Tag Archive: Piękno


Jeszcze nigdy tak bardzo nie pragnąłem, by kariery pewnych osób obrały kurs rakiety, jaką ostatnio wystrzeliła Korea Północna – jak teraz, gdy media i koncerny muzyczne oraz filmowe biorą na internautach odwet za piractwo, zalewając sieć materiałami promującymi „gwiazdy” reprezentujące sobą poziom rafy koralowej, na której wylądowała rakieta mająca w przyszłości ponieść ideały komunizmu w kosmos (gdzie jest ich miejsce).

Określenie „gwiazda” sugeruje nie tylko nieosiągalny poziom umiejętności bądź cechy (urody czy charyzmy), ale również dużą odległość od człowieka, więc denerwuje mnie to, że „gwiazdy” rzucają się w moje pole widzenia jak słońce na bohatera gry Super Mario Bros 3 za każdym razem, gdy otworzę moje okno na świat (przeglądarkę internetową).

To słońce „biega” w kółko jak człowiek w palącym się domu, który miota się pomiędzy dobrem własnym a cudzym i nie wie, czy w pierwszej kolejności brać nogi za pas, czy laptop pod kurtkę.

Szczególnie agresywnie promuje się w ostatnim czasie rodzina „Brytfanek”, składająca się z autorki poradnika kucharskiego (który radzi, jak zadusić pożar w kuchni, by „jaskiniowcy” na drugim końcu świata nie pomyśleli, że puszczasz im sygnały dymne) i jej trzech córek… co jest o tyle niezrozumiałe, że są to osoby, o których sam diabeł nigdy w życiu nie słyszał.

Opinie na temat tego, dlaczego ich istnienie powinno większość społeczeństwa w ogóle obchodzić są podzielone, jednak przekłady starożytnych tekstów biblijnych z ostatniej chwili dowodzą, że jak najbardziej nie powinny, bo mają one światu jeszcze mniej do pokazania niż modelki w piśmie pornograficznym, którego największą gwiazdą jest Miss Paryża (to znaczy, przysiółka Nowej Góry w województwie małopolskim).

„Najwyraźniej nogi to nie jedyne, co Ariel otrzymała od Ursuli…”

Odmiennego zdania jest „Belonika” (którą na zdjęciu rodzinnym można poznać po tym, że można byłoby ją łańcuchem kotwicy okrętowej owinąć, a i tak by go zabrakło), ponieważ nawet ciało, na którym czołgi rozbijają sobie gąsienice nie było w stanie odwieść jej od zamiaru rozpoczęcia kariery jako tancerka.

Nie jestem przekonany, czy osoba, którą rodzona matka karmiła „na zapas” – jak na kolejną, mogącą wybuchnąć w każdej chwili, wojną światową – zasługuje na podziw i sympatię, jaką budzi osoba, która na wózku inwalidzkim potrafi dokonywać wyczynów akrobatycznych, jakie zawstydzają niejednego amatora jazdy na deskorolce… ale jeśli już koniecznie chce spróbować swoich sił w tańcu, to proponuję, aby wybrała taniec na lodzie – w razie niepowodzenia będzie mogła zapaść się pod ziemię.

„Potęgo Księżyca, dział… (bul bul bul)!”

Nie chcę przez to powiedzieć, że mam problem z tym, że ciąży ona Matce Ziemi bardziej niż powinna (nie mam nic przeciwko osobom z nadwagą. Tym bardziej, jeśli mają jakiś talent, jak Jose Garcia [„Zagubieni”, „Alcatraz”] i Gerhard „Felix” Stass [wokalista zespołu Crematory]). Mam problem z tym, w jaki sposób jej matka próbuje wynagrodzić jej to, że wygląda jak „stożek” w falochronie, do czego doprowadził jej dietetyczny analfabetyzm – chce, by świat dostrzegł „talent” jej córki w dziedzinach, w których ciężko ten talent symulować (taniec i modeling). Nie byłoby w tym nic niewybaczalnego, gdyby jej chęci skończyły się na takim etapie, jak budowa tej autostrady. Ale tak dobrze to nie ma…

Jeśli piszą o nich media, to słodzą im tak bardzo, że zawartość mojego żołądka nabiera ochoty na to, by zrobić sobie z mojego przełyku ścianę wspinaczkową.

Nie miałem już najmniejszych wątpliwości, że moja wybranka pomyślnie przeszła test na inteligencję, gdy zobaczyłem, jak zareagowała po przeczytaniu pierwszych wersów „Zmierzchu”.

„Wiktoria pozowała odważnie i widać, że nastawiona jest na medialny sukces.”

Tak głosi napis nad fotografią… jej siostry, „Beloniki”.
Cieszę się jednak, że „Traktoria” dobrze czuła się podczas sesji zdjęciowej, w której w ogóle nie brała udziału – grunt to pozytywne podejście do sprawy.

„Widać, że Weronika czuje się pewnie i jest królową obiektywu.”

Czytając pozostałe opisy można odnieść wrażenie, że autor sięgnął po pomysł, na którym oparto piosenkę „Baranek” („Na głowie kwietny ma wianek/ W ręku zielony badylek/ A przed nią bieży baranek/ A nad nią lata motylek”), by nie musieć komplementować ani jej urody, ani jej ubioru („No i charakterystyczny warkoczyk!). Co w ogóle oznacza „charakterystyczny” warkoczyk? Warkoczyk, jakiego nikomu rozsądnie myślącemu w ogóle nie przyszłoby do głowy zapleść w takim miejscu? „Charakterystyczny” to może być tępy wyraz twarzy bandyty, który próbował cię ograbić w miejscu, w którym przyciągnąłbyś do okien więcej osób wołając „pożar!”, niż zmieściłoby się na pokładzie tego pociągu.

W innym „artykule” zostały one przyrównane do „Kardaszianek” (celebrytek – milionerek), ale z powodu, który brukowiec FART litościwie pominął (są sławne z tego, że są sławne z niczego). Na tym jednak podobieństwa się nie kończą – nazwisko rodziny (tej, która ma kasy jak lodów) kojarzy się z gatunkiem kaszy, więc określenie „Kardaszianki” można skrócić do „Kaszanki”.

Jaki jest morał tej opowieści, każdy wie – nie możesz mieć umysłu A. Turinga, jeśli masz ciało Any Beatriz B.

Chwali się „Kaszanki” za to, że – pomimo obwodów niebezpiecznie zbliżających się do średnicy felgi ciężarówki Caterpillar (CAT) – są pewne siebie i szczęśliwe. W jednym z komentarzy pod artykułem na ich temat przeczytałem, że jedzenie jest dla nich sposobem kompensowania sobie braku miłości. Nie wiem, czy tak jest naprawdę, ale sądząc po tym, że…

„Zaczęłam tańczyć jako dziecko, Mama woziła mnie na zajęcia do szkoły baletowej.”

…matka nie potrafiła pokochać ich takimi, jakie są. Potrafiła pokochać je tylko wówczas, gdy odnosiły sukcesy odpowiadające jej ambicjom. Jeśli „Balonika” jest szczęśliwa i zadowolona ze swoich rozmiarów (które oznaczałyby pewną śmierć dla kilku osób na tonącym statku, gdyby to ona dobrała się do szalupy ratunkowej jako pierwsza), to dlaczego powiedziała, że…

„Taniec (…) daje mi radość, sens, wolność.”

Czy mam rozumieć, że gdy nie może tańczyć (bo najbliższy parkiet zajmują ludzie, których nie chce przypadkowo rozsmarować na ścianie lub podłodze), to życie przestaje mieć dla niej sens, popada w depresję i zaczyna szukać żyrandola, który by się pod nią nie urwał?

Czy ona chce powiedzieć, że nie czuje się wolna w rodzinie, która może sobie most pomiędzy wieżowcami z banknotów ulepić? Czy oni zamykają ją na noc w samym środku sześcianu?

„Gdy tańczę, jestem tym, kim chcę być.”

Jeśli jest naprawdę tak szczęśliwa w swojej skórze, jaką gra przed obiektywem, to dlaczego mówi, że jedynie tańcząc jest w stanie być osobą, którą chce być?

Możecie całymi miesiącami torturować mnie słuchaniem piosenek „My Jeans” czy „Hot Problems”, ale nigdy w życiu nie zdołacie mnie przekonać, że to, co ona powiedziała nie było rozpaczliwym, lecz zaszyfrowanym w obawie przed przejęciem bezpośredniej kontroli, wołaniem o pomoc (nie ma znaczenia to, że podczas wywiadu z Wojewódzkim powiedziała, że lubi jeść. Człowiek w nałogu alkoholowym lub narkotykowym również powie, że lubi pić czy zażywać, co jednak nie oznacza, że problem jest tak odległy, jak pieniądze z twojej przyszłej emerytury [chyba, że przypadkiem mieszkasz na Kajmanach czy Seszelach]).

„Przejmuję bezpośrednią kontrolę na parkiecie!”

Nie dziwię się jej… Gdybym miał matkę, która publicznie chwali się tym, że pod prysznic chodzi w szpilkach (najwyraźniej nie wystarczyło jej to, że wynajęła dziennikarzy do tego, by napisali, że jest ona najlepiej ubraną kobietą w Polsce, więc postanowiła zająć również miejsce kobiety najlepiej nieubranej), sam wzywałbym pomocy z taką rozpaczą w głosie, z jaką galijska dziewczyna, o której opowiada tekst piosenki „A Rose For Epona” zaklinała boginię jeźdźców i kawalerii, by pospieszyła na ratunek kawalerzystom ze swojego ludu, ginącym podczas migracji, na którą wyruszyli w poszukiwaniu lepszego życia (niestety, bogini najwyraźniej nie była w najlepszym nastroju i pozwoliła, by pospadali z siodeł jak małpy, które oberwały strzałami zamoczonymi w kurarze).

Kobieto, jeśli będziesz próbowała wyrachowaną ciążą zatrzymać mężczyznę przy sobie, nie bądź zaskoczona, gdy zapi…oli Wonder Woman niewidzialny odrzutowiec…

Jeśli jednak „Berta” nie jest jedyną w ich rodzinie, która próbowała pobić czasowy rekord świata w przechodzeniu z pozycji pionowej w poziomą, łażąc na „szczudłach” po mokrej posadzce, to nie wróżę żadnej z nich większego sukcesu w dziedzinach, które wymagają mózgu, który jest wystarczająco wielki, by nie grzechotać w czaszce.

Najwyraźniej jednak powtarzające się uderzenia w głowę obudziły u „Dziktorii” pamięć z poprzedniego wcielenia, w którym wiedziała, w jakich strojach będzie do twarzy czarnej blondynce, a w jakich – rudowłosej Azjatce, skoro zamierza pójść w ślady córki niemiłościwie nam (sz)panującego Davida Jonesa i radzić na swoim blogu, jak wyobrażać sobie, że ubierasz się w to, na co cię nie stać (bo chyba nie sądzisz, że milionerka będzie pisała dla chłopstwa, jak ja czy ty?) i w co się najprawdopodobniej nie zmieścisz (kiedy ostatnio widziałeś Doutzen Kroes, Naomi Campbell, Gisele Bündchen, Laetitię Castę, Josie Maran, Kelly Brook, Evę Herzigową czy Alessandrę Ambrosio w stroju, którego rozmiar sugerowałby, że ktoś pilotowi z „Halo Halo” spadochron [który – nie wiedzieć czemu – wszędzie za sobą ciągnął] podprowadził?).

Jedynie nieliczni wiedzą, że prawdziwym powodem, dla którego Lucy Pinder została modelką nie były jej duże piersi, a rosnące koszty ich…utrzymywania.

„Tak bardzo pragniemy zostać zauważeni i modlimy się w nocy o to, by nas usłyszano, a jednak nie mamy do pokazania nic oprócz nieszczerych słów i niespełnionych marzeń.”
~Covenant, „Figurehead”

Niezależnie od tego, jak dobrze chciałyby wypaść w wywiadach (zakładam, że czuwa nad tym czarodziej od Public Relations), nic nie zmieni tego, jak wiele mówi o nich (i ich wartościach) to, kogo (siostry Kardashian) wybrały sobie na swoje idolki (czego jednak nie będą w stanie powiedzieć nawet zgromadzeni w jednym pociągu najwięksi myśliciele świata to to, dlaczego 9-letnia siostra Kim tańczy na rurze [dla tancerek go-go], zainstalowanej w sypialni jej rodziców).

„Nienawidzę, gdy kobiety noszą podkład o nieodpowiednim odcieniu. Nie ma chyba nic gorszego na tym świecie od tego, że noszą zbyt jasny makijaż.” ~Kim Kardashian

Powiedziała również, że nie lubi, gdy pies ma duże jądra, co nie mogło dobrze wróżyć tym spośród piesków „Kaszanek”, które nie chciały szczekać sopranem.

Jeśli jednak myślisz, że naśladowanie stylu życia silikonowych milionerek jest głównym celem rodziny Wenus (z Willendorfu), to dałeś się im wyprowadzić w pole jak nawigacji samochodowej. Ich prawdziwym celem jest powtórzenie sukcesu, jaki odniósł domowy film pornograficzny z udziałem Kim Kardashian i Ray J’a (brata Brandy Nornwood), który „wyciekł” do sieci (zapewne za sprawą wyjątkowo dobrze zaznajomionego z komputerami „foldergeista”), a za którego sprawą świat usłyszał o kobiecie, której małżeństwo z Krisem Humphriesem (koszykarzem, który wygląda jak Taylor Lautner z filmu „Zmierzch”) potrwało zapierające dech w piersiach 72 dni.

„Kim Kardashian przypomina nam o tym, w jaki sposób stała się sławna.”

„Berta” jest jednak świadoma tego, że żadna z nich nie ma warunków do tego, by w takim filmie wystąpić; jej nie pozwala na to wiek, waga, stan cywilny, status społeczny, a „Belonice” nie pozwala na to waga i uroda, z którą może startować jedynie w Wyborach Miss Ogrodu Zoologicznego.

Mogłoby się wydawać, że szanse powodzenia tego zamiaru będą wahały się między prawdopodobieństwem znalezienia pełnego tekstu piosenki „Fear Bill Gates” („Bój Się Billa Gatesa”) zespołu Illdisposed (wiadomo, że nawet odwrotna strona okładki oryginalnej płyty zawierała wyłącznie małe fragmenty tekstu tej piosenki) a prawdopodobieństwem siłowego przyłączenia Polski do terytorium państwa położonego na samym środku Oceanu Spokojnego, w którym zmieniło się tak niewiele od czasu, gdy z odwiedzinami na Ziemię wpadł ostatni ogromny meteoryt, że mieszkańcy mogliby przysiąc, że jeszcze wczoraj pod ich oknami welociraptory hasały… jednak to nie problem dla dziewczyny, która za pomocą gorsetu potrafi nagiąć zasady narzucone przez biologię tak, by upodobnić się do kobiet z pierwszych stron… strony photoshopdisasters.com. Jej rodzicielka postanowiła – za przykładem ojca Miley Cyrus – pozwolić na to, by jej 15-letniej (widzicie, nawet wiek się zgadza) córce cyknięto pół-akt, w cichej nadziei, że – na zasadzie efektu motyla – zapoczątkuje to falę oburzenia, która przetoczy się przez cały kraj.

Zanim oburzysz się o to, że barwy narodowe twojego kraju reprezentuje damski „bagażnik”, pomyśl o tym, że to samo robi „bagażnik” Miss Polski w konkurencji bikini podczas wyborów Miss World.

Nie przewidziała jednak tego, jak wielka jest różnica pomiędzy Amerykanami (którzy oburzają się za każdym razem, gdy jedna z celebrytek nie założy stanika pod sukienkę tak zwiewną, że równie dobrze mogłaby się z niej przy silniejszym wietrze rozebrać i puszczać ją jak latawiec, a potem – gdy już wszyscy dowiedzą się, jakie parametry mają jej piersi [włącznie z tym, jaki odcień mają sutki i na jakiej wysokości klatki piersiowej się znajdują] – tłumaczy się, że była to tylko „awaria garderoby„) a Polakami (których niemal 200 lat nadopiekuńczego „ojcowania” przez okupantów [„Uważaj, co mówisz!”, „Rób, co ci każę!”, „Nie wracaj późno!”, „Mów dokąd idziesz!”] nauczyło chodzenia z głową w d…e, bowiem jedynie wtedy mieli pewność, że ich prawdziwe myśli były przed nimi (i ich donosicielami) naprawdę bezpieczne. Nie chcieli mieszać się do cudzych spraw i problemów w obawie, że skończy się to dla nich równie przyjemnie, co próba rozdzielenia dwóch wymieniających ciosy bokserów wagi ciężkiej, a to uczyniło ich (i w konsekwencji nas) ludźmi zapatrzonymi w siebie). Nikogo nie powinno więc dziwić, że fotografowanie nieletniej dziewczyny, na co dzień malującej i ubierającej się jak 30-letni, uzależniony od swojej „pracy” (rodzenie demonicznych dzieci) sukkub (tu ostrzegam przed większą nagością niż dotąd), w jeszcze bardziej sugestywnym stroju, zainteresowało polskie społeczeństwo równie bardzo, jak to, jak wysokimi nominałami podciera się celebrytka, która zamiast imienia i nazwiska nosi reklamę francuskiej stolicy (chyba, że chodzi o jedną z trzech miejscowości w Polsce) i sieci hotelów, z których została w 2007 roku wydziedziczona (nie tylko z nich).

„Czerwony Kapturku, dlaczego masz takie duże…?”

Pół miliona Amerykanów złożyło zażalenie do FCC – organu regulującego rynek telekomunikacyjny – z tego powodu, że Justin Timberlake publicznie zrobił z Janet Jackson mityczną amazonkę i miało to swój finał w sądzie. Polacy natomiast… cóż, nie przypominam sobie, by podniosły się głosy oburzenia z powodu tego, że jakaś aktorka pojawiła się na jakiejś gali w sukience tak prześwitującej, że można byłoby przez jej złożone warstwy efemerydy czytać.

Nie przypominam sobie również, by pozostawiająca w swoich piosenkach gramatyczne pogorzeliska Dorota „Doda” Barczewska (pozwoliłem sobie trzy pierwsze litery jej nazwiska przestawić, by nie zawierało ono przedrostka, który nawiązuje do nazwy mojej rodzinnej miejscowości, ale za to przestawiłem litery tak, by mówiły, jakiemu programowi telewizyjnemu polskie społeczeństwo ją zawdzięcza) była kiedykolwiek ciągnięta po scho… po sądach przez osobnika święcie przekonanego, że teledysk do „Dżagi” i amatorski film pornograficzny, jaki nagrała z „Kajdanem” (nie, nie tym z gier „Mass Effect”) tylko po to, by zawędrował do sieci internetowych rybaków, spowodował, że jego nastoletnie córki zaczęły chodzić po galeriach handlowych i mówić facetom wyglądającym na to, co mieli w portfelach, że jeśli nie wyskoczą z kasy na nowe spodnie dla nich, to zrobią im fus ro dah (a przynajmniej tyle zrozumiał z ich rozmowy, gdy na chwilę oderwał swoją uwagę od komputera, co nie zdarzało mu się każdego dnia).

Nie chciałbym być na miejscu ojca żyjącego w świecie, w którym jego córka musiałaby się rozebrać do bielizny, by nie zabić się podczas jazdy na rolkach czy na motorze.

A wystarczyło jedynie mocniej uderzyć w jądra polskiego prawa, tzn. paragraf o obrazie uczuć religijnych, który pozostawia tak bardzo szeroką możliwość interpretacji, jak – dzięki Sziwie (w którego nie wierzą zarówno chrześcijanie, jak i ateiści, co czyni to wyrażenie odpowiednim, bo neutralnym) – martwa ustawa SOPA/PIPA/ACTA (których wariacjami jak CISPA i INDECT będziemy atakowani dopóty, dopóki politykom akronimów nie zabraknie)… tylko tyle wystarczyło, by medialne robaki rozkładały ich sprawę na czynniki pierwsze przez parę następnych lat, jak w przypadku Adama „Pierogala” Darskiego z zespołu grającego poczerniały (dla jednych „wyblacknięty”) death (dla drugich „deaf”, co sugeruje muzykę od głuchych dla głuchych) metal „Bohemeth” (jeśli dobrze rozumiem, łączącego w swojej nazwie bohemę z amfetaminą), który podczas koncertu, w imię wolności słowa „wyzwolił” słowa Biblii z jej kartek, a jej kartki z jej grzbietu; albo Doroty Nieznalskiej, która – zdaniem chrześcijan – miała czelność przedstawić symbol krzyża w dokładnie taki sam obraźliwy sposób, w jaki widziano go w pierwszych wiekach istnienia chrześcijaństwa. Jej proces zakończył się po ośmiu latach jej uniewinnieniem.

{„Artystką”, na której społeczeństwo naprawdę powinno skupić jest Katinka „Tinkerbell” Simonse (to dziwne uczucie, gdy niemal identyczne nazwisko łączy osobę, którą kochasz [za jej sztukę] z osobą, którą nienawidzisz [za jej „sztukę”]), która zabiła swoją chorą kotkę, bo nie chciała zapłacić weterynarzowi za jej leczenie, a następnie zrobiła sobie torebkę z jej skóry. Żeby to było jedyne, co zrobiła – cała jej „sztuka” opiera się na znęcaniu się nad zwierzętami, zabijaniu i okaleczaniu ich ciał!}

„Brytfanki” mogły pójść drogą Joanny Krupy, która dla PETY (organizacji, która pod przykrywką opieki nad zwierzętami i walki w obronie ich praw wyłudza od wrażliwych ludzi pieniądze na „ratowanie” zwierząt, które – jak tylko znajdą się w rękach jej pracowników – uśmierca, zamiast szukać im domów, do czego – w założeniu – została powołana) zrobiła miejsce na swoim ciele, by graficy przy pomocy Photoshopa zrobili swoją magię.

Jeśli nie chcesz wiedzieć, co fanatyczni chrześcijanie chcieli jej zrobić po tym, jak to zobaczyli, to nie oglądaj zakończenia teledysku piosenki „Ov Fire and Void” Behemotha (chyba, że bawi cię widok „Pierogala” wpiep…jącego pióra).

Chociaż doniesienia na ich temat powoli zamierają, jak odgłosy dobiegającej końca walki na polu bitwy, obawiam się, że nie jest to ostatni raz, gdy zostanę wystawiony na działanie intelektualnych wymiotów kobiety, która ubiera się jak opakowanie gorzkiej czekolady z końca lat 80-tych lub początku lat 90-tych czy jej pochlebców w rodzaju Dawida „Golińskiego”, który na tym zdjęciu wygląda, jakby się nawalił i nie potrafił spojrzeniem pomiędzy dwójkę palców trafić… co sugeruje również jego porównanie „Berty” do Dity Von Teese, które mogło jedynie rykoszetować, bo karierę aktorki i modelki zaczęła ona od pracy jako tancerka go-go. Nie ma co, „Goliński” wie, jak się kobiecie przypochlebić…

Ja jednak nie mam dla niej słów cieplejszych od plemników wyciągniętych z ciekłego azotu. Równie liczne, jak owe plemniki są „strzały” zarzutów w moim kołczanie. Jednym z nich jest to, że zarzeka się, że nie promuje otyłości, co jednak nie przeszkadza jej w planach zrobienia kariery i zarabiania na modzie dla otyłych. Promuje za to „wartości rodzinne” jak załatwianie po znajomości udziału w pokazach mody w charakterze modelki czy posady choreografki w zespole Ich Troje córkom, które nie mają do tego warunków fizycznych. Za „wartości rodzinne” uważa również „siadanie” na osobowościach córek swoją osobowością do tego stopnia, że podczas wywiadów zabierają głos tylko po to, by powtórzyć niemal słowo w słowo to, co przed chwilą powiedziała ich matka. Jest do tego próżna (otwarcie przyznała z córkami w telewizji, że mają one „parcie na szkło”), arogancka (na krytykę ze strony doświadczonej dziennikarki i naczelnej pism, Karoliny Korwin-Piotrowskiej zareagowała z oburzeniem, pytając kim ONA w ogóle jest i co takiego zrobiła) i głupia jak słowa piosenek Pitbulla śpiewane w odwrotnej kolejności („Muszę być barwną osobowością, skoro media się mną interesują!” [tak, tak barwną jak kałuża twoich wymiocin]).

W chwili, gdy piszę te słowa toczą się losy świata, bo „Berta” będzie walczyć o posadę w nowym programie kulinarnym w TVN z nikim innym jak z samą Magdą Gessler, od czego próbuje ją odwieść Polsat, oferując jej poprowadzenie programu, który będzie poronionym pomysłem nie na jeden, a na dwa sposoby (miałby to być program modowo – kulinarny).

Nie byłbym sobą, gdybym nie sprawdził, jak się to potoczyło. Jak rozumiem, zdecydowała się przyjąć propozycję TVN-u, jednak wciąż nie wiadomo, czy to ona, czy też jej rywalka w nim wystąpi. W sumie szkoda, że nie zmierzyły się o prowadzenie programu w Polsacie, bo znając jego poziom, byłaby to pewnie walka w kisielu…

Sądzę, że w następnym artykule wybiorę sobie na cel celebrytę, który już od dłuższego czasu działał ludziom na nerwy swoją odpychającą osobowością czy beztalenciem. Zamiast jednak sam decydować o tym, kto powinien zostać celem następnego artykułu, chciałem dać wam możliwość przesyłania swoich propozycji. Swoje propozycje możecie przesyłać na adres e-mailowy pedigree (małpa) .pl lub przesłać je w komentarzu pod tekstem (do tego, by pozostawić komentarz nie jest wymagana rejestracja).

Czy widzicie przyciski udostępniania pod tekstem? Jeśli tak, to bardzo was o to proszę, abyście udostępnili ten tekst swoim znajomym na Facebooku. To nie kosztuje was wiele, a dla mnie to bardzo ważne – od tego zależy przyszłość tego bloga. Zostań bohaterem już dziś, podziel się tym z innymi.

Chciałem wam wszystkim serdecznie podziękować za udostępnianie tekstu. W jeden dzień przyniosło to wielki wzrost liczby odwiedzających, dlatego proszę was, abyście nie ustawali w udostępnianiu moich tekstów. Pozdrawiam was serdecznie i jeszcze raz najserdeczniej dziękuję.

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 13 maj 2012, godz. 19:36, Rabka-Zdrój.

Reklamy

Nie należy podchodzić do poniższego tekstu zupełnie poważnie – za wyjątkiem fragmentów, w których odnoszę się do poważniejszych tematów. Niektóre zawierają śladowe ilości cynizmu, a miejscami czarnego humoru, co niektórzy mogą uznać za niesmaczne. Czujcie się więc ostrzeżeni. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Jak zapewne wiecie, na modzie znam się równie bardzo, co na życiu seksualnym pantofelków i – szczerze powiedziawszy – interesuje mnie ona równie bardzo.

Dlaczego więc o tym piszę? Już spieszę z odpowiedzią. Tym razem równie długą, co spódnica prostytutki (tak, równie długą. Jeśli przesuwając suwak po prawej stronie czujesz się, jakbyś jechał windą wgłąb „Wieliczki”, przypominam, że nikt nie powiedział, że nie może to być spódnica Marii Magdaleny).

Zaczęło się od tego, że moją uwagę zwrócił nagłówek artykułu na stronie głównej serwisu onet.pl głoszący: „Czarne chmury nad głową Catherine”.

...czyli: "Jak Catherine spaliła schabowego..."

Jak łatwo się domyślić, górę wzięły moje zainteresowania meteorologiczne. Czym prędzej więc odwiedziłem stronę z wieściami z kraju, gdzie czarne chmury należą do zjawisk pogodowych tak rzadkich i przewidywalnych, że angielscy dżentelmeni poczęli nosili parasole jako element mody.

Mam świadomość, że nie powinno się zwracać uwagi na nieszkodliwe przejawy ludzkiej głupoty. Naprawdę, nie mam nic do ludzi prostych, ale nieszkodliwych i prostodusznych. Nienawidzę jednak ludzi wykazujących się głupotą połączoną z arogancją, agresją, cynizmem, egoizmem czy megalomanią, bowiem potajemnie podąża za nimi – niczym zmierzający na królewski casting Kupciuszek – silne przekonanie o wysokiej wartości wypowiadanych opinii i własnej nieomylności.

Mogę mieć tylko nadzieję, że takim ludziom to minie – podobnie, jak o północy minęły efekty prochów, jakie wyżej wymieniona niewątpliwie musiała wziąć (jak inaczej mogłaby tańczyć w butach, które były dla niej wystarczająco duże, by ześlizgnąć się z jej stopy podczas biegu, a mimo to nie czuć stóp, które powinny do tego czasu obracać się w stawach jak metronom), ale ponieważ nadzieja jest matką głupich, należy się spodziewać, że będzie ich wychowywać bezstresowo…

Eugenio, przecież powtarzałam ci tyle razy, byś nie zakładała niebieskiego stroju! Teraz mój nie pasuje kolorem do twojego! Naprawdę nie widzę innego wyjścia - będziesz musiała się wrócić i się przebrać!

Inteligentny człowiek (napisałbym „dorosły”, ale nie zawsze idzie to w parze) posiada intelektualny radar połączony z rakietowym systemem obronnym, który strąca szkodliwe i destrukcyjne myśli nie tylko zanim staną się częścią jego systemu przekonań, ale jeszcze zanim w ogóle pojawią się na radarze. Dlatego człowiek potrafi przeczytać wypowiedzi, które przypominają raczej intelektualne miazmaty, nie zwracając na nie uwagi, ale na szczęście bez szkody dla zdrowia psychicznego i zdrowego rozsądku, które ludzie posługujący się językiem Tolkiena (nie, nie językiem elfickim) określają ładnym i melodyjnym słowem „sanity” (stąd określenie „urządzenie sanitarne”, gdyż ludzie wiszą nad jednym z nich jak nad wyrocznią, zastanawiając się, gdzie mieli rozum, gdy tyle poprzedniego dnia wypili).

Niestety, istnieją ludzie, którzy z racji młodego wieku lub braku doświadczenia albo przepuszczają bombowce – gotowe na..ać im do głowy jak gołębie – albo przemykają one pod ich radarem, z czego zdają sobie sprawę dopiero wtedy, gdy jest już za późno.

W rezultacie mamy dzieci, których mentalność rozwija się jak papierowy gwizdek, bowiem naśladują ludzi, którzy jedyne, co mają wartościowego do powiedzenia, to „Jestem Półgłówkiem/Prostytutką/Poszukiwany/Półanalfabetą na 100%” napisane na bluzie. Albo… młode nastolatki, które „Zmierzch” nauczył, że obsesyjna zazdrość i zaborczość psychopatycznego chłopaka jest dowodem czystej, pięknej, silnej miłości. Nie uwierzyłbym w to nawet wtedy, gdyby próbowano mnie do tego przekonać, zaprowadzając mnie nad rzekę pełną ryb potrafiących w ciągu zaledwie kilkunastu sekund sprowadzić wagę człowieka do poziomu typowego dla anorektycznej modelki.

Nie wierzyłem… do czasu, kiedy nie zapoznałem się z opowiadaniami (a raczej ich analizami) Milenki (analizy 24, 25 i 26 oraz 36, 37 i 38) i Zamyślonej Belli (analizy 102 i 103) zamieszczonymi na tym blogu (dziękuję Kurze z Biura za listę).

Rozumiem, że można paść ofiarą manipulacji przebranej w piękne słowa – gdyby uleganie manipulacji było grzechem, kościoły na całym świecie musiałyby ustawić kasy biletowe do konfesjonałów. Nie mam jednak zrozumienia dla akceptowania chamstwa przebranego za szczerość i nie mam jednak zamiaru dopuszczać do tego, by przemknęło pod intelektualnym radarem innych ludzi, podobnie jak głupota przebrana za autorytet, manipulacja przebrana za opinię, zawiść przebrana za troskę, projekcja psychologiczna bądź szantaż przebrany za krytykę.

Może się mylę, doszukując się podobnych pobudek w wypowiedziach osób wypowiadających się na ten temat. Może niesłusznie podejrzewałem każdą z nich o ukryty motyw, podczas gdy tak naprawdę są najzwyczajniej w świecie bezdusznymi harpiami, które tylko czekają na jakieś potknięcie wybranej przez siebie ofiary, by mogły się one – a przy okazji ich publiczność – dowartościować.

Czy diabeł (który, jak wiadomo, ubiera się u Prady) jest taki straszny, jakim go malują? Zobaczmy…

„Czarne chmury zebrały się nad głową księżnej Catherine. Zwykle chwalona za swoje kreacje, fryzury i dodatki, teraz zbiera krytyczne opinie. Kilka znanych osób ze świata mody i show-biznesu postanowiło przyjrzeć [się] jej stylowi i wizerunkowi. Najpierw głos zabrała Kelly Osbourne. Niedawno w programie Jaya Leno „Tonight Show” skrytykowała księżną za to, że pojawiła się kilka razy w tym samym ubraniu.
– Gdybym miała takie stanowisko jak ona, wykorzystywałabym daną kreację tylko raz – powiedziała.”

"Wielcy ludzie rozmawiają o pomysłach. Przeciętni ludzie rozmawiają o rzeczach. Mali ludzie rozmawiają o innych ludziach."

Nie chcę się nawet wypowiadać, jak idiotyczne jest krytykowanie osób, które nam niczym nie zawiniły z powodu kilkakrotnego założenia tego samego stroju. Widziałem artykuły, które napisano tylko dlatego, że osoby, o których była w nich mowa nosiły ten sam strój rok czy dwa lata temu.

Tak, dobrze słyszeliście. Ktoś naprawdę poświęcił swój czas na to, by dogrzebać się do zdjęcia, na którym widać daną kobietę wykorzystującą ubrania zgodnie z ich przeznaczeniem [w tym miejscu następuje dramatyczne zachłyśnięcie się powietrzem], a nie jak jakieś prezerwatywy – a przy okazji postanowił marnować także wasz czas. Nie dziękujcie – zrobił to dla was zupełnie bezinteresownie, tzn. ktoś inny mu za to wcześniej zapłacił.

Doskonale rozumiem, że zazdrosne kobiety potrafią być wobec siebie jak napuszczone na siebie koguty podczas nielegalnych walk z ich udziałem; musiałbym urodzić się wczoraj, żeby nie wiedzieć, jaki – uwarunkowany społecznie i ewolucyjnie – cel mają kobiety w poniżaniu potencjalnych rywalek z powodu ich wyglądu. Podałbym alternatywne znaczenie pierwszego słowa w angielskim tłumaczeniu wyrażenia „walka kogutów” jako odpowiedź, ale jest to odpowiedź równie oczywista jak to, że częścią pełnowartościowego śniadania supermodelek są środki przeczyszczające.

Zamieszczam więc odnośnik do artykułu na stronie renomowanego tygodnika omawiającego osiągnięcia światowej nauki, w którym można przeczytać o tym, że oceny atrakcyjności innych kobiet wydawane przez kobiety, które miały akurat okres płodny, obniżały się z poziomu „Adriana Lima” do poziomu „Dzwonnik z Notre Dame”. Czy przyczyna tego zjawiska różni się od przyczyny ukrywającej się pod tłumaczeniem wyrażenia „walka kogutów”? Nie, ale nie chciałem ryzykować dosadną odpowiedzią riposty „zupełnie, jakby faceci tego nie robili w przypadku kobiet”. Oczywiście, że to robią i jeszcze pozwalają sobą  manipulować jak jakieś łosie

...nie mówiąc już o "mężczyźnie", który zapoczątkował modę wśród kobiet na odchudzanie się poprzez operacyjne wycięcie dolnych żeber.

Zostawmy również w spokoju biblijną kobietę, która – jak jakaś supermodelka – była tak bliska granicy dozwolonej wagi, że zjadłszy kawałek zakazanego owocu nagle nabawiła się nowego problemu, a mianowicie: „Nie mam się w co ubrać”.
Powróćmy do tych, które narzekają na to, że inne nie mają się w co ubrać.

Tak się zastanawiam… być może aparycyjny faszyzm jest najzwyczajniej w świecie przeniesieniem zachowań znanych z życia na płaszczyznę mediów – tak, aby cały świat mógł popatrzeć, jak osoby pokroju Kelly Osbourne przyłażą do studia tylko po to, aby w możliwie najbardziej poprawny politycznie sposób powiedzieć, że księżna Catherine wygląda jak panienka o obyczajach równie ciężkich, co pierwiastek z początku tablicy Mendelejewa.

Możesz pomyśleć, że jedynie serwisy plotkarskie, prasa kobieca czy bulwarowa uważa ubrania za odpowiednik papieru toaletowego. Muszę cię zawieść – ten temat niejednokrotnie poruszały wiadomości w polskiej telewizji publicznej. No… Chciałbym móc powiedzieć, że żartuję…

Tak na marginesie – jeśli poszukasz wyników dla wyrażenia „Kelly Osbourne” (+) „Catherine” w Google, otrzymasz 8 mln. 380 tys. wyników – w tym wyniki ze stron rozpoznawalnych gazet i stacji telewizyjnych. Pomyślałem sobie, że media zareagowały zupełnie, jakby samego papieża obraziła, ale okazało się, że moje porównanie było trochę na wyrost – wyników dla wyrażenia „insulted” (+) „Pope” jest 3 mln 520 tys. Odnoszę wrażenie, że świat bardziej interesuje to, co księżna ma na sobie, aniżeli rozprawianie papieża o pokonaniu postępującego AIDS wyłącznie siłą woli (zawsze, gdy zastanawiam się, czy media naprawdę nie mają nic lepszego do roboty niż szukanie sensacji, przypominam sobie genialną, zabawną piosenkę satyryczną „What we call the news”).

Zacząłem się zastanawiać, czy czasem komuś nie zależy na wywieraniu presji na sławnych i bogatych, aby kupowali jak najwięcej kosztownych ubrań. Wydawało mi się, że ktoś próbuje ich medialnie szantażować, stawiając ich w sytuacji między młotem a kowadłem, gdzie ani nie mogą nie kupować nowych, drogich ubrań, ani nie mogą kupować ubrań, do których wyprodukowania Gucci czy Armani nawet po pijaku by się nie przyznał, bo w obu przypadkach spuszczono by na nich medialne szambo zawiści i zazdrości, ku ogólnej schadenfreude gawiedzi. A gdyby jeszcze były masywne jak ciężarówki przewożące wielkie głazy z kamieniołomów i przegrały dramatyczną walkę z depilacją, samo wzięcie pilota do ręki działałoby na odbiorców jak wibrator!

"Namaluj mnie jak jedną z twoich francuskich dziewczyn."

Choć z drugiej strony… mówić o presji kupowania ubrań, kosmetyków czy biżuterii w przypadku większości kobiet to jak mówić o presji w przypadku heteroseksualnego mężczyzny, któremu oddano cały harem pełen młodych i pięknych kobiet do dyspozycji.

Nie znaczy to jednak, że sławni i bogaci ludzie sukcesu nie doświadczają presji z innych powodów (np. konieczność poddawania się operacjom plastycznym dla zachowania stanowiska i utrzymania kariery). Nie muszę wam chyba mówić, jak wielu z nich sięga po środki, które przeistaczają ich intelektualny radar w grę Pac-Mana polegającą na połykaniu „magicznych” pigułek niczym dropsów i uciekaniu przed duchami (czyt. głosami w głowie) lub decyduje się np.  skoczyć na zamienniku liny bungee przywiązanej w miejsce krawata lub zrobić sobie kanał La Manche przez sam środek czaszki za pomocą pistoletu.

"Ja ci ku..a dam 'Narysuj mnie, jak jedną z twoich francuskich dziewczyn!'"

W każdym razie tutaj jest lista trzynastu supermodelek, które wg popularnych wyobrażeń „nie wstają z łóżka za mniej, niż 10 tys. dolarów” i „mają pracę, która polega wyłącznie na podróżowaniu, noszeniu ubrań i pozowaniu do zdjęć”, a mimo to popełniły samobójstwo – czy to spadając z najkrótszego „wybiegu” na świecie, umiejscowionego po zewnętrznej stronie okna, czy też robiąc z siebie to, co społeczeństwo w nich zawsze widziało – wieszaki i bezduszne manekiny z krwi, kości i kokainy.

Przyznam, że nie rozumiem znanego z telewizji „dramatu” dwóch kobiet, które przyszły na przyjęcie w tym samym stroju (powiedziałbym, że w obawie przed tym, że płatny zabójca pomyli jedną z drugą, ale najwyraźniej kobiety po prostu kochają sobie komplikować życie, bo tragedią jest nawet to, że inna kobieta całe lata temu i w zupełnie innym miejscu pojawiła się w tej samej sukience. No, chyba, że będąc na ich miejscu niechcący ubrałbym się jak Courtney Love, która miała w sobie więcej igieł niż… niż… ach, nieważne – też bym się zabił) i nie jestem pewien, czy i w jakim stopniu księżna weźmie do siebie krytykę od osoby, której – sądząc po stwierdzeniu, że „gdyby była…” – wydaje się, że ma wystarczające kwalifikacje do tego, by zostać księżną. Nie sądzę jednak, by zamierzała z tego powodu przenieść się umysłem (tymczasowo) lub duszą (permanentnie) na drugą stronę rzeczywistości, gdzie trawa jest zawsze bardziej zielona (co się dobrze składa, bo wątpię, by pozwolono się nam odrodzić jako coś innego niż baran lub osioł za to, że pozwoliliśmy się głosom wewnątrz głowy zrobić w konia).

Jeśli chodzi o kwalifikacje…
Nie bardzo wolno mi o tym mówić, ale… wystarczy tatuaż, choćby nawet w miejscu, które przykrywa ubranie, by pożegnać się z możliwością wzięcia ślubu z osobą z arystokratycznej rodziny. Nie mam żadnych powodów, by wątpić w prawdomówność osoby, od której to wiem…

“Jeśli mam zostać przyszłą, cho…ną królową Anglii, to będą nosić daną sukienkę tylko raz, bo rezygnuję wtedy z reszty swojego życia, z całej mojej prywatności, więc przynajmniej mogę mieć nową sukienkę każdego dnia.” ~ Kelly Osbourne.

Gdyby Kelly w wyniku ułożenia się w jednym rzędzie wszystkich planet naszego układu słonecznego (innej możliwości nie przewiduję) została księżną, rodzina królewska musiałaby upozorować krajową awarię dostawy energii elektrycznej, by nie dopuścić do tego, by ich rodacy usłyszeli lub zobaczyli coś takiego (choć jak widzę mają z tym pewne doświadczenia). Oczywiście, możesz powiedzieć: „Została do takiego zachowania sprowokowana przez Christinę Aguilerę!”, ale ja w tym widzę karmiczną sprawiedliwość – ona obraża inne, to inne obrażają ją. Chciałoby się rzec: „What goes around, comes around” (czyli nasze „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Zimbabwe”).

Przenieś się tam, gdzie Jules Verne napisał swoją najnowszą powieść - "W osiemdziesiąt milisekund dookoła świata!"

Kelly, która najwyraźniej nie mieści się w jednej windzie z własnym ego, nie widzi problemu w tym, że za 365/366 drogich strojów rocznie zapłaciliby brytyjscy podatnicy, podobnie  zresztą jak za ślub Williama z Catherine.

Przynajmniej montażysta się dobrze bawił za pieniądze, które będzie zwracał (jako podatnik), choć ich nigdy w życiu, nawet przez szybę (ekran telewizora się nie liczy), na oczy nie widział.

Naturalnie, nie uważam się ze kogoś, kto pozjadał wszystkie rozumy (zjedzenie rozumu osoby pokroju Paris Hilton skończyłoby się zupełnie jak znane z gier planszowych „wracasz do miejsca startu”), więc biorę pod uwagę to, że moje podejrzenia dotyczące lobbingu ze strony projektantów i domów mody na rzecz kupowania ubrań w ilościach, które pozwoliłyby usypać kopiec wysokości materaców księżniczki śpiącej na ziarenku grochu mogą być równie oderwane od rzeczywistości jak przekonanie, że Nigel Farage nie jest Chuckiem Norrisem, skoro przeżył rozbicie się awionetki z relatywnie niewielkimi obrażeniami.

Nie wydawało mi się jednak, aby nie chcieli wykorzystać szansy, jaką daje posiadanie „swojego człowieka” na odpowiednim miejscu, który wywierałby nacisk bądź manipulował innymi na ich korzyść.

Przykładem mogą być, np. recenzenci na serwisie gamespot.com, którzy nie schodzą poniżej oceny 7/10, a grę ocenianą na 7/10 uważają za przeciętną (ocena 5/10 powinna być przeciętna), co oznacza, że próbują „sprzedać” ciasto z robaków, ukrywając je pod apetyczną polewą wysokich ocen. Głośnym echem odbiło się zwolnienie Jeffa Gerstmana za niepochlebną recenzję gry Kane and Lynch, który dał grze szokujące 6/10 (w tym czasie cały serwis był jedną wielką reklamą wyżej wymienionej gry). Wystarczy powiedzieć, że sponsor miał minę, jakby właśnie spróbował własnego ciasta z pierścienic, ale ponieważ nie widział niczego złego w „recepcie”, zażądał zwolnienia „cukiernika”. Tak więc wyleciał on z pracy, w której spędził ostatnie jedenaście lat, pożegnany radą, by uważał, aby zatrzaskujące się za nim drzwi nie uderzyły go w tyłek, gdy będzie wychodził.

Ale czy trzeba daleko szukać przykładów?
Producent szczepionek przeciwko A/H1N1 „kupił” sobie członków Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), by przekonać rządy krajów Europy do zakupu szczepionek. Nie wiem, czy do szczepionek dołączano  igły i strzykawki, ale jeśli tak, to radziłbym rządom zacząć promować wśród swoich rodaków grę w rzutki, bo naprawdę nie mogę sobie wyobrazić dla nich innego zastosowania.

Koncerny farmaceutyczne „kupują” edytorów w magazynach medycznych, by nie dopuszczali do druku artykułów z wynikami badań, które mogłyby być szkodliwe dla interesów tych koncernów. Ten przypadek dotyczył aparatury zdolnej wykryć trzykrotnie więcej, często niewidocznych nawet na zdjęciu rentgenowskim (chyba, że któryś lekarz poświęcił tyle czasu na przyglądanie się małym punktom na zdjęciach, że osiągnął wprawę godną osoby autystycznej), nowotworów piersi.

Tak, nie mylą was oczy. Ktoś czuł się bardziej komfortowo, wiedząc, że kobiety na całym świecie umierały na raka piersi choćby o jeden dzień dłużej i wręcz miał nadzieję, że świat medycyny dowie się o istnieniu tego urządzenia nie prędzej niż dowiedział się o istnieniu Oetziego, a jeśli już, to jego możliwości wzbudzą równie wielkie zainteresowanie jak to, który „pierwotniak” z epoki miedzi zamordował człowieka, którego świat zapamięta jako tego, który  zastygł, jakby patrzył na zegarek (oczywiście, nie powinieneś patrzeć, jeśli na widok zakonserwowanego ciała twój żołądek katapultuje twój ostatni posiłek jak pilota ze spadającego samolotu).

   
        Nowość! Urządzenie, które może wyzwolić cię z niewoli koncernów farmaceutycznych, próbujących utrzymywać cię przy życiu, ale w stanie choroby tak, aby jak najdłużej na tobie zarabiać! Już niedługo w zatęchłych, zakurzonych, zamkniętych na cztery spusty piwnicach budynków rządowych w twojej okolicy! Zadzwoń już teraz, a przyślemy do ciebie naszego konsultanta!

Jeśli sądzisz, że zapomniałem o najbardziej oczywistym możliwym wyjaśnieniu przyczyny ataków na osoby, których praca nie polega na wyglądaniu dobrze na scenie (jak w przypadku modelek, aktorów, piosenkarek), to popełniłeś właśnie saperski błąd.

Projektanci wcale nie muszą wywierać nacisków na sławnych i bogatych, aby wyjść na swoje, bo krytykując ich publicznie robią sobie darmową reklamę.

Nie muszę chyba mówić, że próbują grać na dwa fronty – tym, którzy są pozytywnie lub neutralnie nastawieni do krytykowanych osób, próbują się pokazać jako „surowi, ale troskliwi eksperci, którzy mają wyłącznie dobro tych osób na względzie”, a tym, którzy są do nich nastawieni negatywnie (z powodu zazdrości na przykład), próbują pokazać, że „czują i myślą tak, jak oni, więc ich (wynikające z zazdrości) emocje są jak najbardziej na miejscu”.

Przeczytałem wypowiedź, która mówi, że Jay Leno jest uważany za kompletnie beznadziejnego komika/prowadzącego (mimo tego, że od czasu do czasu można się pośmiać z jego dowcipów), ponieważ nielubienie go stało się popularne. Z podobnych względów ludzie, którzy tak naprawdę nie mieli nic przeciwko Chuckowi Norrisowi opowiadali o nim dowcipy. Obecnie na Youtube sposobem na zyskanie sobie akceptacji i sympatii użytkowników jest poniżanie i żartowanie sobie z Justina Biebera lub Rebecci Black i ludzi, którzy słuchają ich muzyki (jeśli ktoś chce obiektywnej, konstruktywnej opinii na temat Biebera z ust kogoś, kto nie lubi – powtarzam – nie lubi jego muzyki, spójrzcie tutaj. Sam również nie lubię jego muzyki, ale „trolling” przez oddawanie sprawiedliwości pasuje do cynicznej wymowy tego tekstu).

Eksperymenty psychologiczne pokazały, że chętniej pomagamy i wspieramy tych, których lubimy, więc jeśli projektanci przypodobają się i zyskają sympatię osób wśród których popularne jest nielubienie pewnych osób, będą oni bardziej skłonni w przyszłości wesprzeć ich finansowo (nie muszę chyba mówić, jak dużą rolę grają w tym media. Nigdzie indziej nie widać tego lepiej, jak na przykładzie mediów, które całymi latami pastwiły się nad pewnymi znanymi osobami tylko po to, by po ich śmierci pokazać środkowy palec osobom, na których zarabiały i zacząć robić ze zmarłych celebrytów bohaterów, męczenników i geniuszy).

Wiedzą, że pewni ludzie lubią nosić produkty firmowane znanym nazwiskiem dla szpanu. A jak można szybko zyskać rozgłos? Występując samotnie lub jednocząc ludzi przeciwko wielkiemu, wspólnemu „wrogowi” (przychodzi mi na myśl np.  odzież z napisem, który można rozwinąć w „Jacek Placek na 100%”).

Przypomina to przypadek „kowala słowa” zwanego Pietro Aretino, który opisano w książce „48 Laws of Power” Roberta Greena i Joosta Elffersa. Nie był znany, więc chciał osiągnąć sławę. Wiedział, że może ją osiągnąć występując w roli Dawida przeciwko Goliatowi, a Goliatem był panujący wówczas papież. Rozgłos przyniósł mu satyryczny utwór, który napisał o podarowanym papieżowi słoniu, a do którego papież był bardzo przywiązany. Jak nietrudno się domyślić, występowanie przeciwko papieżowi w owych czasach było posunięciem równie odważnym jak… jak…

Stary niedźwiedź mocno śpi, stary niedźwiedź mocno śpi. My się go nie boimy i mu wpier...

No, właśnie…
Przypomina mi to również niejedną sytuację, gdy pewien pisarz osiągnął sławę i zdobył bogactwo. Joanne K. Rowling, Stephenie Meyer, Dan Brown – prędko spadły na nich wszystkich pozwy złożone przez ludzi, którzy twierdzili, że ukradli oni ich pomysły. Często byli to mało znani pisarze, którzy liczyli na to, że nawet jeśli nie wywalczą dla siebie odszkodowania, to przynajmniej media podejmą temat, dzięki czemu oni sami zyskają rozgłos, a ich książki staną się bardziej znane, co przyczyni się do poprawy wyników sprzedaży.

Projektanci wiedzą również, że wymierne korzyści może im przynieść także wypowiadanie się w mediach w charakterze ekspertów. Wiedzą, że ludzie poszukują wyrobów ludzi, których uważa się za ekspertów i mistrzów w danej dziedzinie, a ponieważ taka opinia często wiąże się z posiadaniem znanego nazwiska lub marki, ludzie w pierwszej kolejności poszukują i myślą o kupieniu tego, co wydaje się znajome choćby z nazwy.

Ach, byłbym zapomniał o pozostałych osobach wymienionych w artykule…

Kto jeszcze wyświadczył księżnej Cambridge niedźwiedzią przysługę? Dwójka homoseksualnych projektantów, którzy na szczęście nie udzielali jej porad na temat ubioru, bowiem porady dotyczące tego, jak się ubrać, aby się podobać mężczyznom byłyby tak naprawdę poradami dotyczącymi tego, jak podobać się homoseksualnym mężczyznom, a w dodatku takim, których szal i czapka dzieli od ubierania się jak hipsterzy.

Dołączyła do nich projektantka mody Vivienne Westwood – osoba będąca w wieku, w którym powinno się już tylko szyć na drutach swetry i skarpetki, których nikt, może poza Kononowiczem, by nie założył. Twierdzi, że księżna nie ma stylu, chociaż sama ubiera się jak Tidus z Final Fantasy X, w którego przypadku nie ma nawet jak określić tego, co miał na sobie (ćwierć-koszula? Lateksowy fartuch na szelkach?). Wybaczcie, ale nie widzę, czego mogłaby księżną nauczyć kobieta, która chodzi w chuście na głowę przewieszonej przez ramię z wycięciem na brzuchu, poprzez które widać coś, co – mógłbym przysiąc – wygląda, jak sprytnie udające białe spodnie babcine majty – wystarczająco duże, aby można było z nich uszyć spadochron.

W tym miejscu muszę napisać, że otrzymałem odpowiedź na pytanie, dlaczego wielokrotne wykorzystywanie strojów wywołuje tak wielkie oburzenie, jednak jest to odpowiedź w rodzaju tych, które spodziewałbym się raczej usłyszeć w odcinku serialu „Dr House”: „Umierasz i nie wiemy na co, ale wykluczyliśmy jedną chorobę, na którą – jak sądziliśmy – umierasz”.

Dowiedziałem się, że jeśli jesteś celebrytą, prominentem lub członkiem rodziny królewskiej, pojawienie się w tym samym stroju jest nietaktem towarzyskim. Wiesz, savoir vivre – zbiór zasad dobrego wychowania mówiący np. że nie powinieneś podawać komuś widelca, którym chwilę wcześniej drapałeś się po tyłku. Jak zapewne wiesz, zasad savoir vivre’u nie kończy się kropką – kończy się je wyrażeniem „bo tak!”

Natknąłem się również na wątek, w którym pewna kobieta pytała, czy ponowne założenie sukienki na wesele byłoby nietaktowne. Nie chciała wyjść na „Ewę”, która – gdyby tylko mogła – chodziłaby goła, bo ma węża w kieszeni. Z jakiegoś powodu postawiła znak równości między tym, a przyjechaniem Maybachem na pierwszą komunię swojego chrześniaka, aby podarować mu paczkę długopisów.

Na początku dowiedziałem się, że szantaż medialny nie musiał mieć miejsca, bo tymi „swoimi ludźmi” okazują się być same zainteresowane. Michelle Obama otrzymuje kosztowne sukienki w prezencie, ale – podobnie jak w przypadku Pippy i Catherine Middleton – samo to, że je nosi prowadzi często w ciągu kilku dni do spustoszenia magazynów w całym kraju, bo całe zapasy wykupują owce („barany” nie pasują, ale pasuje „owczy pęd”), które chcą być takie jak one. Choć nie powinienem raczej używać wyrażenia „spustoszenie magazynów”, bo właśnie to w tej chwili robią uczestnicy zamieszek w Londynie.

Ale potem…
Przyznam, że zdążyłem napisać artykuł liczący sobie ilość słów równą rokowi, w którym Polska zbuduje stadion na Euro, a wciąż nie miałem przekonującego zakończenia i traciłem wiarę w słuszność teorii o medialnym szantażu.
W takim wypadku notatka mijała się z celem jak przeciwne krańce tego mostu. Próbowałem wybrnąć z bagna argumentacji, odnosząc się do artykułu, w którym napisano, że również Anna Wintour nie traktuje swojego ubioru jak kalendarza. Postanowiłem więc sprawdzić, czy ktoś próbował się postawić demonicznej, trzęsącej światem mody redaktorce naczelnej amerykańskiego Vogue (czyt. w ogóle), krytykując ją za to, że recyklując swoje ubrania, bawi się w planetariuszkę z „Kapitana Planety”, ale najwyraźniej wszyscy krytycy zginęli w tajemniczych okolicznościach, bo nikt nie odważył się napisać na ten temat, nawet pod osłoną anonimowości sieci.
Natknąłem się jednak na fragment artykułu w wynikach wyszukiwania, w którym ktoś odważnie zapytał, dlaczego Anna Wintour może odgrzewać swoją garderobę jak kotlety, podczas gdy od Catherine Middleton-Windsor oczekuje się, że będzie kupowała wystarczająco dużo ubrań, by umacniać wały przeciw-powodziowe w pobliskiej Holandii.
Powiedz…
Czy podążyłeś kiedyś za głosem wewnętrznym i okazało się, że znalazłeś się tam, gdzie miałeś się znaleźć? Pewnie tak, bo inaczej już dawno wdepnąłbyś w minę, wlazłbyś w legowisko niedźwiedzia lub wylądowałbyś na dnie zapomnianego przez Boga leśnego urwiska z połamanymi nogami.
Ja nie miałem najmniejszego pojęcia po co to zrobiłem, ale odwiedziłem stronę z artykułem, w którym padło wspomniane powyżej pytanie i zacząłem go czytać. Dotarłszy do końca, natrafiłem na następujący fragment:
„Celebrytki mogą obrażać/krytykować Kate Middleton za wielokrotne zakładanie rzeczy ze swojej garderoby z powodu zazdrości, ale projektanci mody robią to w ramach strategii marketingowej. Jeśli wszyscy członkowie rodzin królewskich i bogacze na całym świecie wezmą z niej przykład i będą często „recyklować” przedmioty designerskie, zaszkodzi to ich interesom, a może nawet w końcu zabije ich branżę.”
Szantaż to, według słownika języka polskiego, „wywieranie presji na kogoś i wymuszanie czegoś za pomocą zastraszenia lub groźby kompromitacji”. Jeśli wymuszanie kupowania ubrań pod groźbą ośmieszenia na skalę światową nie jest szantażem, to nie wiem co nim jest.
Oczywiście, oskarżanie kogoś o to, że ubiera się w to, co zdążył wygrzebać z kontenera z pomocą materialną dla krajów trzeciego świata nie jest aż takie poważne, jak publiczne oskarżanie kogoś o np. gwałt (za które można kogoś pozwać do sądu), a jedynie kobiecym odpowiednikiem  obrażania kogoś tym, że ma członek wystarczająco mały, by zmieścił się między progiem a zamkniętymi drzwiami. Słyszałeś kiedyś, by ktoś pozwał kogoś do sądu za obrazę wyglądu czy ośmieszanie jego inteligencji w mediach? Ja nie. I właśnie dlatego to robią.
Chciałbym zamknąć niniejszą notatkę następującą odpowiedzią Kelly Osbourne na pytanie Jaya Leno, które zadał, aby rozładować napiętą atmosferę.
“A co z majtkami? Wyrzuciłabyś je?”

Na co odpowiedziała: “Cóż, jeśli bym mogła, to bym to zrobiła. W sumie to nawet całkiem dobry pomysł.”

Kto powiedział, że recykling ubrań nie może być seksowny?

Jakub „Antypaladyn Pedigri” Luberda, 23 Sierpień 2011, 18.19.

%d blogerów lubi to: