam pojęcia, dlaczego z parkometrem. Czy ktoś kiedykolwiek samobójców zrozumie?).

Gdyby jednak nie potrafili zmieniać wokalnych biegów, ich smutne piosenki (bardziej dla antyfanów – z powodu samego ich istnienia – niż dla fanów), takie jak „Moments” czy „Taken” brzmiałyby równie niepoważnie, co piosenka „SWAT Makes You Beautiful” (albo jej – zamieszczona poniżej – parodia), więc myślę, że jeśli grzecznie obiecają unikać sięgania po raz wykorzystane sztuczki wokalne jak pomysłu pobiegnięcia ze sztafetą przez pole minowe (a jeśli obietnicy nie dotrzymają, sam ich przez to pole pogonię), to można ich do następnego etapu dopuścić.

„Hej, właśnie cię porwałem i wiem, że to szalone, ale jestem Jigsaw z „Piły” i masz „czypieńdziesiąt”, by obejrzeć teledysk w oryginale, więc pospiesz się może.”

Dobrze… czas zadać sobie następne pytanie…
Czy potrafią tym, o czym śpiewają i tym, w jaki sposób o tym śpiewają budzić głębokie, autentyczne emocje w odbiorcach? Nie chodzi mi o to, czy potrafią sprawić, by ich fani podniecali się samym faktem, że śpiewają czy tym, jak pięknie śpiewają tak bardzo, jak Leonard i Sheldon z „Teorii Wielkiego Podrywu” podniecali się zabawkami w fabrycznym stanie.

Chodzi mi o to, czy są w stanie przekonująco i w poruszający sposób śpiewać o czymś, co dotyczy ich odbiorców równie bardzo, co mnie prawo górnicze wyspy Ducie. Mam na myśli to, czy potrafią śpiewać – nie wiem – o dzieciach żyjących w krajach, których największym towarem eksportowym jest przemoc oraz nielegalni imigranci (i głodujących tak bardzo, że „ich” tasiemce zawiązują sobie „szyje” w pętle i wieszają się z rozpaczy) – tak, by przekonać kogoś, kto nie jest zaślepiony ich (to znaczy, członków) urodą czy charyzmą do tego, by z miejsca sprzedał absolutnie wszystko, co ma na sobie, a pieniądze ze sprzedaży przeznaczył na pomoc humanitarną dla tych dzieciaków (i zanim zapytasz – nie, ten sceptyk nie może mieć na tyle „plastelinowego” serca, by postanowić to zrobić, ledwie tylko otworzą usta).

{Żeby nie pozostawić tego bez przykładu… Tak naprawdę to większy ze mnie kapitan łodzi podwodnej niż szczególnie wielki fan Michaela Jacksona, ale jedno odsłuchanie „They Don’t Care About Us” z interpretacją i opisem okoliczności powstania utworu wystarczyło, by poruszyć mnie jak trzęsienie ziemi, dla którego zabrakło skali Richtera i zobaczyć to, o czym on śpiewał oczami jego emocji}.

W tym kontekście słowa Honoré de Balzaca („Człowiek mniej jest nieszczęśliwy, gdy nie jest nieszczęśliwy sam”) nabierają zupełnie nowego znaczenia.

Dopóki nie usłyszę, jak z przejęciem śpiewają na rzecz ofiar wybuchu wulkanu na Antarktydzie czy fal tsunami na Księżycu, dopóty nie będę przekonany, że działanie ich piosenek nie opiera się na manipulowaniu odbiorców i sztuczkach marketingowych (w tym miejscu mówię całkowicie poważnie – mam wiedzę i doświadczenie w reklamie, więc wiem, jak działa przemawianie do potrzeb i pragnień wspólnych dla osób z określonej grupy docelowej i potrafię wyczuć tego rodzaju manipulację jak głodny niedźwiedź twojego bąka z drugiego końca lasu [dobrze, myślę, że w tym miejscu mogę opuścić hamulec powagi. Zapnij pasy – jedziemy z górki się intelektualnie rozbić!]).

Jak już pisałem, nie jestem przekonany, czy są oni w stanie dotrzeć do emocji odbiorców, nie pomagając sobie przy tym dynamitem wizerunku, koparką marketingu czy odwiertem egoistycznej manipulacji (tak, podlizywanie się dziewczynom, które mają tak wiele pewności siebie [albo inteligencji], co przeciętna polska wieś głowic nuklearnych wyłącznie po to, by kupiły więcej tarcz do szlifierki krążków jest niskie i egoistyczne – tak niskie i egoistyczne, jak udawanie kobiet w grach MMORPG, by rozkochać w sobie męskich graczy i dostawać od nich darmowe, wysokiej jakości przedmioty [a potem jeden z drugim naśmiewają się z tego, jakie to z kobiet bezwzględne materialistki, nie to co faceci…]), ale możesz powiedzieć, że zarzucam „Rwanda Faction” to, co większość artystów robi od czasów, jakich najtrzeźwiejsi górale nie pamiętają,  czyli przemawianie do „wspólnych mianowników” jak potrzeba akceptacji, potrzeba miłości, potrzeba poradzenia sobie z rozczarowaniem lub poczuciem porażki, potrzeba nakopania do czterech liter odpowiedzialnym za zepsucie ulubionych seriali, zespołów, tytułów (tak, Activision i Electronic Arts, do was mówię!) tak mocno, że litery po drodze pogubią itp.

Gorzej, jeśli nie ma d…y, do której można byłoby mu nakopać, jest do tego stopnia martwy intelektualnie, że absolutnie nic go nie rusza i nie obchodzi, ciągle czegoś od was chce i dostaje tego na tyle dużo, że uparcie nie chce odejść…

Choć z jednej strony wytrąciłeś floret argumentu z mojej dłoni, z drugiej – musisz się przygotować na to, że… [łup!] …zrobię ci taką szkołę rodzenia, że ci głos do sześciu oktaw podskoczy.

A teraz, gdy z przeszywającego bólu zwijasz się na ziemi do pozycji, jaką przybrałeś w czasach, gdy sam organizm twojej matki zdawał się jeszcze nie wiedzieć, czy będziesz miał strzałkę czy plusa na końcu swojego symbolu płci, pozwól, że ci coś powiem – jeśli odbierzesz innym wokalistom możliwość pociągania za emocjonalne sznurki swoimi tekstami, to ich obecność na scenie nadal będzie nie tylko uzasadniona, ale i pożądana, np. dzięki temu, że potrafią wywoływać emocje w odbiorcach nawet, jeśli śpiewają „o niczym” (jak System of a Down); śpiewają gościnnie liczbę wersów możliwie najbliższą zeru; śpiewają w języku tak niezrozumiałym i obcym, jakby go z elementarza wyłowionego z największych głębin Atlantydy wygrzebano czy nawet bez słów (poziom mojego wykształcenia muzycznego nie pozwala mi się posługiwać terminami muzycznymi bardziej zrozumiałymi od pojęć astrologicznych, ale wystarczy, jeśli będziesz wiedział, że sposób, w jaki śpiewa się bez słów przypomina artystyczne ziewanie).

Jeśli chodzi o tych z „Con Deception”… niech ci już będzie – sprawdźmy, czy można im pozwolić na to, by spróbowali się utrzymać na kolejnym poziomie. Następne pytanie brzmi: „Czy potrafią śpiewać z emocjami w głosie?”

W tym miejscu zaczynają się schody tak wysokie, jak te, z których musiał spaść Pitbull, by napisać jeden z tekstów do swoich piosenek.

Zaraz… czy chcesz przez to powiedzieć, że ludzie nie opłakiwali rozpadu zespołu technical death metalowego Iniquity, wysyłając komentarze z cyber-zniczami, gdy zamieściłem post z tekstem piosenki do „Bullet’s Breath?”

Możesz uważać, że powyższe pytanie to poprzednie pytanie, które próbowałem przebrać w inne słowa, ale na tyle nieudolnie, że treść poprzedniego pytania prześwitywała przez nie jak przez erotyczną bieliznę – ale z ręką w nocniku (a nie, to jednak „z ręką na sercu” miało być – pomyliłem idiomy) zapewniam cię, że mylisz się tak bardzo jak saper z daltonizmem. Emocjonalne śpiewanie to nic innego jak wokalne aktorstwo.

Jestem pewien, że potrafisz powiedzieć, kiedy aktor(ka) nie gra autentycznie. Wiesz tak samo dobrze, jak ja, że jeśli określona osoba nie potrafi grać, to może wykrzywiać swoją twarz jak wrak samochodu w prasie do paczkowania złomu; mówić głosem sugerującym, że chce sobie jednocześnie ziewnąć; łkać, jakby ją ktoś struną bałałajki udusić próbował; wymachiwać rękoma jak kompletnie zad…cony dyrygent; mrużyć zapłakane oczy, jakby prosto w Słońce patrzyła – ile tylko chce, ale nigdy nie przekona żadnego z nas, że tak zachowuje się ktoś, kogo gra – w tym przypadku osoba w głębokiej rozpaczy (w tym momencie aż chciałoby się zawołać: „You are tearing me apart, Lisa!” [„Rozdzierasz mi serce, Lisa!”]).

W życiu już tak bywa, że nawet jeśli nabierzesz „jaj” (kwadrat), by miłość jej wyznać, to przekonasz się, że jej nie zadowolisz, bo czeka na faceta z rozmiarem (prostokąt), jaki oko cieszy, lecz seks uniemożliwia.

Jeżeli ktoś będzie chciał się przeprawić przez rzekę mojej niemal paranoicznej nieufności i dotrzeć do moich emocji, będzie musiał zrobić coś więcej niż tylko podnieść głos, by przekonać mnie, że jest tak rozwścieczony jak facet, który zawisnął jądrami na drucie kolczastym.

Podobnie będzie potrzebował czegoś więcej niż opuszczenia głosu i mówienia powoli, by przekonać mnie, że jest tak przybity, jak facet, który dowiedział się, że jest tak „umiejętny”, że jego dziewczyna regularnie zdradzała go z kaktusem („kuktasem”, jak powiedziałby Ferdek ze „Świata Według Kiepskich”). A już na pewno nie wystarczy, że ucieknie się do śpiewu z vibrato („Przygotuj się, dowcipy z wibratorami nadchodzą” – powiedziałby „Ned” z „Gry o Tron”), bym uwierzył, że śpiewa tak emocjonalnie, jakby przed chwilą dowiedział się, że najbliższe kilkadziesiąt wcieleń spędzi w największych piekłach na świecie (poczynając od tego, do którego nie chciał wysłać pieniędzy ze sprzedaży tego, co miał na sobie [Karma to jednak s…a – jeśli nie zabierze ci ostatniej pary majtek w tym życiu, to sprawi, że będziesz chodził goły w następnym]).

A więc dobrze… Teraz, gdy już to sobie wyjaśniliśmy, czas ocenić, jacy z nich „emocjonalni striptizerzy” (pozwólcie, że nie będę oceniał, jacy z nich „fizyczni” striptizerzy – jeśli szukacie powodu, by sobie oczy zabetonować, to w obrazach Google znajdziecie ku temu o cały ćwiercilion powodów za dużo. Nie wiem, kto te zdjęcia robił, ale odnoszę wrażenie, że członkowie „Cone Fixation” są męskim odpowiednikiem „cór babilonu” z nk.pl czy fotka.pl, które robią sobie zdjęcia w strojach tak skąpych, że bieda byłaby z nich chusteczki do nosa uszyć, zupełnie jakby miały alergię na ubrania tak poważną, że potrzeba je za każdym razem na sygnale helikopterem do szpitala wozić).

Nigdy nie będziesz tak nagi (nawet wtedy, gdy zrzucisz z siebie wszystko i zgolisz ostatni włos na ciele, by uprawiać seks na oczach milionów ludzi), jak wtedy, gdy otworzysz się przed kimś do tego stopnia, że odsłonisz przed nim swoje najgłębsze myśli, lęki, marzenia, pragnienia i historię przeglądarki. To dopiero jest nagość!

W „More Than Tits” Liam uderzył w emocjonalną strunę, gdy zaśpiewał „Gdy do twych drzwi podchodzę, moja głowa zwraca się ku podłodze, bo nie mogę ci w oczy spojrzeć i powiedzieć, że…” (zaraz ktoś pewnie znajdzie do tego stosowny – najpewniej związany w jakiś sposób z homokulturą – rym, lecz machnę już na to ręką i ogonem…), ale nawet małpy wciskające przypadkowe klawisze maszyny do pisania mają szansę jak 1 do 26 na napisanie pierwszej (poprawnej) litery „Hamleta”, więc to nie jest znowu osiągnięcie godne pomnika.

Jedyna rada, przed której udzieleniem nie powstrzymuje mnie moja apatia i lenistwo, to ta, że powinien podczas śpiewania częściej myśleć o tym kimś, o kim myślał, gdy śpiewał powyższe wersy – nawet jeśli było to jego ukochane zwierzątko domowe (np. egzotyczny ptak jak… jak… nie wiem, heterodaktyl?). A jeśli chodzi o to, jak śpiewała reszta zespołu, to oczami wyobraźni widziałem ich „emocjonalnie” powykrzywiane twarze (zastanawiająco podobne do twarzy rodzących kobiet), ręce podniesione tak, jakby hantle ponad klatkę piersiową podnieść usiłowali lub żyłkę mordercy od swojej krtani odciągnąć próbowali – i głowy, którymi kręcili w spowolnionym tempie, jakby się z pewnej myśli otrząsnąć chcieli lub w to, co usłyszeli, uwierzyć nie mogli (nie wiem, co chcieli przez to osiągnąć, ale nie pomogło. Równie dobrze mogliby nagrać dżingiel do reklamy pasty do tyłka – efekt byłby równie „emocjonalny”).

Często jeśli chcę określić emocjonalność utworu na dany temat, porównuję go z piosenkami innych wykonawców na ten sam temat, a w przypadku piosenki „Moments” są to wspomnienia związane z dziewczyną, z którą się rozstają (sądząc po tym, co pokazali w teledysku do „What Makes Your Booty Full” – z tą samą dziewczyną. Najwyraźniej grupowe zalecanie się do jednej kobiety lub żonglowanie przez nią związkami z pięcioma facetami naraz jest na porządku dziennym w świecie teledysków do piosenek boysbandów).

„Kochanie, muszę ci coś wyznać – mam inną kobietę.”

Słuchanie „Moments” zespołu „Lone Defecation” nie przyniosło mi uczucia nostalgii, melancholii (no, może trochę sam tekst – bez śpiewu i muzyki) jak np. „Memories” Within Temptation, „Memories” Namnambulu, „Memory” (cover) w wykonaniu zespołu Epica, „Old” Assemblage 23, „Further” VNV Nation, „It’s Over” Legenda Aurea, „Tallulah” Sonata Arctica, „Wish You Were Here” Within Temptation czy inne utwory związane z pamięcią i wspomnieniami – „Amnesia” Mind.In.A.Box i mówiona część „Song of Myself” zespołu Nightwish.

Oczywiście, poziom trudności określenia tego, jak emocjonalny jest określony utwór spada do poziomu umiejętności, jakich potrzeba do wypier…lenia się na schodach przy rozwiązanych sznurowadłach, jeśli oceniany utwór jest próbą odcinania kuponów od cudzej pracy i sukcesu (określenie „cover” powinno być zarezerwowane dla tych zespołów, które są równie lub bardziej uzdolnione od oryginalnych wykonawców).

Nieszczęśliwy przypadek rzut kością sprawił, że „One Beer Faction” postanowiło zabrać się za przeróbkę „Forever Young” Alphaville. Nie czuję się zaślubiony temu zespołowi, więc nie będę się tutaj rozwodził – utwór jest w takim samym stopniu emocjonalny, w jakim szambo jest atrakcją turystyczną.

Piosenka została ogołocona z emocji z dokładnością, z jaką z mięsa rozbierają swoje ofiary piranie i zaśpiewana w sposób tak omdlewająco słodki jak zapach lilii (które – jeśli wierzyć niepotwierdzonym informacjom, jakie posiadam – w ciepłych i zamkniętych pomieszczeniach śmierdzą pielęgniarkom jak świeży trup, co jest o tyle ironiczne, że spośród wszystkich możliwych kwiatów na świecie ludzie uparcie przynosili do szpitala właśnie je). Nie mówiąc już o tym, że styl w jakim śpiewali był tak jednolity, jak kolor plasteliny zgniecionej w kulę o jeden raz za dużo.

Ten tenor w pół minuty sprawił, że się popłakałem… ze śmiechu!

Chociaż miłośnicy „Wand Erection” mogą mieć odmienne zdanie na ten temat, nie sądzę, by śpiewali oni z autentyczną emocjonalnością, jaką słychać w głosie chociażby Adele (piszę to mimo tego, że jestem tak daleko od bycia jej fanem, jak japońska dziewczyna od zostania papieżycą prawosławnych). Chociaż z jednej strony może to zależeć od gustu (czy też jego braku), z drugiej – jest tak wiele innych zespołów, do których czuję tyle sympatii, co do przerośniętych jaszczurek, które kopnęły w kalendarz miliony lat przed moimi narodzinami, a które (zespoły, nie – dinozaury) w moim przekonaniu potrafią emocjonalnie śpiewać o wspomnieniach (czy nawet rzeczach, które obchodzą mnie równie bardzo, jak to, jakiej pasty do tyłka używasz [żartuję – polecam pastę firmy HoleGate]) znacznie lepiej niż „One Dirty Action”.

{Jak najbardziej może jednak dojść do tego, że określona piosenka stanie się dla ciebie emocjonalną fotografią, jeśli słuchasz jej w okresie, w którym rozstałeś się z ważną dla ciebie osobą tak, że równie dobrze mogłaby polecieć na jeden z księżyców Plutona [np. Hydrę] i nie wracać czy też takim, w którym przeżywasz stan zakochania głębszy niż komin wulkaniczny. Jesteś wówczas skłonny przypisywać piosence większe znaczenie niż w sytuacji, gdy utwór nie odzwierciedla i nie przypomina ci o żadnych ważnych wydarzeniach życiowych (np. możliwe, że dla przyszłych pokoleń będzie to druga Pierwsza Komunia, jaką wymyślił dla nich dział marketingowy Kościoła). Ja słuchałem „Martyr” zespołu Soilwork w starych, dobrych czasach, gdy współpracowałem z ekipą budowlaną, która posiadała talent komediowy na poziomie profesjonalnego zespołu kabaretowego. Dzięki niej zapamiętałem, jaki dokładnie rok wtedy był}.

Niezależnie od tego, jak bardzo chciałbym móc to powiedzieć o piosenkach, które dla mnie są emocjonalnymi fotografiami, nie jestem przekonany, czy (a jeśli tak, to na ile) osobista wartość utworu podnosi jego obiektywną wartość (nawet jeśli wiem, że niejeden artysta chciałby tak myśleć… mieć poczucie, że warto było urodzić się dla stworzenia tego dzieła, bo w jakiś sposób zmieniło życie jego odbiorców na lepsze lub chociaż pozwoliło je lepiej znieść – i to nawet, jeśli jego muzyka jest tak niszowa, że o jej istnieniu wie tylko twoja babcia z Kazachstanu czy ciężka w odbiorze, że zrozumieć i docenić mogą ją jedynie ci, którzy mają za sobą długie lata „przekablowywania” swoich połączeń neuronalnych [czy pisze się ktoś z was może na słuchanie metalu, w którym chodzi o to, by grać jak najpowolniej? Funeral doom metalu w wykonaniu grupy Ahab? Nie? Tak myślałem. Nie wiecie, co tracicie…])}.

„Nie oceniaj pochopnie” – mówi reklama. Myślę, że nie macie się o co martwić – ciężko jest oceniać pochopnie coś, przy czym zasypia się do rana, a czego się po obudzeniu nie pamięta, bo umysł wyparł to jak traumę.

Możesz uważać, że nie jestem obiektywny w swojej ocenie tego, czy określony wykonawca potrafi śpiewać emocjonalnie, czy też śpiewa z emocjonalnością syntetyzatora głosu odczytującego teksty z filmu pornograficznego – ponieważ wybieram na przykład tych, do których mam anielską sympatię  i tych, których głos podoba mi się na tyle, by chcieć go „usłyszeć” na własnym pogrzebie, a nawet się po drugiej stronie życia z takim głosem w gardle obudzić (tzn. taki głos mieć, a nie żeby mi ktoś sztuczne oddychanie robił, jednocześnie przy tym śpiewając). Przysięgam jednak na honor cynika, że taki zaślepiony to jeszcze (jeszcze!) nie jestem.

Zanim usłyszałem „Amnesia”, wiedziałem o istnieniu Mind.In.A.Box tyle, co przeorysza o istnieniu punktu G i to właśnie ten utwór sprawił, że muzykę tego wykonawcy pokochałem jak falę endorfin przetaczającą się przez krew (mała ciekawostka: dowiedz się, do kogo należy głos [kobiecy], który słychać w utworach tego wykonawcy – może cię to zaskoczyć). Natomiast jedyny utwór, Altarii, jaki mi się dotąd naprawdę podoba to „Unchain the Rain” (szczególnie w bardzo udanym połączeniu z filmem z gry Warhammer: Mark of Chaos, który zamieściłem poniżej). W reszcie ich piosenek nie podoba mi się albo sposób, w jaki ich wokalista śpiewa, albo jego głos, albo jedno i drugie.

Zwróć uwagę na to, jak słowa piosenki świetnie dopasowane są do akcji filmu, np. „Bo nikt nie potrafi uśmierzyć twojego bólu tak, jak ja”, gdy dowódca traci przytomność od niespodziewanego uderzenia.

Nie chcę się już nawet wypowiadać na temat tego, jakim (z początku) wielkim zawodem był album I:Scintilli „Dying and Falling” w porównaniu z albumami „The Approach” i „Optics” (na którym każdy ich utwór był doskonały). W końcu udało mi się parę z nich polubić, ale żaden nie zbliżył się do sztandarów emocjonalnej muzyki, jakimi były utwory „Capsella” (szczególnie fragment: „Czy uciekamy się do logiki, czy też ślepo podążamy za miłością?”) i „Translate”.

Chciałbym móc powiedzieć „Zostawmy jednak ten temat jak śmieci na orbicie i zastanówmy się, czy są oni w stanie zdobyć kolejne szczyty umiejętności wokalnych”, ale biorąc pod uwagę to, co napisałem do tej pory, wydaje mi się to równie celowe, co mierzenie siły mezocyklonu (który – nie wiedzieć czemu – słownik podkreśla jako błąd) w hektarach; wyższy poziom zarezerwowany jest dla tych, którzy potrafią „dosięgnąć” ponadprzeciętnej (dla śpiewaków, a nie dla tych, którzy śpiewają pod prysznicem na poziomie, który sąsiadom każe sądzić, że ich dom jest nawiedzony) ilości oktaw lub chociaż nieprzeciętnie wysokich bądź niskich oktaw.

Nawet jeśli opuszczę dla nich poprzeczkę skali głosu z poziomu King Diamonda (który – z tego, co wiem – potrafi uderzyć zarówno w bardzo wysokie krzyki, jak i głębokie growle [oraz swobodnie pomiędzy nimi przechodzić]) do poziomu czterech oktaw, jakie przypisuje się Bruce’owi Dickinsonowi z Iron Maiden (zobacz załączony film na YouTube, na którym podporządkowano fragmenty piosenek nutom, jakie potrafi zaśpiewać), to i tak wyje…ią się z tyczką przy rozbiegu…

{Jak możesz się domyślić, do fana Iron Maiden jest mi tak bardzo daleko, jak do szczytu 25-kilometrowej góry Olympus Mons na Marsie. Nie znaczy to jednak, że nie potrafię docenić talentu Bruce’a Dickinsona do wspinania się na wokalne ośmiotysięczniki}.

Jeśli dokładnie przyjrzysz się temu obrazkowi, to po piętnastu minutach – dokładnie nad rysunkiem metalowca, który tuż przed utonięciem pokazuje „rogi” na znak tego, że umiera za swój ukochany gatunek muzyczny – zobaczysz radę, abyś zawsze pamiętał, że przerośnięte ego zabije twój talent.

Jeśli natomiast będziesz próbował mi powiedzieć, że umiejętności wokalne członków „Sun Diffraction” mogą utknąć na poziomie półtorej czy dwóch oktaw (czy ile tam osiągają – sieć dziwnie na ten temat milczy) jak kot na drzewie i że „oni nie muszą, bo są jeszcze młodzi”, to pozwól, że zadam ci jedno zasadnicze pytanie:

Jeśli Nicole Scherzinger przez kilkanaście lat musiała w najwyższe nuty niczym mnich szaolin w ścianę uderzać, by sobie nazwisko wyrobić, to…

…co do jasnej pestylencji One Direction w ogóle robi na scenie?!

Nie, poważnie pytam. Czy tak się teraz robi? Nagradza sławą i bogactwem amatorów jak pokojowym Noblem „na zachętę” zbrodniarzy wojennych?

Jak rozpoznać talent w zespole? Szukaj tej z najmniejszym dekoltem.

{Dowód na to, że nimi są dostaniemy wówczas, gdy żaden z nich nie zrobi kariery solowej (szczególnie po tym, jak ich odbiorcy z nich wyrosną) szybciej od ich woźnego… jak to się zresztą w przypadku większości grup chłopięcych stało [najbardziej jest mi ich woźnych żal; cała reszta może się w szafie do Narnii zatrzasnąć i nie wracać]}.

Jeśli nie chcesz, żeby twoja odpowiedź zabrzmiała jak odpowiedź kogoś, kogo tryby w mózgu spotykają się raz na zaćmienie, prześpij się z tym, co chcesz powiedzieć, a zobaczysz świat w zupełnie innym świetle (przyciemnianych szyb karawanu, jeśli przed pójściem spać nałykasz się „dropsów” na receptę, czując, że twoje życie straciło sens, bo nie możesz wymyślić inteligentnej riposty). Słyszałem też, że nie bycie idiotą pomaga – powinieneś kiedyś spróbować!

…ale nie takimi, jak ci, którzy nigdy żadnego internetowego sporu nie wygrali, a nie poddają się tylko dlatego, że w swoich urojeniach myślą, że to oni z tych wszystkich sporów wyszli zwycięsko.

I żeby nie było jak z tymi, co sobie fajerwerki z tyłków odpalają, a następnie pozywają producentów o to, że nie napisali, że to szkodliwe dla zdrowia i życiu zagraża – ostrzegam, że nie mam zamiaru nawet przed chwilę pomiędzy jednym uderzeniem serca a drugim słuchać porównań „Hunt Erection” do artystów, których geniusz objawił się w wieku, w którym człowieka bardziej podniecały zielone żołnierzyki zastygłe w pozach sugerujących, że zasnęli w cemencie niż kobiece przedpiersia śródpiersia „przypiersia” (jeśli ci tak wesoło, to sam spróbuj stworzyć liczbę mnogą od liczby mnogiej piersi), ani tym bardziej o tym, że są tak rewolucyjni, że trzęsą muzyczną dzielnią silniej niż Kopernik (który – jak wiadomo – był taki „gangsta”, że samemu Słońcu i Ziemi kazał tańczyć, jak im zagra).

Gdyby naprawdę byli tacy rewolucyjni i innowacyjni, to nie musieliby sobie rozpoznawalnego na całym świecie symbolu Beatlesów przywłaszczać… (co z drugiej strony nie jest takie złe, bo nie ma prawa się dla nich dobrze skończyć; to tak, jakby kawalerzyści Krzyżaków oddziałom Jagiełły chorągwie zapier…lili i się z nimi dla żartów kosztem wroga obnosić poczęli – tylko po to, by pod ostrzałem własnych łuczników z siodeł pospadać).

Jeśli nie rozumiesz, na czym polega przywłaszczenie sobie ukochanego przez innych symbolu, pozwól, że ci to wyjaśnię. Wyobraź sobie, że kochasz książkę autora x. Teraz wyobraź sobie, że jestem wydawcą i kupię pełne prawa do tej książki i postanowię, że jako jej autor widniała będzie niezwykle sławna osoba, której z całego serca i słusznego powodu nienawidzisz. Gdy zakończę kampanię marketingową i sprzedam miliony kopii na całym świecie, miliardy ludzi już na zawsze będą przypisywać autorstwo twojej ukochanej książki tej osobie i ją z nią kojarzyć (jak np. prace Nietzschego z faszyzmem czy „Helter Skelter” Beatlesów z zabójcą m.in. żony Romana Polańskiego, Charlesem Mansonem).

{Jeśli uważasz, że to problem równie poważny, co groźby odpalenia głowic jądrowych przez Watykan lub przypadki tak odosobnione jak dzieworództwo pośród mężczyzn, to co powiesz na to, że już całe rzesze cymbałów uważają, że to Nirvana zrobiła cover (tak, cover!) piosenki „Smells Like Teen Spirit” Miley Cyrus? Że Freddie Mercury tytuł piosenki „Somebody to Love” Justinowi Bieberowi zachachmęcił? Że to Michael Jackson od Justina Biebera strój i styl odpatrzył? Przykłady mogę mnożyć jak Matka Natura sposoby na to, by się nas pozbyć (całe szczęście, że niektóre sposoby nie przypadły jej do gustu, jak np. gejzery, które strzelają osiem kilometrów do góry ciekłym azotem i umieściła je z dala od nas, bo aż na Trytonie, księżycu Neptuna).

A jeśli nadal jesteś do tego przekonany jak do leczenia hemoroidów kąpielami w szambie, to nagraj swoją własną piosenkę, a obiecuję ci, że będzie to pierwszy utwór, jaki mój zespół grający depresyjny poczerniały brutalny i techniczny folkowy industrial-death metal „pokryje” (czyż to nie zabawne, że angielskie słowo dla „robienia przeróbek” dzieli znaczenie z „parzeniem zwierząt” [pkt. 29]? W ten sposób możesz jednocześnie określić piosenkę przeróbką, jak i wyrazić swoją opinię o tym, że autor przeróbki się z nią [za długo i nieumiejętnie] piep…ył aż w końcu piep…ył zrobienie jej dobrze). Narobię wokół tej piosenki takiego medialnego szumu, że cały świat dowie się, iż napisałeś ją ty, ty, właśnie ty! (Pomyśl tylko – gdy się o tym moherowe berety dowiedzą, będą za tobą po całym mieście z granatami Chrystusa [foliowymi woreczkami ze święconą wodą] latać! Czyż to nie wspaniałe? Byłbyś pierwszym, któremu spełni się marzenie każdego, kto się reklam „efektu Axe” naoglądał – o tym, by być kimś, za kim kobiety się – dosłownie – uganiają!}.

Koleś powinien się modlić, że nie jest mugolem i po rozpędzeniu się w tą ścianę wyląduje w Hogwarcie, a nie na bloku operacyjnym…

Żeby jednak nie było, że nie policzyłem im punktu, jaki dzielił ich od wyższej oceny czy też dyskwalifikuję ich z powodu sprzecznego z tym, jakiego każdy się domyśla, podaję kryteria, na jakich wyłożyli się jak poszczepienny narkoleptyk na schodach.

Poziom ponad „Shun Affection” zajmują ci, którzy przez większość swego życia utrzymali karierę niemal tak wielką jak grzyb z Oregonu i zatrzymali przy sobie fanów w liczbie, jaka zawstydziłaby nawet armię Imperium Rzymskiego, jaką zgromadziło w alternatywnym wymiarze, w którym nigdy się nie rozpadło.

Na jeszcze trudniej dostępnych szczytach pozostawili swoje flagi ci, którzy są w stanie „wydziergać z nut” utwory przemawiające do wielu pokoleń, jak np. Madonna (jest to tym trudniejsze, że ludzie w wieku „ja wiem lepiej!” najczęściej nie chcą słuchać tego, czego słuchali ich rodzice).

Nad nimi „urzędują” ci, którzy tworzą muzykę, która bez „megafonu” marketingu (lub chociaż bez jego większej pomocy) przemawia do milionów ludzi na całym świecie (co świadczy o tym, że jest ponadkulturowa) i to niezależnie od tego, czy z reguły wbijają głowami niewidzialne gwoździe do muzyki metalowej czy kołyszą się jak boje na morzu do muzyki tanecznej (do głowy przychodzi mi Yanni – bo komu jeszcze pozwolono grać w miejscach o statusie miejsc niemal świętych?).

Niech zgadnę… album nazywa się „The B(r)e(a)st Of”?

Na jeszcze bardziej niegościnnych półkach skalnych zasiadają ci, którzy tworzą muzykę do tego stopnia nieśmiertelną, że usłyszysz ją jeszcze z ust ludzi zamarzających w ciemnościach, jakie zapadną, gdy Słońce w końcu wyzionie swoje ostatnie opary paliwa (chyba, że jakiś zespół zdąży na ostatnią chwilę stworzyć hita na poziomie niższym od „disco polo, że ja pier…olo”).

A na najwyższych szczytach swoje pustelnie mają ci artyści, którzy zmieniają świadomość narodów lub nawet całej ludzkości, a przez to – historię świata.

Jak widzisz, chłopczęta z „Run Misdirection” mają przed sobą długą i stromą drogę na szczyt, z której mogą jedynie spaść…

Jeśli masz prawdziwy talent, zrobisz światową karierę, grając nawet połączenie gatunków odległych jak jądra Słońca i gwiazdy w galaktyce A1689-zD1 (13 miliardów lat świetlnych).

Ciężko mi jest natomiast wypowiadać się o muzyce, jaką „tworzą”, bowiem nie od dziś wiadomo, że nawet największe gwiazdy popu czy R&B nie piszą słów i nie komponują piosenek, pod którymi się podpisują (na końcu artykułu jest lista autorów „ich” największych hitów). Koncernami muzycznymi musiałoby kierować stado szympansów, by pompowały ciężkie pieniądze w marketing muzyki, jaką największy amator byłby w stanie „zagwizdać odbytem” nawet, gdy nie potrafi stwierdzić, po której stronie rzeczywistości się obudził. A to, że produkują muzykę dostosowaną do osób, których gust muzyczny nie jest jeszcze w pełni rozwinięty? To materiał na epilog wiktoriańskiej powieści (w których szczegółowo i obszernie opisywano, co działo się z bohaterami utworu nawet wiele, wiele lat po zakończeniu fabuły).

Ponieważ słucham więcej gatunków muzycznych niż osoba, która wychowała się na muzyce w mediach masowych (i nigdy nie wykroczyła poza to, co one promowały) jest w stanie wymienić, odnalazłem się niemal na każdym poziomie muzycznego elitaryzmu (a przynajmniej według jakichś Rosjan).

Oczywiście, jeśli jesteś jeszcze w wieku, gdy przez twój organizm przetacza się hormonalne tornado (lub cię to dopiero czeka), to zapewne chcesz o sobie myśleć jako o osobie, której gust jest w pełni rozwinięty i się już nigdy nie zmieni (co do tego możesz mieć rację, ale tylko i wyłącznie w przypadku, gdy zamierzasz zatrzymać się na poziomie dresiarza), ale tak naprawdę twój gust będzie się zmieniał dopóty, dopóki zmieniał się będzie twój mózg, a wraz z nim twoja osobowość i tożsamość… i dopóki będziesz otwarty na muzykę, o której istnieniu komercyjne media nie chcą, abyś wiedział (wyłączając może „Grającą Szafę” w radiu Kraków, gdzie ostatnio usłyszałem „Age of Shadows” zespołu Ayreon, „San Sebastian” zespołu Sonata Arctica, Creek Mary’s Blood zespołu Nightwish czy nawet jedną z piosenek zespołu Stratovarius [linki prowadzą do utworów, które mają największe szanse przypaść ci do gustu]). A jeśli mi nie wierzysz, zobacz listę gatunków metalu i gatunków muzycznych (w tym trzecim linku jest ich ponoć ponad 1500) i przekonaj się, jak wiele z nich rozpoznajesz.

Jeśli jesteś w stanie wymienić kilkadziesiąt gatunków to na pewno nie dlatego, że ich określenia usłyszałeś w radiu czy telewizji. Możesz powiedzieć, że media promują tylko to, co jest popularne, ale tak naprawdę to media decydują o tym, co jest „popularne” (a „popularne” jest to, co za ciężkie pieniądze promują wielkie koncerny muzyczne, nawet jeśli jest to nielegalne).

„Jeśli pewnego dnia każdy z nas pójdzie do więzienia za pobieranie muzyki, to mam nadzieję, że porozdzielają nas według  gatunku muzycznego.”

„Inna forma payoli stosowana przez przemysł nagraniowy opiera się na luce prawnej, która pozwala opłacić osoby trzecie lub niezależnych promotorów muzycznych, by udali się do stacji radiowych, by „promować” w nich „swoje” piosenki. Oferując stacjom radiowym „pieniądze na promocję” ludzie ci pomagają piosenkom ich klientów, wytwórni nagraniowych, znaleźć się na listach przebojów stacji radiowych w całym kraju.”

Myślałeś, że obecność niezależnych artystów w mediach masowych to znak, że nastąpiło zwarcie między neuronami decydentów w przemyśle muzycznym i dopuścili do tego, by nastąpiły długo wyczekiwane przemiany w branży? Taaa, jasne… takiego ogóra! Nawet muzyczny kopciuszek, Lana Del Rey, okazał się w końcu Pinokiem z nosem jak stąd do dna supermasywnej czarnej dziury w centrum naszej galaktyki albo tej, w której politycy mają twoje problemy – co w sumie na jedno wychodzi…

Między niebytem a piekłem.

I w tym miejscu chciałbym poruszyć temat tego, dlaczego zespoły pokroju  „jednowymiarowych” (1D = 1-dimensional = „jednodymensjonalni”), spotykają się z nienawiścią równie dysproporcjonalną, jak nienawiść, z jaką Adolf Hycler „rozbierał z ciała” Polaków, Żydów i Romów w obozach koncentracyjnych (nie napisałem „równie wielką”, bo to byłaby równie wielka przesada, jak grożenie  Rebecce Black śmiercią i życzenie jej, by zrobiła sobie coś, co na stałe wyłączy ją z szanownego grona konsumentów tlenu [nawet, jeśli uważam, że jej „Friday” jest piątym, muzycznym jeźdźcem apokalipsy]).

(Po lewej: bezpieczeństwo. Po prawej: śmierć).
„Nie możesz się zdecydować, Rebecco Black? Chętnie ci w tym pomożemy”

Początkowo ten artykuł miał być tak cyniczny i złośliwy, jak poprzedni, ale szukając do niego materiałów natrafiłem na wiadomości o tym, że dwie fanki (jedna „Wonder Erection” a druga Justina „Bimbera”) popełniły samobójstwo za sprawą nienawistnych komentarzy, jakie otrzymały od kogoś, komu fałdy mózgowe najwyraźniej trzeba dłutem wybijać, skoro nie wie, gdzie leży granica pomiędzy złośliwą krytyką a psychologicznym sadyzmem.

Sam byłem przez wiele lat tyranizowany przez szkolnych osiłków (z powodu, jaki trafnie określił Varis Lux w komentarzu z 17.04.2012 do prezentacji o roli introwertyzmu, choć „oficjalnie” chodziło o fizyczną odmienność jak np. piegi), więc nie mam zamiaru czegoś takiego tolerować i życzę tym osiłkom, którzy nie nabrali i nie mają zamiaru nabrać rozumu, aby znalazł się ktoś silniejszy od nich i zaplótł ich jelita w korale analne, a następnie wywlókł je na zewnątrz przez jeden z otworów w ich ciele i wepchnął w następny tylko po to, by wyciągnąć je kolejnym – tak, by nie wiedzieli, którym otworem się wys…ać.

Chcę, aby dokładnie taki obraz mieli w głowie, zanim podniosą rękę (lub słowną rękę) na słabszego i to bez żadnego zrozumiałego powodu (z powodów, których nie bardzo mogę opisać, nie muszę tego życzyć żadnemu z moich dręczycieli. Sądzę jednak, że zdążyli oni dojrzeć i zmądrzeć. Ci, którzy już w tamtych czasach nie zostali dotkliwie przez los doświadczeni, zostali przez niego ciężko dotknięci wiele lat później. Karma jest jednak s…ą, jak głosi przekazywana z połączenia na połączenie internetowa mądrość).

To jest powód, dla którego postanowiłem zakończyć ten artykuł nie ciosem w słaby punkt (można rzec, w jądra samego ego), ale komentarzem społecznym… co prawda równie niepoważnym komentarzem społecznym, ale jednak…

A więc dobrze… skoro „lekcję organizacyjną” mamy już za sobą, powróćmy do tematu dzisiejszej lekcji, a mianowicie do nienawiści, jaką cieszą się (no, może nie oni) artystyczni przestępcy.

Żebyście tylko wiedzieli, czego słuchałem, zanim zostałem pobłogosławiony stałym dostępem do sieci… to są utwory, których posłucham z satysfakcją jeden raz na jakiś czas, ale które wstydziłbym się sam przed sobą na liście odtwarzania umieścić.

Określenie „artystyczny przestępca” nie znalazło się tutaj przypadkowo (nie zostało, na przykład, wyrwane z kontekstu przez tornado redagowania i nie wylądowało na miedzy tego akapitu) i nie zostało przeze mnie użyte równie bezmyślnie, co słowo „dosłownie” („literally”) przez siostry Kardashian („mam dosłownie motyle w brzuchu„). „Artystyczny przestępca” to człowiek, który uchodzi za „artystę”, chociaż sprzedaje wszystko inne (urodę, ciało, charyzmę, głupotę, obraźliwość itp.) tylko nie swoją muzykę (bo nie ma ona najmniejszego prawa konkurować z owocem prawdziwego talentu) i czerpie korzyści ze sławy lub pieniędzy, które należą się jej jak rządowi Gwaledu… Gwadelupy wpływy z twoich podatków.

Jeśli będziesz chciał mnie przekonać, że to, czego słucham jest „złe”, będziesz potrzebował argumentu mocniejszego od tego, że to jest „łomot” i „darcie mordy”. Pierwszy świadczy o tym, że nigdy nie słyszałeś o progresywnym, neoklasycznym czy symfonicznym metalu, a drugi – że nie wiesz o zespołach metalowych, w których śpiewają kobiety i to wyłącznie melodyjnym głosem.

Ale to nie jedyne przestępstwo, jakie „artystyczny przestępca” ma na swoim sumieniu. Podobnie jak włamywacz (teraz już wiesz, czemu w języku angielskim przebicie się do jakiejś branży określa się tym samym słowem, co włamanie się do cudzego domu), „artystyczny przestępca” – w poszukiwaniu tego, co ma materialną wartość i wartość dla społeczeństwa (symbol statusu) – niszczy to, co nie przedstawia dla niego żadnej wartości.

Ten pierwszy strąca z półki kunsztownie wykonane zestawy porcelanowych naczyń, a ten drugi (wespół z naśladowcami, których pojawienie się jest tak pewne, jak obłożenie podatkiem oddychania w ramach walki z nadmierną emisją dwutlenku węgla) przyczynia się do upadku rynku muzycznego, a razem z nim muzyki, którą można nawet podczas Sądu Ostatecznego z czystym sercem sztuką nazwać i zespołów grających taką muzykę (dla wielu ludzi zaskoczeniem jest to, że mniej lub bardziej sławni muzycy nie zarabiają na życie śpiewając czy grając, a pracując na etacie w supermarkecie czy fabryce, przez co fani bardziej wyrafinowanej muzyki muszą na nowy album nieraz jak na wybór nowego papieża czekać [a nie, czekaj… to zabrzmiało źle]), na czym gust społeczeństwa  wychodzi jak Majowie na turnusie „szalikowców chrześcijaństwa”, znanych również pod określeniem hiszpańskich konkwistadorów.

Powiedzmy, że nie zadzierając z fanami, dla których zespół jest religią i którzy nie są w wieku, z którego można wyrosnąć, troszczę się o grupę docelową, która będzie istniała jeszcze długo po tym, jak po „One Injection” pozostanie jedynie wpis w kronice parafialnej…

Możesz się, oczywiście, spierać o to, czy gust muzyczny naszych rodaków jest wynikiem systematycznej indoktrynacji przez przemysł nagraniowy i media („Nie będziesz miał cudzych gatunków muzycznych przede mną”, „Nie pożądaj muzyki bliźniego swego” itd.), czy też „fabrycznie” wybrakowany (ponieważ ich matki piły podczas ich „produkcji”), ale… ciężko jest zaprzeczyć temu, że gust muzyczny rozwija się w wieku, w którym od wpływu mediów uciec jest ciężej niż przed szarżującym hipopotamem (które – w przeciwieństwie do tego, co się powszechnie o nich sądzi – są agresywne jak skrzyżowanie efy piaskowej z nawalonym dresiarzem na ustawce, szybkie jak japońskie pociągi i zabijają rocznie więcej ludzi niż krokodyle [a krokodyle potrafią jednym dziabnięciem na pół przegryźć]).

Nawet jeśli człowiek postanowi wziąć to, na jakiej muzyce się wychowa w swoje ręce, będzie pod ciągłą presją ze strony rówieśni(a)ków, którzy będą patrzeć na niego jak na jaskiniowca, który co dopiero nie załatwiać się pod siebie się nauczył, ponieważ nie słucha modnych „żartystów” jak Nicki Minaj[lepszezajęli] i jej filozoficznych wywodów – tak głębokich, że musi je powtarzać jak zdarta płyta, by na pewno każdy je dobrze zrozumiał (jak np. „jesteś głupia dziwcza”).

Moment, w którym nachodzi cię myśl, że dodanie piosenek Justina Biebera czy Rebecci Black do listy odtwarzania jednak nie było najlepszym pomysłem.

Zazwyczaj, jeśli rzucisz pierwszy kamień w gust czy opinię kogoś zbyt młodego lub głupiego, by wiedzieć, z czego można być dumnym, a co powinno się jak najprędzej między płyty tektoniczne zaraz za dziewczynami z Double Take czy Jenną Rose wrzucić (mówię tutaj o cymbałach, którzy mają czelność nazywać muzykę „One Defection” „rewolucyjną” i porównywać ich zespół do Beatlesów, jednocześnie bagatelizując ich osiągnięcia i podważając znaczenie dla rozwoju muzyki tych drugich), spotykasz się z reakcją równie racjonalną, co strzelanie z katapulty czołgami.

Pierwszy argument, jaki od nich usłyszysz ma ci w założeniu zamknąć usta tak szybko, jak drzwi przed akwizytorami wiary, jednak jest on do tego stopnia przewidywalny, że wydaje się być zaczerpnięty z chrześcijańskiego bingo. Jest to stare, dobre oskarżenie o zazdrość.

Zdaję sobie sprawę z tego, że istnieją ludzie, którzy zazdroszczą pieniędzy i rozgłosu tym, którzy dorobili się ich na odstawianiu chałtury i sami nie mieliby większych oporów przed praktykowaniem sztuki na „odwal się”, gdyby tylko mogli na tym zarobić duże pieniądze, ale dla tych, którzy mają jakiekolwiek artystyczne standardy i choć minimum ludzkiej przyzwoitości zazdroszczenie niezasłużonej sławy/bogactwa jest jak zazdroszczenie królowi skrólwysynowi dopalaczy tego, że dorobił się, sprzedając coś, po czym ludzie zachowywali się jak berserkerowie na grzybach.

Jeśli jednak jesteś jednym z tych, którzy mu tego zazdroszczą, to zrób nam wszystkim przysługę i kopnij od nas hipopotama, gdy jakiegoś spotkasz… (mogę ci zagwarantować, że będzie to największy adrenalinowy orgazm, jakiego w życiu doświadczysz).

„Poprzez białe drogi, z mrozem za pan brat
pędzą moje sanie, szybkie niby wiatr,
więc spier…laj z mojej drogi,
jeśli chcesz pożyć jeszcze kilka lat.”

Jeśli chodzi jednak o myśl, że można zazdrościć komuś talentu, jednocześnie nie znajdując upodobania w jego pracach lub wręcz nie widząc w nich wartości, jest ona dla mnie równie zrozumiała, co obliczenia z mechaniki kwantowej napisane w japońskim języku Braille’a. Jeszcze zrozumiałbym to, że pragniesz i fantazjujesz o tym, że śpiewasz głosem ulubione(go/j) wokalist(y/ki), nawet jeśli różni was płeć… ale żeby dorosły człowiek zazdrościł komuś, kto – w jego oczach – jest mistrzem w stylu, który mu się osobiście nie podoba lub go zupełnie nie interesuje? Nie… nie… to mógł wymyślić jedynie ktoś, kogo ojciec w betoniarce do snu kołysał.

Możesz powiedzieć, że skoro zazdrosnym można być tylko o twórczość kogoś, kogo uważa się za lepszego od siebie, a oni są lepszymi piosenkarzami niż ja, to muszę zazdrościć im umiejętności. Tylko że ja – jak i każdy człowiek, komu zdrowo w głowie „trybi” – jestem bardzo wybredny pod względem tego, komu zazdrościć. Chciałbym umieć growlować jak Christian Älvestam (zespołów, w których śpiewa[ł] jest więcej niż urzędowych imion, jakie ma Akon), gruntować jak Mark Jansen (Epica), Sander Gommans (After Forever), Morten Veland (Sirenia), Anders Jacobsson (Draconian), Sean Farber (były Daath) czy Claudio Ravinale (Disarmonia Mundi); śpiewać jak Tom Shear (Assemblage 23) czy Ronan Harris (VNV Nation) i pisać teksty jak Nagash (Kovenant), Ronan Harris (VNV Nation), Tony Kakko (Sonata Arctica), Tom Shear (Assemblage 23) czy Anders Jacobsson (Draconian) i to nawet jeśli będę musiał się „dziesiętnaście” razy odrodzić, by ich poziom osiągnąć.

Sam kiedyś nie rozumiałem, jak można lubić grunty, ale w końcu trafiłem na „Aegis” grupy Theatre of Tragedy, gdzie występują jedne z najbardziej łagodnych i przystępnych gruntów, jakie znam. Potem słuchałem stopniowo coraz ostrzejszych gruntów, aż w końcu się do nich przyzwyczaiłem. Po czasie okazało się też, że moja awersja do gruntów wynikała z tego, że po prostu nie przepadam za Tristanią.

Nie wiem jak wy, ale ja tam nie widzę nic, co by chociaż odlegle przypominało cokolwiek związanego z One Direction. Myślę, że ci, którzy nie kryją się ze swoją antypatią do „Down Distraction” też mają zupełnie inne obiekty konstruktywnej („Będę ćwiczył dotąd, aż stanę się tak dobry, że to oni będą mnie o to prosić, by móc otwierać moje koncerty!”) lub destrukcyjnej zazdrości („Jedynym, co mam z Małego Księcia jest to, że na mojej planecie jest miejsce tylko dla jednej osoby o tak wielkich umiejętnościach i jestem nią sam! Ja i tylko ja! I nie spocznę, dopóki nie zrównam ich reputacji z dnem oceanu, by ich już nikt nigdy więcej nie słuchał! A potem powiem, że to moje piosenki i oni mi je ukradli! I to ja przejdę do historii!”), niż się ich fanatycznym wyznawcom wydaje.

Oczywiście, jak najbardziej można zazdrościć danemu wykonawcy sukcesu, jednocześnie uważając, że jest on niezasłużony, bo samemu stworzyłoby się coś tak dalece lepszego, jakby z kuźni samego Hefajstosa to podprowadzono, ale tutaj wchodzimy już na grząski grunt sprawiedliwości społecznej, który chętnie poruszę za moment…

Jestem wojownikiem walczącym o miłość i sprawiedliwość pomiędzy gatunkami muzycznymi. Miłość nie może jednak istnieć bez sprawiedliwości, więc póki nie dostanę sprawiedliwości, z miłością możecie się pożegnać. Jesteście tak zaślepieni tym, co kochacie, że potrzebujecie kogoś, kto spojrzy na to odpowiedniej perspektywy… z dystansu!

Miłośnicy muzyki, do jakiej decydenci w największych firmach nagraniowych nie podeszliby bez „Malleus Maleficarum” (elementarza inkwizytorów [wiesz, „Ala ma kota, więc ‚she’s a witch! Burn her!‚” i te sprawy) w ręku i jaka nie jest promowana przez media masowe, są na taką niesprawiedliwość wyczuleni jak syreny na fałszowanie (przynajmniej jedna rzecz, na jaką może się przydać piosenka „Hot Problems” Double Take).

Postaw się na ich miejscu (nie, nie tego – ten to stanął na środku drogi jak debil, żeby go jakiś TIR potrącił) i zastanów się nad następującą sytuacją – oto istnieje muzyk, który potrafi:

a) Grać na instrumencie w sposób, jaki Apollinowi kazałby rzucić swoją lirą ze złości, frustracji i zazdrości tak mocno, że przeleciałaby ona kosmos w poprzek i rąbnęłaby go w tył głowy;

b)Śpiewać w sposób, który syreny popchnęłyby do tego, by wyczołgać się na brzeg, aby być choć trochę bliżej źródła głosu;

c)Komponować partie dla całej orkiestry filharmonicznej, nie odchodząc od gry w League of Legends czy World of Warcraft…

…w przeciwieństwie do Leeroy’a Jenkinsa, który odszedł od komputera, gdy jego drużyna długo i ostrożnie orkiestrowała plany natarcia na grupę ciężkich wrogów, a po powrocie z od razu ruszył do ataku, nie czekając na pozostałych, czym przyniósł im wszystkim zgubę. Dzięki temu stał się synonimem (m.in.) bezmyślnego robienia czegoś, co kończy się epickich rozmiarów porażką, której koszt i konsekwencje ponoszą inni.

A jednak media nie mają „jajmniejszego” zamiaru pozwolić ludziom go odkryć, bo w ich przekonaniu bezpieczniejsze jest promowanie „pół-tworów” jak ten, który Nicki Minaj[szczaładobutów] w całości poświęciła na oskarżanie tej, którą dissuje o to, że jest „głupią dziwczą”, chociaż sama w teledysku wygląda jak krzyżówka tirówki z piniatą, a którego teledysk jest celową próbą zyskania rozgłosu w sposób, w jaki niechcący rozgłos zyskał jeden z odcinków Pokémona – przez doprowadzenie widzów do napadu epilepsji [chciałbym móc napisać, że żartuję…]).

„…ale najgorsze ma dopiero nadejść” („…but the worst is yet to come”), jak zapewne powiedziałby Morten Veland, gdybym nie sprawdził poprawności tego, co usłyszałem w jego partii w „The Path to Decay” w tekście piosenki i nie okazało się, że tak naprawdę ubolewał tylko nad tym, że światło dzienne już dawno zgasło, a nowy poranek jeszcze nie nadszedł. Co jest więc najgorsze? To, że tak samo mało jak od mediów dostajemy, tak samo dużo od nas chcą, na siłę próbując nam sprzedać muzyczny obornik ze stajni wielkich koncernów nagraniowych.

Czas spojrzeć prawdzie w oczy – dla nas to obornik. I nie uważamy tak, bo taka opinia jest popularna; popularne jest również popełnianie samobójstwa (mówi się, że rocznie samobójstwo popełnia milion osób na świecie, a samych prób samobójczych jest 10-20 mln), a jednak żadne z nas się nigdzie w najbliższym czasie nie wybiera. Co więcej, jestem pewien, że w miarę przypływu lat i doświadczenia coraz bardziej miażdżąca większość wołających „1D forever!” do nas dołączy i już „forever” będzie w szeregach armii muzycznych nieumarłych, za jakich nas uważacie, kroczyć.

Jeżeli czytając komentarze pod nagraniami z piosenkami metalowymi na YouTube natkniesz się na jedno z wielu pytań o to, co jest sekretem naszych sąsiadów z północy, który czyni ich bogami metalu, pokaż im to…

Czy chcę przez to powiedzieć, że muzyka „Gone Predilection” jest – patrząc na to obiektywnie  –  badziewna, a ci, do których jest skierowana nie mają prawa jej lubić? Oczywiście, że mają, ale nie w tym leży problem! Problem jest w tym, że ich muzyka jest kierowana metodą shotguna do absolutnie każdego w nadziei, że „a nuż do kogoś trafi?” (czerwony pasek pod ich nagraniami na YouTube to najlepszy dowód na to, ilu „trafiło” po tym, jak je usłyszeli).

To, jak działa na ludzi metoda shotguna można porównać do sytuacji, gdy zupełnie nagle zaczynasz dostawać oferty dla prostytutek (jeśli jesteś kobietą) albo gdy ludzie w twoim otoczeniu z niezrozumiałego powodu zaczęli ci mówić, że oto dowiedzieli się o istnieniu leku na impotencję, który – jak sądzą – jest dokładnie tym, czego ci trzeba i który koniecznie musisz wypróbować (i są przy tym tak uporczywi, jak telemarketerzy, którzy nie potrafią ludzkiej uprzejmości od uległości i niezdecydowania odróżnić). Mówię tutaj o przypadkach, gdy dostajesz takie propozycje pomimo tego, że nie sprzedajesz biletów do swojej pochwy, a penis potrafisz sam postawić prosto jak armatę.

Sam nie wiem, czym jestem bardziej zaskoczony – tym, że „koncerty” zespołów metalowych na YouTube otwiera Nicki Minaj czy to, że ponad 3/4 użytkowników YouTube nie ma zainstalowanego dodatku AdBlock Plus, który całkowicie eliminuje reklamy z tego serwisu, na które tak narzekają.

Jaki pan, taki fan.

Ci, którzy określonego muzyka cenią za to, że potrafi grać na instrumencie tak dobrze, jakby najsłynniejsi kompozytorzy w dziejach postanowili się „hurtem” w jego ciele odrodzić lub określonego śpiewaka za to, że śpiewa tak, jakby zamiast głosu miał radio nastawione na częstotliwości na jakich nadają anioły – mogą tylko przyglądać się temu, co przez następne lata będzie formować gust młodych pokoleń z taką zgrozą, z jaką patrzyliby na rozprzestrzenianie się wirusa zdolnego zrównać populację świata z populacją Polski (tą, jaka przetrwa skrytoludobójczą politykę obecnego rządu – zagłodzić bezrobociem, odebrać dom za bezcen podatkiem katastralnym, zamęczyć pracą przed osiągnięciem emerytury, zadusić protesty ustawą o zgromadzeniach itp.).

Oczywiście, niektórzy z nas nie są w stanie bezczynnie przyglądać się temu, jak wirus pustoszy rynek muzyczny z talentu i próbują zwalczać epidemię, atakując ogniska infekcji jak np. popularne blogi na temat tych zespołów i ich autorów, próbując „leczyć” zainfekowanych krytyką i ośmieszaniem czy profilaktycznie ostrzegać potencjalne, nieświadome zagrożenia ofiary. Zwykle jednak prowadzi to do sytuacji, w których oczywiste staje się znaczenie jednej z zasad internetu mówiącej o tym, że im bardziej czegoś nienawidzisz, tym silniejsze się to staje.

Ja to nazywam metodą wejścia z gó…em na bucie w mokry beton. Tak, jak deszcz wykruszy i wypłucze beton z obornikiem, zostawiając odcisk buta w betonie nietkniętym, tak złośliwy żart przestanie być śmieszny i pójdzie w zapomnienie, pozostawiając po sobie ślad w pamięci o tym, kogo dotyczył.

Walka z tym wirusem przypomina rozpaczliwą próbę powstrzymania golema przed zatłuczeniem całej twojej, nieświadomej zagrożenia rodziny poprzez uczepienie się jego rękawa, z czego on sobie zupełnie nic nie robi, uparcie prąc w ich kierunku…

Jeśli chodzi o zainfekowanych, to nie każdy miłośnik „One Desertion” sprawia, że mam ochotę rzucić się w ich tłum z ogromnym gniazdem rozwścieczonych szerszeni. Problem mam z tymi, którzy zachowują się jak kopnięte hipopotamy nawet nie w stosunku do antyfanów, ale do fanów, którzy w ogóle śmieją mieć inną opinię na ten sam temat (np. co Bella ze „Zmierzchu” powinna wybrać – seks z wampirem i nekrofilię czy seks z wilkołakiem i zoofilię).

Biorąc udział w życiu międzynarodowej społeczności artystów i miłośników sztuki (owa strona ma siedzibę w Stanach Zjednoczonych), miałem – jako jeden z nielicznych w Polsce – szansę obserwować początki nastającego za oceanem szaleństwa, jakie ze sobą przyniósł „Zmierzch” Stephenie Meyer. Widząc to, co się tam wyprawia, wiedziałem, że prędzej czy później dotrze to do Polski i nie mogłem na to nic poradzić – tylko patrzeć i czekać jak na radioaktywną chmurę w „Ostatnim Brzegu”, która przyjdzie nas wszystkich zabić (jeśli chodzi o Stany, to niejednokrotnie jedynym sposobem na uniknięcie śmierci z rąk psychofanek „Zmierzchu” było uprzednie zabicie swojego gustu [patrz: punkt drugi listy]).

Ja się mu tam nie dziwię. Gdybym miał fanki, które zapędziłyby mnie na środek ruchliwej ulicy, nieomal doprowadzając do mojej śmierci, to też spier…łbym przed nimi na drzewo, co sił w nogach.

Jeśli chcesz wiedzieć, dlaczego z atakami ze strony ludzi żywiących do One Direction sympatię, jaką cieszy się Elżbieta Batory (jak jednak wielu historyków i znawców tematu uważa – niesłusznie) spotykają się bardziej umiarkowani fani One Direction, to mam dla ciebie odpowiedź.

To dlatego, że udostępniając ich teledyski i fotografie (które nawet nie próbują udawać, że są zabawne) np. na agregatorach treści („stronach z obrazkami”) odwalają za marketingowców brudną robotę i pozwalają w ten sposób koncernom gigantyczne sumy na reklamie oszczędzać (o co im przecież od samego początku chodziło. Po to w końcu wymyślono marketing wirusowy), często o tym nawet nie wiedząc… co stawia ich po stronie koncernów, które miłośników bardziej ambitnej muzyki napawają nienawiścią i gniewem tak silnym, że mogliby gołymi rękoma mury przebijać (a to z powodu tego, że zabijają muzykę stawiając swoim żartystom poprzeczkę na poziomie dna bagna i obniżając w ten sposób standardy na rynku).

Ale nie tylko… fani oceniani są również na podstawie tego, co robią ich głupi i szaleni/niepoczytalni pobratymcy. To trochę jak z Rumunami, których ocenia się na podstawie tego, co w Polsce robią ich samozwańczy ambasadorowie – szalbierze, szubrawcy i kryminaliści (człowiek skłania się do tego, by myśleć, że to „normalni” Rumuni, których bieda i patologia w ich kraju zepchnęła na drogę przestępstwa i że takich, jak oni jest w ich ojczystym kraju pełno – co jest, oczywiście, nieprawdą. Jeśli się jednak z tym nie zgadzasz, to otwórz okno i zawołaj z całej siły, że chcesz, by oceniali cię po troglodytach, którzy pierwsi do Wlk. Brytanii zwiali, gdy granice Europy otwarto).

„Jedziemy cię wypier…lić.”

Fanom „Ułan Detection” nie pomaga to, że nie zwracają się przeciwko czarnym owcom w swoim stadzie. Nie wiem jak inni, ale ja z miłą chęcią zobaczyłbym pomysłowe podpisy pod muzycznymi wersjami memu „I don’t want to live on this planet anymore” w rodzaju: „Jestem fanką One Direction i uważam, że tego kto to napisał [np. aroganckie porównanie do 1D] powinno się zamknąć w kontenerze z wodą i zmusić do tego, by pozostał pod jej powierzchnią, jeśli nie chce słuchać pogłośnionego do granic możliwości, najgorszego na świecie dubstepu do czasu, aż ponownie zanurzy głowę”.

Dla innych z kolei fani „One Direction” są jak świadkowie Jehowy – niezależnie od tego, jacy są mili i przyjaźni, ich nadrzędnym celem pozostaje  promowanie swojego ulubionego zespołu i prędzej obetną sobie paznokcie piłą spalinową niż przepuszczą okazję, by o nich „poganinowi” wspomnieć.

Dla jeszcze innych są częścią problemu, wobec którego są bezsilni i jego symbolem (ucieleśnieniem), na którym mogą zogniskować i wyładować swój gniew i frustrację z powodu tego problemu. Księża mogliby z ambony ostro jechać po mordercach, porywaczach czy podpalaczach, ale wiedząc, że mają oni głęboko w d…ie to, co społeczeństwo o nich myśli albo mogliby im jeszcze krzywdę zrobić (jak Red John z „Mentalisty”, który zabił rodzinę bohatera za to, że go „ośmieszył” na wizji) skupiają ludzi przeciwko kozłowi ofiarnemu – tym, którzy im nic nie zrobią i którzy nie są prawdziwym problemem (np. gejom i lesbijkom), bo przed prawdziwymi problemami to ludzie w kościele schronienia szukają, a nie żeby im jeszcze ksiądz o nich na mszy przypominał).

Niezależnie od tego, co teraz czujesz i myślisz, za parę lat przypomnisz sobie rysunek z królikami przy marchewkach i uświadomisz sobie, że kupując płyty czy bilety na ich koncerty, płaciłeś (a przynajmniej służyłeś jako żywy banner reklamowy [np. jeśli jest 10 000 ludzi, którzy tylko o nich słyszeli, to gazety już mają rynek, na który mogą sprzedać artykuł o nich, przy okazji poszerzając rynek o następnych odbiorców i tak w kółko) za indoktrynację kolejnych młodych pokoleń muzyką nowych grup, które media i korporacje – niczym w piosence „Prototyp” zespołu Eisbrecher – złożyły z najbardziej pożądanych cech poza talentem, którego – podobnie jak duszy – niczym zastąpić się nie da.

Jeszcze zanim odejdziesz, pozwól, że cię coś zapytam. Czy widzisz ten przycisk udostępniania na Facebooku pod tym wpisem? Jeśli tak, to bardzo Cię o to proszę, abyś udostępnił ten tekst swoim znajomym. Tobie zajmie to naprawdę kilka sekund, a dla przyszłości tego bloga ma ogromne znaczenie. Nie przejmuj się, że „i tak nikt nie kliknie”, bo samo uświadomienie, że taki blog w ogóle istnieje jest bardzo cenne. Ja wiem, że to działa.

Jeśli nie masz konta na Facebooku lub z innego powodu jest to utrudnione, to serdecznie proszę Cię o to, abyś udostępnił to gdziekolwiek masz założone konto, np. na nk.pl, jakimkolwiek (mikro/mini)blogu (Pinger, Twitter, Tumblr), na jakimkolwiek forum z działem różne/hyde park lub innym odpowiednim działem. Nawet umieszczenie adresu bloga w opisie Gadu Gadu się liczy:) Oczywiście, nie chcę prosić o zbyt wiele i wystarczy, jeśli zrobisz tylko jedną z tych rzeczy.

Ja jestem dla waszych znajomych obcy i bardziej ufają oni waszej ocenie. Ja zaś nie chcę nikomu spamować. 

Jeszcze raz bardzo was o to proszę i z góry serdecznie dziękuję za pomoc. 

Edit: z całego serca dziękuję za dotychczasową pomoc. Jesteście naprawdę niesamowici! Pozdrawiam was serdecznie!

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 12. lipca 2012, 17:04 Rabka-Zdrój.

Jeszcze nigdy tak bardzo nie pragnąłem, by kariery pewnych osób obrały kurs rakiety, jaką ostatnio wystrzeliła Korea Północna – jak teraz, gdy media i koncerny muzyczne oraz filmowe biorą na internautach odwet za piractwo, zalewając sieć materiałami promującymi „gwiazdy” reprezentujące sobą poziom rafy koralowej, na której wylądowała rakieta mająca w przyszłości ponieść ideały komunizmu w kosmos (gdzie jest ich miejsce).

Określenie „gwiazda” sugeruje nie tylko nieosiągalny poziom umiejętności bądź cechy (urody czy charyzmy), ale również dużą odległość od człowieka, więc denerwuje mnie to, że „gwiazdy” rzucają się w moje pole widzenia jak słońce na bohatera gry Super Mario Bros 3 za każdym razem, gdy otworzę moje okno na świat (przeglądarkę internetową).

To słońce „biega” w kółko jak człowiek w palącym się domu, który miota się pomiędzy dobrem własnym a cudzym i nie wie, czy w pierwszej kolejności brać nogi za pas, czy laptop pod kurtkę.

Szczególnie agresywnie promuje się w ostatnim czasie rodzina „Brytfanek”, składająca się z autorki poradnika kucharskiego (który radzi, jak zadusić pożar w kuchni, by „jaskiniowcy” na drugim końcu świata nie pomyśleli, że puszczasz im sygnały dymne) i jej trzech córek… co jest o tyle niezrozumiałe, że są to osoby, o których sam diabeł nigdy w życiu nie słyszał.

Opinie na temat tego, dlaczego ich istnienie powinno większość społeczeństwa w ogóle obchodzić są podzielone, jednak przekłady starożytnych tekstów biblijnych z ostatniej chwili dowodzą, że jak najbardziej nie powinny, bo mają one światu jeszcze mniej do pokazania niż modelki w piśmie pornograficznym, którego największą gwiazdą jest Miss Paryża (to znaczy, przysiółka Nowej Góry w województwie małopolskim).

„Najwyraźniej nogi to nie jedyne, co Ariel otrzymała od Ursuli…”

Odmiennego zdania jest „Belonika” (którą na zdjęciu rodzinnym można poznać po tym, że można byłoby ją łańcuchem kotwicy okrętowej owinąć, a i tak by go zabrakło), ponieważ nawet ciało, na którym czołgi rozbijają sobie gąsienice nie było w stanie odwieść jej od zamiaru rozpoczęcia kariery jako tancerka.

Nie jestem przekonany, czy osoba, którą rodzona matka karmiła „na zapas” – jak na kolejną, mogącą wybuchnąć w każdej chwili, wojną światową – zasługuje na podziw i sympatię, jaką budzi osoba, która na wózku inwalidzkim potrafi dokonywać wyczynów akrobatycznych, jakie zawstydzają niejednego amatora jazdy na deskorolce… ale jeśli już koniecznie chce spróbować swoich sił w tańcu, to proponuję, aby wybrała taniec na lodzie – w razie niepowodzenia będzie mogła zapaść się pod ziemię.

„Potęgo Księżyca, dział… (bul bul bul)!”

Nie chcę przez to powiedzieć, że mam problem z tym, że ciąży ona Matce Ziemi bardziej niż powinna (nie mam nic przeciwko osobom z nadwagą. Tym bardziej, jeśli mają jakiś talent, jak Jose Garcia [„Zagubieni”, „Alcatraz”] i Gerhard „Felix” Stass [wokalista zespołu Crematory]). Mam problem z tym, w jaki sposób jej matka próbuje wynagrodzić jej to, że wygląda jak „stożek” w falochronie, do czego doprowadził jej dietetyczny analfabetyzm – chce, by świat dostrzegł „talent” jej córki w dziedzinach, w których ciężko ten talent symulować (taniec i modeling). Nie byłoby w tym nic niewybaczalnego, gdyby jej chęci skończyły się na takim etapie, jak budowa tej autostrady. Ale tak dobrze to nie ma…

Jeśli piszą o nich media, to słodzą im tak bardzo, że zawartość mojego żołądka nabiera ochoty na to, by zrobić sobie z mojego przełyku ścianę wspinaczkową.

Nie miałem już najmniejszych wątpliwości, że moja wybranka pomyślnie przeszła test na inteligencję, gdy zobaczyłem, jak zareagowała po przeczytaniu pierwszych wersów „Zmierzchu”.

„Wiktoria pozowała odważnie i widać, że nastawiona jest na medialny sukces.”

Tak głosi napis nad fotografią… jej siostry, „Beloniki”.
Cieszę się jednak, że „Traktoria” dobrze czuła się podczas sesji zdjęciowej, w której w ogóle nie brała udziału – grunt to pozytywne podejście do sprawy.

„Widać, że Weronika czuje się pewnie i jest królową obiektywu.”

Czytając pozostałe opisy można odnieść wrażenie, że autor sięgnął po pomysł, na którym oparto piosenkę „Baranek” („Na głowie kwietny ma wianek/ W ręku zielony badylek/ A przed nią bieży baranek/ A nad nią lata motylek”), by nie musieć komplementować ani jej urody, ani jej ubioru („No i charakterystyczny warkoczyk!). Co w ogóle oznacza „charakterystyczny” warkoczyk? Warkoczyk, jakiego nikomu rozsądnie myślącemu w ogóle nie przyszłoby do głowy zapleść w takim miejscu? „Charakterystyczny” to może być tępy wyraz twarzy bandyty, który próbował cię ograbić w miejscu, w którym przyciągnąłbyś do okien więcej osób wołając „pożar!”, niż zmieściłoby się na pokładzie tego pociągu.

W innym „artykule” zostały one przyrównane do „Kardaszianek” (celebrytek – milionerek), ale z powodu, który brukowiec FART litościwie pominął (są sławne z tego, że są sławne z niczego). Na tym jednak podobieństwa się nie kończą – nazwisko rodziny (tej, która ma kasy jak lodów) kojarzy się z gatunkiem kaszy, więc określenie „Kardaszianki” można skrócić do „Kaszanki”.

Jaki jest morał tej opowieści, każdy wie – nie możesz mieć umysłu A. Turinga, jeśli masz ciało Any Beatriz B.

Chwali się „Kaszanki” za to, że – pomimo obwodów niebezpiecznie zbliżających się do średnicy felgi ciężarówki Caterpillar (CAT) – są pewne siebie i szczęśliwe. W jednym z komentarzy pod artykułem na ich temat przeczytałem, że jedzenie jest dla nich sposobem kompensowania sobie braku miłości. Nie wiem, czy tak jest naprawdę, ale sądząc po tym, że…

„Zaczęłam tańczyć jako dziecko, Mama woziła mnie na zajęcia do szkoły baletowej.”

…matka nie potrafiła pokochać ich takimi, jakie są. Potrafiła pokochać je tylko wówczas, gdy odnosiły sukcesy odpowiadające jej ambicjom. Jeśli „Balonika” jest szczęśliwa i zadowolona ze swoich rozmiarów (które oznaczałyby pewną śmierć dla kilku osób na tonącym statku, gdyby to ona dobrała się do szalupy ratunkowej jako pierwsza), to dlaczego powiedziała, że…

„Taniec (…) daje mi radość, sens, wolność.”

Czy mam rozumieć, że gdy nie może tańczyć (bo najbliższy parkiet zajmują ludzie, których nie chce przypadkowo rozsmarować na ścianie lub podłodze), to życie przestaje mieć dla niej sens, popada w depresję i zaczyna szukać żyrandola, który by się pod nią nie urwał?

Czy ona chce powiedzieć, że nie czuje się wolna w rodzinie, która może sobie most pomiędzy wieżowcami z banknotów ulepić? Czy oni zamykają ją na noc w samym środku sześcianu?

„Gdy tańczę, jestem tym, kim chcę być.”

Jeśli jest naprawdę tak szczęśliwa w swojej skórze, jaką gra przed obiektywem, to dlaczego mówi, że jedynie tańcząc jest w stanie być osobą, którą chce być?

Możecie całymi miesiącami torturować mnie słuchaniem piosenek „My Jeans” czy „Hot Problems”, ale nigdy w życiu nie zdołacie mnie przekonać, że to, co ona powiedziała nie było rozpaczliwym, lecz zaszyfrowanym w obawie przed przejęciem bezpośredniej kontroli, wołaniem o pomoc (nie ma znaczenia to, że podczas wywiadu z Wojewódzkim powiedziała, że lubi jeść. Człowiek w nałogu alkoholowym lub narkotykowym również powie, że lubi pić czy zażywać, co jednak nie oznacza, że problem jest tak odległy, jak pieniądze z twojej przyszłej emerytury [chyba, że przypadkiem mieszkasz na Kajmanach czy Seszelach]).

„Przejmuję bezpośrednią kontrolę na parkiecie!”

Nie dziwię się jej… Gdybym miał matkę, która publicznie chwali się tym, że pod prysznic chodzi w szpilkach (najwyraźniej nie wystarczyło jej to, że wynajęła dziennikarzy do tego, by napisali, że jest ona najlepiej ubraną kobietą w Polsce, więc postanowiła zająć również miejsce kobiety najlepiej nieubranej), sam wzywałbym pomocy z taką rozpaczą w głosie, z jaką galijska dziewczyna, o której opowiada tekst piosenki „A Rose For Epona” zaklinała boginię jeźdźców i kawalerii, by pospieszyła na ratunek kawalerzystom ze swojego ludu, ginącym podczas migracji, na którą wyruszyli w poszukiwaniu lepszego życia (niestety, bogini najwyraźniej nie była w najlepszym nastroju i pozwoliła, by pospadali z siodeł jak małpy, które oberwały strzałami zamoczonymi w kurarze).

Kobieto, jeśli będziesz próbowała wyrachowaną ciążą zatrzymać mężczyznę przy sobie, nie bądź zaskoczona, gdy zapi…oli Wonder Woman niewidzialny odrzutowiec…

Jeśli jednak „Berta” nie jest jedyną w ich rodzinie, która próbowała pobić czasowy rekord świata w przechodzeniu z pozycji pionowej w poziomą, łażąc na „szczudłach” po mokrej posadzce, to nie wróżę żadnej z nich większego sukcesu w dziedzinach, które wymagają mózgu, który jest wystarczająco wielki, by nie grzechotać w czaszce.

Najwyraźniej jednak powtarzające się uderzenia w głowę obudziły u „Dziktorii” pamięć z poprzedniego wcielenia, w którym wiedziała, w jakich strojach będzie do twarzy czarnej blondynce, a w jakich – rudowłosej Azjatce, skoro zamierza pójść w ślady córki niemiłościwie nam (sz)panującego Davida Jonesa i radzić na swoim blogu, jak wyobrażać sobie, że ubierasz się w to, na co cię nie stać (bo chyba nie sądzisz, że milionerka będzie pisała dla chłopstwa, jak ja czy ty?) i w co się najprawdopodobniej nie zmieścisz (kiedy ostatnio widziałeś Doutzen Kroes, Naomi Campbell, Gisele Bündchen, Laetitię Castę, Josie Maran, Kelly Brook, Evę Herzigową czy Alessandrę Ambrosio w stroju, którego rozmiar sugerowałby, że ktoś pilotowi z „Halo Halo” spadochron [który – nie wiedzieć czemu – wszędzie za sobą ciągnął] podprowadził?).

Jedynie nieliczni wiedzą, że prawdziwym powodem, dla którego Lucy Pinder została modelką nie były jej duże piersi, a rosnące koszty ich…utrzymywania.

„Tak bardzo pragniemy zostać zauważeni i modlimy się w nocy o to, by nas usłyszano, a jednak nie mamy do pokazania nic oprócz nieszczerych słów i niespełnionych marzeń.”
~Covenant, „Figurehead”

Niezależnie od tego, jak dobrze chciałyby wypaść w wywiadach (zakładam, że czuwa nad tym czarodziej od Public Relations), nic nie zmieni tego, jak wiele mówi o nich (i ich wartościach) to, kogo (siostry Kardashian) wybrały sobie na swoje idolki (czego jednak nie będą w stanie powiedzieć nawet zgromadzeni w jednym pociągu najwięksi myśliciele świata to to, dlaczego 9-letnia siostra Kim tańczy na rurze [dla tancerek go-go], zainstalowanej w sypialni jej rodziców).

„Nienawidzę, gdy kobiety noszą podkład o nieodpowiednim odcieniu. Nie ma chyba nic gorszego na tym świecie od tego, że noszą zbyt jasny makijaż.” ~Kim Kardashian

Powiedziała również, że nie lubi, gdy pies ma duże jądra, co nie mogło dobrze wróżyć tym spośród piesków „Kaszanek”, które nie chciały szczekać sopranem.

Jeśli jednak myślisz, że naśladowanie stylu życia silikonowych milionerek jest głównym celem rodziny Wenus (z Willendorfu), to dałeś się im wyprowadzić w pole jak nawigacji samochodowej. Ich prawdziwym celem jest powtórzenie sukcesu, jaki odniósł domowy film pornograficzny z udziałem Kim Kardashian i Ray J’a (brata Brandy Nornwood), który „wyciekł” do sieci (zapewne za sprawą wyjątkowo dobrze zaznajomionego z komputerami „foldergeista”), a za którego sprawą świat usłyszał o kobiecie, której małżeństwo z Krisem Humphriesem (koszykarzem, który wygląda jak Taylor Lautner z filmu „Zmierzch”) potrwało zapierające dech w piersiach 72 dni.

„Kim Kardashian przypomina nam o tym, w jaki sposób stała się sławna.”

„Berta” jest jednak świadoma tego, że żadna z nich nie ma warunków do tego, by w takim filmie wystąpić; jej nie pozwala na to wiek, waga, stan cywilny, status społeczny, a „Belonice” nie pozwala na to waga i uroda, z którą może startować jedynie w Wyborach Miss Ogrodu Zoologicznego.

Mogłoby się wydawać, że szanse powodzenia tego zamiaru będą wahały się między prawdopodobieństwem znalezienia pełnego tekstu piosenki „Fear Bill Gates” („Bój Się Billa Gatesa”) zespołu Illdisposed (wiadomo, że nawet odwrotna strona okładki oryginalnej płyty zawierała wyłącznie małe fragmenty tekstu tej piosenki) a prawdopodobieństwem siłowego przyłączenia Polski do terytorium państwa położonego na samym środku Oceanu Spokojnego, w którym zmieniło się tak niewiele od czasu, gdy z odwiedzinami na Ziemię wpadł ostatni ogromny meteoryt, że mieszkańcy mogliby przysiąc, że jeszcze wczoraj pod ich oknami welociraptory hasały… jednak to nie problem dla dziewczyny, która za pomocą gorsetu potrafi nagiąć zasady narzucone przez biologię tak, by upodobnić się do kobiet z pierwszych stron… strony photoshopdisasters.com. Jej rodzicielka postanowiła – za przykładem ojca Miley Cyrus – pozwolić na to, by jej 15-letniej (widzicie, nawet wiek się zgadza) córce cyknięto pół-akt, w cichej nadziei, że – na zasadzie efektu motyla – zapoczątkuje to falę oburzenia, która przetoczy się przez cały kraj.

Zanim oburzysz się o to, że barwy narodowe twojego kraju reprezentuje damski „bagażnik”, pomyśl o tym, że to samo robi „bagażnik” Miss Polski w konkurencji bikini podczas wyborów Miss World.

Nie przewidziała jednak tego, jak wielka jest różnica pomiędzy Amerykanami (którzy oburzają się za każdym razem, gdy jedna z celebrytek nie założy stanika pod sukienkę tak zwiewną, że równie dobrze mogłaby się z niej przy silniejszym wietrze rozebrać i puszczać ją jak latawiec, a potem – gdy już wszyscy dowiedzą się, jakie parametry mają jej piersi [włącznie z tym, jaki odcień mają sutki i na jakiej wysokości klatki piersiowej się znajdują] – tłumaczy się, że była to tylko „awaria garderoby„) a Polakami (których niemal 200 lat nadopiekuńczego „ojcowania” przez okupantów [„Uważaj, co mówisz!”, „Rób, co ci każę!”, „Nie wracaj późno!”, „Mów dokąd idziesz!”] nauczyło chodzenia z głową w d…e, bowiem jedynie wtedy mieli pewność, że ich prawdziwe myśli były przed nimi (i ich donosicielami) naprawdę bezpieczne. Nie chcieli mieszać się do cudzych spraw i problemów w obawie, że skończy się to dla nich równie przyjemnie, co próba rozdzielenia dwóch wymieniających ciosy bokserów wagi ciężkiej, a to uczyniło ich (i w konsekwencji nas) ludźmi zapatrzonymi w siebie). Nikogo nie powinno więc dziwić, że fotografowanie nieletniej dziewczyny, na co dzień malującej i ubierającej się jak 30-letni, uzależniony od swojej „pracy” (rodzenie demonicznych dzieci) sukkub (tu ostrzegam przed większą nagością niż dotąd), w jeszcze bardziej sugestywnym stroju, zainteresowało polskie społeczeństwo równie bardzo, jak to, jak wysokimi nominałami podciera się celebrytka, która zamiast imienia i nazwiska nosi reklamę francuskiej stolicy (chyba, że chodzi o jedną z trzech miejscowości w Polsce) i sieci hotelów, z których została w 2007 roku wydziedziczona (nie tylko z nich).

„Czerwony Kapturku, dlaczego masz takie duże…?”

Pół miliona Amerykanów złożyło zażalenie do FCC – organu regulującego rynek telekomunikacyjny – z tego powodu, że Justin Timberlake publicznie zrobił z Janet Jackson mityczną amazonkę i miało to swój finał w sądzie. Polacy natomiast… cóż, nie przypominam sobie, by podniosły się głosy oburzenia z powodu tego, że jakaś aktorka pojawiła się na jakiejś gali w sukience tak prześwitującej, że można byłoby przez jej złożone warstwy efemerydy czytać.

Nie przypominam sobie również, by pozostawiająca w swoich piosenkach gramatyczne pogorzeliska Dorota „Doda” Barczewska (pozwoliłem sobie trzy pierwsze litery jej nazwiska przestawić, by nie zawierało ono przedrostka, który nawiązuje do nazwy mojej rodzinnej miejscowości, ale za to przestawiłem litery tak, by mówiły, jakiemu programowi telewizyjnemu polskie społeczeństwo ją zawdzięcza) była kiedykolwiek ciągnięta po scho… po sądach przez osobnika święcie przekonanego, że teledysk do „Dżagi” i amatorski film pornograficzny, jaki nagrała z „Kajdanem” (nie, nie tym z gier „Mass Effect”) tylko po to, by zawędrował do sieci internetowych rybaków, spowodował, że jego nastoletnie córki zaczęły chodzić po galeriach handlowych i mówić facetom wyglądającym na to, co mieli w portfelach, że jeśli nie wyskoczą z kasy na nowe spodnie dla nich, to zrobią im fus ro dah (a przynajmniej tyle zrozumiał z ich rozmowy, gdy na chwilę oderwał swoją uwagę od komputera, co nie zdarzało mu się każdego dnia).

Nie chciałbym być na miejscu ojca żyjącego w świecie, w którym jego córka musiałaby się rozebrać do bielizny, by nie zabić się podczas jazdy na rolkach czy na motorze.

A wystarczyło jedynie mocniej uderzyć w jądra polskiego prawa, tzn. paragraf o obrazie uczuć religijnych, który pozostawia tak bardzo szeroką możliwość interpretacji, jak – dzięki Sziwie (w którego nie wierzą zarówno chrześcijanie, jak i ateiści, co czyni to wyrażenie odpowiednim, bo neutralnym) – martwa ustawa SOPA/PIPA/ACTA (których wariacjami jak CISPA i INDECT będziemy atakowani dopóty, dopóki politykom akronimów nie zabraknie)… tylko tyle wystarczyło, by medialne robaki rozkładały ich sprawę na czynniki pierwsze przez parę następnych lat, jak w przypadku Adama „Pierogala” Darskiego z zespołu grającego poczerniały (dla jednych „wyblacknięty”) death (dla drugich „deaf”, co sugeruje muzykę od głuchych dla głuchych) metal „Bohemeth” (jeśli dobrze rozumiem, łączącego w swojej nazwie bohemę z amfetaminą), który podczas koncertu, w imię wolności słowa „wyzwolił” słowa Biblii z jej kartek, a jej kartki z jej grzbietu; albo Doroty Nieznalskiej, która – zdaniem chrześcijan – miała czelność przedstawić symbol krzyża w dokładnie taki sam obraźliwy sposób, w jaki widziano go w pierwszych wiekach istnienia chrześcijaństwa. Jej proces zakończył się po ośmiu latach jej uniewinnieniem.

{„Artystką”, na której społeczeństwo naprawdę powinno skupić jest Katinka „Tinkerbell” Simonse (to dziwne uczucie, gdy niemal identyczne nazwisko łączy osobę, którą kochasz [za jej sztukę] z osobą, którą nienawidzisz [za jej „sztukę”]), która zabiła swoją chorą kotkę, bo nie chciała zapłacić weterynarzowi za jej leczenie, a następnie zrobiła sobie torebkę z jej skóry. Żeby to było jedyne, co zrobiła – cała jej „sztuka” opiera się na znęcaniu się nad zwierzętami, zabijaniu i okaleczaniu ich ciał!}

„Brytfanki” mogły pójść drogą Joanny Krupy, która dla PETY (organizacji, która pod przykrywką opieki nad zwierzętami i walki w obronie ich praw wyłudza od wrażliwych ludzi pieniądze na „ratowanie” zwierząt, które – jak tylko znajdą się w rękach jej pracowników – uśmierca, zamiast szukać im domów, do czego – w założeniu – została powołana) zrobiła miejsce na swoim ciele, by graficy przy pomocy Photoshopa zrobili swoją magię.

Jeśli nie chcesz wiedzieć, co fanatyczni chrześcijanie chcieli jej zrobić po tym, jak to zobaczyli, to nie oglądaj zakończenia teledysku piosenki „Ov Fire and Void” Behemotha (chyba, że bawi cię widok „Pierogala” wpiep…jącego pióra).

Chociaż doniesienia na ich temat powoli zamierają, jak odgłosy dobiegającej końca walki na polu bitwy, obawiam się, że nie jest to ostatni raz, gdy zostanę wystawiony na działanie intelektualnych wymiotów kobiety, która ubiera się jak opakowanie gorzkiej czekolady z końca lat 80-tych lub początku lat 90-tych czy jej pochlebców w rodzaju Dawida „Golińskiego”, który na tym zdjęciu wygląda, jakby się nawalił i nie potrafił spojrzeniem pomiędzy dwójkę palców trafić… co sugeruje również jego porównanie „Berty” do Dity Von Teese, które mogło jedynie rykoszetować, bo karierę aktorki i modelki zaczęła ona od pracy jako tancerka go-go. Nie ma co, „Goliński” wie, jak się kobiecie przypochlebić…

Ja jednak nie mam dla niej słów cieplejszych od plemników wyciągniętych z ciekłego azotu. Równie liczne, jak owe plemniki są „strzały” zarzutów w moim kołczanie. Jednym z nich jest to, że zarzeka się, że nie promuje otyłości, co jednak nie przeszkadza jej w planach zrobienia kariery i zarabiania na modzie dla otyłych. Promuje za to „wartości rodzinne” jak załatwianie po znajomości udziału w pokazach mody w charakterze modelki czy posady choreografki w zespole Ich Troje córkom, które nie mają do tego warunków fizycznych. Za „wartości rodzinne” uważa również „siadanie” na osobowościach córek swoją osobowością do tego stopnia, że podczas wywiadów zabierają głos tylko po to, by powtórzyć niemal słowo w słowo to, co przed chwilą powiedziała ich matka. Jest do tego próżna (otwarcie przyznała z córkami w telewizji, że mają one „parcie na szkło”), arogancka (na krytykę ze strony doświadczonej dziennikarki i naczelnej pism, Karoliny Korwin-Piotrowskiej zareagowała z oburzeniem, pytając kim ONA w ogóle jest i co takiego zrobiła) i głupia jak słowa piosenek Pitbulla śpiewane w odwrotnej kolejności („Muszę być barwną osobowością, skoro media się mną interesują!” [tak, tak barwną jak kałuża twoich wymiocin]).

W chwili, gdy piszę te słowa toczą się losy świata, bo „Berta” będzie walczyć o posadę w nowym programie kulinarnym w TVN z nikim innym jak z samą Magdą Gessler, od czego próbuje ją odwieść Polsat, oferując jej poprowadzenie programu, który będzie poronionym pomysłem nie na jeden, a na dwa sposoby (miałby to być program modowo – kulinarny).

Nie byłbym sobą, gdybym nie sprawdził, jak się to potoczyło. Jak rozumiem, zdecydowała się przyjąć propozycję TVN-u, jednak wciąż nie wiadomo, czy to ona, czy też jej rywalka w nim wystąpi. W sumie szkoda, że nie zmierzyły się o prowadzenie programu w Polsacie, bo znając jego poziom, byłaby to pewnie walka w kisielu…

Sądzę, że w następnym artykule wybiorę sobie na cel celebrytę, który już od dłuższego czasu działał ludziom na nerwy swoją odpychającą osobowością czy beztalenciem. Zamiast jednak sam decydować o tym, kto powinien zostać celem następnego artykułu, chciałem dać wam możliwość przesyłania swoich propozycji. Swoje propozycje możecie przesyłać na adres e-mailowy pedigree (małpa) .pl lub przesłać je w komentarzu pod tekstem (do tego, by pozostawić komentarz nie jest wymagana rejestracja).

Czy widzicie przyciski udostępniania pod tekstem? Jeśli tak, to bardzo was o to proszę, abyście udostępnili ten tekst swoim znajomym na Facebooku. To nie kosztuje was wiele, a dla mnie to bardzo ważne – od tego zależy przyszłość tego bloga. Zostań bohaterem już dziś, podziel się tym z innymi.

Chciałem wam wszystkim serdecznie podziękować za udostępnianie tekstu. W jeden dzień przyniosło to wielki wzrost liczby odwiedzających, dlatego proszę was, abyście nie ustawali w udostępnianiu moich tekstów. Pozdrawiam was serdecznie i jeszcze raz najserdeczniej dziękuję.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 13 maj 2012, godz. 19:36, Rabka-Zdrój.

Nie należy podchodzić do poniższego tekstu zupełnie poważnie – za wyjątkiem fragmentów, w których odnoszę się do poważniejszych tematów. Niektóre zawierają śladowe ilości cynizmu, a miejscami czarnego humoru, co niektórzy mogą uznać za niesmaczne. Czujcie się więc ostrzeżeni. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Jak zapewne wiecie, na modzie znam się równie bardzo, co na życiu seksualnym pantofelków i – szczerze powiedziawszy – interesuje mnie ona równie bardzo.

Dlaczego więc o tym piszę? Już spieszę z odpowiedzią. Tym razem równie długą, co spódnica prostytutki (tak, równie długą. Jeśli przesuwając suwak po prawej stronie czujesz się, jakbyś jechał windą wgłąb „Wieliczki”, przypominam, że nikt nie powiedział, że nie może to być spódnica Marii Magdaleny).

Zaczęło się od tego, że moją uwagę zwrócił nagłówek artykułu na stronie głównej serwisu onet.pl głoszący: „Czarne chmury nad głową Catherine”.

...czyli: "Jak Catherine spaliła schabowego..."

Jak łatwo się domyślić, górę wzięły moje zainteresowania meteorologiczne. Czym prędzej więc odwiedziłem stronę z wieściami z kraju, gdzie czarne chmury należą do zjawisk pogodowych tak rzadkich i przewidywalnych, że angielscy dżentelmeni poczęli nosili parasole jako element mody.

Mam świadomość, że nie powinno się zwracać uwagi na nieszkodliwe przejawy ludzkiej głupoty. Naprawdę, nie mam nic do ludzi prostych, ale nieszkodliwych i prostodusznych. Nienawidzę jednak ludzi wykazujących się głupotą połączoną z arogancją, agresją, cynizmem, egoizmem czy megalomanią, bowiem potajemnie podąża za nimi – niczym zmierzający na królewski casting Kupciuszek – silne przekonanie o wysokiej wartości wypowiadanych opinii i własnej nieomylności.

Mogę mieć tylko nadzieję, że takim ludziom to minie – podobnie, jak o północy minęły efekty prochów, jakie wyżej wymieniona niewątpliwie musiała wziąć (jak inaczej mogłaby tańczyć w butach, które były dla niej wystarczająco duże, by ześlizgnąć się z jej stopy podczas biegu, a mimo to nie czuć stóp, które powinny do tego czasu obracać się w stawach jak metronom), ale ponieważ nadzieja jest matką głupich, należy się spodziewać, że będzie ich wychowywać bezstresowo…

Eugenio, przecież powtarzałam ci tyle razy, byś nie zakładała niebieskiego stroju! Teraz mój nie pasuje kolorem do twojego! Naprawdę nie widzę innego wyjścia - będziesz musiała się wrócić i się przebrać!

Inteligentny człowiek (napisałbym „dorosły”, ale nie zawsze idzie to w parze) posiada intelektualny radar połączony z rakietowym systemem obronnym, który strąca szkodliwe i destrukcyjne myśli nie tylko zanim staną się częścią jego systemu przekonań, ale jeszcze zanim w ogóle pojawią się na radarze. Dlatego człowiek potrafi przeczytać wypowiedzi, które przypominają raczej intelektualne miazmaty, nie zwracając na nie uwagi, ale na szczęście bez szkody dla zdrowia psychicznego i zdrowego rozsądku, które ludzie posługujący się językiem Tolkiena (nie, nie językiem elfickim) określają ładnym i melodyjnym słowem „sanity” (stąd określenie „urządzenie sanitarne”, gdyż ludzie wiszą nad jednym z nich jak nad wyrocznią, zastanawiając się, gdzie mieli rozum, gdy tyle poprzedniego dnia wypili).

Niestety, istnieją ludzie, którzy z racji młodego wieku lub braku doświadczenia albo przepuszczają bombowce – gotowe na..ać im do głowy jak gołębie – albo przemykają one pod ich radarem, z czego zdają sobie sprawę dopiero wtedy, gdy jest już za późno.

W rezultacie mamy dzieci, których mentalność rozwija się jak papierowy gwizdek, bowiem naśladują ludzi, którzy jedyne, co mają wartościowego do powiedzenia, to „Jestem Półgłówkiem/Prostytutką/Poszukiwany/Półanalfabetą na 100%” napisane na bluzie. Albo… młode nastolatki, które „Zmierzch” nauczył, że obsesyjna zazdrość i zaborczość psychopatycznego chłopaka jest dowodem czystej, pięknej, silnej miłości. Nie uwierzyłbym w to nawet wtedy, gdyby próbowano mnie do tego przekonać, zaprowadzając mnie nad rzekę pełną ryb potrafiących w ciągu zaledwie kilkunastu sekund sprowadzić wagę człowieka do poziomu typowego dla anorektycznej modelki.

Nie wierzyłem… do czasu, kiedy nie zapoznałem się z opowiadaniami (a raczej ich analizami) Milenki (analizy 24, 25 i 26 oraz 36, 37 i 38) i Zamyślonej Belli (analizy 102 i 103) zamieszczonymi na tym blogu (dziękuję Kurze z Biura za listę).

Rozumiem, że można paść ofiarą manipulacji przebranej w piękne słowa – gdyby uleganie manipulacji było grzechem, kościoły na całym świecie musiałyby ustawić kasy biletowe do konfesjonałów. Nie mam jednak zrozumienia dla akceptowania chamstwa przebranego za szczerość i nie mam jednak zamiaru dopuszczać do tego, by przemknęło pod intelektualnym radarem innych ludzi, podobnie jak głupota przebrana za autorytet, manipulacja przebrana za opinię, zawiść przebrana za troskę, projekcja psychologiczna bądź szantaż przebrany za krytykę.

Może się mylę, doszukując się podobnych pobudek w wypowiedziach osób wypowiadających się na ten temat. Może niesłusznie podejrzewałem każdą z nich o ukryty motyw, podczas gdy tak naprawdę są najzwyczajniej w świecie bezdusznymi harpiami, które tylko czekają na jakieś potknięcie wybranej przez siebie ofiary, by mogły się one – a przy okazji ich publiczność – dowartościować.

Czy diabeł (który, jak wiadomo, ubiera się u Prady) jest taki straszny, jakim go malują? Zobaczmy…

„Czarne chmury zebrały się nad głową księżnej Catherine. Zwykle chwalona za swoje kreacje, fryzury i dodatki, teraz zbiera krytyczne opinie. Kilka znanych osób ze świata mody i show-biznesu postanowiło przyjrzeć [się] jej stylowi i wizerunkowi. Najpierw głos zabrała Kelly Osbourne. Niedawno w programie Jaya Leno „Tonight Show” skrytykowała księżną za to, że pojawiła się kilka razy w tym samym ubraniu.
– Gdybym miała takie stanowisko jak ona, wykorzystywałabym daną kreację tylko raz – powiedziała.”

"Wielcy ludzie rozmawiają o pomysłach. Przeciętni ludzie rozmawiają o rzeczach. Mali ludzie rozmawiają o innych ludziach."

Nie chcę się nawet wypowiadać, jak idiotyczne jest krytykowanie osób, które nam niczym nie zawiniły z powodu kilkakrotnego założenia tego samego stroju. Widziałem artykuły, które napisano tylko dlatego, że osoby, o których była w nich mowa nosiły ten sam strój rok czy dwa lata temu.

Tak, dobrze słyszeliście. Ktoś naprawdę poświęcił swój czas na to, by dogrzebać się do zdjęcia, na którym widać daną kobietę wykorzystującą ubrania zgodnie z ich przeznaczeniem [w tym miejscu następuje dramatyczne zachłyśnięcie się powietrzem], a nie jak jakieś prezerwatywy – a przy okazji postanowił marnować także wasz czas. Nie dziękujcie – zrobił to dla was zupełnie bezinteresownie, tzn. ktoś inny mu za to wcześniej zapłacił.

Doskonale rozumiem, że zazdrosne kobiety potrafią być wobec siebie jak napuszczone na siebie koguty podczas nielegalnych walk z ich udziałem; musiałbym urodzić się wczoraj, żeby nie wiedzieć, jaki – uwarunkowany społecznie i ewolucyjnie – cel mają kobiety w poniżaniu potencjalnych rywalek z powodu ich wyglądu. Podałbym alternatywne znaczenie pierwszego słowa w angielskim tłumaczeniu wyrażenia „walka kogutów” jako odpowiedź, ale jest to odpowiedź równie oczywista jak to, że częścią pełnowartościowego śniadania supermodelek są środki przeczyszczające.

Zamieszczam więc odnośnik do artykułu na stronie renomowanego tygodnika omawiającego osiągnięcia światowej nauki, w którym można przeczytać o tym, że oceny atrakcyjności innych kobiet wydawane przez kobiety, które miały akurat okres płodny, obniżały się z poziomu „Adriana Lima” do poziomu „Dzwonnik z Notre Dame”. Czy przyczyna tego zjawiska różni się od przyczyny ukrywającej się pod tłumaczeniem wyrażenia „walka kogutów”? Nie, ale nie chciałem ryzykować dosadną odpowiedzią riposty „zupełnie, jakby faceci tego nie robili w przypadku kobiet”. Oczywiście, że to robią i jeszcze pozwalają sobą  manipulować jak jakieś łosie

...nie mówiąc już o "mężczyźnie", który zapoczątkował modę wśród kobiet na odchudzanie się poprzez operacyjne wycięcie dolnych żeber.

Zostawmy również w spokoju biblijną kobietę, która – jak jakaś supermodelka – była tak bliska granicy dozwolonej wagi, że zjadłszy kawałek zakazanego owocu nagle nabawiła się nowego problemu, a mianowicie: „Nie mam się w co ubrać”.
Powróćmy do tych, które narzekają na to, że inne nie mają się w co ubrać.

Tak się zastanawiam… być może aparycyjny faszyzm jest najzwyczajniej w świecie przeniesieniem zachowań znanych z życia na płaszczyznę mediów – tak, aby cały świat mógł popatrzeć, jak osoby pokroju Kelly Osbourne przyłażą do studia tylko po to, aby w możliwie najbardziej poprawny politycznie sposób powiedzieć, że księżna Catherine wygląda jak panienka o obyczajach równie ciężkich, co pierwiastek z początku tablicy Mendelejewa.

Możesz pomyśleć, że jedynie serwisy plotkarskie, prasa kobieca czy bulwarowa uważa ubrania za odpowiednik papieru toaletowego. Muszę cię zawieść – ten temat niejednokrotnie poruszały wiadomości w polskiej telewizji publicznej. No… Chciałbym móc powiedzieć, że żartuję…

Tak na marginesie – jeśli poszukasz wyników dla wyrażenia „Kelly Osbourne” (+) „Catherine” w Google, otrzymasz 8 mln. 380 tys. wyników – w tym wyniki ze stron rozpoznawalnych gazet i stacji telewizyjnych. Pomyślałem sobie, że media zareagowały zupełnie, jakby samego papieża obraziła, ale okazało się, że moje porównanie było trochę na wyrost – wyników dla wyrażenia „insulted” (+) „Pope” jest 3 mln 520 tys. Odnoszę wrażenie, że świat bardziej interesuje to, co księżna ma na sobie, aniżeli rozprawianie papieża o pokonaniu postępującego AIDS wyłącznie siłą woli (zawsze, gdy zastanawiam się, czy media naprawdę nie mają nic lepszego do roboty niż szukanie sensacji, przypominam sobie genialną, zabawną piosenkę satyryczną „What we call the news”).

Zacząłem się zastanawiać, czy czasem komuś nie zależy na wywieraniu presji na sławnych i bogatych, aby kupowali jak najwięcej kosztownych ubrań. Wydawało mi się, że ktoś próbuje ich medialnie szantażować, stawiając ich w sytuacji między młotem a kowadłem, gdzie ani nie mogą nie kupować nowych, drogich ubrań, ani nie mogą kupować ubrań, do których wyprodukowania Gucci czy Armani nawet po pijaku by się nie przyznał, bo w obu przypadkach spuszczono by na nich medialne szambo zawiści i zazdrości, ku ogólnej schadenfreude gawiedzi. A gdyby jeszcze były masywne jak ciężarówki przewożące wielkie głazy z kamieniołomów i przegrały dramatyczną walkę z depilacją, samo wzięcie pilota do ręki działałoby na odbiorców jak wibrator!

"Namaluj mnie jak jedną z twoich francuskich dziewczyn."

Choć z drugiej strony… mówić o presji kupowania ubrań, kosmetyków czy biżuterii w przypadku większości kobiet to jak mówić o presji w przypadku heteroseksualnego mężczyzny, któremu oddano cały harem pełen młodych i pięknych kobiet do dyspozycji.

Nie znaczy to jednak, że sławni i bogaci ludzie sukcesu nie doświadczają presji z innych powodów (np. konieczność poddawania się operacjom plastycznym dla zachowania stanowiska i utrzymania kariery). Nie muszę wam chyba mówić, jak wielu z nich sięga po środki, które przeistaczają ich intelektualny radar w grę Pac-Mana polegającą na połykaniu „magicznych” pigułek niczym dropsów i uciekaniu przed duchami (czyt. głosami w głowie) lub decyduje się np.  skoczyć na zamienniku liny bungee przywiązanej w miejsce krawata lub zrobić sobie kanał La Manche przez sam środek czaszki za pomocą pistoletu.

"Ja ci ku..a dam 'Narysuj mnie, jak jedną z twoich francuskich dziewczyn!'"

W każdym razie tutaj jest lista trzynastu supermodelek, które wg popularnych wyobrażeń „nie wstają z łóżka za mniej, niż 10 tys. dolarów” i „mają pracę, która polega wyłącznie na podróżowaniu, noszeniu ubrań i pozowaniu do zdjęć”, a mimo to popełniły samobójstwo – czy to spadając z najkrótszego „wybiegu” na świecie, umiejscowionego po zewnętrznej stronie okna, czy też robiąc z siebie to, co społeczeństwo w nich zawsze widziało – wieszaki i bezduszne manekiny z krwi, kości i kokainy.

Przyznam, że nie rozumiem znanego z telewizji „dramatu” dwóch kobiet, które przyszły na przyjęcie w tym samym stroju (powiedziałbym, że w obawie przed tym, że płatny zabójca pomyli jedną z drugą, ale najwyraźniej kobiety po prostu kochają sobie komplikować życie, bo tragedią jest nawet to, że inna kobieta całe lata temu i w zupełnie innym miejscu pojawiła się w tej samej sukience. No, chyba, że będąc na ich miejscu niechcący ubrałbym się jak Courtney Love, która miała w sobie więcej igieł niż… niż… ach, nieważne – też bym się zabił) i nie jestem pewien, czy i w jakim stopniu księżna weźmie do siebie krytykę od osoby, której – sądząc po stwierdzeniu, że „gdyby była…” – wydaje się, że ma wystarczające kwalifikacje do tego, by zostać księżną. Nie sądzę jednak, by zamierzała z tego powodu przenieść się umysłem (tymczasowo) lub duszą (permanentnie) na drugą stronę rzeczywistości, gdzie trawa jest zawsze bardziej zielona (co się dobrze składa, bo wątpię, by pozwolono się nam odrodzić jako coś innego niż baran lub osioł za to, że pozwoliliśmy się głosom wewnątrz głowy zrobić w konia).

Jeśli chodzi o kwalifikacje…
Nie bardzo wolno mi o tym mówić, ale… wystarczy tatuaż, choćby nawet w miejscu, które przykrywa ubranie, by pożegnać się z możliwością wzięcia ślubu z osobą z arystokratycznej rodziny. Nie mam żadnych powodów, by wątpić w prawdomówność osoby, od której to wiem…

“Jeśli mam zostać przyszłą, cho…ną królową Anglii, to będą nosić daną sukienkę tylko raz, bo rezygnuję wtedy z reszty swojego życia, z całej mojej prywatności, więc przynajmniej mogę mieć nową sukienkę każdego dnia.” ~ Kelly Osbourne.

Gdyby Kelly w wyniku ułożenia się w jednym rzędzie wszystkich planet naszego układu słonecznego (innej możliwości nie przewiduję) została księżną, rodzina królewska musiałaby upozorować krajową awarię dostawy energii elektrycznej, by nie dopuścić do tego, by ich rodacy usłyszeli lub zobaczyli coś takiego (choć jak widzę mają z tym pewne doświadczenia). Oczywiście, możesz powiedzieć: „Została do takiego zachowania sprowokowana przez Christinę Aguilerę!”, ale ja w tym widzę karmiczną sprawiedliwość – ona obraża inne, to inne obrażają ją. Chciałoby się rzec: „What goes around, comes around” (czyli nasze „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Zimbabwe”).

Przenieś się tam, gdzie Jules Verne napisał swoją najnowszą powieść - "W osiemdziesiąt milisekund dookoła świata!"

Kelly, która najwyraźniej nie mieści się w jednej windzie z własnym ego, nie widzi problemu w tym, że za 365/366 drogich strojów rocznie zapłaciliby brytyjscy podatnicy, podobnie  zresztą jak za ślub Williama z Catherine.

Przynajmniej montażysta się dobrze bawił za pieniądze, które będzie zwracał (jako podatnik), choć ich nigdy w życiu, nawet przez szybę (ekran telewizora się nie liczy), na oczy nie widział.

Naturalnie, nie uważam się ze kogoś, kto pozjadał wszystkie rozumy (zjedzenie rozumu osoby pokroju Paris Hilton skończyłoby się zupełnie jak znane z gier planszowych „wracasz do miejsca startu”), więc biorę pod uwagę to, że moje podejrzenia dotyczące lobbingu ze strony projektantów i domów mody na rzecz kupowania ubrań w ilościach, które pozwoliłyby usypać kopiec wysokości materaców księżniczki śpiącej na ziarenku grochu mogą być równie oderwane od rzeczywistości jak przekonanie, że Nigel Farage nie jest Chuckiem Norrisem, skoro przeżył rozbicie się awionetki z relatywnie niewielkimi obrażeniami.

Nie wydawało mi się jednak, aby nie chcieli wykorzystać szansy, jaką daje posiadanie „swojego człowieka” na odpowiednim miejscu, który wywierałby nacisk bądź manipulował innymi na ich korzyść.

Przykładem mogą być, np. recenzenci na serwisie gamespot.com, którzy nie schodzą poniżej oceny 7/10, a grę ocenianą na 7/10 uważają za przeciętną (ocena 5/10 powinna być przeciętna), co oznacza, że próbują „sprzedać” ciasto z robaków, ukrywając je pod apetyczną polewą wysokich ocen. Głośnym echem odbiło się zwolnienie Jeffa Gerstmana za niepochlebną recenzję gry Kane and Lynch, który dał grze szokujące 6/10 (w tym czasie cały serwis był jedną wielką reklamą wyżej wymienionej gry). Wystarczy powiedzieć, że sponsor miał minę, jakby właśnie spróbował własnego ciasta z pierścienic, ale ponieważ nie widział niczego złego w „recepcie”, zażądał zwolnienia „cukiernika”. Tak więc wyleciał on z pracy, w której spędził ostatnie jedenaście lat, pożegnany radą, by uważał, aby zatrzaskujące się za nim drzwi nie uderzyły go w tyłek, gdy będzie wychodził.

Ale czy trzeba daleko szukać przykładów?
Producent szczepionek przeciwko A/H1N1 „kupił” sobie członków Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), by przekonać rządy krajów Europy do zakupu szczepionek. Nie wiem, czy do szczepionek dołączano  igły i strzykawki, ale jeśli tak, to radziłbym rządom zacząć promować wśród swoich rodaków grę w rzutki, bo naprawdę nie mogę sobie wyobrazić dla nich innego zastosowania.

Koncerny farmaceutyczne „kupują” edytorów w magazynach medycznych, by nie dopuszczali do druku artykułów z wynikami badań, które mogłyby być szkodliwe dla interesów tych koncernów. Ten przypadek dotyczył aparatury zdolnej wykryć trzykrotnie więcej, często niewidocznych nawet na zdjęciu rentgenowskim (chyba, że któryś lekarz poświęcił tyle czasu na przyglądanie się małym punktom na zdjęciach, że osiągnął wprawę godną osoby autystycznej), nowotworów piersi.

Tak, nie mylą was oczy. Ktoś czuł się bardziej komfortowo, wiedząc, że kobiety na całym świecie umierały na raka piersi choćby o jeden dzień dłużej i wręcz miał nadzieję, że świat medycyny dowie się o istnieniu tego urządzenia nie prędzej niż dowiedział się o istnieniu Oetziego, a jeśli już, to jego możliwości wzbudzą równie wielkie zainteresowanie jak to, który „pierwotniak” z epoki miedzi zamordował człowieka, którego świat zapamięta jako tego, który  zastygł, jakby patrzył na zegarek (oczywiście, nie powinieneś patrzeć, jeśli na widok zakonserwowanego ciała twój żołądek katapultuje twój ostatni posiłek jak pilota ze spadającego samolotu).

   
        Nowość! Urządzenie, które może wyzwolić cię z niewoli koncernów farmaceutycznych, próbujących utrzymywać cię przy życiu, ale w stanie choroby tak, aby jak najdłużej na tobie zarabiać! Już niedługo w zatęchłych, zakurzonych, zamkniętych na cztery spusty piwnicach budynków rządowych w twojej okolicy! Zadzwoń już teraz, a przyślemy do ciebie naszego konsultanta!

Jeśli sądzisz, że zapomniałem o najbardziej oczywistym możliwym wyjaśnieniu przyczyny ataków na osoby, których praca nie polega na wyglądaniu dobrze na scenie (jak w przypadku modelek, aktorów, piosenkarek), to popełniłeś właśnie saperski błąd.

Projektanci wcale nie muszą wywierać nacisków na sławnych i bogatych, aby wyjść na swoje, bo krytykując ich publicznie robią sobie darmową reklamę.

Nie muszę chyba mówić, że próbują grać na dwa fronty – tym, którzy są pozytywnie lub neutralnie nastawieni do krytykowanych osób, próbują się pokazać jako „surowi, ale troskliwi eksperci, którzy mają wyłącznie dobro tych osób na względzie”, a tym, którzy są do nich nastawieni negatywnie (z powodu zazdrości na przykład), próbują pokazać, że „czują i myślą tak, jak oni, więc ich (wynikające z zazdrości) emocje są jak najbardziej na miejscu”.

Przeczytałem wypowiedź, która mówi, że Jay Leno jest uważany za kompletnie beznadziejnego komika/prowadzącego (mimo tego, że od czasu do czasu można się pośmiać z jego dowcipów), ponieważ nielubienie go stało się popularne. Z podobnych względów ludzie, którzy tak naprawdę nie mieli nic przeciwko Chuckowi Norrisowi opowiadali o nim dowcipy. Obecnie na Youtube sposobem na zyskanie sobie akceptacji i sympatii użytkowników jest poniżanie i żartowanie sobie z Justina Biebera lub Rebecci Black i ludzi, którzy słuchają ich muzyki (jeśli ktoś chce obiektywnej, konstruktywnej opinii na temat Biebera z ust kogoś, kto nie lubi – powtarzam – nie lubi jego muzyki, spójrzcie tutaj. Sam również nie lubię jego muzyki, ale „trolling” przez oddawanie sprawiedliwości pasuje do cynicznej wymowy tego tekstu).

Eksperymenty psychologiczne pokazały, że chętniej pomagamy i wspieramy tych, których lubimy, więc jeśli projektanci przypodobają się i zyskają sympatię osób wśród których popularne jest nielubienie pewnych osób, będą oni bardziej skłonni w przyszłości wesprzeć ich finansowo (nie muszę chyba mówić, jak dużą rolę grają w tym media. Nigdzie indziej nie widać tego lepiej, jak na przykładzie mediów, które całymi latami pastwiły się nad pewnymi znanymi osobami tylko po to, by po ich śmierci pokazać środkowy palec osobom, na których zarabiały i zacząć robić ze zmarłych celebrytów bohaterów, męczenników i geniuszy).

Wiedzą, że pewni ludzie lubią nosić produkty firmowane znanym nazwiskiem dla szpanu. A jak można szybko zyskać rozgłos? Występując samotnie lub jednocząc ludzi przeciwko wielkiemu, wspólnemu „wrogowi” (przychodzi mi na myśl np.  odzież z napisem, który można rozwinąć w „Jacek Placek na 100%”).

Przypomina to przypadek „kowala słowa” zwanego Pietro Aretino, który opisano w książce „48 Laws of Power” Roberta Greena i Joosta Elffersa. Nie był znany, więc chciał osiągnąć sławę. Wiedział, że może ją osiągnąć występując w roli Dawida przeciwko Goliatowi, a Goliatem był panujący wówczas papież. Rozgłos przyniósł mu satyryczny utwór, który napisał o podarowanym papieżowi słoniu, a do którego papież był bardzo przywiązany. Jak nietrudno się domyślić, występowanie przeciwko papieżowi w owych czasach było posunięciem równie odważnym jak… jak…

Stary niedźwiedź mocno śpi, stary niedźwiedź mocno śpi. My się go nie boimy i mu wpier...

No, właśnie…
Przypomina mi to również niejedną sytuację, gdy pewien pisarz osiągnął sławę i zdobył bogactwo. Joanne K. Rowling, Stephenie Meyer, Dan Brown – prędko spadły na nich wszystkich pozwy złożone przez ludzi, którzy twierdzili, że ukradli oni ich pomysły. Często byli to mało znani pisarze, którzy liczyli na to, że nawet jeśli nie wywalczą dla siebie odszkodowania, to przynajmniej media podejmą temat, dzięki czemu oni sami zyskają rozgłos, a ich książki staną się bardziej znane, co przyczyni się do poprawy wyników sprzedaży.

Projektanci wiedzą również, że wymierne korzyści może im przynieść także wypowiadanie się w mediach w charakterze ekspertów. Wiedzą, że ludzie poszukują wyrobów ludzi, których uważa się za ekspertów i mistrzów w danej dziedzinie, a ponieważ taka opinia często wiąże się z posiadaniem znanego nazwiska lub marki, ludzie w pierwszej kolejności poszukują i myślą o kupieniu tego, co wydaje się znajome choćby z nazwy.

Ach, byłbym zapomniał o pozostałych osobach wymienionych w artykule…

Kto jeszcze wyświadczył księżnej Cambridge niedźwiedzią przysługę? Dwójka homoseksualnych projektantów, którzy na szczęście nie udzielali jej porad na temat ubioru, bowiem porady dotyczące tego, jak się ubrać, aby się podobać mężczyznom byłyby tak naprawdę poradami dotyczącymi tego, jak podobać się homoseksualnym mężczyznom, a w dodatku takim, których szal i czapka dzieli od ubierania się jak hipsterzy.

Dołączyła do nich projektantka mody Vivienne Westwood – osoba będąca w wieku, w którym powinno się już tylko szyć na drutach swetry i skarpetki, których nikt, może poza Kononowiczem, by nie założył. Twierdzi, że księżna nie ma stylu, chociaż sama ubiera się jak Tidus z Final Fantasy X, w którego przypadku nie ma nawet jak określić tego, co miał na sobie (ćwierć-koszula? Lateksowy fartuch na szelkach?). Wybaczcie, ale nie widzę, czego mogłaby księżną nauczyć kobieta, która chodzi w chuście na głowę przewieszonej przez ramię z wycięciem na brzuchu, poprzez które widać coś, co – mógłbym przysiąc – wygląda, jak sprytnie udające białe spodnie babcine majty – wystarczająco duże, aby można było z nich uszyć spadochron.

W tym miejscu muszę napisać, że otrzymałem odpowiedź na pytanie, dlaczego wielokrotne wykorzystywanie strojów wywołuje tak wielkie oburzenie, jednak jest to odpowiedź w rodzaju tych, które spodziewałbym się raczej usłyszeć w odcinku serialu „Dr House”: „Umierasz i nie wiemy na co, ale wykluczyliśmy jedną chorobę, na którą – jak sądziliśmy – umierasz”.

Dowiedziałem się, że jeśli jesteś celebrytą, prominentem lub członkiem rodziny królewskiej, pojawienie się w tym samym stroju jest nietaktem towarzyskim. Wiesz, savoir vivre – zbiór zasad dobrego wychowania mówiący np. że nie powinieneś podawać komuś widelca, którym chwilę wcześniej drapałeś się po tyłku. Jak zapewne wiesz, zasad savoir vivre’u nie kończy się kropką – kończy się je wyrażeniem „bo tak!”

Natknąłem się również na wątek, w którym pewna kobieta pytała, czy ponowne założenie sukienki na wesele byłoby nietaktowne. Nie chciała wyjść na „Ewę”, która – gdyby tylko mogła – chodziłaby goła, bo ma węża w kieszeni. Z jakiegoś powodu postawiła znak równości między tym, a przyjechaniem Maybachem na pierwszą komunię swojego chrześniaka, aby podarować mu paczkę długopisów.

Na początku dowiedziałem się, że szantaż medialny nie musiał mieć miejsca, bo tymi „swoimi ludźmi” okazują się być same zainteresowane. Michelle Obama otrzymuje kosztowne sukienki w prezencie, ale – podobnie jak w przypadku Pippy i Catherine Middleton – samo to, że je nosi prowadzi często w ciągu kilku dni do spustoszenia magazynów w całym kraju, bo całe zapasy wykupują owce („barany” nie pasują, ale pasuje „owczy pęd”), które chcą być takie jak one. Choć nie powinienem raczej używać wyrażenia „spustoszenie magazynów”, bo właśnie to w tej chwili robią uczestnicy zamieszek w Londynie.

Ale potem…
Przyznam, że zdążyłem napisać artykuł liczący sobie ilość słów równą rokowi, w którym Polska zbuduje stadion na Euro, a wciąż nie miałem przekonującego zakończenia i traciłem wiarę w słuszność teorii o medialnym szantażu.
W takim wypadku notatka mijała się z celem jak przeciwne krańce tego mostu. Próbowałem wybrnąć z bagna argumentacji, odnosząc się do artykułu, w którym napisano, że również Anna Wintour nie traktuje swojego ubioru jak kalendarza. Postanowiłem więc sprawdzić, czy ktoś próbował się postawić demonicznej, trzęsącej światem mody redaktorce naczelnej amerykańskiego Vogue (czyt. w ogóle), krytykując ją za to, że recyklując swoje ubrania, bawi się w planetariuszkę z „Kapitana Planety”, ale najwyraźniej wszyscy krytycy zginęli w tajemniczych okolicznościach, bo nikt nie odważył się napisać na ten temat, nawet pod osłoną anonimowości sieci.
Natknąłem się jednak na fragment artykułu w wynikach wyszukiwania, w którym ktoś odważnie zapytał, dlaczego Anna Wintour może odgrzewać swoją garderobę jak kotlety, podczas gdy od Catherine Middleton-Windsor oczekuje się, że będzie kupowała wystarczająco dużo ubrań, by umacniać wały przeciw-powodziowe w pobliskiej Holandii.
Powiedz…
Czy podążyłeś kiedyś za głosem wewnętrznym i okazało się, że znalazłeś się tam, gdzie miałeś się znaleźć? Pewnie tak, bo inaczej już dawno wdepnąłbyś w minę, wlazłbyś w legowisko niedźwiedzia lub wylądowałbyś na dnie zapomnianego przez Boga leśnego urwiska z połamanymi nogami.
Ja nie miałem najmniejszego pojęcia po co to zrobiłem, ale odwiedziłem stronę z artykułem, w którym padło wspomniane powyżej pytanie i zacząłem go czytać. Dotarłszy do końca, natrafiłem na następujący fragment:
„Celebrytki mogą obrażać/krytykować Kate Middleton za wielokrotne zakładanie rzeczy ze swojej garderoby z powodu zazdrości, ale projektanci mody robią to w ramach strategii marketingowej. Jeśli wszyscy członkowie rodzin królewskich i bogacze na całym świecie wezmą z niej przykład i będą często „recyklować” przedmioty designerskie, zaszkodzi to ich interesom, a może nawet w końcu zabije ich branżę.”
Szantaż to, według słownika języka polskiego, „wywieranie presji na kogoś i wymuszanie czegoś za pomocą zastraszenia lub groźby kompromitacji”. Jeśli wymuszanie kupowania ubrań pod groźbą ośmieszenia na skalę światową nie jest szantażem, to nie wiem co nim jest.
Oczywiście, oskarżanie kogoś o to, że ubiera się w to, co zdążył wygrzebać z kontenera z pomocą materialną dla krajów trzeciego świata nie jest aż takie poważne, jak publiczne oskarżanie kogoś o np. gwałt (za które można kogoś pozwać do sądu), a jedynie kobiecym odpowiednikiem  obrażania kogoś tym, że ma członek wystarczająco mały, by zmieścił się między progiem a zamkniętymi drzwiami. Słyszałeś kiedyś, by ktoś pozwał kogoś do sądu za obrazę wyglądu czy ośmieszanie jego inteligencji w mediach? Ja nie. I właśnie dlatego to robią.
Chciałbym zamknąć niniejszą notatkę następującą odpowiedzią Kelly Osbourne na pytanie Jaya Leno, które zadał, aby rozładować napiętą atmosferę.
“A co z majtkami? Wyrzuciłabyś je?”

Na co odpowiedziała: “Cóż, jeśli bym mogła, to bym to zrobiła. W sumie to nawet całkiem dobry pomysł.”

Kto powiedział, że recykling ubrań nie może być seksowny?

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 23 Sierpień 2011, 18.19.

%d blogerów lubi to: